PBF - Cedar Creek by Night
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Cedar Creek Commons, przedświt
Wyrastające na przemieściach Cedar Creek blaszane kwartały biedoty nie tworzyły litej zabudowy, wręcz przeciwnie - sprawiały wrażenie przylegającego do właściwego miasta labiryntu prowizorycznych konstrukcji z drewna i metalu, wzniesionych na planie wyjątkowo szalonego architekta. Osa wiedziała doskonale, gdzie najlepiej wniknąć w przemieścia bez wzbudzania niepotrzebnej uwagi, ponieważ obsadzone przez żołnierzy Izby zewnętrzne punkty kontrolne dzieliło od siebie sporo metrów, a nocą oświetlenie w slumsach praktycznie nie funkcjonowało. Służby utrzymywały nocami stan pogotowia, bo strach przed sowieckimi dywersantami nigdy nie słabł, ale główna linia obrony Cedar Creek biegła wzdłuż wysokiego ogrodzenia miasta. To tam tkwiły baterie potężnych reflektorów i gniazda broni maszynowej, tam też bojówkarze strzegli skrzętnie masywnych pancernych wrót metropolii. Na przedmieściach nocą kręciły się niewielkie patrole, które nie mogły być wszędzie w tym samym czasie, a i tak ich uwagę zaprzątali najczęściej bawiący się po zmierzchu karawaniarze albo sprawiający kłopoty lokalsi.
Rana Gury wyglądała początkowo poważnie, ale założony przez Osę i Śmierdziela opatrunek wytrzymał próbę czasu. Czarny olbrzym pojękiwał od czasu do czasu, bardziej dla wzbudzenia współczucia ze strony rudowłosej niż z powodu faktycznego cierpienia, bez trudu jednak dotrzymywał tropicielce kroku.
Skryci w ciemnościach dobiegającej kresu nocy, pogromcy kanibali zapuścili się pomiędzy wąskie kręte uliczki slumsów, zmierzając najkrótszą drogą do knajpy Slammera. Tu i ówdzie taksowały ich natrętne spojrzenia ukrytych w mroku postaci, nikt jednak nie poważył się zaczepić przechodniów wędrujących w towarzystwie ogromnego cargo. Złodzieje i pijacy woleli się trzymać od budzącego złowieszcze wrażenie olbrzyma na zdrowy dystans.
Rozglądając się uważnie wokół siebie Osa przecięła szybkim krokiem zagracony śmieciami placyk, przeskoczyła przez zaułek na tyłach cuchnącego niemiłosiernie garbarskiego zakładu. Na następnej uliczce zatrzymała się na krótką chwilę czekając, aż kilku bełkoczących coś pijaków oddali się w inną stronę i dopiero wtedy weszła w alejkę prowadzącą wprost pod knajpę wuja. Nie zamierzała zwracać na siebie zbytecznej uwagi, dopóki nie pozbędzie się nietypowej przesyłki, chociaż rezygnowała tym samym z pewnych dodatkowych profitów. W normalnych okolicznościach mogła rozważyć opcję zgłoszenia spotkania z kanibalami w biurze szeryfów i jeśli zostałaby potraktowana poważnie, mogła liczyć na niewielką nagrodę.
Lecz tym razem priorytetem było odstawienie do zleceniodawcy oliwkowej kasetki.
- Wejdziemy bocznymi drzwiami - powiedziała cicho do kompanów, prześlizgując się wzdłuż ściany knajpy na jej tyły. Z wnętrza budowli dobiegały stłumione pomruki ludzkich głosów zdradzające gasnącą aktywność kilku najbardziej zatwardziałych klientów, co Osa potraktowała jako zachętę do zachowania dodatkowej dyskrecji.
Wyrastające na przemieściach Cedar Creek blaszane kwartały biedoty nie tworzyły litej zabudowy, wręcz przeciwnie - sprawiały wrażenie przylegającego do właściwego miasta labiryntu prowizorycznych konstrukcji z drewna i metalu, wzniesionych na planie wyjątkowo szalonego architekta. Osa wiedziała doskonale, gdzie najlepiej wniknąć w przemieścia bez wzbudzania niepotrzebnej uwagi, ponieważ obsadzone przez żołnierzy Izby zewnętrzne punkty kontrolne dzieliło od siebie sporo metrów, a nocą oświetlenie w slumsach praktycznie nie funkcjonowało. Służby utrzymywały nocami stan pogotowia, bo strach przed sowieckimi dywersantami nigdy nie słabł, ale główna linia obrony Cedar Creek biegła wzdłuż wysokiego ogrodzenia miasta. To tam tkwiły baterie potężnych reflektorów i gniazda broni maszynowej, tam też bojówkarze strzegli skrzętnie masywnych pancernych wrót metropolii. Na przedmieściach nocą kręciły się niewielkie patrole, które nie mogły być wszędzie w tym samym czasie, a i tak ich uwagę zaprzątali najczęściej bawiący się po zmierzchu karawaniarze albo sprawiający kłopoty lokalsi.
Rana Gury wyglądała początkowo poważnie, ale założony przez Osę i Śmierdziela opatrunek wytrzymał próbę czasu. Czarny olbrzym pojękiwał od czasu do czasu, bardziej dla wzbudzenia współczucia ze strony rudowłosej niż z powodu faktycznego cierpienia, bez trudu jednak dotrzymywał tropicielce kroku.
Skryci w ciemnościach dobiegającej kresu nocy, pogromcy kanibali zapuścili się pomiędzy wąskie kręte uliczki slumsów, zmierzając najkrótszą drogą do knajpy Slammera. Tu i ówdzie taksowały ich natrętne spojrzenia ukrytych w mroku postaci, nikt jednak nie poważył się zaczepić przechodniów wędrujących w towarzystwie ogromnego cargo. Złodzieje i pijacy woleli się trzymać od budzącego złowieszcze wrażenie olbrzyma na zdrowy dystans.
Rozglądając się uważnie wokół siebie Osa przecięła szybkim krokiem zagracony śmieciami placyk, przeskoczyła przez zaułek na tyłach cuchnącego niemiłosiernie garbarskiego zakładu. Na następnej uliczce zatrzymała się na krótką chwilę czekając, aż kilku bełkoczących coś pijaków oddali się w inną stronę i dopiero wtedy weszła w alejkę prowadzącą wprost pod knajpę wuja. Nie zamierzała zwracać na siebie zbytecznej uwagi, dopóki nie pozbędzie się nietypowej przesyłki, chociaż rezygnowała tym samym z pewnych dodatkowych profitów. W normalnych okolicznościach mogła rozważyć opcję zgłoszenia spotkania z kanibalami w biurze szeryfów i jeśli zostałaby potraktowana poważnie, mogła liczyć na niewielką nagrodę.
Lecz tym razem priorytetem było odstawienie do zleceniodawcy oliwkowej kasetki.
- Wejdziemy bocznymi drzwiami - powiedziała cicho do kompanów, prześlizgując się wzdłuż ściany knajpy na jej tyły. Z wnętrza budowli dobiegały stłumione pomruki ludzkich głosów zdradzające gasnącą aktywność kilku najbardziej zatwardziałych klientów, co Osa potraktowała jako zachętę do zachowania dodatkowej dyskrecji.
Witajcie z powrotem w domu! Misja wykonana, wszyscy wrócili żywi i w dobrych humorach. Będzie za tę misję troszkę PD, ale o tym później, teraz bieżące deklaracje. Zakładam, że Osa najpierw skoczy na piętro zachomikować własne łupy, ewentualnie wprowadzi nerwowego wuja w szczegóły nocnej wyprawy. Śmierdziel do szopy? Cargo za Śmierdzielem? Pamiętajcie, że Gura musi iść rano do roboty, swojej pierwszej poważnej roboty w życiu! Mógłby się przynajmniej umyć, zanim walnie w wyro na te parę godzin spoczynku!
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Cedar Creek Commons, przedświt
- Ja pierdolę zaraz będzie jutro, a ja się nic nie przekimałem. Pora się trochę ochlapać wodą. No i muszę jeszcze potem zajrzeć na salę, czy aby już wszyscy popaprańcy opuszczają lokal bez zbędnych problemów. O tej porze to już tylko takie dożynki. Prawie nikt nie zamawia, wszyscy tylko leżom na stołach i nikt się nawet nie chce bić. Pora ich wypierdolić skoro nie balujom.
Gura spojrzał na Śmierdziela i olbrzymi plecak jaki tamten taszczył.
- Dawaj skarby, schowam do siłowni, żeby nam nie zginęły. U ciebie ubrania przejdą gównem i gówono za nie dostaniemy, he, he.
Niezmiernie zadowolony, że wyszedł mu tak przedni i błyskotliwy żart wyciągnął rękę po plecak i ruszył na "prysznic" mamrocząc do swoich braci...
- Jak my wleziemy w biały garnitur jutro, z tom dziurom po nożu....
- Ja pierdolę zaraz będzie jutro, a ja się nic nie przekimałem. Pora się trochę ochlapać wodą. No i muszę jeszcze potem zajrzeć na salę, czy aby już wszyscy popaprańcy opuszczają lokal bez zbędnych problemów. O tej porze to już tylko takie dożynki. Prawie nikt nie zamawia, wszyscy tylko leżom na stołach i nikt się nawet nie chce bić. Pora ich wypierdolić skoro nie balujom.
Gura spojrzał na Śmierdziela i olbrzymi plecak jaki tamten taszczył.
- Dawaj skarby, schowam do siłowni, żeby nam nie zginęły. U ciebie ubrania przejdą gównem i gówono za nie dostaniemy, he, he.
Niezmiernie zadowolony, że wyszedł mu tak przedni i błyskotliwy żart wyciągnął rękę po plecak i ruszył na "prysznic" mamrocząc do swoich braci...
- Jak my wleziemy w biały garnitur jutro, z tom dziurom po nożu....
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Kargan
- Reactions:
- Posty: 1420
- Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
- Has thanked: 8 times
- Been thanked: 7 times
Cargo to powinien obejrzeć jakiś porządny konował, i będę mu to sugerowała
Ja idę schować swoje skarby a potem przesyłka... rozumiem, że gość sam się zjawi w knajpie Wuja ? W końcu zależało mu na czasie i przesyłkę miałam dostarczyć przed porankiem. Zatem poczekam z wujem na gościa
]|[ Innocence Proves Nothing ]|[
Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)
Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Osa zamierza opowiedzieć wujowi wszystko z przebiegu misji czy coś zataić? W sumie najlepiej, gdybyś Karganie napisał scenkę, w której Osa upycha po pokoju własne łupy i jednocześnie opowiada Slammerowi o szczegółach wyprawy. Wbrew pozorom pewne detale w tej opowieści mogą być istotne...
Tak, Coltrain ma wrócić przed świtem.
Jeśli Gura zechce skoro świt poddać się badaniu fachowca, ma do wyboru kilku tanich medyków ze slumsów, kilku droższych z centrum, lekarzy ze szpitala publicznego albo lekarzy z placówki Alternatywy dla Ameryki!
Tak, Coltrain ma wrócić przed świtem.
Jeśli Gura zechce skoro świt poddać się badaniu fachowca, ma do wyboru kilku tanich medyków ze slumsów, kilku droższych z centrum, lekarzy ze szpitala publicznego albo lekarzy z placówki Alternatywy dla Ameryki!
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Eeee.... tam skoro się goi samo, to nie ma sensu się tym zajmować. Po prysznicu idę do wuja z prośbą o kieliszek spirytu na przemycie rany i będzie dobrze. Do tej pory działało. A konowały to pojęcia nie mają i juz. Tak twierdził sam Bob Marley a on się nie mylił...
Znaczy do czasu, aż nie zszedł z powodu zakażenia paznokcia u nogi.
Znaczy do czasu, aż nie zszedł z powodu zakażenia paznokcia u nogi.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Kargan
- Reactions:
- Posty: 1420
- Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
- Has thanked: 8 times
- Been thanked: 7 times
Cedar Creek Commons, dwie godziny do świtu
Wojskowy plecak do szafki, konserwy z powrotem do szuflady, rewolwer i naboje chwilowo na małą szafkę koło łóżka. Tropicielka krzątała się po pokoju zajęta upychaniem po szafkach swojej zdobyczy gdy usłyszała ciche pukanie do drzwi.
- Wejdź - rzuciła cicho przez ramię domyślając się kto może stać za drzwiami.
- Nie przeszkadzam ? - wuj Slammer stanął niepewnie w progu ściskając w jednej ręce butelkę a w drugiej dwa poobtłukiwane kubki.
- Wchodz i rozgość się - uśmiechnęła się ciepło Osa - Pewnie zżera Cię ciekawość.
Slammer usiadł cicho przy stole stawiając na nim dwa kubki i butelkę swoje produkcji sikacza po czym newrowo splatając palce czekał aż Osa skończy się krzątać po pokoju. Po kilku chwilach dziewczyna skończyła i podeszła do stołu kładąc na nim oba nieśmiertelniki i poplamiony mundur. Plecak z tajemniczą skrzyneczką został tymczasem schowany pod łóżko. Osa usiadła naprzeciw wuja i spojrzała mu w oczy.
- Pewnie chciałbyś wiedzieć jak nam poszło ? - Wuj pokiwał w odpowiedzi głową i rozlał dwie porcje płynu z butelki - Nie było tak łatwo jak zapowiadał Coltrain, chociaż to raczej zbieg okoliczności i paskudny pech niż celowa, wroga akcja. Będę musiała zadać Coltrainowi kilka pytań.
- Kurier sprawiał problemy ? - spytał cichym głowem Wuj - Widziałem ślady krwi na zapleczu.
- Kuriera nie spotkaliśmy osobiscie - przeczacemu ruchowi głowy towarzyszyło lekkie skrzywienie ust - Wygląda na to, że kurier miał pecha i nadział się na jakichś wędrownych bandytów, miłośników ludzkiego mięsa. Zabili kuriera i właśnie gotowali sobie potrawkę, kiedy zjawiliśmy się w silosie. Zabiliśmy trzech, czwarty nam zwiał gdzieś w pustkowia. Zebraliśmy wszystkie rzeczy i wróciliśmy do Cedar. Gura oberwał nożem i być może powinien obejrzeć go lekarz...
Osa wzniosła do góry kubek w niemym salucie i poczekawszy aż wuj uniesie swój wychyliła go do dna.
Wojskowy plecak do szafki, konserwy z powrotem do szuflady, rewolwer i naboje chwilowo na małą szafkę koło łóżka. Tropicielka krzątała się po pokoju zajęta upychaniem po szafkach swojej zdobyczy gdy usłyszała ciche pukanie do drzwi.
- Wejdź - rzuciła cicho przez ramię domyślając się kto może stać za drzwiami.
- Nie przeszkadzam ? - wuj Slammer stanął niepewnie w progu ściskając w jednej ręce butelkę a w drugiej dwa poobtłukiwane kubki.
- Wchodz i rozgość się - uśmiechnęła się ciepło Osa - Pewnie zżera Cię ciekawość.
Slammer usiadł cicho przy stole stawiając na nim dwa kubki i butelkę swoje produkcji sikacza po czym newrowo splatając palce czekał aż Osa skończy się krzątać po pokoju. Po kilku chwilach dziewczyna skończyła i podeszła do stołu kładąc na nim oba nieśmiertelniki i poplamiony mundur. Plecak z tajemniczą skrzyneczką został tymczasem schowany pod łóżko. Osa usiadła naprzeciw wuja i spojrzała mu w oczy.
- Pewnie chciałbyś wiedzieć jak nam poszło ? - Wuj pokiwał w odpowiedzi głową i rozlał dwie porcje płynu z butelki - Nie było tak łatwo jak zapowiadał Coltrain, chociaż to raczej zbieg okoliczności i paskudny pech niż celowa, wroga akcja. Będę musiała zadać Coltrainowi kilka pytań.
- Kurier sprawiał problemy ? - spytał cichym głowem Wuj - Widziałem ślady krwi na zapleczu.
- Kuriera nie spotkaliśmy osobiscie - przeczacemu ruchowi głowy towarzyszyło lekkie skrzywienie ust - Wygląda na to, że kurier miał pecha i nadział się na jakichś wędrownych bandytów, miłośników ludzkiego mięsa. Zabili kuriera i właśnie gotowali sobie potrawkę, kiedy zjawiliśmy się w silosie. Zabiliśmy trzech, czwarty nam zwiał gdzieś w pustkowia. Zebraliśmy wszystkie rzeczy i wróciliśmy do Cedar. Gura oberwał nożem i być może powinien obejrzeć go lekarz...
Osa wzniosła do góry kubek w niemym salucie i poczekawszy aż wuj uniesie swój wychyliła go do dna.
Wuj będzie chciał jeszcze o coś zapytać czy popijając czekamy na Coltraina ?
Ostatnio zmieniony 19 maja 2018, 11:28 przez Kargan, łącznie zmieniany 1 raz.
]|[ Innocence Proves Nothing ]|[
Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)
Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Knajpa Slammera, dwie godziny do świtu
Przez zatroskane oblicze mężczyzny przemknął jeszcze głębszy cień, kiedy Osa wspomniała o śmierci kuriera i starciu z kanibalami.
- Dobrze, że nic ci się nie stało - westchnął ciężko taksując ją jednocześnie bacznym wzrokiem - O Gurę nie trzeba się martwić, sam go zszyję, jeśli będzie trzeba, ale to tak twardy skurczybyk, że pewnie sam się z tego wyliże. Ale co z przesyłką? Znalazłaś ją?
- Tak - odparła spoglądająca na poplamiony krwią mundur Osa - To musi być to i jest w bezpiecznym miejscu. Coltrain na pewno przyjdzie?
- Zapewnił mnie, że na pewno - kiwnął głową gospodarz - Nie będzie pewnie szczęśliwy z powodu śmierci kuriera, ale to jego problem, nie nasz. Meg... jestem ci naprawdę wdzięczny, że to dla mnie zrobiłaś.
Osa zerknęła na wuja, ograniczając się do zdawkowego kiwnięcia głową. Widząc powściągliwość dziewczyny w konwersacji, Slammer nalał do pustych naczyń gorzałki. Oboje wznieśli niemy toast, zamierzając wychylić piekący w gardłach płyn jednym haustem.
Ich dzierżące kubki dłonie zatrzymały się w połowie drogi do ust, kiedy zza zamkniętych drzwiczek balkonu dobiegł znienacka przybierający na sile dźwięk, jednostajny i mrożący krew w żyłach.
Osa i jej wuj wymienili spojrzenia, zapominając w jednej chwili o gorzałce i zrywając się na równe nogi. Drewniane drzwiczki pokoju trzasnęły o ścianę, kiedy tropicielka wyskoczyła na górujący ponad placykiem balkon kierując wzrok ku centrum Cedar Creek.
Alarmowe syreny w mieście zawodziły coraz głośniej, wypełniając ciemność nocy jękliwym jazgotem i budząc śpiących mieszkańców Commonsów.
Przez zatroskane oblicze mężczyzny przemknął jeszcze głębszy cień, kiedy Osa wspomniała o śmierci kuriera i starciu z kanibalami.
- Dobrze, że nic ci się nie stało - westchnął ciężko taksując ją jednocześnie bacznym wzrokiem - O Gurę nie trzeba się martwić, sam go zszyję, jeśli będzie trzeba, ale to tak twardy skurczybyk, że pewnie sam się z tego wyliże. Ale co z przesyłką? Znalazłaś ją?
- Tak - odparła spoglądająca na poplamiony krwią mundur Osa - To musi być to i jest w bezpiecznym miejscu. Coltrain na pewno przyjdzie?
- Zapewnił mnie, że na pewno - kiwnął głową gospodarz - Nie będzie pewnie szczęśliwy z powodu śmierci kuriera, ale to jego problem, nie nasz. Meg... jestem ci naprawdę wdzięczny, że to dla mnie zrobiłaś.
Osa zerknęła na wuja, ograniczając się do zdawkowego kiwnięcia głową. Widząc powściągliwość dziewczyny w konwersacji, Slammer nalał do pustych naczyń gorzałki. Oboje wznieśli niemy toast, zamierzając wychylić piekący w gardłach płyn jednym haustem.
Ich dzierżące kubki dłonie zatrzymały się w połowie drogi do ust, kiedy zza zamkniętych drzwiczek balkonu dobiegł znienacka przybierający na sile dźwięk, jednostajny i mrożący krew w żyłach.
Osa i jej wuj wymienili spojrzenia, zapominając w jednej chwili o gorzałce i zrywając się na równe nogi. Drewniane drzwiczki pokoju trzasnęły o ścianę, kiedy tropicielka wyskoczyła na górujący ponad placykiem balkon kierując wzrok ku centrum Cedar Creek.
Alarmowe syreny w mieście zawodziły coraz głośniej, wypełniając ciemność nocy jękliwym jazgotem i budząc śpiących mieszkańców Commonsów.
Oho, coś się wydarzyło w mieście, za wałami! Może rozbiło się tam UFO albo z wykopu wyleźli radzieccy dywersanci! A może z nieba spadła zmutowana szarańcza! Sam nie wiem, co się dzieje, ale już mnie ogarnęła trwoga! 
-
Kargan
- Reactions:
- Posty: 1420
- Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
- Has thanked: 8 times
- Been thanked: 7 times
No dobra, spokojnie i bez paniki. W tym mieście jest od cholery ludzi, którym płacą za ochronę
Broń oczywiście na wszelki wypadek przygotuję (karabin, nóż, rewolwer, wodę i podstawowe rzeczy do plecaka), ale poza tym nie ruszam się z pokoju.
]|[ Innocence Proves Nothing ]|[
Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)
Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)
Siedząc na krawędzi zbutwiałego już nieco łóżka Śmierdziel wpatrywał się z zaciekawieniem w swoje napuchnięte od wilgoci i dłuższego, niż się spodziewał spaceru stopy. Właściwie planował się już kłaść spać. W pomieszczeniu panowała niemalże zupełna ciemność, a jednak swoisty taniec żwawo wyginających się paluchów u nóg podejmował dziarską i bardzo absorbującą batalię z szukającym wyciszenia umysłem. Przez chwilę mutant zupełnie się przy tym zagubił jak gdyby nie potrafił zlokalizować centralnego ośrodka kontroli nad swoim ciałem, jak gdyby krążył on odbijając się swobodnie niczym gumowa piłeczka między stopami, a mózgiem. Wyrównana walka zdawała się przeciągać w nieskończoność powstrzymując Śmierdziela przed nałożeniem różowych, grubych śpiochskarpet do w swoisty sposób rytualnie wybranej żółtej pidżamy w białe łabędzie. Wreszcie ziewnął przeciągle uwalając się bez przytomności na lewym boku, niczym nagle pozbawione zasilania urządzenie.
Alarmowe syreny w mieście znienacka wyrwały mutanta z całkowicie pochłaniającej go jak dotąd operacji zasypiania wypełniając ciemność nocy jękliwym jazgotem i budząc śpiących mieszkańców Commonsów. Powoli i przeciągle wypuszczając ustami powietrze toksyk otworzył oczy pozostając w całkowitym bezruchu. Przez chwilę taksował wzrokiem otoczenie poruszając jedynie samymi gałkami ocznymi, co zmusiło go do pozostawienia całkowicie rujnującej wewnętrzny spokój, ogromnej i niezbadanej większości jego lokum poza tego rodzaju penetracją, dodatkowo jeszcze ograniczoną panującymi ciemnościami.
Wiedział. Po prostu czuł, że ziścił się najgorszy z jego koszmarów, choć umysł nadal protestował wrzeszcząc w myślach, że być może przebudzona właśnie pod czaszką trwoga nie ma odbicia w rzeczywistości.
A jednak! To była Inwazja Wkurwionych Obcych! Bał się jej od tak dawna, że ów lęk traktował jak część siebie. Bał się, bo wiedział, że kiedyś przyjdzie mu zapłacić cenę za sukces, jaki zbił na gnojówce, a którego mocno śmierdzący, fosforyzujący początkowo sekret tkwił na samym jej dnie od pierwszego dnia "życia" mieszanki przybity sztachetą, obciążony kamieniami i przytroczony własnego pomysłu kotwicą. Odkąd umieścił tam ufola obawiał się z nienaturalną przy tym, zarazem nęcącą w jakiś dziwny sposób jego myśli pasją, że kiedyś przyjdą po niego żądni zemsty kosmiczni ziomale "JIMA", tak jak niegrzeczne dziecko depczące mrówki boi się zemsty tychże owadów we śnie.
Tymczasem IWO JIMA (Inwazja Wkurwionych Obcych Jima) stawała się faktem, a Śmierdziel wciąż leżał w bezruchu, sparaliżowany trwogą. Niczego nie widział, a odległe wycie syren zagłuszało wszystko to, co mogło być szmerem skradających się w ciemności szaroskórych zboczeńców, którzy przemierzyli cały kosmos by go poszatkować, albo porwać, zabrać na pokład statku kosmicznego i wkładać mu różne przedmioty do tyłka. W sumie z tym ostatnim to nie wydawało się aż takie straszne, bo swego czasu zastanawiał się nad możliwościami odwrócenia procesu tzw stawiania klocka i trochę eksperymentował, toteż natychmiast porzucił myśli, które w jego mniemaniu nie były teraz dość przerażające, by je pielęgnować. Toksyk był ucieleśnieniem lęków, był awatarem niespokojnych myśli, toteż najbardziej pewnie, niczym na własnej bezpiecznej wyspie umysłu czuł się tylko wtedy, kiedy nie było bezpiecznie, bo bardzo się bał. Obecnie jednak prócz sygnału alarmowego wciąż nie poczuł niczego niezwykłego. A jednak wiedział! Wiedział, że gdzieś tam w mroku jego altany czaił się jakiś straszny, złowrogi potwór z innej planety. Prawdopodobnie niewidzialny stał teraz tuż za łóżkiem rozdziawiając najeżoną kłami, ociekającą śliną paszczę kilka cali od jego karku. Lada chwila miał poczuć kwaśny, gorący oddech tego czegoś omiatający jego twarz w ostatnim w życiu Śmierdziela akcie przerażenia, by zaraz potem zabrać jego martwe ciało na pokład statku gwiezdnego i wsadzać w zadek te wszystkie ciekawe rzeczy, o których zdążył przed chwilą pomyśleć. Był niemal pewny, że bestia czai się teraz i obserwuje go tylko po to, by się poruszył i zdradził, że jednak nie śpi, bo chciała by był świadomy chwili swojej śmierci. I wtedy, zdradzony i wydany na pastwę losu przez własne ciało mutant poczuł niekontrolowany, narastający dreszcz przechodzący w niemożliwe do opanowania drżenie rąk i nóg wspomagane rytmicznie wystukiwanym przez resztki zębów glissando.
Przygarbiona, poskręcana postać mutanta wyprostowała się na łóżku. Sztywno, niczym robot Śmierdziel podniósł się na stopy, które nieświadome powagi sytuacji zafalowały swawolnie paluchami, jak wieki temu, kiedy tego wieczora kładł się spać. Potwór w mroku stąpał za toksykiem w ciemnościach, lecz dziecię gnoju postanowiło nie odwracać się, by nie dawać mu rozrywki swym przerażeniem (a może po prostu na wszelki wypadek, by nic w owej ciemności nie dostrzec).
Wolnym, sztywnym krokiem ofiara doszła do gramofonu. Śmierdziel westchnął ciężko godząc się ze swym losem, przez moment spojrzał jeszcze kątem oka w ogarnięte ciemnościami miejsce, w którym powinna spoczywać jego lala puszczając pożegnalne mrugnięcie. Uniósł iglę i nastawił płytę na odpowiedni, jak sądził kawałek, by nie dokonać żywota przy dźwięku własnych gruchotanych kości (co byłoby tak straszne, że pewnie by od tego umarł).
Igła ze skrzypnięciem delikatnie opadła na powierzchnię analogu. Toksyk odwrócił się z godnością spoglądając w otchłań.
Alarmowe syreny w mieście znienacka wyrwały mutanta z całkowicie pochłaniającej go jak dotąd operacji zasypiania wypełniając ciemność nocy jękliwym jazgotem i budząc śpiących mieszkańców Commonsów. Powoli i przeciągle wypuszczając ustami powietrze toksyk otworzył oczy pozostając w całkowitym bezruchu. Przez chwilę taksował wzrokiem otoczenie poruszając jedynie samymi gałkami ocznymi, co zmusiło go do pozostawienia całkowicie rujnującej wewnętrzny spokój, ogromnej i niezbadanej większości jego lokum poza tego rodzaju penetracją, dodatkowo jeszcze ograniczoną panującymi ciemnościami.
Wiedział. Po prostu czuł, że ziścił się najgorszy z jego koszmarów, choć umysł nadal protestował wrzeszcząc w myślach, że być może przebudzona właśnie pod czaszką trwoga nie ma odbicia w rzeczywistości.
A jednak! To była Inwazja Wkurwionych Obcych! Bał się jej od tak dawna, że ów lęk traktował jak część siebie. Bał się, bo wiedział, że kiedyś przyjdzie mu zapłacić cenę za sukces, jaki zbił na gnojówce, a którego mocno śmierdzący, fosforyzujący początkowo sekret tkwił na samym jej dnie od pierwszego dnia "życia" mieszanki przybity sztachetą, obciążony kamieniami i przytroczony własnego pomysłu kotwicą. Odkąd umieścił tam ufola obawiał się z nienaturalną przy tym, zarazem nęcącą w jakiś dziwny sposób jego myśli pasją, że kiedyś przyjdą po niego żądni zemsty kosmiczni ziomale "JIMA", tak jak niegrzeczne dziecko depczące mrówki boi się zemsty tychże owadów we śnie.
Tymczasem IWO JIMA (Inwazja Wkurwionych Obcych Jima) stawała się faktem, a Śmierdziel wciąż leżał w bezruchu, sparaliżowany trwogą. Niczego nie widział, a odległe wycie syren zagłuszało wszystko to, co mogło być szmerem skradających się w ciemności szaroskórych zboczeńców, którzy przemierzyli cały kosmos by go poszatkować, albo porwać, zabrać na pokład statku kosmicznego i wkładać mu różne przedmioty do tyłka. W sumie z tym ostatnim to nie wydawało się aż takie straszne, bo swego czasu zastanawiał się nad możliwościami odwrócenia procesu tzw stawiania klocka i trochę eksperymentował, toteż natychmiast porzucił myśli, które w jego mniemaniu nie były teraz dość przerażające, by je pielęgnować. Toksyk był ucieleśnieniem lęków, był awatarem niespokojnych myśli, toteż najbardziej pewnie, niczym na własnej bezpiecznej wyspie umysłu czuł się tylko wtedy, kiedy nie było bezpiecznie, bo bardzo się bał. Obecnie jednak prócz sygnału alarmowego wciąż nie poczuł niczego niezwykłego. A jednak wiedział! Wiedział, że gdzieś tam w mroku jego altany czaił się jakiś straszny, złowrogi potwór z innej planety. Prawdopodobnie niewidzialny stał teraz tuż za łóżkiem rozdziawiając najeżoną kłami, ociekającą śliną paszczę kilka cali od jego karku. Lada chwila miał poczuć kwaśny, gorący oddech tego czegoś omiatający jego twarz w ostatnim w życiu Śmierdziela akcie przerażenia, by zaraz potem zabrać jego martwe ciało na pokład statku gwiezdnego i wsadzać w zadek te wszystkie ciekawe rzeczy, o których zdążył przed chwilą pomyśleć. Był niemal pewny, że bestia czai się teraz i obserwuje go tylko po to, by się poruszył i zdradził, że jednak nie śpi, bo chciała by był świadomy chwili swojej śmierci. I wtedy, zdradzony i wydany na pastwę losu przez własne ciało mutant poczuł niekontrolowany, narastający dreszcz przechodzący w niemożliwe do opanowania drżenie rąk i nóg wspomagane rytmicznie wystukiwanym przez resztki zębów glissando.
Przygarbiona, poskręcana postać mutanta wyprostowała się na łóżku. Sztywno, niczym robot Śmierdziel podniósł się na stopy, które nieświadome powagi sytuacji zafalowały swawolnie paluchami, jak wieki temu, kiedy tego wieczora kładł się spać. Potwór w mroku stąpał za toksykiem w ciemnościach, lecz dziecię gnoju postanowiło nie odwracać się, by nie dawać mu rozrywki swym przerażeniem (a może po prostu na wszelki wypadek, by nic w owej ciemności nie dostrzec).
Wolnym, sztywnym krokiem ofiara doszła do gramofonu. Śmierdziel westchnął ciężko godząc się ze swym losem, przez moment spojrzał jeszcze kątem oka w ogarnięte ciemnościami miejsce, w którym powinna spoczywać jego lala puszczając pożegnalne mrugnięcie. Uniósł iglę i nastawił płytę na odpowiedni, jak sądził kawałek, by nie dokonać żywota przy dźwięku własnych gruchotanych kości (co byłoby tak straszne, że pewnie by od tego umarł).
Igła ze skrzypnięciem delikatnie opadła na powierzchnię analogu. Toksyk odwrócił się z godnością spoglądając w otchłań.
podkładzik pod mającą za chwilę nastąpić straszliwą scenę śmierci Śmierdziela: https://youtu.be/GeisCvjwBMo
Ostatnio zmieniony 21 maja 2018, 21:06 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.
Malauk winien mie? opisan? w bestiariuszu cech? specjaln?- Malauckie szcz??cie.
Opis- masz szcz??cie, jeste? Malaukiem.
Opis- masz szcz??cie, jeste? Malaukiem.
-
Nanatar
- Reactions:
- Posty: 641
- Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 155 times
- Been thanked: 116 times
[bcolor=#000066][center]Cedar Creek, dwie godziny do świtu [/center][/bcolor]
Białowłosy Indianin trafnie znalazł legowisko grzechotników, braki w doświadczeniu nadrabiał cierpliwością. Obserwował gady trzy noce, namierzył gniazdo, teraz wyciągał śpiące przed świtem węże. W worku miał już pięć martwych, ale chciał wziąć przynajmniej jednego żywcem, by później ściągnąć mu jad. Właśnie zakładał gadzinie pętlę, chcąc wpakować go do plecionego kosza, gdy rześkie powietrze przedświtu wypełniło nieznośne wycie syren. Duch stracił na chwilę koncentrację i przed ukąszeniem uchronił go wojskowy trep opinający stopę. Wąż wywinął się i ukrył w leżu. To był koniec polowania. Reszcie węży się upiekło, przynajmniej do kolejnej nocy. Albinos udał się do swego lokum, będącego na szczęście niedaleko.
Dochodząc już do blaszaka pomyślał, że może zdążył by jeszcze przed ranem wpaść do Slammera. Lepiej było jednak wziąć jakiś płaszcz na dzień i gogle, gdyby się zasiedział. Przekonał się zaraz, że słusznie zrobił wracając najpierw do nory, na posesji bowiem kręciło się trzech knypków. Przyspieszył kroku, ale nie dane mu było spostrzec twarzy choćby jednego. Rabusie spostrzegli go i zniknęli w ciasnym labiryncie blaszaków. Duch dobrze znał tych gówniarzy, rozpoznał ich szefa po pumfiastych spodniach i durnym kapelusiku.
Chuligani przewrócili tylko stelaż z płachtą, dającą cień w dzień, a zbierającą wilgoć o poranku. Do nory się nie dostali. Indianin wszedł do blaszaka, zanurzył ręce w kilku krowich plackach, pokrywających niby polewa stare narzędzia, palce wyczuły zaczep, zwolnił stalową linkę. Nieco śmierdzący odkręcił właz i zszedł do domu. Panowały tam przyjemny świeży chłód i dziarska wilgoć. Zakręcił właz od dołu. Szybko spakował potrzebne w sytuacji kryzysowej rzeczy, zarzucił na plecy worek z wężami mażąc, że uraczy kumpli śniadaniem.
Wzrok zatrzymał na chwilę na kanistrze z benzyną, myśląc jak głupią obietnicę złożył przyjmując go. Za dwa księżyce powróci Koło i wtedy już zażąda, żeby z nim pojechać. Może to będzie naprawdę dobry interes, przeszło mu przez myśl. Kolektyw Chemików to poważna organizacja. Na wszelki wypadek ukrył kanister w małym basenie na samym dnie zbiornika, gdzie odsączał wodę z rozwiniętych nocą na zewnątrz płacht materiału. Wody miał już sporo, choć nie była dobrej jakości. Mógłby hodować warzywa, ale rośliny potrzebują słońca, a w norze panuje wieczna noc, za to idealnym kandydatem mogły by być grzyby. Potrzebują, gówna, ciepła i wilgoci. Gówno przypomniało mu o Śmierdzielu i nagłej potrzebie odwiedzenia przyjaciela. W takich niepewnych chwilach jak te, człowiek lepiej się czuje, jak ma koło siebie kogoś..kogokolwiek znajomego. Albinos wyszedł na powierzchnię, napiął linkę w bajorku kup i starych narzędzi.
Na wschodzie noc całowała poranek. Duchowi też zamarzył się pocałunek, lecz pamiętał, że nieostrożni najczęściej całują śmierć, rozpustną kochankę.
Białowłosy Indianin trafnie znalazł legowisko grzechotników, braki w doświadczeniu nadrabiał cierpliwością. Obserwował gady trzy noce, namierzył gniazdo, teraz wyciągał śpiące przed świtem węże. W worku miał już pięć martwych, ale chciał wziąć przynajmniej jednego żywcem, by później ściągnąć mu jad. Właśnie zakładał gadzinie pętlę, chcąc wpakować go do plecionego kosza, gdy rześkie powietrze przedświtu wypełniło nieznośne wycie syren. Duch stracił na chwilę koncentrację i przed ukąszeniem uchronił go wojskowy trep opinający stopę. Wąż wywinął się i ukrył w leżu. To był koniec polowania. Reszcie węży się upiekło, przynajmniej do kolejnej nocy. Albinos udał się do swego lokum, będącego na szczęście niedaleko.
Dochodząc już do blaszaka pomyślał, że może zdążył by jeszcze przed ranem wpaść do Slammera. Lepiej było jednak wziąć jakiś płaszcz na dzień i gogle, gdyby się zasiedział. Przekonał się zaraz, że słusznie zrobił wracając najpierw do nory, na posesji bowiem kręciło się trzech knypków. Przyspieszył kroku, ale nie dane mu było spostrzec twarzy choćby jednego. Rabusie spostrzegli go i zniknęli w ciasnym labiryncie blaszaków. Duch dobrze znał tych gówniarzy, rozpoznał ich szefa po pumfiastych spodniach i durnym kapelusiku.
Chuligani przewrócili tylko stelaż z płachtą, dającą cień w dzień, a zbierającą wilgoć o poranku. Do nory się nie dostali. Indianin wszedł do blaszaka, zanurzył ręce w kilku krowich plackach, pokrywających niby polewa stare narzędzia, palce wyczuły zaczep, zwolnił stalową linkę. Nieco śmierdzący odkręcił właz i zszedł do domu. Panowały tam przyjemny świeży chłód i dziarska wilgoć. Zakręcił właz od dołu. Szybko spakował potrzebne w sytuacji kryzysowej rzeczy, zarzucił na plecy worek z wężami mażąc, że uraczy kumpli śniadaniem.
Wzrok zatrzymał na chwilę na kanistrze z benzyną, myśląc jak głupią obietnicę złożył przyjmując go. Za dwa księżyce powróci Koło i wtedy już zażąda, żeby z nim pojechać. Może to będzie naprawdę dobry interes, przeszło mu przez myśl. Kolektyw Chemików to poważna organizacja. Na wszelki wypadek ukrył kanister w małym basenie na samym dnie zbiornika, gdzie odsączał wodę z rozwiniętych nocą na zewnątrz płacht materiału. Wody miał już sporo, choć nie była dobrej jakości. Mógłby hodować warzywa, ale rośliny potrzebują słońca, a w norze panuje wieczna noc, za to idealnym kandydatem mogły by być grzyby. Potrzebują, gówna, ciepła i wilgoci. Gówno przypomniało mu o Śmierdzielu i nagłej potrzebie odwiedzenia przyjaciela. W takich niepewnych chwilach jak te, człowiek lepiej się czuje, jak ma koło siebie kogoś..kogokolwiek znajomego. Albinos wyszedł na powierzchnię, napiął linkę w bajorku kup i starych narzędzi.
Na wschodzie noc całowała poranek. Duchowi też zamarzył się pocałunek, lecz pamiętał, że nieostrożni najczęściej całują śmierć, rozpustną kochankę.
Jeśli zajdzie potrzeba wypiszę ekwipunek. Duch chciałby się udać do Slammera.
MG:
MG:
Spoiler!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Knajpa Slammera, dwie godziny do świtu
Coraz więcej ludzi pojawiało się w oknach blaszanych budowli, jeszcze więcej wychynęło na płaskie dachy dyskutując niespokojnie na temat nieoczekiwanego alarmu. Czujne oko stojącej na balkonie Osy wychwyciło trzymaną w pogotowiu broń sąsiadów, ona sama też zresztą wsunęła za pas spodni rewolwer.
- To nie nalot - powiedział wuj - Nie słychać żadnych silników.
Tropicielka nic nie odpowiedziała, chociaż wizja radzieckiego nalotu wydała jej się skrajnie niewiarygodna. Od kilku lat w okolicach Cedar Creek nie widziano żadnego latającego obiektu, ani samolotu z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach ani tym bardziej srebrzystego spodka kosmitów. Mający własne kłopoty z zapleczem technicznym komuniści woleli wysyłać bombowce nad linię frontu w sąsiednim stanie, misję szerzenia terroru na tyłach Amerykanów zrzucając na barki sabotażystów oraz hodowanych przez przerażających laboratoriach mutantów. Osa miała swoją własną teorię na temat źródła alarmu, ale nie zdążyła jej wygłosić, chwilę potem zatrzeszczały bowiem metalowe głośniki rozwieszone tu i ówdzie w labiryncie Commonsów.
- Alarm przeciwpożarowy dla Placu Eisenhowera i przyległości! - ogłosił opanowany męski głos należący do któregoś z nocnych spikerów dyżurujących w studiu radiowęzła - Zarządzam ewakuację strefy piętnastej! Wszystkie drużyny strażackie stawią się natychmiast na Placu Eisenhowera! Obywateli spoza strefy piętnastej zobowiązuje się do pozostania w domach! Utrudnianie pracy strażaków będzie uznane za poważne wykroczenie! Powtarzam, alarm przeciwpożarowy dla Placu Eisenhowera!
Osa odetchnęła z pewną ulgą. Wzmiankowany przez spikera rejon znajdował się w głównej części miasta, pomiędzy centrum, a południowym wałem Cedar Creek. Rudowłosa nie widziała powodów ku temu, by martwić się o los mieszkających tam ludzi, wszyscy bowiem wiedli życie na dużo wyższej stopie niż ona sama.
- Czternaście czarny dla gwiazdy północy! - w głośnikach odezwał się inny spiker - Podwójna dwunastka. Zielone światło dla Lucy. Ed i Sherry równolegle.
Osa nie przysłuchiwała się ciągowi pozornie przypadkowych słów. Wiedziała, że komunikaty te - wygłaszane od czasu do czasu przez radiowęzeł - były w istocie zaszyfrowanym przekazem dla niektórych miejskich służb, przede wszystkim oddziałów bezpieczeństwa i porządkowych.
Studio powtórzyło jeszcze dwukrotnie ogłoszenie, po czym głośniki ucichły i w powietrzu ponownie zakrólowały alarmowe syreny. Wspinająca się na czubki palców Osa dostrzegła ponad dachami miasta leciutką rudą poświatę zdradzającą miejsce pożaru.
I odniosła wrażenie, że bynajmniej nie płonął tam samotny kontener ze śmieciami.
Coraz więcej ludzi pojawiało się w oknach blaszanych budowli, jeszcze więcej wychynęło na płaskie dachy dyskutując niespokojnie na temat nieoczekiwanego alarmu. Czujne oko stojącej na balkonie Osy wychwyciło trzymaną w pogotowiu broń sąsiadów, ona sama też zresztą wsunęła za pas spodni rewolwer.
- To nie nalot - powiedział wuj - Nie słychać żadnych silników.
Tropicielka nic nie odpowiedziała, chociaż wizja radzieckiego nalotu wydała jej się skrajnie niewiarygodna. Od kilku lat w okolicach Cedar Creek nie widziano żadnego latającego obiektu, ani samolotu z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach ani tym bardziej srebrzystego spodka kosmitów. Mający własne kłopoty z zapleczem technicznym komuniści woleli wysyłać bombowce nad linię frontu w sąsiednim stanie, misję szerzenia terroru na tyłach Amerykanów zrzucając na barki sabotażystów oraz hodowanych przez przerażających laboratoriach mutantów. Osa miała swoją własną teorię na temat źródła alarmu, ale nie zdążyła jej wygłosić, chwilę potem zatrzeszczały bowiem metalowe głośniki rozwieszone tu i ówdzie w labiryncie Commonsów.
- Alarm przeciwpożarowy dla Placu Eisenhowera i przyległości! - ogłosił opanowany męski głos należący do któregoś z nocnych spikerów dyżurujących w studiu radiowęzła - Zarządzam ewakuację strefy piętnastej! Wszystkie drużyny strażackie stawią się natychmiast na Placu Eisenhowera! Obywateli spoza strefy piętnastej zobowiązuje się do pozostania w domach! Utrudnianie pracy strażaków będzie uznane za poważne wykroczenie! Powtarzam, alarm przeciwpożarowy dla Placu Eisenhowera!
Osa odetchnęła z pewną ulgą. Wzmiankowany przez spikera rejon znajdował się w głównej części miasta, pomiędzy centrum, a południowym wałem Cedar Creek. Rudowłosa nie widziała powodów ku temu, by martwić się o los mieszkających tam ludzi, wszyscy bowiem wiedli życie na dużo wyższej stopie niż ona sama.
- Czternaście czarny dla gwiazdy północy! - w głośnikach odezwał się inny spiker - Podwójna dwunastka. Zielone światło dla Lucy. Ed i Sherry równolegle.
Osa nie przysłuchiwała się ciągowi pozornie przypadkowych słów. Wiedziała, że komunikaty te - wygłaszane od czasu do czasu przez radiowęzeł - były w istocie zaszyfrowanym przekazem dla niektórych miejskich służb, przede wszystkim oddziałów bezpieczeństwa i porządkowych.
Studio powtórzyło jeszcze dwukrotnie ogłoszenie, po czym głośniki ucichły i w powietrzu ponownie zakrólowały alarmowe syreny. Wspinająca się na czubki palców Osa dostrzegła ponad dachami miasta leciutką rudą poświatę zdradzającą miejsce pożaru.
I odniosła wrażenie, że bynajmniej nie płonął tam samotny kontener ze śmieciami.
Spokojnie, to tylko alarm przeciwpożarowy! Mam nadzieję, że Wam ulżyło!
Ja pierdziu.... jak pisałem, co robi Śmierdziel, to w pierwszym momencie miałem pomysł, że w reakcji na inwazję kosmitów bierze miotacz ognia i biegnie na rynek główny spalić łotrostwo.... Chyba gówniana opatrzność ocaliła toksyka przed tym wpisem, bo w tych okolicznościach ciężko by mu było się wytłumaczyć (o braku umiejętności mówienia nawet nie wspomnę).
...eee...
Czy fakt, że teraz nabrałem trudnej do powstrzymania ochoty, by takie działanie zadeklarować świadczy o braku instynktu samozachowawczego?
...eee...
Czy fakt, że teraz nabrałem trudnej do powstrzymania ochoty, by takie działanie zadeklarować świadczy o braku instynktu samozachowawczego?
Malauk winien mie? opisan? w bestiariuszu cech? specjaln?- Malauckie szcz??cie.
Opis- masz szcz??cie, jeste? Malaukiem.
Opis- masz szcz??cie, jeste? Malaukiem.