Strona 2 z 34

: 14 marca 2016, 15:00
autor: Sigil
[center]Calli, Domostwo Khema, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]

- Och dzięki, szlachetny panie, dzięki - moneta zniknęła szybko pod wytartą tuniką gościa, który zgiął się w kolejnym ukłonie. - Jesteście bardzo szczodrzy, niech was Bogowie mają w opiece. Ale pytałem nie o mocz ryczyosła, jeno o tą miksturę dla złodziei czy innych rzezimieszków. Jak też ona się zwała...? - zamyślił się na chwilę, drapiąc po brodzie.

- Xail - podpowiedział uczynnie Khem.

- A tak! - ucieszył się Nicetas, którego imię wśród Wtajemniczonych brzmiało zupełnie inaczej. - O tą miksturę pytałem. Może znacie kogoś kto ją produkuje? Albo sprzedaje? Jeśli chodzi o ryczyosła to chętnie wam pomogę, ale teraz muszę szybko biec do pałacu szlachetnego oroni. Mój mistrz czeka na mnie już zbyt długo i na pewno będzie zły, że nie było mnie tyle czasu...
Od tego momentu zaczynam się wiercić niecierpliwie i sprawiać wrażenie, że się bardzo, ale to bardzo spieszę.

: 14 marca 2016, 15:12
autor: Keth
[center]Domostwo Khema, 13 Pani Trzcin[/center]
Czarnoskóry alchemik zapatrzył się przez chwilę na kawałki rozbitej fiolki, potem przeniósł spojrzenie na młodego Sa. Widać było, że pomocnik ogrodnika bardzo się śpieszył, co Khem musiał z wielkim rozczarowaniem przyjąć do wiadomości.

- Z tego specyfiku korzystają złodzieje pośledniego sortu, najpewniej można go dostać w Pchlim Mieście - wyjawił AjArdczyk unosząc jednocześnie palec w geście przestrogi mającej zniechęcić młodego Nicetasa do wyprawy w tak niesławne miejsce - Aczkolwiek nie tylko złodzieje czerpią z niego korzyści. Są w Calli rzemieślnicy, którzy stosują xail do obróbki drewna, zwłaszcza stolarze, toteż czasami wytwarzają go moi druhowie po fachu. Choćby taki Amun Shotephet Hekammer, z Dzielnicy Kupieckiej, mój krajan i wyjątkowo uzdolniony alchemik. Więcej ci jednak rzec nie mogę, bo to nie moja specjalizacja.

Zza okna pokoju dobiegły znienacka dźwięczne śmiechy przebiegających opodal dzieci, najpewniej wracających do domostw z poleceniem nakarmienia trzody pod nieobecność świętujących rodziców.
Więcej w temacie alchemik niestety nie wie...

: 14 marca 2016, 15:48
autor: Sigil
[center]Calli, Domostwo Khema, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
- Dzięki ci, zacny panie! - Sa wstał w podłogi i skłonił się ponownie - Przekażę szlachetnemu Mecatl Teohtli wszystko, co rzekliście, a on na pewno będzie wiedział, co z tym zrobić. Ja już muszę biec do pałacu, ale wspomnę nie raz waszą szczodrość i dobre serce. Niech Bogowie błogosłąwią was, wasz dom, wasze orchidee i waszego ryczyosła. Będę się za was modlił.

Dodał i poczekał, aż AjArdczyk odda mu resztki fiolki. Następnie cofając się wśród kolejnych pokłonów dotarł w końcu do drzwi wyjściowych. Skłonił się jeszcze raz na pożegnanie, po czym wyszedł na zewnątrz, opuszczając domostwo Khema. Pamiętając o tym, iż alchemik może wciąż obserwować go z okna, puścił się truchtem w stronę dzielnicy Aruan.

Zwolnił dopiero za zakrętem, gdy od pracowni AjArdczyka oddzielało go już kilka budynków i odetchnął z ulgą. Informacje, które zdobył były całkiem wartościowe. A do tego udało mu się zarobić nakfę. Uśmiechnął się lekko, gdyby tylko na co dzień miał tyle szczęścia, byłby już bogaty jak sam Aru Ari.

Co prawda perspektywa babrania się w moczu ryczyosła nie była specjalnie atrakcyjna - zwłaszcza, że miotający się za cienką ścianką, porykujący zwierzak, czynił ją nadto realną - musiał jednak przyznać, że wykpił się z niej całkiem sprytnie. Khem oczywiście nigdy już nie spotka Nicetasa i najwyżej zada pałacowemu ogrodnikowi kilka dziwnych pytań. Właściwie więc sytuacja była czysta i nie niosła większego ryzyka, Ah-saa-brax wątpił bowiem w to, by Ahtactl Maxcaill An'harata chciał rozmawiać o swych zleceniach przy osobach trzecich. Nie, raczej będzie to krótka dyskusja na osobności. Dyskusja, która - miał nadzieję - nie skończy się dla niego kiepsko. Jak dotąd nie miał okazji sprawdzić, jak oroni reaguje na jego niepowodzenia, gdyż w ciągu dwóch lat pracy dla niego, wykonał wszystkie zlecone zadania. Oczywiście, mógłby uciec z miasta. Mógłby mieć nawet jakąś szansę, słońce w końcu dopiero przekroczyło punkt zenitu, a on mógł nosić każdą twarz jaką zechciał... Jednak myśl o tym, iż musiałby porzucić rozwijającą się w Calli karierę i wszystkie swoje kontakty i znów przez kilka lat pracować ciężko w nowym miejscu na to, by móc wynająć pokój w dzielnicy Siwja, skutecznie studziła jego zapał.

Poza tym pozostawała jeszcze dość realna i całkiem mroczna wizja tego, co stało by się, gdyby uchodząc z Calli nie miał szczęścia. Pomyślał o Czerwonym Targu i przełknął nerwowo ślinę. To nie było miejsce, do którego chciałby trafić... Ahtactl Maxcaill An'harata chronił go przed tym, lecz gdyby go zawiódł i próbował uciec... Oroni stać było na wysłanie za nim Alinur, któzy bez problemu dali by sobie radę z jego iluzorycznym przebraniem... Nie, to był zły pomysł. lepiej było zostać, przyjąć na siebie gniew Patrona i uspokoić go zdobytymi informacjami. W końcu wciąż był fachowcem w swojej dziedzinie. Dyskretnym fachowcem, a tacy mieli swoją cenę...

Miał teraz dwa tropy, którymi mógł pójść. I zamierzał sprawdzić oba, zanim słońce skryje się za poszarpaną linią gór Xiquti. Jedną był brat Sestis Nikator, który handlował w Pchlim Mieście xail i podobnymi specyfikami, i który na szczęście należał do wybranego Ludu Węża. Drugim był wymieniony przez alchemika, poganin Amun Shotephet Hekammer. Postanowił najpierw udać się do Sestisa, pozostawiając kolejnego alchemika na później. Miał chwilowo dość AjArdczyków, ryczyosłów i orchidei. Skręcił więc gwałtownie w boczną uliczkę i skierował się w stronę slumsów.
Do MG.: Odmedytowuję gdzieś Energię (nad rzeką czy nad jakąś studnią) i zanim wejdę do Pchlego Miasta rzucam na siebie iluzję pod którą zwykle się tam zjawiam, żeby nie dostać kosą pod żebro... Źle bowiem być obcym w tej okolicy. Następnie chcę odwiedzić Sestisa. A tak na marginesie, jak on ma naprawdę na imię?

: 14 marca 2016, 19:53
autor: Keth
[center]Domostwo Khema, 13 Pani Trzcin[/center]
Kiedy zaaferowany pomocnik ogrodnika pobiegł z powrotem do swego pana, Khem uprzątnął z kuchennego stołu przybory i tacę. Potem usiadł ponownie przy trzaskającym płomieniami palenisku, wyciągnął z podróżnej sakwy otrzymany w prezencie na pałacowym placu bochenek chleba.

Dar przepięknie pachniał, wywołując u AjArdczyka skurcz żołądka. ALchemik skrupulatnie ściągnął z jego chrupiącej skórki wszystkie pestki granatu i okruchy złota, wsypał je do niewielkiej glinianej miseczki trzymanej na półce nad paleniskiem. Potem odkroił sobie obsydianowym nożem kawałek chleba i zaczął się delektować jego przednim smakiem, w myślach gotowiąc się na obyczajowe wyzwania, od jakich miała się roić wieczorna uczta u szlachetnego An'harata.
Domyślam się, że mój epizod w prologu dobiegł końca. Trzeba się uzbroić w cierpliwość i czekać na wieczorną ucztę. Przypomniało mi się wcześniejsze pytanie do MG: jaki podarunek dla An'harata wydaje się najbardziej stosowny z okazji dzisiejszej uczty?

: 15 marca 2016, 15:13
autor: Zin-Carla
[center]Calli, Południe, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]
Kobiety, wiedzione przez jednego z Synów Słońca, kierowały się ku wyjściu z pałacu Aru Ari, Colute'Hool. Mijały komnaty, których ściany wyłożone były drobnymi płytkami ze złota i rubinów, przetkniętych niezliczoną ilością barwionego szkła oraz szlachetnego złotego i tęczowego obsydianu, będących specjalnością tej ziemi. Piękne, misterne wzory jakby same wirowały pod dotykiem promieni słonecznych, wpadając prze okna, a cienkie muśliny powiewały przy prawie niewyczuwalnych podmuchach wiatru.

[center]Obrazek[/center]
Im bardziej zbliżały się do wyjścia tym bardziej czuć było żar i spiekotę dnia poza murami tego przybytku, będącego siedzibą wybrańca Holis. Zyanya radowała się z narodzin młodego następcy tronu który, choć los jego został już przesądzony, wciąż był czysty jak niezapisana tablica, na której z wiekiem wyryte zostaną tajemnice znaków jego historii. Niechaj Matka Tarris ma go w swej opiece i pozwoli by księga życia młodego panicza, zapisana była wzorami płynącymi z mądrości. Oby zawsze znalazł ukojenie i miłość w jej ciszy i nie odrzucał jej niczym nieokrytego ciała z ciemności jak jakiejś pijanej nierządnicy. Albowiem tylko w niej może znaleźć wiedzę i zrozumienia, którego będzie potrzebował w przyszłości, jako władca Calli.

Ubolewała, że najmłodsza rasa tego świata, nie rozumie prawdziwej natury Czarnej Bogini. Lecz cóż można by było od nich oczekiwać. Ledwie nauczyli się chodzić po ziemi i czytać niezgrabnie jej tajemnice. Niedziwne więc, że niektórych prawd nie rozumieją lub przekształcają ich znaczenia. Dla nich pierwotna przyczyna, Matka o trzech twarzach, a jednocześnie o twarzy zawsze zakrytej welonem ciemności, była rozdzielona na trzy osobne boginie i żony Holis. Zyanya nigdy nie pojęła jakimi torami myślowymi podążali, że zbłądzili tak srodze. Lecz znów, cóż mogła się po nich spodziewać. Ich cywilizacja nie miała nawet 2000 lat, a wiec wiele było prawd ukrytych przed ich niewidzącymi oczami małych i piszczących głośno szczeniąt. Byli w końcu także dziećmi dnia i światła... może więc dla tego czcili jednego z synów Czarnej Matki jako głównego boga? Ciężko było zniżyć się do ich prymitywnego rozumowania...

Gdy tak rozmyślała, zbliżyły się już wraz z główną kapłanką do wyjścia z komnat pałacowych. Syn Słońca rozwarł wrota i opuścił je pozostawiając Axcan Amnantl i Zyanyę pod opieką straży świątynnej. Wszyscy byli ubrani na czarno, o ogolonych głowach i milczący obliczach. Nagły ozór ognia liznął ciało Hieroduli oszołamiający żarem. Zacisnęła z całej siły oczy i naciągnęła szybko kaptur na jej nieznoszące światła oczy, o tęczówkach płonących karmazynową czerwienią krwi. Słodki zapach lauru i gorzkich pomarańczy przetknięty wonią jej ulubionego camatochomiotl, którego wdzięczna nazwa oznacza "piękna delikatność ust", uderzył jej nozdrza. Gwar i natłok bodźców sprawił, że kobieta wydała z siebie głuchy jęk dezaprobaty. Ciemność komnat Bogini była tak różna od nagłości Słońca.

W drodze do świątyni jej myśli znów podążyły w stronę wydarzeń ostatniej nocy i cień smutku padł na jej serce. Cóż za obłęd dotknął tego, kto ważył się zbrukać święty przybytek Czarnej Matki? Niechaj pozna samotność pozbawioną jej miłości. Niechaj nigdy nie zazna wytchnienia, a pustka pożre jego duszę. Niechaj ziemia przestanie chcieć go nosić. Cóż za szaleństwo pokierowało tą istotą? Starożytna wiedza nie bez powodu była chroniona w kamiennych labiryntach przepastnej biblioteki w głównej świątyni. Nie wszystko było przeznaczone dla oczu maluczkich. Niektóre zwoje papirusu i miedziane tablice, szczególnie te najstarsza, wypożyczane były tylko za zgodą najwyższych kapłanów. Były tam księgi, których tajemnice wijące się w dawno zapomnianych słowach, były w stanie odebrać rozum czytającemu lub porwać jego dusze i uwięzić ją w nieznanych wymiarach. Mądrość kreacji, która w dłoniach niegodnych mogła stać się bronią destrukcji i na odwrót, odwracając procesy transformacji świata, o których prości nie powinni rozprawiać. Dobrze, że większość ich spisana była w pradawnych językach, których tylko podobni tym co je spisali mogli zrozumieć. Obawa jednak zalęgła w jej sercu ziarno Stachu... Zdawało się, że to właśnie takiej wiedzy poszukiwał włamywacz... Rozrzucone notatki. Te brakujące stronice zgwałconych przez niegodne dłonie ksiąg... Dreszcz przebiegł jej podlecach. To co się tam znajdowało i jak mogło być wykorzystane przez niegodny umysł...

Niech czas załamie swe zwoje by wieczorna uczta już się rozpoczęła - pomyślała. Im szybciej znajdziemy tego szaleńca... Moja matko, pozwól by spotkanie Ahtactl Maxcaill An'harata, nie było bezowocne. - wyszeptała szybko, zwracając swe słowa do Bogini, po czym w ciszy kontemplowała wagę poważonego jej zadania, aż przemierzając rzędy czarnych świątynnych filarów i korytarzy, znalazła się w swojej komnacie.

[center]Obrazek[/center]

: 16 marca 2016, 08:51
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, Popołudnie, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]

Ah-saa-brax przechodził wąskimi uliczkami. Jego kroki były szybkie. Nie oglądał się za siebie... Nie chciał tracić bez sensownie czasu, tym bardziej, że wizyta w domu oroni wymagała odpowiedniego przygotowania. Mijał wielu ludzi, Lenja'kare, rozentuzjazmowanych AjArdzkich kupców, którzy już węszyli zysk w tak świetnej okazji jak narodziny królewskiego syna. Cała noc miała stać się czasem hucznych zabaw, świętowania, picia przedniej jakości kawy doprawianej szczodrze gniewką ognioskórą oraz tańszą od niej, lecz nie raz równie ostrą czerwoną papryczką sprowadzaną zza oceanu Xqll. Młodzieniec przemierzał co raz węższe uliczki, prowadzące do Pchlego Miasta, miejsca różnych możliwości, schronienia kochanków ostrza i krwi, a także smutków i głodu najuboższych obywateli.

[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=zNw-r78j_bI[/center]

Spojrzał na błękitne niebo. Słońce skryło się za nielicznymi chmurami dając chwilę wytchnienia rozgrzanej ziemi i stąpającym po niej istotom. Wysoko ponad budynkami wirowały białe sylwetki mew. Ptactwo pokrzykiwało głośno ilekroć wyłowiło jakiś kąsek pływający w odmętach pobliskiej rzeki. Jego nozdrza wychwyciły zapach ishqui i koziej nastki, szeroko dostępnych przypraw, roślin rosnących niemalże w każdych warunkach. Jedynych na jakie mogą sobie pozwolić ci, których głód jest nieodłącznym kompanem egzystencji.

Przechodził między ciasno upakowanymi domostwami, w pewien sposób co raz bardziej pustymi przy takiej liczbie zamieszkujących je osób. Część budynków, kiedyś wystawna i piękna, lśniąca drobniutkimi ornamentami roślinnymi i tęczowymi kawałkami szkła, teraz przerażała swym osamotnieniem. Kolorowe szkiełka i kamyki już dawno zostały wydłubane, a wyższe partie budynków stopniowo niszczały. Ich ściany ulegały pod naporem kolejnych warstw domostw i łączących je tarasów. Dolne partie zabudowy nie prezentowały się o wiele lepiej. Część wejść po prostu ginęła przykryta mnogością różnych przedmiotów codziennego użytku czy połamanych części umeblowania, z których ktoś pragnął stworzyć coś zupełnie nowego. Tak... niewątpliwie zbliżał się do Pchlego Miasta. Z daleka dostrzegał już ponurą bramę, oddzielającą dzielnicę zacnych obywateli od gniazda nierządu, nędzy i wszelkiej zbrodni.

[center]Obrazek[/center]

Za bramą rozciągał się zupełnie inny świat. Niesamowicie brudne dzieci bawiły się w pobliskiej stercie różnorakich przedmiotów, a to udając dzielnych wojowników walczących z przerażających bestiami przywiezionymi prosto z serca dżungli, albo odgrywając zamorskich kupców, którzy po wielu tygodniach przybyli do nieznanego sobie miejsca w poszukiwaniu niepowtarzalnych towarów. Szedł dalej wśród domostw z kamienia i gliny. Uliczki były co raz bardziej pogmatwane. Nie jeden na pewno by tu zabłądził i padł ofiarą któregoś z licznych chłopców czynu, jak sami się lubili nazywać... ci nie znający za grosz etykiety i profesjonalizmu ,,złodzieje". Splunął z niesmakiem na myśl o tej bandzie. Całe szczęście większość z nich nie miała wystarczających umiejętności, żeby szukać zajęcia w lepszych dzielnicach...

: 16 marca 2016, 13:06
autor: Sigil
[center]Calli, Pchle Miasto, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Pchle Miasto: ciasne uliczki, ciemne, cuchnące rybą zaułki, naga codzienność, odarta z marzeń, cienie przeszłości, parada wspomnień...

Wśród tych zapadłych ruder, powszechnej ruiny wchłaniającej jednako: budynki i ludzi, spędził dwa pierwsze lata życia w Calli. Nauczył się miasta, krążąc po koślawych alejkach z podobnymi sobie wyrostkami, obrzynającymi sakiewki na targowiskach, żebrzącymi w bramach. Padlinożerca, kieszonkowiec, drobny złodziejaszek, oddający jak reszta większość łupu temu, kto rządził dzielnicą... Byli niczym szakale pośród wilków. Żyjący z tego, co udało się urwać. Gdzie teraz byli pozostali? Część zasmakowała rozgrzanego żelaza - i tych pamiętał. Czasami przychodził na licytację, popatrzeć po raz ostatni w twarze dawnych kompanów. Inni spłynęli burzliwym nurtem Ivit. Czego akurat nie widział, ale nie żałował... Pozostali ci nieliczni, którzy mieli dość sprytu, talentu, rozsądku a czasami po prostu jedynie szczęścia...

Minął stertę łachmanów leżącą w jednej z bram i skręcił w boczny zaułek.

- Stratis - wychrypiała sterta. - Kto by pomyślał, że pokażesz jeszcze tutaj tą swoją gładziuchną mordę... Zwłaszcza po tym, co powiedział ci Atal...

...Ixitl... Tak, Ixitl należał do tych, którzy nie mieli szczęścia...

Złodziej zatrzymał się. Chwilę stał w miejscu, zastanawiając się czy zostać, czy pójść dalej. W końcu coś, co być może było sentymentem, a być może po prostu zwykłą ciekawością, przeważyło. Odwrócił się i spojrzał w pożółkłe, nabiegłe krwią oczy nałogowego palacza kif. Twarz, która wychylała się ze sterty łachmanów przypominała obciągniętą miedzianą skórą czaszkę. Poczerniałe pieńki zębów wyszczerzyły się w uśmiechu.

- Pamiętasz mnie... - wychrypiał ich właściciel. - Pamiętasz, mały szczurze. Po co wróciłeś? Nie powinieneś wracać! Nic cię tu nie czeka. Jesteś zerem...

- Ixitl - odparł spokojnie Ah-saa-brax, patrząc na zrujnowane oblicze rozmówcy. - To ty umierasz, gnijąc w tym bagnie, podczas gdy ja nadal żyję i zbieram to, co pozostaje na stole po uczcie Aruan.

Ukucnął naprzeciwko żebraka i przez chwilę przyglądał mu się, balansując na piętach. Po jego wargach błąkał się lekki uśmiech, a jednak w oczach Sa nie było nawet kaba współczucia.

- Posłuchaj... - wychrypiał Ixitl. - Atal cię zabije... Wszyscy wiedzą, że ubiegłeś go przy robicie. I nie odpaliłeś mu nic... Gadał, że jak cię tylko tu zobaczy...

Ostry atak kaszlu przerwał wynurzenia nędzarza. Szmaty, w które był owinięte cuchnęły uryną, potem, narkotykiem i nędzą. Ah-saa-brax pochylił się i okrył starego kawałkiem obszarpanego koca.

- Jeśli Atal Złamany Nóż szuka drogi na Czerwony Targ - powiedział powoli. - To mogę mu pokazać skróty... Zrobi sobie przysługę, jak przestanie się błaźnić...

Palce, chude jak szpony zacisnęły się na nadgarstku Sa. Złodziej poczuł, jak zaczajona w jego rękawie Sophia napięła się odruchowo, jednak nie wydał jej polecenia. Stary nędzarz dźwignął się, prawie do pionu i wychrypiał.

- Wiem, masz racje. Wszyscy wiedzą, że masz Patrona. Jesteś przy forsie, jesteś, prawda? Posłuchaj, musisz mi pomóc... Idziesz do Sestisa - było to stwierdzenie, nie pytanie. - Wiesz, ja potrzebuję... Tak bardzo potrzebuję... Pamiętasz chłopcze? Byłem dla ciebie dobry. Wtedy, w porze suszy. Dawałem ci jedzenie... Chroniłem cię...

- Pamiętam - odpowiedział Ah-saa-brax, wyswobadzając delikatnie rękę z gorączkowego uścisku. - Pamiętam też, że próbowałeś mnie sprzedać handlarzom...

- Oh, Stratis, Stratis... Nikt nie jest doskonały... - śmiech starego po chwili znów przeszedł w uporczywy kaszel.

- Pomożesz?

- Zobaczę, co da się zrobić...

: 16 marca 2016, 13:06
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, Popołudnie, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]

Z daleka usłyszał jakąś kłótnię. Uliczkę przysłaniały poły barwnych materiałów oraz prostych lecz świeżo upranych szat. Kłótnia przybierała na sile. Rozpoznawał już zdecydowane nuty głosu Zah-si-nassa, wybijające się poza wszelkie odgłosy otoczenia.

- ... i myślisz, że ci za to zapłacę?! Nie dam nawet złamanej nakfy za to, co nazywasz ,,dobrym towarem"! Miałeś mi dostarczyć dwa dzbany oliwy, trzy worki ixmuitl i świeże korzenie ottomaxu, a tu co widzę? Spójrz znów, tylko spójrz... - oczom Ah-saa-braxa ukazała się taka oto scena. Wysoki i całkiem przystojny mężczyzna, o bladej cerze i równie jasnym stroju z białego płótna, szarpnął za ramię młodego siwja, przyciągając go do załadowanego po brzegi wozu stojącego przed domostwem - i co?! Przecież to zaledwie połowa z tego, co zamówiłem. Głuchy byłeś jak Zaixxman wydał ci polecenie?!

Ciemnoskóry siwja ledwie zdążył coś wybąknąć. Jakieś nieśmiałe ,,przerwaszamm..." wydostało się z ust chłopaczka, który widział w swoim życiu ledwie dziesięć pór suszy. Wtedy Zah-si-nass ujrzał zbliżającego się Sa.

- Do jutra wieczora mam mieć resztę zamówionych rzeczy. Nie obchodzi mnie kto to przywiezie, czy ty czy ktokolwiek inny. I nie zapłacę. Słuchaj mnie wyraźnie w końcu! Nie zapłacę, póki nie otrzymam reszty zamówienia! - tymi słowami wymierzył chłopcu raz w głowę odsyłając go sprzed domostwa. Roztrzęsione chłopię wbiegło pospiesznie w wąska uliczkę i znikło im z oczu.

Mężczyzna znany powszechnie jako Sestis Nikator zwrócił się w stronę swego gościa:

- Ach, witaj... - wykonał powitalny gest Wyznawców Węża, a Ah-saa-brax po chwili odpowiedział mu tym samym.

- Proszę, wejdź... A wy - tu zwrócił się do dwóch kobiet siedzących na piaszczystej ziemi i smażących okrągłe placki na płaskich, rozgrzanych kamieniach - przygotujcie za raz jakaś strawę i zacznijcie gotować kawę. Nie można pozwolić, aby nasz gość spędzał czas w tym domostwie o suchych ustach.

Przyodziane w cienkie szaty kobieciny pospiesznie oddaliły się do przylegającej do domu dobudówki. Z daleka widać było niewielkie palenisko i masę różnych przyrządów do przygotowywania prostych potraw, koszy i urn zawierających różne składniki.

Zah-si-nass przepuścił swego przyjaciela do zacienionego wnętrza budynku. Mimo iż domostwo wznosiło się w Pchlim Mieście i było schludnie i dość prosto urządzone. Przeszli przez nieduży przedsionek. Odchodziło z niego troje otworów drzwiowych, przesłoniętych turkusowymi zasłonami. Po prawej wznosiły się natomiast schody prowadzące na wyższe piętra.

Zah-si-nass wprowadził Ah-saa-braxa do całkiem dużego pomieszczenia rozświetlonego promieniami popołudniowego słońca. Spoczęli na całkiem miękkich, czerwonych poduszkach ułożonych tuż przy niskim stoliku.

- A więc bracie... jakie to sprawy sprowadzają Ciebie do mych skromnych progów? A i nie pomnij na to, co widziałeś. Nie można polegać na tych nicponiach... siwja phii... mam nadzieję jak najszybciej się stąd wynieść, bo jak sam widzisz, nie da się nawet normalnie porozmawiać z tymi co tu żyją co dopiero prowadzić interesy!
Jak znajdę jakieś sensowny obrazek do Zah-si-nassa, to też go załączę.

: 16 marca 2016, 18:44
autor: Sigil
[center]Calli, Sklep Sestisa, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]

Ah-sa-brax wysłuchał obojętnie utyskiwań sprzedawcy, nie poświęcając im zbyt wiele uwagi. Codzienne problemy Zah-si-nassa z miejscowymi poganami niespecjalnie go interesowały. Miał w tym momencie ważniejsze sprawy.

Poczekał jednak cierpliwie, aż tamten zakończy swoją przemowę, obrzucając pomieszczenie badawczym spojrzeniem. Wyglądało na to, że byli tu sami. Podejrzewał zresztą, że jego gospodarz zadbał o to, by nie mógł usłyszeć ich żaden niewtajemniczony.

- Bracie - odezwał się w końcu. - Wiem, że sprzedajesz xail. Potrzebuję informacji na ten temat. Ktoś ubiegł mnie przy pracy. Używał tej mikstury, znalazłem na miejscu resztki... Płyn nie zasechł jeszcze, a więc stało się to ostatniej nocy. Ktoś musiał zakupić przynajmniej trzy dawki. Może więcej... Możesz mi powiedzieć cokolwiek na ten temat?

- Xail... xail... - Zah-si-nass zastanowił się przez chwilę, pocierając naznaczone głęboką blizną czoło. Olbrzymia szrama przecinająca twarz kupca nie odbierała mu jednak specyficznego uroku.

- No to posłuchaj, kilka dni temu rzeczywiście miałem pewnego klienta. Jakiś niewarty uwagi typ chciał, abym mu sprzedał cztery ampułki Ambrozji... i to po tak żałośnie niskiej cenie. To ja mu powiedziałem, że nie ze mną takie numery, a xail jest aż nazbyt cenny. W pewnym momencie miałem wrażenie jakby samym wzrokiem chciał przygwoździć mnie do ściany i powiem ci jeszcze... w tym spojrzeniu było coś więcej niż zwykła chęć zabijania powszechna wśród mieszkańców Pchlego Miasta... Wyszedł jednak. A później dowiedziałem się, że odwiedził również tego szubrawca, Taxitla Gammintzli. I ten bez żadnego wysiłku wcisnął mu xail, ile tylko tamten chciał. Hmm... poczekaj...

Kupiec wyszedł z pomieszczenia. Zawołał na jedną z kobiet i po chwili na stoliku pojawiły się ciepłe jeszcze placki faszerowane kokosem oraz gorąca i niesamowicie mocna kawa.

- A skoro już przy pytaniach jesteśmy... - dodał siadając na powrót przy stole. - Ja odpowiedziałem na twoje, w zamian za to odpowiedz na moją zagadkę. I nie martw się nie jest ni trudna, ni długa - odchrząknął, po czym kontynuował:

- Dwadzieścia ściąłem, obciąłem im głowy. Żadne życie nie zostało stracone, żadna krew rozlana. O czym mówię?

- W co ty się bawisz, Zah-si-nass? - zapytał złodziej, żując placka. Miał nadzieję, że zdąży zjeść, zanim gospodarz nie poczuje się obrażony i nie wywali go na zbity pysk. - Zagadki? Rozmawiam z tobą, czy z jakimś pogańskim demonem? To dobre dla czarowników i sług Zapomnianych Bogów. Nie będę grał w takie gierki.

- Ach nie obruszaj się aż tak - Zah-si-nass machnął ręką zrezygnowany. - Nie mam tutaj co robić, pośród tych szarych ludzi z wiecznym syndromem przygnębienia. No dobrze, mają puste żołądki, ale gdyby chcieli to udałoby się zmienić sytuację... Smakuje kawa? A tak nota bene - podszedł do pobliskiej półki, zabierając z niej niewielkie, metalowe puzderko. Otworzył wieczko i zaciągnął się aromatem specyfiku z wyraźną nutką błogiej przyjemności.

- przednie zioła Illu-i-har, prosto z srebrnych plaż Morza Snów. Chcesz trochę? Przyjechały w raz ze mną do tego miasta.

- Jasne, źle odmawiać jak ktoś daje z serca - Ah-sas-brax wyszczerzył zęby - Powiedz mi jeszcze tylko jak wyglądał ten dziwny typ. Wiesz, chętnie uciąłbym sobie z nim pogawędkę, bo mamy, zdaje się sprzeczne interesy.

Kupiec zastanowił się.

- Hmm, no tak jak mówiłem był dość przeciętny z wyglądu, a nawet brzydki, jakiś siwja lub gorzej. Niski typ, także na jego płaskiej głowie spokojnie można byłoby postawić wypełnioną po brzegi oliwą urnę i nawet by się nic nie rozlało! Twarz taka jakaś szeroka, a oczy przekrwione i rozbiegane - oczywiście nie w momencie, gdy widać było w nich nieukrywana groźbę. Sylwetkę miał też dość umięśnioną. Czarne, krótko obcięte włosy, czarne, dość małe oczy. To chyba wszystko, co mogę o nim powiedzieć. Po prostu brzydki.

- Dziękuję. Taxitla znajdę tam gdzie zwykle? Pod Włochatym Pająkiem?

- Taxitla nie znajdziesz już nigdzie - westchnął sprzedawca. - Taxitl zachorzał dwa dni temu i zmarł. Wsszystko przebiegło bardzo nagle. Jego prochy rozwiał już wiatr na polach kremacyjnych.

- A to przykra sytuacja - mruknął złodziej bez nutki żalu w głosie.

Dopił kawę i odstawił kubek.

- No nic, dziękuję bracie - odezwał się. - Wielceś mi pomógł w kłopocie. Mam jeszcze jedną, drobną sprawę. Mógłbyś mi sprzedać trochę a'ahan?

A'ahan była to narkotyczna żywica, która spalana działała mocniej i dłużej niż kif. Zabijała także o wiele szybciej.

- Nie, nie dla mnie - Ah-sa-brax roześmiał się, widząc dziwne spojrzenie kupca. - Dla przyjaciela. Powiedzmy. Dobrze jest spłacać stare długi.

- Hmm... skoro tak - Zah-si-nass wzruszył ramionami. - Moje póki stoją dla ciebie otworem bracie. Poczekaj chwilkę, a za raz dostaniesz to, o co prosisz...

Wyszedł na moment i po chwili powrócił z niewielkim zawiniątkiem uczynionym z liścia kneem. Umieścił je w sakwie, do której wrzucił także niewielkie puzderko wypełnione Illu-i-har i wręczył wszystko gościowi.

- Jak dla ciebie jedna nakfa - uśmiechnął się.

- Jasne, bracie - szklana moneta zmieniła właściciela. - Niech cię Wąż ma w opiece.
Po tej owocnej wymianie zdań wracam do domu, by przygotować się na przyjęcie u Patrona.
Dwie dawki narkotyku podrzucam oczywiście wcześniej Ixitlowi.
Post pisany razem z TatTvamAsi.

: 16 marca 2016, 23:25
autor: Keth
[center]Domostwo Khema, 13 Pani Trzcin[/center]
Uroczysta wieczerza była coraz bliżej, a tymczasem poddenerwowany alchemik wciąż nie miał pomysłu na odpowiedni podarunek dla wpływowego gospodarza. Królewscy doradcy byli jednymi z najbogatszych ludzi w Calli, stać ich było niemal na wszystko. Posiadający niewielkie laboratorium AjArdczyk codziennie zanosił dziękczynne modły do Mnumbi za błogosławieństwo, jakim była protekcja tak możnego Lenja'kare, teraz jednak dysproporcje pomiędzy statusem społecznym rzemieślnika i oroniego jawiły mu się prawdziwym przekleństwem.

Koniec końców Khem wyciągnął ze schowka niewielką drewnianą szkatułkę, otworzył ją przeglądając z wahaniem zawartość pojemnika. Wystawiając czubek języka z ust w bezwiednym wyrazie zamyślenia czarnoskóry mężczyzna ujął w dłonie dwa duże szklane flakony zamknięte czopami z wypolerowanego obsydianu.

W jednym z nich przelewała się leniwie gęsta brunatna ciecz przywodząca swą barwą na myśl wodę zalegającą w sadzawkach wzdłuż koryta rzeki; w drugiej zaś znajdowała się szmaragdowa substancja upstrzona mnóstwem opalizujących złotych drobinek.

Podarunek nader cenny z punktu widzenia alchemika, mógł szlachetnego An'harata na równi wzruszyć, co rozgniewać.
Biorę jedną miksturę uzdrawiającą i jeden eliksir mocy ziemi, może mnie oroni nie wyśmieje!

: 17 marca 2016, 11:19
autor: Mystic
[center]Calli, plac przed Pałacem Hool'ahutl, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]

Z mistycznego stanu medytacji i skupienia wyrwały go hałasy dobiegające z odległych komnat. Kto w Świątyni Ciszy waży się zakłócać panujący tu spokój?! - pomyślał MezXtli. Niezwyczajne jak na miejsce i porę dnia zjawisko rozbudziło jego podejrzenia. Astralny odczyt dawał klarowną informację: jakieś nadzwyczajne poruszenie miało miejsce w bibliotece. Umysł młodego maga przeniósł swoją percepcję bliżej Mall'tamaru, zaś jego nogi z prędkością wichru poniosły go do położonego w wieży librarium. Gdy dopadł na miejsce ujrzał wiele rozrzuconych zwojów i ksiąg, miedziane tabliczki w nieładzie ciśnięte na podłogę. Na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że ktoś gorączkowo szukał tu czegoś, a sposób wskazywał na złodzieja lub profana. Nie usłyszawszy żadnych hałasów, skupił się na astralnej osnowie rzeczywistości, jednakże w bibliotece nikogo nie udało mu się ujawnić. Dalsze pospieszne poszukiwania ukazały otwarte okno i zwisającą z niego linę, lecz w znajdującym się pod nim ogrodem nie widać było nikogo.

Może rabuś ukrył się za którymś z gzymsów budynku? Nie upłynęło jeszcze tyle czasu, by zdołał opuścić teren Świątyni - analizował MezXtli. Ponowne sondowanie okolicy nie wykryło niczego niezwykłego. Ot, ptaki i drobne stworzenia budzące się do życia wraz ze wschodzącym słońcem. Rozum podpowiadał jednak, że złodziej gdzieś musi tu być i nie pozwalał zaprzestać poszukiwań. Gdzieś w cieniu astralnych wrażeń znajdował się jeden stłumiony i skamuflowany punkt, który niemal dygotał z przejęcia. Mag skupił swój umysł i wniknął w niego rozplatając proste zewnętrzne wzory. W mgnieniu oka doznał nieomal eksplozji szeptanych, niezrozumiałych słów, odczuć i bodźców. Bez wątpienia był to właśnie włamywacz, zaś sygnał dobiegał spod jednego z drzew rosnących w ogrodzie poniżej. Wir wrażeń docierających do umysłu maga zalała po chwili fala ciemności i strachu, niemalże zwalając z nóg młodzieńca. Nie był w stanie dłużej utrzymywać kontaktu. Doszczętnie poruszony i osłabiony odstąpił od okna. Potrzebował kilku chwil by jako-tako dojść do siebie. Chwiejnym jeszcze krokiem zszedł po krętych schodach biblioteki by odnaleźć przełożoną Świątyni i opowiedzieć o tym co zaszło. Nie można przeto zostawić tak tego zajścia, z całym tym rozgardiaszem poczynionym w księgach i pismach...

...z retrospekcji wydarzeń poranka wyrwał go dźwięk trąb. Oparty o ścianę budynku stojącego przy placu przed Pałacem Hool'ahutl chłonął jej chłód w ten upalny dzień. Dostrzegł, jak otwiera się główna brama, a przez nią opuszcza pałac pochód Paladynów Holis oraz służek niosących duże kosze. Tłum zgromadzony na placu zaczął się rozstępować przed kroczącą procesją. Z nieba lały się strumienie palącego słońca przeplatane płatkami kwiatów, które to najwyraźniej musieli rzucać ludzie znajdujący się na wyżej położonych balkonach. Odgłosy wiwatowania i radości towarzyszące wydarzeniu, cały zgiełk męczyły maga, ale ten był ciekawy tego wydarzenia. Wszak nie co dzień rodzi się potomek władcy. W głowie miał jednak nadchodzący wieczór i zaproszenie do znakomitego Ahtactl Maxcaill An'harata. Liczył, że może uda mu się dowiedzieć czegoś w sprawie włamania do świątynnej biblioteki. Na spotkaniu będzie też znajoma mu kapłanka Zyanya, która to otrzymała misję odnalezienia skradzionych manuskryptów...

: 17 marca 2016, 18:24
autor: Sigil
[center]Calli, Dzielnica Siwja, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Jakieś cztery godziny, pięć fałszywych obietnic i kilkanaście odwiedzonych na darmo melin później, wracał z Pchlego Miasta do domu. Szedł szybko przez ubogą dzielnicę Siwja, mijając po drodze wracających z pola rolników. Był głodny. Właściwie poza trzema plackami i kubkiem kawy, którym poczęstował go Zah-si-nass nie miał tego dnia nic w ustach. Słońce skryło się już w połowie za szczytami Xiquti i dolne poziomy miasta ogarnął cień. Niedługo miał się połączyć z barwą nieba, przechodząc niepostrzeżenie w błękitno-fioletowy zmierzch.

Pomyślał o nadchodzącej uczcie i poczuł, jak burczy mu w brzuchu. Cóż, jeśli coś miałoby pójść źle, miał nadzieję, że zdąży się przynajmniej najeść. Choć ta biesiada mogła być ostatnią w jego wolnym życiu. Nie - poprawił się, zaciskając zęby. - Ostatnią w życiu... Jeśli An'harat zechce posłać go za to niepowodzenie na Czerwony Targ, może równie dobrze posłać go do piachu.

Skręcił w ciasny zaułek i przeszedł pod koślawą bramą. Niewielkie podwórko, które otwierało się za nią, próbowało uparcie przybrać szlachetną formę kwadratu. Gubiło się jednak ustawicznie w kątach i płaszczyznach źle dopasowanych dobudówek, wystających węgłów i stromych schodków, wspinających się wzdłuż ścian. Na środku placyku znajdowała się studnia - jeden z głównych powodów dla którego wybrał właśnie tą okolicę. Potrzebował źródła czystej wody gdzieś w pobliżu. I to najlepiej w dyskretnym miejscu. Takim jak to. Wspiął się po wydeptanych stopniach na pierwszy poziom budynku i otworzył zwykłe, drewniane drzwi kluczem, którego prostota zawsze wywoływała na jego twarzy lekki uśmiech. Znał się jednak na swoim fachu na tyle dobrze by wiedzieć, że nie było sensu lepiej zabezpieczać domu. Jeśli ktoś naprawdę uparłby się, by dostać się do środka i tak znalazłby sposób. Poza tym... Nie trzymał tu niczego, co warto by było ukraść...

Drzwi otwierały się na niewielką sień, w której królowały dwa wiadra, kilka złożonych starannie worków i wiszący na ścianie płaszcz. Za nimi znajdowała się pojedyncza izba, której jedynym wyposażeniem był duży, poobijany kufer. Skrzynia służyła Ah-saa-braxowi zarówno za szafę jak i stół. Obecnie stała na niej świeca w glinianym lichtarzu i dzban z wodą. Na podłodze znajdowały się dwie maty - jedna do siedzenia, druga, większa, do spania. Leżał na niej złożony koc. Obok stała duża kamienna misa, wypełniona wodą. I to właściwie było wszystko, nie licząc pękniętego lustra wiszącego nad skrzynią oraz rysunku przedstawiającego Mnumbi. Szkic wykonany był węglem na kawałku pergaminu i znajdował się nad łóżkiem. Jednakże każdy uczony kapłan Świętego Gawiala zauważyłby pewne niepokojące nieścisłości dotyczące przedstawienia bóstwa. Zbyt wielkie, by można było wziąć je za przypadkową pomyłkę i mające raczej posmak celowego działania... Ah-saa-brax wszakże nie przejmował się tym za bardzo. Szansa na to, że uczony kapłan Mnumbi zajrzy tu kiedykolwiek była bliska zeru. A jeśli nawet miałoby się to stać... Cóż, wtedy posądzenie o obrazę jakiegoś pogańskiego bóstwa byłoby dla łotra najmniejszym problemem...

Jedyne okno, wychodzące na koślawe podwórko zasłaniał kawałek wyblakłej tkaniny, która kiedyś była pomarańczowa. Złodziej upewnił się, że materiał zakrywa je całkowicie, po czym stanął na środku pokoju. Ściągnął turban i szare, wytarte ponczo, rzucając je na łózko. Zamknął oczy i zdjął iluzję, tak jak liniejący wąż odrzuca starą skórę. Czar prysł odsłaniając doskonale dopasowaną zbroję ze skóry węża morskiego, która okrywała ciało młodzieńca. Przy jego boku wisiał długi, zakrzywiony sztylet, za pasem zaś znajdowało się dziesięć krótkich noży do rzucania. Ah-saa-brax zbliżył się do lustra. Z głębi szklanej tafli odpowiedziało mu spojrzenie żółtych ślepi z poziomymi źrenicami, podobnych do oczu gada. Uśmiechnął się. Odbicie odpowiedziało jasnym błyskiem kłów. Owinięty wkoło jego ramienia, niewielki szafranowy wąż podniósł płaski łeb i zasyczał cicho.

- Ssspokojnie ssskarbie - syknął złodziej, a czarny, rozdwojony język zatańczył przez chwilę między jego wargami, niczym żywy płomień. - Wkrótce nasssycimy głód. Cierpliwości.

[center]Obrazek[/center]
Opuścił rękę, pozwalając żararace spłynąć z ramienia na skrzynię. Następnie znów pochylił się nad lustrem przyglądając się badawczo swojemu odbiciu. Tego wieczora zwykła osłona mogła okazać się niewystarczająca. Tego wieczora musiał stworzyć idealny obraz, który nie będzie budził żadnych wątpliwości w oczach oroni i innych arystokratów miasta. Powoli, przypatrując się sobie z uwagą zaczął tkać iluzję, maskując stygmaty, którymi obdarzył go Święty Wąż.
Rzucam na siebie iluzję maskującą wężowe cechy. Za jej pomocą tworzę sobie też odpowiedni ubiór - może być nieco w elfim stylu - ostatnio to modne wśród artystów (jakaś koszula, tunika i spodnie). Biorę Din-Gu i Sophię. Przed wyjściem odmeldowuję Energię przy studni.

Zabieram też broń i zostaję w zbroi, licząc się z tym, że może to być moja ostatnia wizyta u patrona. Na wierzch zakładam jedwabną tunikę, by wrażenia dotykowe nie odbiegały od wizualnych.

: 18 marca 2016, 18:14
autor: Keth
[center]Domostwo Khema, 13 Pani Trzcin[/center]
Khem zawinął swój podarunek w starannie przycięte sukno, obejrzał raz jeszcze uważnie wyciągnięty z garderoby strój, w którym przeważały elementy stylu ajardzkiego mające w zamierzony sposób podkreślić odmienność kulturową gościa. Zadowolony z wyniku oględzin alchemik odłożył odświętne ubranie na krzesło i wyjrzał za okno, gdzie zaczynało się wreszcie robić przyjemnie chłodno.

Ciągle jeszcze miał nieco czasu do uroczystej wieczerzy. Stawienie się w pałacu An'harata przedwcześnie mogło sugerować zbytni pośpiech, nie licujący ze statusem szanowanego rzemieślnika. Nie mając w zasadzie niczego więcej do zrobienia AjArdczyk znienacka przypomniał sobie rozmowę z młodym pomocnikiem ogrodnika i to wspomnienie skierowało jego kroki do boksu Smolucha.

Czarny ryczyosioł powitał swego właściciela błyskiem zwężonych oczu, zwyczajowo obnażył ostre zęby w wyrazie oczywistej niechęci. Alchemik zacmokał na zwierzę językiem pokazując jednocześnie ręką zawieszony na ścianie pęk witek, którym jego posługacz zwykł przywoływać Smolucha do porządku.

Ryczyosioł prócz niezwykle rzadkiego umaszczenia obdarzony był również piekielnie dużą inteligencją, chociaż ku ubolewaniu Khema zwykł ją wykorzystywać przede wszystkim do złośliwych wybryków. Pojął od razu, dlaczego człowiek pokazuje na witki i przestał szczerzyć zęby, chociaż w jego oczach wciąż błyszczała podstępna wrogość.

- Dzisiaj już nie mam czasu, ale jutro się tobą zajmę - obiecał zwierzęciu AjArczyk zaglądając nad przepierzeniem boksu do środka - Niech no pomyślę jak ja ci ten bukłak podwieszę...
Mała scenka w oczekiwaniu na rozwój fabuły...

: 19 marca 2016, 18:10
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]


Zyanya przymknęła oczy. Jej blade dłonie przemknęły po czerni ściany komnaty. Chłód kamienia koił rozgrzaną słońcem skórę. Czuła, że otwiera się nowa karta w jej życiu. Jeszcze przed chwilą stąpała po zdobnej posadzce samego pałacu Aru Ari. Jeszcze kilka dni temu nawet w najśmielszych myślach, nie mogła by uwierzyć w to, co się stało. Spotkał ją zaszczyt towarzyszenia Toar'rai. Jako jedna z nielicznych zamieszkujących miasto, mogła ujrzeć na własne oczy dziedzica tronu i uczestniczyć w ofiarowanym mu błogosławieństwie, intonować jedną z najpiękniejszych pieśni przypominających każdej istocie o miłości Czarnej Matki. A przecież dopiero co zaczynała swoją służbę w świątyni Bogini. Ceremonia w intencji pomyślności przyszłego władcy zakończyła się pełnią ciszy, która przesyciła swą słodyczą każdy zakątek przybytku.
[center]
***[/center]
[center]
Podkład: https://www.youtu...vm7MT73ZBM[/center]

Przed oczami hieroduli pojawiło się wspomnienie poranka... Mimo radosnej nowiny, nadchodzących wydarzeń Każdy nosił w swoim sercu ból. Ból bluźnierstwa, które zagościło pod dachem świątyni. W godzinach, gdy serca kapłanek i wszystkich żyjących pod dachem świątyni owiane były smutkiem i żalem po utracie cennych zwojów, została wezwana. Miała się stawić przed nią, najwyższą kapłanką. Tą, którą skrywał welon tajemnicy. Osoby takie jak ona rozmawiały bowiem wyłącznie ze swymi bezpośrednimi przełożonymi.

[center]Obrazek[/center]

Tego jednak dnia Ain'saara jedynie przekazała słowa Toar'rai, posyłając młodą i tak jeszcze niedoświadczoną hierodulę do komnaty Axcan Amnantl. Z drżącym sercem i mieszaniną obaw i szczerej fascynacji wspinała się szybko po spiralnie skręconych schodach, ku położonej na najwyższym piętrze, całkowicie okrągłej komnacie. Strażnicy świątynni odsunęli przed nią ciemną, ciężką draperię przesłaniającą wejście. Wewnątrz roznosił się słodki aromat kadzideł opiumowych łączący się z zapachem świeżo ściętych lilii. Prócz delikatnych, białych kwiatów, nic nie rozpraszało panującej dookoła czerni. Sklepienie rozciągało się nad przestronnym pomieszczeniem olbrzymią kopułą. W oddali wznosił się zaś podest. Na nim, pomiędzy dwoma filarami siedziała wysoka, kobieca postać... Toar'rai...

Gdy tylko przekroczyła próg pomieszczenia, Zyanya uklękła na gładkiej, marmurowej posadzce. Milczała w trwożnym respekcie, czując jak jej gardło zaciska się, a zimny dreszcz przebiega po plecach. Wtedy po jej uszu dobiegł szept...

- Podejdź moje dziecko, niech ci się przyjrzę...

Kapłanka spojrzała na nią zza czerni zasłony okrywającej jej twarz. Zyanya czuła jej wzrok, czuła jak badawczo przenika jej ciało i serce. Jej nogi niemalże odmawiały posłuszeństwa a kolana uginały pod wzbierającymi emocjami. Podeszła jednak...

- Ixlanii* Ain'saara mówiła mi o tobie...

Zyanya czuła jak rozwijający się w jej żołądku kwiat napięcia wzrasta rozsadzając niemal klatkę piersiową...

- ...podobno uczyniłaś nie małe postępy. Będziesz więc miała doskonałą okazję, żeby się wykazać. W południe będziesz mi towarzyszyć. Następca tronu potrzebuje błogosławieństwa Naszej Matki - urwała pozwalając nowej informacji zagościć w umyśle młodej hieroduli.

- Wieczorem zaś... udasz się na ucztę oroni Ahtactl Maxcaill An'harata. Dotarła do nas wieść, że może on wiedzieć, kto wdarł się do biblioteki i ukradł cenne papirusy - Na wspomnienie grabieży jej głos zadźwięczał ostrymi nutami, po chwili jednak na powrót przybrał swoją aksamitną, spokojną barwę:

- Pokaż swoje umiejętności. Odzyskaj to, co zostało skradzione przez bluźniercę, a otworzą się przed tobą nowe możliwości... Ain'saara objaśni ci szczegóły twojego zadania. A teraz idź się przygotować. Już niebawem południe. - skinęła głową dając znak, że rozmowa definitywnie dobiegła końca. Zyanya opuściła komnatę Toar'rai nie mogąc złapać tchu po tym, co właśnie się stało. Po chwili jednak z nowym entuzjazmem zbiegła po marmurowych stopniach, aby przygotować się do czekających ją obowiązków...

*Ixlanii, Licapoxi - przełożona;

Połączony z 20.03.2016 10:52:02:

: 20 marca 2016, 12:00
autor: TatTvamAsi
[center]Calli, Wieczór, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]

Ostatnie promienie zachodzącego za górami słońca musnęły pokryte zielenią drzew dachy budynków. Ptactwo wzlatywało wysoko w niebo, aby skryć się w cieniu któregoś z licznych ogrodów. Ulice miasta tętniły zaś nieprzerwanie życiem. Ruch, dźwięki najróżniejszych instrumentów wzbierały na sile. Z licznych domostw słychać było radosne śmiechy oraz śpiew. Śpiewano pieśni radości, pieśni na cześć nowo narodzonego dziecka, przyszłego władcy Calli.

Khem Lateef Mibampes wyszedł na zewnątrz. Lekki wiatr ze wschodu przynosił ochłodę po spiekocie całego dnia, wypełnionego wręcz po brzegi muzyką i radością wszystkich Lenja'kare zamieszkujących to położone u podnóża wulkanu miasto. Jego płuca chłonęły przyjemnie orzeźwiające powietrze zbliżającego się wieczoru. Na wschodzie niebo wyraźnie barwiło się już fioletem nocy. Nadszedł czas wizyty w pałacu Jaśniejącego. Do płóciennej, białej tuniki w AjArdzkim stylu miał przypięte pióro jakiegoś nieznanego mu gatunku ptaka, bardzo rzadkiego na Lenji i cenionego na dworach szlacheckich. Był to swoisty znak, dzięki któremu mógł przestąpić progi domu oroni An'harata. Przyspieszył kroku. Minął dźwięczący muzyką sarangi i lutni dom Salima Waz'zahira, jednego z najbogatszych, najbardziej wpływowych rodaków zamieszkujących Calli. Po pewnym czasie jego oczom ukazała się brama rezydencji patrona. Widział wchodzące przez nią pary zacnych Aruan, przybranych w odświętne stroje z długich, znaczonych czarnymi prążkami piór. Przed pokaźnymi odrzwiami stali strażnicy z kasty Tiba. Ukazał im zaproszenie jak i długie, szkarłatne pióro. Po chwili znalazł się już na wypełnionym najróżniejszymi roślinami dziedzińcu pałacu.

W tym samym czasie do pałacu zdążał Ah-saa-brax. Przedzierał się przez gromadę wąskich uliczek Dzielnicy Siwja, obierając jak najkrótszą drogę do rezydencji położonej w północno-zachodniej części miasta. Pióro Quithila zdobiło jego koszulę o elfim kroju. Miało być ono przepustką do wejścia na dwór królewskiego doradcy. Pierwszy raz będzie gościł na tak wystawnej uczcie u dostojnego oroni. Postarał się więc, aby maska skrywająca jego prawdziwą naturę, była więc jak najbardziej wiarygodna i dopasowana. Zmierzał do południowych wrót pałacu. Było to wejście przeznaczone dla wszystkich tych, w których żyłach nie płynęła szlachecka krew. Dołączył do niewielkiej grupy muzyków wnoszących swoje nieraz pokaźne instrumenty. Pokazał zaproszenie. Podążając za grupką innych artystów, znalazł się na niewielkim placu. Nie upłynęło wiele czasu, a z pałacu wyszedł młody siwja, wprowadzając trupę do świata kunsztu i szlacheckiej ogłady.

MezXtli opuścił przestronne komnaty swej rezydencji. Na okazję uczty na cześć następcy tronu, jego ciało oblekała kilkuwarstwowa szata w kolorze zamglonego nieba i równie jasnego fioletu. Jego pierś zdobił okazały selenit oprawiony w delikatną ramkę ze srebra. W miedzianą obręcz na ramieniu wsunął otrzymane pióro - symboliczne zaproszenie jak i barwny dodatek do dobranych ze smakiem elementów stroju. Nie wiele czasu zajęło mu dotarcie do pilnie strzeżonych bram pałacu. Przed nimi spotkał Zyanyę - młodą hierodulę, którą widywał czasem w zacienionych komnatach świątyni Pani Wiedzy i Zrozumienia. Teraz tak jak on, poszukującą najmniejszych choćby informacji odnośnie zaginionych notatek. Wymienił z nią powitalne gesty - skłonił się lekko acz elegancko, na co kobieta dygnęła z gracją, pozdrawiając maga w imieniu Bogini. Oboje ukazali swoje zaproszenia i ich ptasie symbole, po czym przeszli przez wschodnią bramę.

Ehecatlem skończył służbę. Wszyscy zamierzali świętować, a największa uczta miała się odbyć w głębi pałacu władcy. Młodzieniec jednak nie lekceważył słów starszego brata, o tak ważnej pozycji w radzie wpływającej na losy całego miasta. Jego lśniąca złotymi piórami zbroja była idealnym ubiorem również na tą okoliczność. Świadczyła bowiem o istocie przydzielonej mu funkcji, która była w końcu niemałym zaszczytem.

[center]***[/center]

[center]Obrazek[/center]

Pałac był iście ogromny. Wzniesiony bezpośrednio z ściany skalnej rozpościerał swe eleganckie komnaty mnogością barw, zapachów oraz dostarczonych z dżungli, niesamowitych roślin. Goście przechodzili korytarzami pokrytymi najbardziej miękkimi, sprowadzonymi z AjArd dywanami. Powietrze zaś wypełniał wszechobecny zapach delikatnych kadzideł. Służba prowadziła zaproszonych do położonej w samym centrum pałacu komnaty, do której prowadziło czworo szerokich drzwi przesłoniętych zasłonami z granatowych jedwabi. Wnętrze rozległego, prostokątnego pomieszczenia robiło nieprawdopodobne wrażenie. Na środku wznosiła się rzeźbiona kolumna, porośnięta niemalże całkowicie ognistym kwieciem liliowców Xaihtara. Dookoła niej wznosiło się zaś podium przeznaczone do pokazów. Otaczał je ułożony w podkowę niski, lecz nieprawdopodobnie długi stół z inkrustowanego złotem mahoniu. W jego środkowa część przeznaczona była wyraźnie dla najlepiej urodzonych i najbardziej wpływowych obywateli miasta. Przyozdobieni szeleszczącymi przy każdym ruchu piórami, pokryci misternie wykonanymi wzorami na skórze oraz kosztowną biżuteria, czekali na rozpoczęcie uczty. Każdy zacniejszy gość był odpowiednio wcześniej wprowadzany do komnaty, czemu towarzyszyło przedstawienie oraz wymiana tytułów i pełnionych funkcji.

[center]Obrazek[/center]

Gdy służba zapowiedziała przybycie Ehecatlema, został on poprowadzony do miejsca za raz po prawicy oroni Ahtactl Maxcaill An'harata. Każdemu przydzielone było jego własne, odpowiednie do statusu miejsce. MezXtli dołączył do części przeznaczonej dla nielicznych członków kasty Alinur, w pobliżu znalazła się również Zyanya prowadzona przez powabną młódkę z kasty siwja. Służący, który na tę noc miał towarzyszyć AjArdzkiemu alchemikowi, zaprowadził go do części po prawej stronie, gdzie zbierali się również bardziej majętni kupcy, rodacy Khema Lateefa Mibampesa. Gdy każdy z pośród lepiej urodzonych znalazł się w komnacie. Służący wprowadził do niej również grupę muzyków. Przydzielone zostało im miejsce na samym końcu długiego stołu, po zachodniej stronie pomieszczenia.

[center]Obrazek[/center]

Oczekiwano z niecierpliwością przemówienia pana domu. Jego sylwetka mimo podestu, na którym znajdowało się miejsce przeznaczone dla oroni, górowała nad innymi, otaczającymi go Aruan. Jego diadem lśnił złotem i intensywnością turkusowo granatowych piór. Muskularne ciało pokrywała zaś szata w odcieniu głębokiego szmaragdu - barwy charakterystycznej dla rodu An'harat. Gestem przyozdobionej w liczne pierścienie dłoni nakazał ciszę. Ozwał się niskim, niemal tubalnym głosem:

- Witajcie w moim domu. Zostaliście tutaj zaproszeni, aby uczcić niepowtarzalną okazję. Ilekroć czekaliśmy na ten wspaniały dzień, modląc się, prosząc o łaskę Mechit-Urtia. Nasze prośby zostały wysłuchane, a królowa powiła dziedzica. Niechaj oko Holis zawsze ma nad nią pieczę! Attax'ah karaini! - Zgromadzeni jednym głosem powtórzyli słowa pana domu - Attax'ah karaini - Niech tak się stanie!

- Błogosławione łono, które wydało na świat przyszłego władcę Calli. Niech siła Naszego Ojca wypełni go i zawsze będzie przy nim. Tad Aixamui! - z gardeł zebranych kobiet i mężczyzn rozniosło się niczym echo - Tad Aixamui - Niech żyje!

- Pochwalona niech będzie siła i mądrość Aru Ari - Pana Panów, Oświetlającego swój lud, Słonecznego Żaru spopielającego wrogów, Ostrza Włóczni torującego drogę do zwycięstwa, Dawcy pożywienia i wszelkich dóbr. To z jego łaski możemy dzisiaj pić i jeść wyborne potrawy. To za jego sprawą Calli stawiło opór wszelkim przeciwnościom. Tad Aixamui Colute'Hool! - biesiadnicy powtórzyli - Tad Aixamui Colute'Hool!

- A teraz spocznijcie! - tymi słowami oroni zajął honorowe miejsce przy głównym stole. Później zasiedli również dostojni przedstawiciele najznamienitszych rodów Aruan, nieliczni Alinur, a następnie wszyscy inni zaproszeni. Pan domu niewielkim gestem dłoni dał znać służbie.

Po chwili olbrzymia sala wypełniła się zapachem świeżych kwiatów i cytrusów. Każdy z zaproszonych gości otrzymał okrągłą srebrną tacę, na której lśniła niewielka miska wypełniona wodą i sokiem z cytryny, równie srebrna obręcz, a za nią zatknięty kwiat o mięsistym kielichu barwy głębokiej purpury, obok zaś leżał kawałek delikatnego, białego jedwabiu oraz niewielki korzeń cynamonu. Po tym jak zebrani przemyli swoje dłonie w pachnącej cytryną wodzie oraz nasączyli swe usta nektarem świeżego kwiatu, służba zabrała srebrne tace wnosząc kolejno odpowiednie potrawy. Każda z nich miała swoją określoną kolejność, przydzieloną do niej odpowiednią zastawę. Na stole pojawiły się wielkie wazy z niemal wrzącym jeszcze kremem z korzeni czarnomiostu gwieździstego doprawionym sproszkowanym goździkiem, błękitnoskóre ptaki aat'luu faszerowane owocami granatu, orzechami nerkowca i różnymi innymi bakaliami. W sporych, głębokich wazach czaiły się natomiast inne smakołyki - sałatka z owocami ghelu doprawionymi słodkawą krwią węża xaidriqu, wymieszanymi z kawałeczkami pomarańczy i białego miąszu rambutanów. Obok ustawiono tacę z chrupiącymi i niesamowicie gorącymi modliszkami dandella, obtoczonymi w migdałowych płatkach i ziarnach sezamu, skropionymi nutką soku z guawy. Honorowe miejsce zajmowała platera z Aromatyczną Niespodzianką - olbrzymim kwiatem chuqualli o mięsistych, intensywnie różowych płatkach. Pośród nich skrywał się najrzadszy i najbardziej luksusowy przysmak - miękkie, nasączone różaną wodą jaja ghizzuaria - największego spotykanego motyla, którego skryte w ziemi larwy przepoczwarzają się dopiero po cyklu dwudziestu ośmiu lat. Zza przejrzystej skorupki można było dostrzec poruszającego się delikatnie, zwiniętego turkusowego robaka, którego smak przywodził na myśl odległe, niedostępne dla samotnych wędrowców rejony dżungli Orefun. Do czar wlewano gęste, doprawione gniewką ognistoskórą kakao, a zdobne w sceny z życia dworu kielichy napełniły się złotym winem, przywiezionym z odległych miast AjArd. Gdy przepyszne jedzenie pojawiło się na stole i zagościło na talerzach gości, władca nakazał ciszę:

- Za nim rozpocznie się uczta, pozwólmy wpierw nasycić się naszemu duchowi. Wysłuchajmy pieśni na cześć naszego przyszłego władcy. - skinął lekko w stronę krańca stołu przeznaczonego dla muzyków. Podniosła się młoda niewiasta, znana jako Eualia Thamais. Ah-saa-brax znał ją jednak pod innym imieniem i wiedział również, że pod bielą skóry Xan-saah-mah kryją się granatowo-błękitne łuski tworzące rozległe, piękne wzory. Kobieta wkroczyła na podium, kłaniając się nisko przed panem domu. Pozdrowiła szlachetnego oroni i delikatnie szarpnęła struny winy. Pierwsze nuty podniosłej, ale subtelnej pieśni rozniosły się echem w ciszy wypełniającej pierwiej komnatę...
W momencie jak tylko wasze postacie wchodzą do jadalni szlachcica, wykonuję dla nich test Etykieta + Charyzma.

Khem: Szlacheckie urodzenie i doskonałą znajomość zawikłanych niuansów AjArdzkiej etykiety, pozwala mu równie dobrze zrozumieć normy postępowania na dworze Lenja'kare. Radzi sobie znakomicie (3 przebicia), a jego status rośnie o 4.

Zyanya: Dobra znajomość zasad etykiety pozwala jej odnaleźć się na dworze szlachcica. Nie wyróżnia się w tym jednak od większości zaproszonych osób (1 przebicie). Status rośnie o 2.

Paladyn: Ehecatlem jako brat oroni, nie raz bywał na wielkich ucztach, więc wie jak się zachować. Przez zmęczenie nie zabłyśnie jednakże w towarzystwie (marginalny sukces), które i tak go już dobrze zna. Status rośnie tylko o jeden.

Ah-saa-brax: jest dobrym obserwatorem i szybko się uczy. Podpatruje dostojnych i ich maniery i dostosowuje się do otoczenia. Nie wybija się jednak ponad innych uczestników biesiady (z resztą sam raczej stara się nie wyróżniać); 1 przebicie, status rośnie o 2.

MezXtli: niestety Mag najwyraźniej nie spał zbyt dobrze i nie jest zbyt elokwentny ni wyszukanie szarmancki w tym co robi. Nie popełni jednak żadnego błędu, przez który mógłby stracić w oczach innych (brak sukcesu - status bez zmian).
Uczta się rozpoczęła! Możecie działać.