Nowy Orlean, Francuska Dzielnica, Klub Zaćmienie, Mardi Gras - luty 1994
Woda z hydrantu zaczęła zalewać brudną alejkę, zmywając wszelkie ślady walki i rozbryzganą na chodniku krew. Grupa Spokrewnionych postanowiła udać się do klubu Zaćmienie. W końcu dalej posiadali zaproszenia, okolica zaś przestała wydawać się bezpieczna i przyjazna. Nikt nie chciał ryzykować, oddalając się od grupy w pojedynkę. Klub posiadał status Elizjum, a przesiadujący w nim członkowie Rodziny na pewno pomogliby neonantom w potrzebie. Nosferatu jako pierwszy wyszedł przed grupę sprawdzając, czy nikt na nich nie poluje. Upewniwszy się, że nie ma zagrożenia dał znak ręką pozostałym, że droga jest wolna. Pospiesznym krokiem ruszyli w kierunku Burbon Street.
By dotrzeć do celu, nie potrzebowali więcej, niż pięciu minut. Kilka razy przecisnęli się przez kolejne grupy bawiących się ludzi, podejrzliwie patrząc na każdą twarz i zachowanie bliżej stojących osób. Nikt ich nie zaczepiał, a sama droga minęła spokojnie i bez dodatkowych przygód. W końcu stanęli przed wejściem do budynku. Klub znajdował się na górnych piętrach. Poniżej znajdowała się sieć sklepów oraz lokal dla śmiertelników, o nazwie Burbon Street. Aby dostać się do wejścia należało skierować się do środkowej części budynku i zacząć wchodzić na górę krętymi schodami, które prowadziły do małego opuszczonego przedsionka oraz białych drewnianych drzwi.
Każdy z Spokrewnionych wiedział, że Zaćmienie jest małym, kameralnym miejscem służącym przede wszystkim do rozmów, załatwiania swoich interesów i małych występów lokalnych artystów. Dlatego też w okolicy nie można było znaleźć szyldu, czy innych znaków, które mogłyby skierować niepowołane osoby w to tajemne miejsce spotkań Nieumarłych. Przychodzili tutaj nie tylko członkowie Rodziny, a także Ghule, którzy potrzebowali zaszyć się przed otaczającym światem. Każdy człowiek, który przypadkiem dostał się do tego miejsca był informowany, że znajduje się w części prywatnej i skutecznie przekonywany o konieczności natychmiastowego opuszczenia przybytku. Wszelkie prawa Elizjum obowiązywały w lokalu, z głównym naciskiem na zasadę braku użycia przemocy fizycznej. Nie tolerowano także rozwiązywania konfliktów między osobami lub grupami. Ci którzy nie przestrzegali prostych zasad tracili możliwość wchodzenia na teren na rok lub dłużej, w zależności od powagi uchybień.
Przekraczając drzwi, ujrzeli, że klub podzielony był na dwie części. W pierwszej otoczony kilkoma stołkami barowymi, znajdował się stół bilardowy, nad którym wisiała niewielka świetlówka. Po drugiej stronie, w samym rogu stał 26 calowy kolorowy telewizor. Ekran aktualnie był wyłączony i odbijał wnętrze baru, niczym ciemne zwierciadło. Pośrodku ustawione zostało kilka drewnianych stołów do gry w karty, wraz z otaczającymi je prostymi krzesłami. Po lewej znajdował się mały barek, zgrabnie wkomponowany w niewielką wnękę.
Druga część baru, stanowiła pewną opozycję do "sekcji dla graczy", sprawiając wrażenie, jakby czas zatrzymał się tutaj dawno. Wystrój przywodził na myśl klub dla gentlemanów z roku 1920. Idealne miejsce do rozmów oraz czytania, umeblowane w bardzo eleganckim stylu. Na środku znajdowała się luksusowa skórzana kanapa otoczona mniejszymi stolikami z drewna w kolorze wiśni. Wśród nich stał także piękny, szklany i ręcznie ozdabiany stolik na kawę. Na meblach leżały aktualne egzemplarze najważniejszych czasopism i gazet jakimi żyła Ameryka:
Forbes, Time, Fortune, The New York Times, USA Today i The Wall Street Journal. Pod ścianą stały ciemnobrązowe krzesła z sporym oparciem oraz stoliki, bliźniaczo podobne do tych, które znajdowały się przy głównej kanapie. Prawie na każdym stoliku stała mała lampka służąca do przyjemnego czytania. Na dwóch ścianach wisiały dwie ciężkie dębowe półki, na których stały największe klasyki literatury.
Ściana za którą znajdowała się ulica Burbon posiadała dwa francuskie okna, prowadzące na balkon, z którego można było obserwować całą okolicę. W centralnej części Elizjum mieściła się także mała scena.
Gdy Kainici weszli do klubu odkryli, że w środku było cicho. Jedynie muzyka jazzowa oraz odgłosy bawiących się ludzi, dobiegały z ulicy przez otwarte wejścia na balon. Wewnątrz znajdowało się trzech kainitów. Członkowie klanu Tremere Nigel Porter i Regent Sebastian Walcott siedzieli razem przy jednym stole grając w karty. Brujah Jake Almerson jak tylko zobaczył gości, natychmiast poderwał się z krzesła i podbiegł do wchodzących.
- Co się wam stało? Potrzebujecie pomocy? - Krzykacz wydawał się szczerze przejęty stanem, w jakim ujrzał wchodzących gości. Jego spojrzenie przeskakiwało z ich twarzy ku ciemnym plamom krwi i dziurom po kulach, wciąż widocznych na ich ubraniach.
Postacie:
Na górze Jake Almerson, niżej, po lewej: Nigel Porter, po prawej: Sebastian Walcott
[center]

[/center]
Moc Prezencji Toreadora przestała działać.