Okolice Sloan
Licząca pięćdziesiąt osób grupa musiała siłą rzeczy czynić pewien hałas, ale szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że bojówkarze nie natrafili na swej drodze na nikogo prócz garstki dzikich zwierząt. Gekony przezornie pierzchały na ich widok, a dwa niewielkie radskorpiony zostały umiejętnie zatłuczone metalowym prętami, bez jednego głośniejszego okrzyku czy wystrzału.
Idący w forpoczcie Duncan Moore sprawdzał ustawicznie tarczę swego zegarka, dwa razy połączył się też z Hayesem za pośrednictwem niesionego przez Jima radiokomunikatora. Konwersacja z powodów bezpieczeństwa była bardzo skąpa, ale wszystko wskazywało na to, że oddziały RNK wyznaczone do szturmu na więzienie zajmowały bez przeszkód pozycje wyjściowe do ataku.
Stare zniszczone torowisko pojawiło się bez ostrzeżenia, wypełniając nitkami rdzewiejących torów dno niewielkiego wąwozu. Rozpraszając nieco szyk ochotnicy zbiegli w dół rozglądając się bacznie wokół i wymieniając między sobą krótkie uwagi. Obserwujący poczynania swych towarzyszy John nie omieszkał odnotować w myślach, że wszyscy zachowywali stosowną ostrożność i nie pozwalali sobie na żadne lekkomyślne poczynania, a ich broń była gotowa do użycia w każdej chwili.
Zatroskanie Flanagana budził jedynie Simpson. Potwornie zraniony zachowaniem Sunny, chudzielec stracił całą pewność siebie i chorobliwą nadpobudliwość. Osowiały i pogrążony w głębokiej zadumie, parł przed siebie niczym manekin i gdyby nie błyskawiczna reakcja Chrisa Butlera, pewnie dałby się użąlić jednemu z napotkanych pod drodze radskorpionów. John rozumiał doskonale sercowe rozterki swego druha, po prawdzie rozumiał też opory Sunny. Wyniszczony narkotykami, głodem i ciężką pracą, Bart w najmniejszym stopniu nie kojarzył się z rodzajem mężczyzny zdolnym zawrócić pięknej awanturniczce z Goodsprings w głowie.
- Ludzie na torach, ludzie na torach! - wzdłuż gromady bojówkarzy poniosło się znienacka rzucone przez kogoś ze szpicy ostrzeżenie i wszyscy z miejsca jeszcze bardziej rozproszyli szyk. Kto miał lornetkę, ten przyłożył ją czym prędzej do oczu w zamiarze zidentyfikowania tożsamości obcych.
- Mają uniformy Republiki! To punkt kontrolny w Sloan!
- Sue, John, pójdziecie przodem - polecił Duncan, który tymczasem wciąż boczył się na snajperkę - Oni wiedzą, że nadchodzimy, Hayes uprzedził ich przez radio. Nie chcę żadnej idiotycznej pomyłki, żadnego niepotrzebnego naciskania na spusty!
Daleko w przodzie, na przesłoniętym częściowo skalnym nasypem zakręcie, pomiędzy szynami stało kilka ludzkich postaci przyglądających się nadchodzącym intruzom przez szkła własnych lornetek.
Sue i kurierzy przodem? Czy może lepiej wymyślić jakiś powód do czmychnięcia na tyły?