Korsarze na horyzoncie
Rano skacowani, Zorian i Vanko obudzili się, a raczej obudził ich jeden z ludzi Wulfrede, marynarz rzekł: zbierajcie swoje tyłki, za 4 godziny wypływamy.
Akwilończycy w ochronie Drusa, Tranicosa i Chen Shu wrócili na pokład waszego okrętu.
Jak Ktoś chciał coś kupić to kupił, odpiszcie gotówkę, nietypowe zakupy wymagają zgody MG. Po wypłynięciu, Zorian prowadził musztrę, Druss czytał w przerwach w pracy na okręcie, Chen Shu i Tranicos podszkalali się w żeglarstwie, Vanko pił pod pokładem.
Wasz statek nie był jedynym na niebezpiecznych wodach Czarnego Wybrzeża. Codziennie na horyzoncie pojawiały się żagle, ale obce okręty się nie zbliżały. Żaglowce na tych niebezpiecznych wodach unikały się wzajemnie. Jedyny wyjątek stanowiła silna grupa pięciu zingarańskich statków kupieckich. Ufne w swoją siłę, podpłynęły do Tygrysa tak blisko, że załoga mogła pogapić się na kość słoniową powiązaną w pęki na pokładzie, toboły wspaniałych piór i sterty egzotycznych gatunków drewna. Wszyscy wiedzieli, że ładownie są zapchane podobnym dobrem, i marzyli o bogactwie dostępnym dla ludzi dość dzielnych, by odważyć się na handel z południem i dość przewidujących, by wyruszyć w odpowiedniej sile.
Ładunek innych okrętów można było rozpoznać po smrodzie roztaczanym i niesionym przez wiatr. Statki przewoziły niewolników; w ładowniach, w brudzie i zaduchu, tłoczyły się setki nieszczęśników. Mniej niż połowa przeżywała nieludzkie warunki transportu, ale i tak, wymyci i odkarmieni, osiągali dobrą cenę na targach niewolników w cywilizowanych królestwach. Naczelnicy z wybrzeża sprzedawali swych sąsiadów tak tanio, że wysoka śmiertelność w czasie transportu była do przyjęcia.
Podróż na południe przebiegała bez zakłóceń. Byliście zadowoloni ze statku i z pogody, o wiele mniej z załogi. Szorstcy i gburowaci marynarze, którzy towarzyszyli wam od początku, byli łagodnymi jagniętami w porównaniu z tymi, których Wulfrede wynajął na Żółwiu. Sześciu nowo zaokrętowanych ludzi wyglądało na skończonych łajdaków, dla których rejs był odroczeniem od szubienicy. Kiedy Druss o nich zapytał, Van wzruszył ramionami.
-
Musiałem brać takich, jacy byli. Normalni żeglarze nie wypłynęliby w podróż tak ryzykowną. Upewniłem się, że ci są doświadczonymi ludźmi morza. Nie mogę żądać niczego więcej.
- Zobaczymy - powiedział Druss z ponurym grymasem.
W przeciwieństwie do kapitana, nie był taki pewny. Dłonie nowych marynarzy bardziej pasowały do rękojeści niż lin i żagli.
Na szczęście warunki żeglugi sprawiały, że ludzie jedynie czasami trymowali żagle, gdy stały wiatr pchał ich na południe. Ale prawie od pierwszego dnia marynarze pełniący wachtę na bocianim gnieździe widywali daleko za rufą obcy statek. Obecność żaglowca martwiła was, a tego dnia jeszcze bardziej niż zwykle. Chen Shu, złożył ręce przy ustach i krzyknął do majtka na oku.
-
Co widzisz?
-
Ten sam czarny żaglowiec płynący naszym śladem - odkrzyknął mężczyzna. - Jest dość blisko. Widzę go dzisiaj już trzeci raz.
- Co to znaczy? - zapytał Ulfilo. Stał obok dwóch Aquilończyków, którzy wyszli zaczerpnąć powietrza.
- Nie wiem i nie podoba mi się to - odrzekł Chen Shu.
- To może nic nie znaczyć - powiedział Wulfrede. - Żółwia obiegła plotka, że żeglujemy na rzadko odwiedzane wody. Może ci z tego okrętu myślą, iż odkryliśmy dobre miejsce do handlu i płyną za nami, aby zobaczyć, gdzie ono jest.
- W dalszym ciągu to mi się nie podoba - mruknął Druss. - Mamy dość zmartwień związanych z czekającymi nas niebezpieczeństwami. Nie lubię zawracać sobie głowy tym, co już minęło.
- A co jest przed nami? - spytał Springald.
-
Widzisz te wyspy? - Wulfrede wskazał szare kontury lądu daleko na horyzoncie. -
To Krwawe Wyspy. Każdy statek przepływający między nimi a kontynentem zostaje zaatakowany przez piratów.
- Nie możemy ich ominąć od strony morza?
- Wiatry i woda są tam bardzo niebezpieczne - poinformował Wulfrede. - Żeglowanie tamtędy oznaczałoby utratę lądu z oczu. Lekka zmiana kierunku wiatru mogłaby cisnąć nas daleko w morze, a tam prąd niósłby nas jeszcze dalej. Bliżej wysp są niebezpieczne skały. Wierzcie mi, mniej ryzykowne jest przepłynięcie między wyspami a kontynentem.
- Wobec tego obejrzyjmy broń - flegmatycznie powiedział Ulfilo.
-
W dalszym ciągu pozostaje problem naszego towarzystwa - powiedział Chen Shu wskazując na tajemniczy żaglowiec płynący za wami. - Zaczekajmy do zmroku, zawróćmy i wedrzyjmy się na pokład, zanim tamci zorientują się, o co chodzi.
- Mamy wedrzeć się na obcy statek na pełnym morzu bez ostrzeżenia? - Wulfrede roześmiał się na całe gardło. - Toż to korsarstwo!
Kilku marynarzy ryknęło śmiechem w ślad za kapitanem.
- I co z tego? - Mało prawdopodobne, że trafimy przed sąd.
- Nie. To mój okręt i powiadam, że zajmiemy się korsarzami czekającymi przed nami. W odpowiednim czasie weźmiemy się za tych z tyłu. - Kapitan poszedł na dziób, by dopilnować przygotowań do walki.
Chen Shu był wściekły, jednak nim zdążył wybuchnąć, podszedł do niego Springald i położył mu rękę na ramieniu.
- Jesteś niezadowolony, przyjacielu?
- Niezadowolony i zdumiony - przyznał Chen Shu.
- Jak to?
-
Po pierwsze, według mnie błędem jest angażowanie się w potyczkę z wrogiem z przodu, kiedy drugi zagraża nam od tyłu. To kiepska taktyka. Po drugie, nigdy nie znałem Vana, który nie rwałby się do walki. Dlaczego ten człowiek unika konfrontacji z prześladowcami?
- Być może ma racje. Być może to tylko handlowy rywal. Wulfrede jest kapitanem kupieckiego statku, który przemierzał te wody wiele razy. Chyba powinniśmy ufać jego sądom.
- Mamy pewien wybór: bunt - mruknął Chen Shu.
- Chodź ze mną - powiedział Springald do Drussa. - Mój przyjaciel i ja mamy do ciebie parę pytań, w związku ze zbliżającym się starciem z tymi morskimi bandytami.
Druss podążył za Aquilończykiem na rufę, gdzie czekał Ulfilo. Szlachcic badał kciukiem ostrze masywnego miecza.
- Możemy zostać zaatakowani - zaczął. - Czego mamy się spodziewać?
- Ci ludzie nie urządzają napadów z dala od rodzinnych wysp - powiedział Druss. - Atakują z wielkich piróg, obsadzonych dwudziestoma wioślarzami.
- Jak walczą?
- Większość używa włóczni, chociaż niektórzy wolą wielkie noże czy krótkie miecze. Czasami mają łuki, chociaż nie są zbyt dobrymi strzelcami, a kołysanie łodzi dodatkowo utrudnia celowanie. Wiosłują jak szaleni, aby szybko wspiąć się na pokład i walczyć wręcz. Są dzicy i nieulękli. Mają skórzane tarcze, długie i wąskie, nie noszą żadnej zbroi. Rzadko rzucają włóczniami, używają je raczej do bezpośredniej walki.
- Wygląda na to, że nie są zbyt niebezpieczni - stwierdził Ulfilo.
- Człowiek, który nie dba o własną skórę, zawsze jest niebezpieczny - upomniał go Druss. - Widziałem wojowników, którzy z radością zatapiali zęby w gardle przeciwnika, gdy ten rozpruwał im brzuch. Jeśli dojdzie do abordażu, na pokładzie zrobi się tłok. Dlatego marynarze wolą krótkie miecze. I nie próbuj walczyć w taki sposób, w jaki robiłbyś to na lądzie, na prostych nogach. Na statku musisz balansować, gdyż pokład nigdy nie przestaje się ruszać. Miej ugięte nogi i nigdy nie atakuj, kiedy stracisz równowagę. Broń się, dopóki znów nie staniesz pewnie na nogach i wtedy uderzaj.
Ulfilo wyglądał na urażonego tym pouczaniem, ale
Springald przysłuchiwał się w uwagą.
Malia była opanowana jak zwykle. Jeśli jej twarz wyrażała cokolwiek, to tylko zainteresowanie zbliżającym się starciem.
Gdy podpływali do wysp, przygaszeni żeglarze zapomnieli o swoich piosenkach i ordynarnych żartach. Ich oczy przeczesywały widnokrąg, a dłonie wędrowały ku broni, by pieszczotliwie pogładzić rękojeść albo sprawdzić, czy klinga jest dostatecznie ostra. Pierwszą i drugą wyspę minęli spokojnie. Trzecia wyspa leżała najbliżej kontynentu. Kiedy przepływali wąską cieśninę, marynarz na oku krzyknął:
-
Pirogi! Pirogi! Czarne diabły pędzą na nas!
Wulfrede biegiem rzucił się do relingu.
- Gdzie są?
- Z przodu na sterburcie, wypływają zza tej wielkiej skały tuż za południowym przylądkiem wyspy!
-
Ilu? - ryknął Druss.
- Widzę trzy łodzie, ale chyba wychodzi następna!
Ulfilo wyszedł na pokład, zapinając stalowy półpancerz.
-
Kiedy tu będą? - spytał Cymmerianin.
Wulfrede wzruszył ramionami.
- To zależy, jak twardzi są ich wioślarze i czy będą nas ścigać. Jeśli pożeglujemy wystarczająco szybko i miniemy ich, zanim zbliżą się do nas, może unikniemy walki.
-
Nie możemy zwiększyć szybkości za pomocą wioseł? - zapytał Springald, wychodząc na pokład. Miał stalowy hełm z misiurką opadającą na ramiona i lekką kolczugę z posrebrzanej stali. W ręku trzymał obnażony miecz, a na lewym przedramieniu małą stalową tarczę.
-
Nie - odpowiedział Wulfrede - na tego typu żaglowcach wiosła są używane jedynie w czasie portowych manewrów. Poza tym korzysta się z nich tylko w czasie ciszy morskiej albo gdy na przykład trzeba ominąć skały. Nie powinniśmy także męczyć ludzi przed walką. Jak widzisz, w tego rodzaju potyczkach wszystko ma znaczenie. Im dłużej będziemy uciekać, tym mniej sił będą mieć ich ludzie przy wiosłach, podczas gdy nasi będą wypoczęci, gdy dojdzie do starcia.
- Wielce roztropne - skomentował Springald.
Malia wyszła na pokład, blada, ale opanowana.
- Co mam robić? - zapytała bez lęku w głosie.
- Trzymaj się na dole - nakazał Wulfrede. - W swojej kabinie będziesz bezpieczna. Ich pirogi nie mają taranów i piraci nie będą próbowali podpalić statku. Ostatecznie zależy im na zdobyciu go w stanie nienaruszonym.
- Springald i ja będziemy strzec zejścia pod pokład - powiedział Ulfilo. Odwrócił się do Malii. - Jeśli zobaczysz pirata schodzącego w dół po tych schodach, wiedz, że nie żyję.
- Jestem przygotowana. - Malia poklepała mały, wysadzany klejnotami przedmiot, który wisiał na złotym łańcuszku na jej szyi. Conan zauważył, że jest to maleńki sztylecik. Było oczywiste, że kobieta nie zamierza użyć go przeciwko piratom.
- Jak chcesz. - Wulfrede wzruszył ramionami. - Zdajecie sobie sprawę, że jeśli wypadniecie za burtę, to zbroje pociągną was na dno?
- Tylko w jeden sposób mogę opuścić to miejsce: martwy - powiedział Ulfilo, wspierając się na długiej rękojeści miecza.
- Rób, jak uważasz. - Kapitan z powątpiewaniem popatrzył na długie ostrze. - I uważaj, jak będziesz nim wymachiwał.
- Już nam o tym powiedziano - rzekł Springald.
Chen Shu, bosy, odziany jedynie w krótkie marynarskie spodnie, wspiął się na maszt i stanął na rei. Popatrzył najpierw w kierunku wyspy, skąd płynęło spiesznie pięć długich łodzi. Potem spojrzał w tył. Statek o czarnych żaglach w dalszym ciągu podążał za nimi, utrzymując stały dystans. Chen Shu zaklął pod nosem i zsunął się z masztu na pokład.
-
Nasi goście pędzą nam na spotkanie. Teraz jest pięć piróg. Musimy ich odpowiednio przyjąć.
Podniósł z pokładu pas z bronią i zapiął go na biodrach. Wyjął miecz, odczepił pochwę i rzucił ją na pokład.
- Nie będę jej potrzebował przed końcem tej zabawy - powiedział do Aquilończyków. - Radzę zrobić to samo. Pętająca się u boku pochwa może wywrócić człowieka szybciej niż chwiejny pokład.
Springald posłuchał rady, Ulfilo zignorował.
Gdy pirogi zbliżyły się, żeglarze wyszczerzyli zęby w wilczych uśmiechach i zaczęli ważyć broń w rękach. Wszyscy mieli krótkie miecze albo topory i małe okrągłe tarcze z wikliny obciągniętej skórą. Paru przywdziało stalowe hełmy. Wzdłuż relingu stały oparte oszczepy i skrzynie z kamieniami do proc.
Tranicos wziął łuk, napiął i wypróbował cięciwę. Była to tandetna broń, jaką właściciele statków kupowali na wszelki wypadek. Kiepskie strzały miały nasmarowane tłuszczem żelazne groty i lotki przywiązane sznurkiem. Morskie powietrze szybko zniszczyłoby nawet najlepszy klej. Tranicos wziął dwadzieścia pierzastych pocisków i wsunął je za pas.
Jaka taktyka ktoś wchodzi wyżej i strzela, ktoś zostaje pod pokładem, zakładacie zbroje do walki?