Siedząc na krawędzi zbutwiałego już nieco łóżka Śmierdziel wpatrywał się z zaciekawieniem w swoje napuchnięte od wilgoci i dłuższego, niż się spodziewał spaceru stopy. Właściwie planował się już kłaść spać. W pomieszczeniu panowała niemalże zupełna ciemność, a jednak swoisty taniec żwawo wyginających się paluchów u nóg podejmował dziarską i bardzo absorbującą batalię z szukającym wyciszenia umysłem. Przez chwilę mutant zupełnie się przy tym zagubił jak gdyby nie potrafił zlokalizować centralnego ośrodka kontroli nad swoim ciałem, jak gdyby krążył on odbijając się swobodnie niczym gumowa piłeczka między stopami, a mózgiem. Wyrównana walka zdawała się przeciągać w nieskończoność powstrzymując Śmierdziela przed nałożeniem różowych, grubych śpiochskarpet do w swoisty sposób rytualnie wybranej żółtej pidżamy w białe łabędzie. Wreszcie ziewnął przeciągle uwalając się bez przytomności na lewym boku, niczym nagle pozbawione zasilania urządzenie.
Alarmowe syreny w mieście znienacka wyrwały mutanta z całkowicie pochłaniającej go jak dotąd operacji zasypiania wypełniając ciemność nocy jękliwym jazgotem i budząc śpiących mieszkańców Commonsów. Powoli i przeciągle wypuszczając ustami powietrze toksyk otworzył oczy pozostając w całkowitym bezruchu. Przez chwilę taksował wzrokiem otoczenie poruszając jedynie samymi gałkami ocznymi, co zmusiło go do pozostawienia całkowicie rujnującej wewnętrzny spokój, ogromnej i niezbadanej większości jego lokum poza tego rodzaju penetracją, dodatkowo jeszcze ograniczoną panującymi ciemnościami.
Wiedział. Po prostu czuł, że ziścił się najgorszy z jego koszmarów, choć umysł nadal protestował wrzeszcząc w myślach, że być może przebudzona właśnie pod czaszką trwoga nie ma odbicia w rzeczywistości.
A jednak! To była Inwazja Wkurwionych Obcych! Bał się jej od tak dawna, że ów lęk traktował jak część siebie. Bał się, bo wiedział, że kiedyś przyjdzie mu zapłacić cenę za sukces, jaki zbił na gnojówce, a którego mocno śmierdzący, fosforyzujący początkowo sekret tkwił na samym jej dnie od pierwszego dnia "życia" mieszanki przybity sztachetą, obciążony kamieniami i przytroczony własnego pomysłu kotwicą. Odkąd umieścił tam ufola obawiał się z nienaturalną przy tym, zarazem nęcącą w jakiś dziwny sposób jego myśli pasją, że kiedyś przyjdą po niego żądni zemsty kosmiczni ziomale "JIMA", tak jak niegrzeczne dziecko depczące mrówki boi się zemsty tychże owadów we śnie.
Tymczasem IWO JIMA (Inwazja Wkurwionych Obcych Jima) stawała się faktem, a Śmierdziel wciąż leżał w bezruchu, sparaliżowany trwogą. Niczego nie widział, a odległe wycie syren zagłuszało wszystko to, co mogło być szmerem skradających się w ciemności szaroskórych zboczeńców, którzy przemierzyli cały kosmos by go poszatkować, albo porwać, zabrać na pokład statku kosmicznego i wkładać mu różne przedmioty do tyłka. W sumie z tym ostatnim to nie wydawało się aż takie straszne, bo swego czasu zastanawiał się nad możliwościami odwrócenia procesu tzw stawiania klocka i trochę eksperymentował, toteż natychmiast porzucił myśli, które w jego mniemaniu nie były teraz dość przerażające, by je pielęgnować. Toksyk był ucieleśnieniem lęków, był awatarem niespokojnych myśli, toteż najbardziej pewnie, niczym na własnej bezpiecznej wyspie umysłu czuł się tylko wtedy, kiedy nie było bezpiecznie, bo bardzo się bał. Obecnie jednak prócz sygnału alarmowego wciąż nie poczuł niczego niezwykłego. A jednak wiedział! Wiedział, że gdzieś tam w mroku jego altany czaił się jakiś straszny, złowrogi potwór z innej planety. Prawdopodobnie niewidzialny stał teraz tuż za łóżkiem rozdziawiając najeżoną kłami, ociekającą śliną paszczę kilka cali od jego karku. Lada chwila miał poczuć kwaśny, gorący oddech tego czegoś omiatający jego twarz w ostatnim w życiu Śmierdziela akcie przerażenia, by zaraz potem zabrać jego martwe ciało na pokład statku gwiezdnego i wsadzać w zadek te wszystkie ciekawe rzeczy, o których zdążył przed chwilą pomyśleć. Był niemal pewny, że bestia czai się teraz i obserwuje go tylko po to, by się poruszył i zdradził, że jednak nie śpi, bo chciała by był świadomy chwili swojej śmierci. I wtedy, zdradzony i wydany na pastwę losu przez własne ciało mutant poczuł niekontrolowany, narastający dreszcz przechodzący w niemożliwe do opanowania drżenie rąk i nóg wspomagane rytmicznie wystukiwanym przez resztki zębów glissando.
Przygarbiona, poskręcana postać mutanta wyprostowała się na łóżku. Sztywno, niczym robot Śmierdziel podniósł się na stopy, które nieświadome powagi sytuacji zafalowały swawolnie paluchami, jak wieki temu, kiedy tego wieczora kładł się spać. Potwór w mroku stąpał za toksykiem w ciemnościach, lecz dziecię gnoju postanowiło nie odwracać się, by nie dawać mu rozrywki swym przerażeniem (a może po prostu na wszelki wypadek, by nic w owej ciemności nie dostrzec).
Wolnym, sztywnym krokiem ofiara doszła do gramofonu. Śmierdziel westchnął ciężko godząc się ze swym losem, przez moment spojrzał jeszcze kątem oka w ogarnięte ciemnościami miejsce, w którym powinna spoczywać jego lala puszczając pożegnalne mrugnięcie. Uniósł iglę i nastawił płytę na odpowiedni, jak sądził kawałek, by nie dokonać żywota przy dźwięku własnych gruchotanych kości (co byłoby tak straszne, że pewnie by od tego umarł).
Igła ze skrzypnięciem delikatnie opadła na powierzchnię analogu. Toksyk odwrócił się z godnością spoglądając w otchłań.