: 13 kwietnia 2015, 09:00
Kyband połączył się przez radio z obozem i krótko potem do grupy dołączył Hehteng. Jego futro było zmatowiałe i cuchnęło potem, z pyska zwisał opuchnięty jęzor. Kiedy odzywał się w niskim gotyku, wydawane przez niego dźwięki przywodziły na myśl warczenie kundla zaciskającego zęby na kawałku kości, jednakże Kyband znał go dostatecznie długo, aby rozumieć ów specyficzny żargon.
- Salton i Xuber są zbyt chorzy, by podnieść się z łóżka - przetłumaczył - Robaki są już we wnętrznościach Saltona. Wykrwawia się.
- Przyjąłem do wiadomości - odparł Molotch. Hehteng przyniósł ze sobą radiowy kontroler automatów strażniczych. Molotch zabrał mu urządzenie i przestudiował wzrokiem odczyty na niewielkim ekraniku. Żaden z automatów rozstawionych wokół obozu i stanowisk badawczych nie został uaktywniony.
- To mi wygląda na fałszywy alarm - powiedział po chwili - ale sprawdzimy je po kolei.
Ruszyli spieczoną słońcem białą ścieżką biegnącą pomiędzy filarami ku czarnej ścianie dżungli. Molotch tęsknił za swoimi przeciwsłonecznymi okularami, bolały go oczy. Jaskrawe słońce stało wysoko na niebie, lustrzaki zataczały w górze szerokie kręgi unoszone prądami ciepłego powietrza.
Weszli w duszący półmrok dżungli, promienie słońca z trudem przebijały się przez kopułę czarnych mięsistych liści i kubkowatych kwiatów. Gęste powietrze pełne było much nte oraz dużych zielonych żuków zbierających kwietny nektar, przesycała je woń zgnilizny.
Najemnicy rozproszyli się nieco, ich ciężkie buty miażdżyły soczyste pędy roślin. Molotch spojrzał w górę, gdzie przeplatała się ze sobą szachownica oślepiająco białego światła i czerni drzewnych koron; zdjął z głowy kapelusz podnosząc rękę, by otrzeć nią mokrą od potu czaszkę.
Kątem oka dostrzegł jakiś rozbłysk, usłyszał wizg ciętego powietrza, po czym świat zawirował w jego głowie.
Odzyskawszy zdolność logicznego myślenia spostrzegł, że leży na plecach, z mokrą twarzą. Ociężały umysł sprawiał wrażenie sparaliżowanego, prawe udo zdrętwiało mu niemal całkowicie. Ponad jego głową rozpościerała się znana już szachownica bieli i czerni. Dwie krechy laserowej energii, obie przypominające wydłużone groty włóczni długości ludzkiego ramienia, przecięły powietrze ponad jego ciałem.
Usłyszał zduszone, zaskoczone głosy ludzi - ryk Nunga, krzyk Kybanda - potem głuchy huk wystrzałów z boltowego pistoletu. Ich trzask utonął niemal natychmiast w zgrzytliwym wysokim tonie serii oddanej z karabinu pulsacyjnego.
Molotch uniósł się lekko na łokciach. Jego ciało pokryte było warstwą sproszkowanego drewna i świeżego kleistego soku. W swoim udzie dostrzegł dziurę wielkości dna butelki, drapieżne gąsienice i muchy już zdążyły się do niej przedostać.
- Boże-Imperatorze... - wydyszał z trudem i wczołgał się za opasły pniak. Kanonada z broni laserowej przybrała na sile, wiązki światła szatkowały leśne poszycie obracając w parę pnie drzew i liście. Kyband tkwił w gęstych chaszczach, odpowiadał ogniem z boltowego pistoletu, stojący nad nim Emmings omiatał tropikalny gąszcz seriami wystrzeliwanymi z jego ukochanego karabinu pulsacyjnego. Według rachunków poczynionych przez Molotcha, Emmings miał na swoim koncie czterdziestu pięciu ludzi, jedenastu Tau, dwudziestu trzech zielonoskórych i pięciu Eldarów. Zabił ich wszystkich posługując się gwardyjskim karabinem snajperskim, ale od chwili, kiedy w jego ręce trafił zdobyczny pulsar, weteran pokochał go bezgranicznie.
Nung wreszcie udowodnił, że też czuje ból. Ogryn został zwalony z nóg pierwszą salwą, podobnie jak sam Molotch. Ryczał donośnie, a krew bryzgała z wielkiej dziury wyrwanej w jego muskularnym torsie. Molotch podczołgał się do niego, spojrzał uważniej na obrażenia Nunga. Ogryn był w kiepskim stanie. Inne trafienie, zaledwie draśnięcie, rozerwało skórę na zainfekowanym policzku olbrzyma i dziesiątki malutkich larw wysypywały się teraz gradem na kark i ramię Nunga. Molotch zaaplikował mu jednorazowy zastrzyk ze środkiem uśmierzającym ból.
- Rusz się! Rusz się, Nung! - krzyknął.
Ogryn przestał ryczeć. Spojrzał na Molotcha wzrokiem, w którym gorzało coś na podobieństwo wdzięczności, przewrócił się na brzuch i pobiegł na czworakach w stronę najbliższego przewróconego pnia drzewa. Znalazłszy się w kryjówce sięgnął po noszony w futerale na plecach karabin maszynowy Korsk 50. Olbrzym miał przy pasie trzy ciężkie bębnowe magazynki, powieszone tak jakby to były manierki z wodą. Jego wielkie grube palce nieporadnie wepchnęły pierwszy z nich do cekaemu.
Udało się. Karabin przemówił z ogłuszającym rykiem, jęzory ognia wystrzeliły z obracających się błyskawicznie luf rotora. Broń wydawała z siebie głuchy dźwięk wystrzałów przemieszany z metalicznym szczękiem amunicyjnego podajnika, kaskada dymiących łusek sypała się na wszystkie strony niknąć pośród dywanu roślinności.
Lawina stali i ognia odarła dżunglę z poszycia na sporym jej dystansie, obracając drzewa, krzewy i pnącza w parującą miazgę i unoszącą się w powietrzu wilgotną mgiełkę. Laserowa kanonada umilkła z miejsca.
- Biegiem! - krzyknął Molotch - Do obozu!
Wszyscy zaczęli biec poprzez gęstwinę, łamiąc gałęzie, depcząc krzewy. Molotch nie dostrzegał nigdzie Lynty, na przód grupy wysunął się Emmings. Mężczyzna jako pierwszy wypadł na odkrytą przestrzeń.
- Ruszcie się! - wrzasnął odwracając twarz w stronę reszty najemników i ponaglając ich machnięciem ręki.
Jego głowa odskoczyła w bok z trzaskiem, całe ciało zadrżało konwulsyjnie pod wpływem silnego uderzenia. Nim jeszcze stopy mężczyzny oderwały się od pylistej ziemi, pokrytej warstwą sproszkowanej białej skały, jego czaszka zaczęła się deformować, tracić swój kształt. Eksplodowała w ułamku sekundy i ciało Emmingsa runęło niczym złożone ostrze scyzoryka. Molotch dostrzegł postać człowieka dzierżącego boltowy pistolet, chowającego się z powrotem za jeden z kamiennych filarów. Napastnik był widoczny zaledwie przez moment, ale Molotch z miejsca go rozpoznał.
Ten cholerny śledczy, Thonius. A więc jednak wpadli na jego trop. Thonius, jego kompani i ich po trzykroć przeklęty mistrz.
Nung wygramolił się z chaszczy i zasypał najbliższe filary strumieniem stali. Powietrze zgęstniało od drobinek kamienistego pyłu i kawałków rozbitego kwarcu. Molotch minął ogryna, wyszarpnął z zaciśniętych kurczowo dłoni Emmingsa upstrzony kroplami krwi pulsacyjny karabin.
- Gdzie on jest? - Lynta znalazła się znienacka za plecami Molotcha, w ręce trzymała swój pistolet - To był ten skurwysyn Thonius, tak?! Widziałam go!
- Jest gdzieś tam... - wskazał palcem Molotch.
- Przyduś go! - krzyknęła do Nunga Lynta, po czym zaczęła biec we wskazanym kierunku.
Nung kochał Lyntę bezgranicznie. Wykonał jej rozkaz bez wahania, omiatając filary seriami pocisków, zasypując ziemię dymiącymi łuskami. Chmura pyłu unosząca się nad ostrzeliwanym przez ogryna obszarem zgęstniała jeszcze bardziej.
Lynta przepadła bez śladu za jednym z filarów. Straciwszy ją z oczu Molotch pobiegł w swoją stronę. Na skraju dżungli pojawili się Kyband i Hehteng.
- Do obozu! - wrzasnął w ich stronę Molotch - Nung, za mną!
- Salton i Xuber są zbyt chorzy, by podnieść się z łóżka - przetłumaczył - Robaki są już we wnętrznościach Saltona. Wykrwawia się.
- Przyjąłem do wiadomości - odparł Molotch. Hehteng przyniósł ze sobą radiowy kontroler automatów strażniczych. Molotch zabrał mu urządzenie i przestudiował wzrokiem odczyty na niewielkim ekraniku. Żaden z automatów rozstawionych wokół obozu i stanowisk badawczych nie został uaktywniony.
- To mi wygląda na fałszywy alarm - powiedział po chwili - ale sprawdzimy je po kolei.
Ruszyli spieczoną słońcem białą ścieżką biegnącą pomiędzy filarami ku czarnej ścianie dżungli. Molotch tęsknił za swoimi przeciwsłonecznymi okularami, bolały go oczy. Jaskrawe słońce stało wysoko na niebie, lustrzaki zataczały w górze szerokie kręgi unoszone prądami ciepłego powietrza.
Weszli w duszący półmrok dżungli, promienie słońca z trudem przebijały się przez kopułę czarnych mięsistych liści i kubkowatych kwiatów. Gęste powietrze pełne było much nte oraz dużych zielonych żuków zbierających kwietny nektar, przesycała je woń zgnilizny.
Najemnicy rozproszyli się nieco, ich ciężkie buty miażdżyły soczyste pędy roślin. Molotch spojrzał w górę, gdzie przeplatała się ze sobą szachownica oślepiająco białego światła i czerni drzewnych koron; zdjął z głowy kapelusz podnosząc rękę, by otrzeć nią mokrą od potu czaszkę.
Kątem oka dostrzegł jakiś rozbłysk, usłyszał wizg ciętego powietrza, po czym świat zawirował w jego głowie.
Odzyskawszy zdolność logicznego myślenia spostrzegł, że leży na plecach, z mokrą twarzą. Ociężały umysł sprawiał wrażenie sparaliżowanego, prawe udo zdrętwiało mu niemal całkowicie. Ponad jego głową rozpościerała się znana już szachownica bieli i czerni. Dwie krechy laserowej energii, obie przypominające wydłużone groty włóczni długości ludzkiego ramienia, przecięły powietrze ponad jego ciałem.
Usłyszał zduszone, zaskoczone głosy ludzi - ryk Nunga, krzyk Kybanda - potem głuchy huk wystrzałów z boltowego pistoletu. Ich trzask utonął niemal natychmiast w zgrzytliwym wysokim tonie serii oddanej z karabinu pulsacyjnego.
Molotch uniósł się lekko na łokciach. Jego ciało pokryte było warstwą sproszkowanego drewna i świeżego kleistego soku. W swoim udzie dostrzegł dziurę wielkości dna butelki, drapieżne gąsienice i muchy już zdążyły się do niej przedostać.
- Boże-Imperatorze... - wydyszał z trudem i wczołgał się za opasły pniak. Kanonada z broni laserowej przybrała na sile, wiązki światła szatkowały leśne poszycie obracając w parę pnie drzew i liście. Kyband tkwił w gęstych chaszczach, odpowiadał ogniem z boltowego pistoletu, stojący nad nim Emmings omiatał tropikalny gąszcz seriami wystrzeliwanymi z jego ukochanego karabinu pulsacyjnego. Według rachunków poczynionych przez Molotcha, Emmings miał na swoim koncie czterdziestu pięciu ludzi, jedenastu Tau, dwudziestu trzech zielonoskórych i pięciu Eldarów. Zabił ich wszystkich posługując się gwardyjskim karabinem snajperskim, ale od chwili, kiedy w jego ręce trafił zdobyczny pulsar, weteran pokochał go bezgranicznie.
Nung wreszcie udowodnił, że też czuje ból. Ogryn został zwalony z nóg pierwszą salwą, podobnie jak sam Molotch. Ryczał donośnie, a krew bryzgała z wielkiej dziury wyrwanej w jego muskularnym torsie. Molotch podczołgał się do niego, spojrzał uważniej na obrażenia Nunga. Ogryn był w kiepskim stanie. Inne trafienie, zaledwie draśnięcie, rozerwało skórę na zainfekowanym policzku olbrzyma i dziesiątki malutkich larw wysypywały się teraz gradem na kark i ramię Nunga. Molotch zaaplikował mu jednorazowy zastrzyk ze środkiem uśmierzającym ból.
- Rusz się! Rusz się, Nung! - krzyknął.
Ogryn przestał ryczeć. Spojrzał na Molotcha wzrokiem, w którym gorzało coś na podobieństwo wdzięczności, przewrócił się na brzuch i pobiegł na czworakach w stronę najbliższego przewróconego pnia drzewa. Znalazłszy się w kryjówce sięgnął po noszony w futerale na plecach karabin maszynowy Korsk 50. Olbrzym miał przy pasie trzy ciężkie bębnowe magazynki, powieszone tak jakby to były manierki z wodą. Jego wielkie grube palce nieporadnie wepchnęły pierwszy z nich do cekaemu.
Udało się. Karabin przemówił z ogłuszającym rykiem, jęzory ognia wystrzeliły z obracających się błyskawicznie luf rotora. Broń wydawała z siebie głuchy dźwięk wystrzałów przemieszany z metalicznym szczękiem amunicyjnego podajnika, kaskada dymiących łusek sypała się na wszystkie strony niknąć pośród dywanu roślinności.
Lawina stali i ognia odarła dżunglę z poszycia na sporym jej dystansie, obracając drzewa, krzewy i pnącza w parującą miazgę i unoszącą się w powietrzu wilgotną mgiełkę. Laserowa kanonada umilkła z miejsca.
- Biegiem! - krzyknął Molotch - Do obozu!
Wszyscy zaczęli biec poprzez gęstwinę, łamiąc gałęzie, depcząc krzewy. Molotch nie dostrzegał nigdzie Lynty, na przód grupy wysunął się Emmings. Mężczyzna jako pierwszy wypadł na odkrytą przestrzeń.
- Ruszcie się! - wrzasnął odwracając twarz w stronę reszty najemników i ponaglając ich machnięciem ręki.
Jego głowa odskoczyła w bok z trzaskiem, całe ciało zadrżało konwulsyjnie pod wpływem silnego uderzenia. Nim jeszcze stopy mężczyzny oderwały się od pylistej ziemi, pokrytej warstwą sproszkowanej białej skały, jego czaszka zaczęła się deformować, tracić swój kształt. Eksplodowała w ułamku sekundy i ciało Emmingsa runęło niczym złożone ostrze scyzoryka. Molotch dostrzegł postać człowieka dzierżącego boltowy pistolet, chowającego się z powrotem za jeden z kamiennych filarów. Napastnik był widoczny zaledwie przez moment, ale Molotch z miejsca go rozpoznał.
Ten cholerny śledczy, Thonius. A więc jednak wpadli na jego trop. Thonius, jego kompani i ich po trzykroć przeklęty mistrz.
Nung wygramolił się z chaszczy i zasypał najbliższe filary strumieniem stali. Powietrze zgęstniało od drobinek kamienistego pyłu i kawałków rozbitego kwarcu. Molotch minął ogryna, wyszarpnął z zaciśniętych kurczowo dłoni Emmingsa upstrzony kroplami krwi pulsacyjny karabin.
- Gdzie on jest? - Lynta znalazła się znienacka za plecami Molotcha, w ręce trzymała swój pistolet - To był ten skurwysyn Thonius, tak?! Widziałam go!
- Jest gdzieś tam... - wskazał palcem Molotch.
- Przyduś go! - krzyknęła do Nunga Lynta, po czym zaczęła biec we wskazanym kierunku.
Nung kochał Lyntę bezgranicznie. Wykonał jej rozkaz bez wahania, omiatając filary seriami pocisków, zasypując ziemię dymiącymi łuskami. Chmura pyłu unosząca się nad ostrzeliwanym przez ogryna obszarem zgęstniała jeszcze bardziej.
Lynta przepadła bez śladu za jednym z filarów. Straciwszy ją z oczu Molotch pobiegł w swoją stronę. Na skraju dżungli pojawili się Kyband i Hehteng.
- Do obozu! - wrzasnął w ich stronę Molotch - Nung, za mną!
[/center]