23 dzień Martusu 602 OR, na ulicy Cherovu
W głębi ulicy podniosły się jakieś krzyki, bo biegnący gromadnie żołnierze wbili się z miejsca w coraz większy tłum niespokojnej gawiedzi, próbując podejść jak najbliżej domostwa, z którego okien buchały coraz większe jęzory ognia.
- Mam nadzieję, że zdążymy to ugasić, zanim ogień się rozszerzy na inne kamienice - zauważył kapitan - Kto by pomyślał, że się z tego zrobi taka awantura. Tedy powiadacie, że kajaz nie żyje? I alchemik też?
- Wszyscy tam z krócic poczęli walić jak szaleni, panie kapitanie, jak jacy dzicy z gór - oznajmił z wyrysowanym na twarzy przejęciem Ivash - Ledwie żeśmy dali radę nogę dać.
- Wiecie przynajmniej, po co im były te kopniki? - Grodin skrzywił się z wyraźnym rozczarowaniem, popatrując na swych rozmówców srogim wzrokiem, który robił wrażenie pomimo młodego wieku khardzkiego oficera - Od dawna ściągali do miasta tyle zwierząt, że gotów jestem przyjąć, że żarli je na okrągło dzień w dzień i trzy razy dziennie.
- Nie wiemy, panie kapitanie - wyznał szczerze Ivash - Ale myśmy tak czy owak niewinni, wbrew wszystkiemu!
- Co nieco zdążyłem się już o was wywiedzieć - odpowiedział Grodin i słysząc jego słowa młodzieńcy zjeżyli się mimowolnie, zesztywniali porażeni nagłym niepokojem - Idzie wieść, żeście winni jakiegoś przestępstwa na dalekiej północy, żeście w księstwach Kosu i Tverkatce ścigani przez jakiegoś tamtejszego kajaza.
Wnikliwe spojrzenie jasnych oczu Grodina przesuwało się po stężałych twarzach Kossytów, szukając w nich potwierdzenia dla swych wyrażonych otwarcie podejrzeń.
- Lecz ja potrafię czytać między słowami, a do tego wiadomo mi wiele o praktykach tych kajazowych suczych chwostów - Grodin skrzywił twarz jeszcze mocniej - Jakoś mi nieśpieszno, żeby was zatrzymywać i odsyłać na północ do wyjaśnienia na dworze waszych władyków. Tu jest Cherov i tutaj kajazowie ciągle jeszcze muszą się tłumaczyć lepiej od siebie urodzonym, a nie wyczyniać, co im żywnie na myśl przyjdzie.
- Panie kapitanie, my... - zaczął Volkh, ale oficer przerwał mu ruchem ręki, spoglądając jednocześnie w stronę zaczynających gasić pożar podwładnych.
- Sugeruję, byście czym prędzej opuścili miasto - oznajmił - Ten wasz Tyszka był w magistracie, podpierał się listami uwierzytelniającymi. Cherov to wielkie miasto, przeto nieśpieszno urzędnikom do szukania trzech mało ważnych nicponiów, ale widać, że ów Tyszka wielce jest zawzięty. Skoro tak, lepiej...
Wystrzelona pośród głośnego huku ołowiana kula ugodziła Grodina w twarz u nasady nosa, wyrwała w kości mężczyzny poszarpaną dziurę, z której natychmiast chlusnęła gorąca krew. Obryzgani nią młodzieńcy wzdrygnęli się jednocześnie, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa i spoglądając wytrzeszczonymi oczami na przewracającego się na plecy kapitana.
- Zabili tego oficera! - wzdłuż ulicy poniósł się przeraźliwy krzyk człowieka, zatrważająco znajomy i podnoszący włosy na karkach myśliwych - Ci szubrawcy zamordowali oficera!
Żeby nie było, że się zrobiło nudno!