[center]
Puszcza na zachód od Koronapanu[/center]
Pośpieszna narada nad płomieniami dogasającego ogniska nie trwała długo. Chociaż niektórzy z osadników wciąż łudzili się nadzieją złupienia dobytku apokaliptyków, Anton i Nikodemus nie pozostawili nikomu złudzeń. Zgodnie z rozkazami Markusa mienie zabitych zostało porzucone w dziczy na pastwę natury. Wycofując się z miejsca kaźni Koronapańczycy zgasili jedynie ognisko, by sypiące się z niego iskry przypadkiem nie wywołały pożaru.
Cała grupa wtopiła się w ciemność nocy, z wprawą leśnych ludzi powracając swymi śladami do Koronapanu. Prowadzili ponownie Yuran i Dragan, najlepiej radzący sobie w mroku zalegającym pod liściastą kopułą drzew. Przez długi czas wszyscy nadstawiali bacznie uszu starając się upewnić, że w pobliżu marszruty grupy nie czają się jacyś zbłąkani Jeźdźcy, ale prócz kilku zbłąkanych lisów nie natrafili nigdzie na ślad życia.
Nikt nie próbował zawiązać konwersacji. Kiedy wywołane walką napięcie opadło, nawet najbardziej zawzięci z mężczyzn pojęli, że niedawno zabili ośmiu ludzi. Koronapan od dawna nie toczył z nikim wojny i dla większości osadników w grupie zabójstwo było całkowicie nowym doznaniem. Rzecz jasna wielu przytrafiały się bójki przerywane przez sędziego, czasami do bitki na pięści dochodziło też podczas sąsiedzkich wizyt w Zielonej Grocie - lecz do dalekiej przeszłości należały czasy, kiedy mieszkańcy puszczańskiej sadyby odebrali życie innym ludziom.
Polańscy bracia niechętnie przystawali na krótkie popasy, chcąc za wszelką cenę dotrzeć do Koronapanu przed świtem. Obaj byli w doskonałej formie, czego szczerze zazdrościł im dyszący głośno Werk, obaj nie widzieli też potrzeby nocowania w lesie. Ich ziomkowie czekali z niepokojem na wieści od wysłanej na borsuki drużyny, toteż ponaglali przez cały czas kompanów prąc poprzez gęsty las na wschód.
Od pewnej chwili Bayer zaczął rozpoznawać w rzedniejącym mroku zarysy znajomych miejsc: wapienne skały przebijające ściółkę lasu, obrośnięte kolczastymi krzewami metalowe konstrukcje nośne dawno temu zawalonych i pochłoniętych przez puszczę budynków. Wysłannicy Markusa powrócili na swoje terytorium, na ziemie otaczające Koronapan i uważane przez osadników za własne dominium.
- Czujecie? - Dragan zatrzymał się znienacka tak raptownie, że Anton musiał odskoczyć w bok, by nie wpaść mu na plecy - Czujecie ten swąd?
Borkański mechanik tak dalece pogrążony był we wspomnieniach podejrzanej niedawno orgii, że w pierwszej chwili nie zrozumiał, co Polanin właściwie miał na myśli - jednak po zaledwie kilku sekundach rozpoznał charakterystyczny zapach wciągnięty przypadkiem w nozdrza.
Odór spalenizny, wiszący w powierzu pod koronami drzew, opadający powolutku ku leśnemu poszyciu. Coś się gdzieś paliło i lodowate cęgi ścisnęły gardło Werka złym przeczuciem.
- Czy wiatr wieje od Koronapanu? - wybąkał mechanik ściągając z ramienia kulomiot - To od wioski tak zawiewa?
- Biegiem! - rzucił przez ściśnięte gardło Anton - Biegiem!
Dotarliście bez trudu na własne terytorium, ale tuż przed Koronapanem spotkała Was przykra niespodzianka: swąd spalenizny wiszący złowieszczo w powietrzu (dodam, że na pewno nie ma on nic wspólnego ze spaleniem leśnej baby)!