Okolice Czarnygłazu, 11 dzień Ostatnich Siewów
Otoczeni przez swych prześladowców i ponownie objuczeni wyciskającymi ostatnią kroplę potu łupami, więźniowie ruszyli szlakiem wiodącym z powrotem do doliny skrywającej Rzeczną Puszczą. Na wysokości górskiego grzbietu było jeszcze w miarę jasno, ale im niżej mężczyźni schodzili, tym głębszy ogarniał ich półmrok. Nie niosący żadnych ciężkich ładunków Barr'teh i Hastur wysunęli się na czoło pochodu, nie wyciągając co prawda broni, ale trzymając ręce w ich pobliżu.
Nadciągający wraz ze zmierzchem chłód był coraz bardziej dokuczliwy, wdzierając się natrętnie pod odzienie i okradając ciała z życiodajnego ciepła. Najbardziej cierpiący z powodu wychłodzenia argonianin stawiał sztywne kroki, z trudem balansując ogonem w poszukiwaniu najwygodniejszego punktu ciężkości swego odrętwiałego ciała.
Pierwszej godziny marszu nie zakłóciły żaden intruz i żadna nieprzyjemna niespodzianka, ale niebo zaciągnęły gęste chmury i rzadki blask księżyca nie potrafił przeniknąć do końca ciemności zalegających w lesistym pogórzu. Kotołak ustawicznie kręcił na wszystkie strony łbem, ale jeden kotołak nie mógł posłużyć za niezawodną straż całej grupy, toteż Hastur odetchnął z nieukrywaną ulgą dostrzegając wyłaniającą się zza skalnego załomu starą strażnicę.
- Wolałbym tu nie nocować - powiedział ściszonym głosem w stronę Barr'teha - Trupy mi nie przeszkadzają, ale ciągle blisko tu do kurhanu. Nocą może być nieprzyjemnie.
Dotarliście do starej strażnicy, od wioski dzieli Was jeszcze godzina drogi. Zapadła już ciemna noc, chmury co rusz przesłaniają księżyc, ale za to nie jest już tak zimno jak wysoko w górze na gołych skałach. Dodatkowo przypominam o następnych łupach ukrytych opodal wieży - jak te wsadzicie na więźniów, ani chybi padną po kilkunastu krokach!