Obaj wojownicy rozproszyli się i ruszyli w przeciwnych kierunkach. Najpierw zaatakował Mirumoto: zrobił szybki wyskok i odbijając się od muru skoczył na Oni, chcąc odrąbać mu rękę. Ten to przewidział i zrobiwszy szybki zwrot, jedną parą rąk zablokował cios, drugą zaś sam wymierzył. Tylko Fortuna uchroniła Seibei przez ostrzami, które przeorały ścianę tuż nad głową młodego Mirumoto.
Satsu nie czekał na okazję. Sam ją stworzył, robiąc szybki wypad i wbijając swój oręż w bok odsłoniętego Oni. Cios wymierzony był w głowę, ale gąsienicowaty stwór okazał się być nadzwyczaj szybki i w ostatniej chwili się uchylił. Mimo to, zasyczał z wściekłości, gdy Satsu odsunął się i wrócił na poprzednią pozycję. Seibei również stał na nogach, dysząc ciężko.
Oni zaatakował. Uznał Mirumoto za słabszego i postanowił wyeliminować go pierwszego. Natarł na niego młócąc wszystkimi czterema katanami. Mirumoto blokował ciosy i unikał, lecz jedno uderzenie dosięgło celu: rana cięta na torsie ciągnęła się od ramion aż po brzuch. Szczęściem w nieszczęściu nie była to głęboka rana, lecz z pewnością wymagała szycia.
Młody samuraj padł na kolana, odrzucając swoją broń. Oni pochylił się nad nim, by dokończyć dzieła i... padł martwy, zaś jego głowa potoczyła się po bruku, a następnie zaczęła toczyć się po schodach.
Satsu wykorzystał cenne sekundy, kiedy potwór atakował jego towarzysza niedoli. Przypomniał sobie, że tego typu stwór bardzo szybko się regeneruje i tylko odrąbanie głowy zdoła go szybko powalić. Zaczekał jeszcze chwile, by Seibei robił za przynęte i Oni był zajęty tylko nim. Następnie ściskając mocno miecz, ruszył biegiem po korpusie stwora i opierając stopy na zgięciach chityny, wspinał się do góry po ciele stwora, by zakończyć swój bieg po trzech krokach. Wtedy wziąwszy zamach odrąbał głowę Oni i odpychając się obiema nogami od martwego już ciała stwora, zrobił salto i wylądował miękko na ziemi. Oni padł na ziemię i po chwili rozsypał się w proch. Tylko głowa z brzdękiem dzwoneczków toczyła się po schodach w dół, aż po chwili i ona się rozsypała w proch.
Tylko cięta rana na piersi Mirumoto Seibei parzyła jak wściekła i wymagała szycia. Z przeciętego kimona kapała krew, na szczęście nie tyle, by Seibei wykrwawił się w ciągu następnej godziny.
W oddali, przy świątyni dalej słychać było odgłosy walki.
Edytowałem post, bo pisałem go zaspany i wkradły się chochliki.