Strona 2 z 33

: 10 lipca 2018, 22:33
autor: Kargan
Pracownia Leona

Ciemna, orzechowa kolba leżącej na stole broni odbijała ciepłe światło rozświetlające pracownię Leona. Wynalazca i dziewczyna wpatrywali się jednakowo zachwyceni w sztucer chociaż w oczach Leona więcej było podziwu nad aktualnym stanem broni a z oczu dziewczyny przebijał zachwyt nad tym czym owa broń mogła się stać. Inkrustowane srebrem ciężkie łoże gładko przechodziło w idealnie wyprofilowany chwyt by natychmiast płynnie przejść w długą kolbę. Delikatne ryty zdobień pokrywały również zamek broni i częściowo lufę.

- Ehhh zaiste piękna broń - wyszeptał po chwili Leon - Czyli co, chcesz skrócenia kolby lufy ?

- Niezupełnie drogi kuzynie - Angeline pokręciła głową - Owszem chciałabym nieco skrócić kolbę, ale absolutnie nie będziemy skracać lufy. Wręcz przeciwnie. Chciałabym Cię prosić o wydłużenie lufy. Wymień ją na coś dłuższego, koniecznie gwintowanego. Dodatkowo wymiana przyrządów celowniczych na typu wojskowego. Chciałabym mieć możliwość regulacji w zakresie 100 do 600 yardów. Jeśli przód będzie zbyt ciężki to zdejmiesz te zdobienia z łoża i dodasz przeciwwagę w kolbie. Może cięższy trzewik lub jakiś ciężarek w środku. Sam ocenisz co będzie lepsze. No i bardzo ważne ! Potrzebuję przyśpiesznika spustu. Mój nauczyciel stwierdził, że zdecydowanie nie mam dłoni kowala w związku z czym za bardzo zrywam spust w trakcie strzelania a to wpływa na celność.

Angeline wyrzucała z siebie kolejne zdania z szybkością karabinu maszynowego a Leon coraz szerzej otwierał oczy ze zdumienia. Zdawał sobie sprawę z militarnych zainteresowań kuzynki nie sądził jednak, że zna się ona aż tak dobrze na technicznych detalach dotyczących budowy broni i konsekwencjach zastosowania konkretnych rozwiązań. Wykorzystawszy moment gdy dziewczyna przerwała dla nabrania oddechu Leon wtrącił szybko.

- Na Boga dziewczyno ! Wiedziałem, że się na tym znasz, ale nie myślałem że zostałaś rusznikarzem !

- Nie kpij ze mnie mój drogi - Angeline roześmiała się serdecznie klepiąc w ramię wciąż zdumionego kuzyna - Znam się trochę na teorii, ale pojęcia nie mam o praktyce i właśnie dlatego potrzebna mi Twoja pomoc.

- Szkoda nieco tych pięknych zdobień, ale skoro chcesz mieć broń bardziej zabójczą niż piękną - Leon sięgnął po leżący opodal przymiar - Złóż się proszę do strzału. Sprawdzę ile trzeba skrócić a potem pomyślę nad jej lepszym wyważeniem.

Angeline złożyła się do strzału i zamarła bez ruchu a Leon kręcił się wokół mrucząc coś pod nosem, zaznaczając rysikiem na kolbie i zapisując wyniki pomiarów w notatniku leżącym na stole. Dokonawszy niezbędnych pomiarów Leon skinął wreszcie głową i odebrał broń od dziewczyny.

- Nie powinno mi to zająć więcej niż jeden dzień - powiedział Leon odkładając delikatnie sztucer na stół - Dam Ci jednak znać przez umyślnego byś mogła przyjść jeszcze raz na końcową przymiarkę.

- Dziękuję pięknie ! - Angeline pochyliła się błyskawicznie i cmoknąwszy Leona w policzek zakręciła się w radosnym piruecie i ruszyła w stronę drzwi. Zatrzymawszy się już w otwartych drzwiach odwróciła się jeszcze na moment przypomniawszy sobie o czymś.

- Prawie zapomniałam ! - zmrużyła jedno oko patrząc z uśmiechem na Leona niczym namierzający cel snajper - Celownik optyczny ! Gdybyś zdobył dla mnie jakiś będę Twoją dozgonną dłużniczką !!!

Dziewczyna zostawiła Leona pochylonego nad bronią i zamknąwszy cicho drzwi ruszyła radośnie w stronę salonu niczym dzieciak, któremu obiecano że gwiazdka w tym roku będzie pełna prezentów.

[center]Obrazek[/center]
Rzucaj chłopie kostkami i podbijaj te statystyki ;)

: 10 lipca 2018, 22:39
autor: Keth
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

Obaj mężczyźni zapatrzyli się przez dłuższą chwilę na płomienie wypełniające wnętrze kominka. Nie było w tym milczeniu niczego dziwnego ani tym bardziej krępującego zważywszy na wieloletnią znajomość patriarchy i jego zausznika.

- A jak przyjęła twe wieści Angeline Léa? - zapytał w końcu Casimir Lavelle, upiwszy wpierw nieco koniaku - Mniemam, że zapowiedź zamążpójścia głęboko ją... poruszyła.

- Znasz moją córkę równie dobrze jak ja sam - mruknął Ventricule - Furia niemal ją rozsadziła, ale to rozsądne dziecko. Jest odpowiedzialna i rozumie pojęcie obowiązku wobec rodziny. Wyjdzie za syna Oppolusa zgodnie z moją wolą.

- Naprawdę sądzisz, że to jedyne wyjście? - doradca przechylił się w fotelu, odłożył szklankę na stoliczek między siedziskami i oparł łokcie o kolana splatając dłonie palcami - A jeśli przejrzy podstęp?

- To niczego nie zmieni, Casimirze - błyszczące wewnętrznym ogniem oczy Emmanuela wbiły się w postać rozmówcy - To me osobiste wyrzeczenie, które muszę zaakceptować. Stawką w tej grze jest coś więcej niż przejęcie władzy nad Bretanią przez Sanguine. Jeśli do tego dojdzie, w co szczerze wierzę, przyniesie nam to wymierne profity w przyszłości, ale to zaledwie cel drugorzędny. Dobrze o tym wiesz.

- Kładziesz wszystkie sztony na jeden numer - w głosie zausznika zadźwięczała ostrzegawcza nuta - Jeśli to nietrafiona decyzja, jej koszty mogą zniszczyć rodzinę.

- Od dziesięciu lat staram się rozwikłać tę przeklętą zagadkę - Ventricule ścisnął palcami szkło naczynia, a w jego tonie pojawiła się wyraźnie rozpoznawalna frustracja - Dziesięć lat temu Vicarent dokonał czegoś niezwykłego, co jednak obrosło w fałszywe legendy. Czuję to, czuję tajemnicę ukrytą za upadkiem Ganaressa. Liczą się wszakże późniejsze rezultaty tamtego dnia pod Mont Saint-Michel. Czytałeś raporty, domysły, hipotezy. Wiesz, co stało się z ganaresianami. Montpellier nie przejawiło tym faktem żadnego zainteresowania, przynajmniej nie publicznie, ale dotarły do mnie słuchy, że czerwonokrzyżowcy nie zbagatelizowali tego zjawiska. Szukają odpowiedzi na własną rękę.

- Przyjąłem już wcześniej do wiadomości wszystkie twoje argumenty - Lavelle kiwnął spolegliwie głową - Mimo to pokładanie całej nadziei w Angeline Léi...

- Poradzi sobie - przerwał mu Emmanuel Geoffroy Sanguine - Minie kilka lat, zanim uświadomię jej, dlaczego musiała osiąść na północy. Jeśli o mnie chodzi, może we właściwym czasie otruć męża i zasztyletować samego króla, nawet nie najgorzej byśmy na tym wyszli. Dla mnie liczy się tylko jedno: odkrycie sekretu Vicarenta. Angeline Léa będzie kluczem do tej zagadki.

- Wypijmy zatem za powodzenie twego planu, przyjacielu - Casimir podniósł ze stolika szklankę - Za rozwikłanie zagadki spod Mont Saint-Michel. Za uratowanie wszystkich naszych opętanych rodaków. Za udaną misję w Purgare.

Uderzające o siebie szkło szczęknęło śpiewnie.
Takie tam rozmowy przy ogniu dwóch starych nieszkodliwych tetryków...

: 10 lipca 2018, 23:23
autor: Keth
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

Leon Thibaut Sanguine uczyniłby wiele, aby uszczęśliwić swą wysoko postawioną kuzynkę, ale wysłuchawszy listy jej życzeń nieco w duchu struchlał. Rusznikarska robota nie była mu co prawda obca, lecz nie był w niej wyjątkowo uzdolniony, całą bez mała pasję wkładając w zgłębianie tajemnic źródeł energii.

Przygotowując w myślach listę argumentów na swą obronę, wynalazca wyciągnął spod montażowego stołu kilka skrzynek z rusznikarskimi akcesoriami i częściami zamiennymi do broni różnego rodzaju. Dopasowanie kolby sztucera do ciała Angeline Léi - bardzo pięknego w rzeczy samej ciała, co Leon musiał w duchu przyznać pomimo okropnych wyrzutów sumienia - nie stanowiło dla niego większego kłopotu, inaczej rzecz się miała z zamontowaniem pochodzących ze starego wojskowego LeMata przyrządów celowniczych, niewymiarowych i zaopatrzonych w niewłaściwie zlokalizowane uchwyty.

Wykładając na blat stołu różnego rozmiaru śrubokręty, młody Sanguine westchnął ciężko, a potem nasunął na oko szkło powiększające i utonął w świecie precyzyjnych pomiarów oraz równie precyzyjnych operacji.

Spoiler!
Lea, zażyczyłaś sobie w sumie trzech odrębnych modyfikacji, a taki pakiet podnosi bardzo mocno poziom trudności testu (przy wyjątkowo niesprzyjających rzutach może się to skończyć nawet popsuciem broni). Proponuję na początek zmianę przyrządów celowniczych i dopasowanie broni pod ciało szlachcianki (ale nie dostaniesz niestety w prologu optyki, takiego cacka Leon nie ma w skromnym zapasie rusznikarskich części).

Karabin ma poziom technologiczny IV, a cała modyfikacja będzie wymagała dwóch odrębnych rzutów. INT+Engineering na poziom trudności 4 za przeróbkę kolby. INT+Engineering na poziom trudności 5 za przeróbkę przyrządów celowniczych.

Zasady mówią, że dla każdej broni można wykonać dwie podstawowe modyfikacje (wykorzystując dwa wolne sloty). Za umieszczenie na broni dodatkowych slotów technik musi płacić pedekami, a tych Leon jeszcze nie ma.

Pierwszy test z premią +2 kostek za postawę "Kreator" (pozwoliłem skorzystać z tej premii przyjmując, że własny sztucer Leon przerabiał dzień wcześniej). INT+Engineering 6+2, wyniki na kostkach 4, 5, 3, 4, 3, 5, 4, 6. Daje to sześć sukcesów z jednym triggerem. Broń została wyprofilowana pod Angeline, co zapewnia jej premię +1 kostki do testów strzeleckich z tego konkretnego sztucera.

Teraz drugi test i będzie już trudniej, bo poziom trudności podnosi się o oczko - PT 5. Co więcej, rzucam tylko sześcioma kostkami. Wyniki to 3, 3, 3, 4, 4, 3. Niestety, tylko dwa sukcesy. Przyrządów celowniczych nie udało się zainstalować, ale to zapewne z powodu przemęczenia Leona. Może za parę dni pójdzie mu lepiej?
Opis mechaniczny przeróbki w spoilerze. Myślę, że Angeline nie będzie zła z powodu połowicznego sukcesu kuzyna.

: 10 lipca 2018, 23:29
autor: Keth
Tawerna w Południowym Porcie, Tulon, Kilka dni wcześniej.

Miejce było pełne miejscowych rybaków i obco wyglądających ludzi, po których widać było, że nie imają się zajęciami jakimi parała się większość mieszkanców Tulonu. Ale i jedni i drudzy nie zdawali sobie przeszkadzać. Rybacy z dłońmi pooranymi solnymi bliznami i groźnie wyglądajacy zbrojni razem śmiali się ze sprośnych męskich żartów i wznosili cynowe kubki z podłymi trunkami, pijąc tak jakby to był ich ostatni dzień. Wieść niosła, że miejsce owe należało do przemytników Płonu, i można było tutaj oprócz mniej lub bardziej przyzwoitego napitku, zażyć cielesnych rozkoszy, ale także zaopatrzyć się w Le Unity lub przemycane z innych części Europy narkotyki. A także i w Ex...

Dwójka meżczyzn siedzących w kącie dyskutowali o czymś cicho, żywo gestykulując, robiąc obrażone miny, strojąc groźne pozy. W końcu jeden z rozmówców,czarny jak smoła olbrzym syknął, dopijac jednym haustem zawartość kubka:

- Posłuchaj białasie. - pogardliwie prychnął na rozmówce: - Płatne w kredytach Kronikarzy, żadnych weksli z Banku Komercyjnego.

Barthez splunął na dłoń zwyczajem Neolibijczyków aby dobić targu. Suma jaką wyngecjował od najemnika była zadowalająca obie strony. Normalnie dość szorstcy w obyciu mężczyźni uścisneli prawice i z uśmiechem poklepali się po plecach. Nathan niemal ufał czarnemu najemnikowi. Kiwolo pracował już kilka razy wprzeszłości dla Bartheza, pomagając wykonać kilka zleceń dla rodu Sanguine. Oczywiście Kifo o tym nie wiedział, choć może się czegoś domyslał, ale o to Helweta nie dbał. Tak długo jak robota była wykonana, był zadowolony.

Kiwolo wstał, pożegnał się oschle i wyszedł. Nathan odetchnął, choć nie dał po sobie nic poznać. Skinął na stojącego za szynkwasem grubasa, wskazując na kubek. Barman w wiadomy tylko sobie sposób wyłowił gest Bartheza i po chwili dolał bimbru. Helweta wypił duszkiem, zostawił kilka monet i wstał. Wychodząc skinął niezauważalnie do kilku mężczyzn pijących pośród bywalców. Tylko wprawny obserwator, znający się na takiej robocie, zauważyłby, że dyskretnie rozproszeni najemnicy nie byli rozstawieni przypadkowo. Z każdego punktu mieli doskonałe baczenie na tawerne i miejsce, gdzie siedział Anubijczyk i Helweta.

Najemnicy kompletnie ziignorowali gest Bartheza, jednak wkrótce po tym jak opuscił tawernę, dokończyli napoczęty alkohol i pojedynczo ruszyli w slad za Helwetą.

Nathan był zadowolny. Skompletował juz załogę na jaką mógł liczyć. Oprócz Anubijczyka, było tam dwóch dwóch braci z Polanii: ogromny Yuran i gibki Dragan, Borkanin, trzech Bałkan, którzy nie bali się niczego, no i kilku Helwetów. Na tych Barthez liczył najbardziej, byli zdyscyplinowani i znani z bezwzględnej lojalności. Najemnik skrzywił się wiedząc, że jako ich los jako dezerterów jest przesądzony, jesli tylko kiedykolwiek wpadną w łapy Helwetów...

: 10 lipca 2018, 23:42
autor: Keth
Muszę Wam przyznać, że nie spodziewałem się aż tak świetnego startu. Od pierwszych wpisów sesja trzyma bardzo wysoki poziom i widać ogromne zaangażowanie BG w zabawę.

Pozostając pod wielkim wrażeniem tej gry postanowiłem wbrew wcześniejszym planom nagrodzić graczy już w prologu. Tym samym Suriel, Koszal, Kargan i Nanatar otrzymują po 1 PD. Dla 8ARTa zarezerwowałem jedno wolne miejsce na wpis, by nie czuł się pozbawiony okazji do zgarnięcia swego pedeka!

: 10 lipca 2018, 23:43
autor: Keth
[center]ROZDZIAŁ I - KU WSCHODOWI[/center]

"Chociaż wówczas nie mogliśmy tego wiedzieć, przybycie Anubian spowodowane było tylko po części zaproszeniem Szpitalników. Owszem, afrykańska delegacja wyraziła uprzejme i głębokie zainteresowanie pracami czerwonokrzyżowców, przez wiele dni zwiedzając laboratoria lekarzy i wymieniając się z nimi wiedzą, do której nawet my Sanglierowie nie mieliśmy przystępu. Lecz naszej uwadze nie umknął fakt, że jeden z gości odwiedził Piquetów już następnego dnia po przybyciu statku.

Samotny Hecateanin, o smolistej skórze i równie czarnych oczach, otoczony odurzającą wonią wtartych w skórę olejków oraz aurą pradawnej mistycznej mądrości. Siedemnaście Domów wszędzie ma swoich szpiegów i nic w Montpellier nie umyka naszej uwadze - co nie zmienia faktu, że ów uzdrowiciel przybył do rezydencji Cereaux otwarcie i nie próbując ukrywać swej wizyty.

Wówczas nie znaliśmy jeszcze powodu owego niespodziewanego spotkania, ale spekulacje na ten temat zaprzątnęły umysł czcigodnego Emmanuela Geoffroya Sanguine dostatecznie głęboko, by wątek podróży jego pierworodnego syna do Purgare zszedł na poboczny tor.

Jak raczył zauważyć wielki Ventricule, królewskie szczenię musiało kiedyś stanąć na własne łapy albo zdechnąć czyniąc miejsce kolejnemu kandydatowi na przywódcę stada" - Casimir Lavelle, Pamiętniki cichego doradcy.

: 11 lipca 2018, 00:08
autor: Suriel
Doki miejskie, Montpellier

Dniało. Rześkie portowe powietrze pełen wilgoci niosło ze sobą również, zapach rybich łusek, brudu wylewanego do portu przez wszelakie nabrzeżne tawerny oraz specyficzny zapach ekskrementów i zużytego alkoholu, pamiątki po ostatnich upojnych marynarskich nocach spędzonych przed wypływem. Zmieszany zapach roznosił się nad portowymi ulicami. Jednak z dużym trudem bowiem pierwsze promiennie słońca musiały wpierw przybić się przez całun jeszcze gęstawej bagiennej mgły, która jak co dzień spowijał senne nadbrzeżne rejony miasta.

Przez wyłożone kamiennym nierównym brukiem ulic, niósł się równie nie równy stukot kółek walizy jaką służący wlókł za swym panem - Adelem Snaguine. Ten szlachetny potomek i godny następca wspaniałego rodu, niespiesznie zmierzał poprzez ospałe smugi mlecznych oparów w kierunku doków. Nie. Nie prawda. Prócz tego odgłosu w powietrzu niosło się coś jeszcze. Odgłos jakby sapania połączonego z mlaskaniem.

Abdel zatrzymał się na moment, bez cienia wątpliwości poznając charakterystyczne śliskie odgłosy, które były mu jakże dobrze znane. Po prawej stronie jakiś marynarz wbijał się właśnie z impetem, raz po raz w portową dziewkę. Marynarz odwrócił na chwilę głowę i szczerząc ułomki poczerniałych zębów w wyrazie uśmiechu patrzył na dziedzica nie przerywając swego procederu. Trzeba było przyznać, że robił to ze sporym zacięciem. Dziewczyna miała zaś oczy puste, zupełnie bez wyrazu, jakby nie było duszy w jej środku.

W normalnych okolicznościach panicz zatrzymał by się aby rzucić garść pieniędzy oraz rozkazać marynarzowi by wziął ją inaczej, brutalniej i od tyłu. Ból na pewno przywrócił by twarzy dziewczyny przytomność i świadomość smutnego rynsztokowego życia jakiej musiała wieść. Tak, to był coś warte. Abdel by z chęcią by na to popatrzył. Dzisiaj jednak nie miał nastroju na takie wielkomiejskie zabawy. Był przygnębiony koniecznością wyjazdu.

- Ależ się wleczesz Alfredzie - warknął na służącego i beztrosko, niosąc jedynie elegancką posrebrzaną laskę ruszył dalej. Jego niemal siedemdziesięcioletni służący ruszył za nim sapiąc i wyginając się pod ciężką ciągnąca go w stronę ziemi torbą, którą miał przerzuconą przez ramię. Dłonie miał zaś zajęte pchaniem umieszczonego na kółkach sporej wielkości stolika do makijażu. ciężkiego mebla z litego drewna zdobionego pozłoceniami i rzeźbieniami, teraz skrytymi pod białym płótnem. Krótko mówiąc, służący niósł jedynie sam najważniejszy bagaż podręczny. Abdel oszczędzał bowiem starca z uwagi na wiek. Najął więc wprzódy grupę tragarzy, która wniosła już wcześniej wszelakie inne niezbędne mu cięższe precjoza z listy, na pokład statku, którym miał dzisiaj odpłynąć. Alfred zatoczył się, poczerwieniał na twarzy i ruszył niezdarnie za swym paniczem wydając z trudem świszczący oddech.

Idąc przez mgłę, potomek Snguine zdrętwiał naraz. Spośród oparów mlecznych smug wyłoniła mu się bowiem w porcie iście osobliwa metalowa sylwetka okrętu, mogąca należeć nie do kogo innego jak do Neolibijczyków. Abdel podszedł bliżej i stanął jak zahipnotyzowany majestatem i ogromem sylwetki afrykanerskiej jednostki. Ten cud techniki zrobił naprawdę spore wrażenie na młodzieńcu. Postanowił poświęcić chwilkę by przyjrzeć mu się dokładniej.

Czegoż oni tu do diaska chcą i po cóż tu przybyli aż w takiej sile...

: 11 lipca 2018, 16:40
autor: Nanatar
13 czerwca, środa, Montpellier, ranek

Salonik przy wyjściu z pokojów państwa Leona i Loretty Sanguine zastawiały stosy waliz i kufrów, między którymi wolno przechadzał się gospodarz próbując ukryć zniecierpliwienie tarmosił gładko wygoloną skórę podbródka i policzków. Kiedy w zamyśleniu potknął się po raz kolejny o jakąś paczkę, zaklął szpetnie, co nie było w jego zwyczaju. Zniecierpliwiony rozkazał lokajowi znieść bagaże na dół i czekać.

- Moja droga jeśli liczysz, że odpłyną beze mnie, to obawiam się Twego rozczarowania. Za to spóźnienie będzie z pewnością źle odebrane.
- Kochany, większym skandalem byłoby gdybyś pojawił się dziś na przystani sam, lub z żoną w nieładzie, mogliby mnie nie rozpoznać i pomyśleć, że prowadzasz się z kobietami lekkich obyczajów.
- Proszę cię kochana, Twoje rzęsy są wystarczająco długie, a cera jasna - próbował ratować sytuację młody szlachcic, spoglądając nerwowo to na zegar w holu, to na żonę korygującą urodę przy lustrze.
- Przyszedłeś późno, potargałeś mi włosy, nie dawałeś zasnąć do rana. Jestem niewyspana i rozczochrana.

Trudno było dyskutować Leonowi z taki argumentami, balansującymi na granicy komplementu i przygany. Piękna Loretta zmiłowała się wreszcie nad mężem i zakończywszy przygotowania oznajmiła gotowość do wyjścia.

- A czy widziałeś może Lancelota? Zniknął wczoraj wieczorem. - zegar wybił jednak kolejna godzinę i poszukiwania kota zostały odłożone.

Kila chwil później szlachcic wraz z małżonkę pośpiesznie kierował się do przystani, poprzedzany hukiem bijących o nierówny bruk metalowych kółek wózków i waliz transportowanych przez służbę. Pochylając się blisko do ucha ciężarnej żony przypominał gdzie pozostały które lekarstwa, środki nasenne, lub przeczyszczające i jak przekonywująco udawać niedyspozycję. Młoda kobieta z uśmiechem potakiwała głową, pozwalając na mistyczną grę cieni, przelewających poranne promienie słońca przez koronkowy parasol, którym chroniła swe nienagannie gładkie i białe oblicze, przyozdobione czernią brwi i rzęs, błękitem oczu i oczywiście kaskadą lśniących włosów, koloru przejrzałych liści dębu. W istocie wiedziała lepiej od męża jak dbać o siebie podczas jego nieobecności, lecz cieszyły ją słowa pełne miłości i troski, które przez kilka następnych miesięcy czytała będzie tylko z listów.

Doszedłszy na przystań Leon nie był zdziwiony, że przybył jako ostatni, uprzejmym ukłonem powitał kuzyna Abdela, a kiedy zobaczył wielki jacht uznał, że przynajmniej nie zabraknie mu miejsca na samotne rozmyślania, nie wdając się w szczegóły, nakazał wnosić na jednostkę swoje bagaże, sam zaś wpatrzył się po wtóry raz w promienne lico Loretty.
- Wiesz kochana, ponoć kiedyś dawno kawalerowie nosili pukiel włosów ukochanej kobiety, by swym zapachem przypominał im o niej gdziekolwiek się znajdą. - uśmiechał się głaszcząc kasztanowe loki. - Wyobraź sobie jak wyglądałby drogi kuzyn, gdyby nosił pukle włosów wszystkich swoich wybranek... Niewątpliwie jak dzikus z Pollen.
- Z Pollen? Dlaczego?
- Ponoć mężczyźni są tam zarośnięci jak niedźwiedzie.
- To obrzydliwe - prychnęła szlachcianka - Pamiętaj byś codziennie się golił, włosy też masz za długie, noszenie szczeciny jest niehigieniczne, spójrz na szpitalników, coś o tym wiedzą.
- Masz racje jak tylko wrócę oboje zgolimy włosy - a widząc wielkie niebieskie oczy żony, dodał - wszystkie! - Delikatnie pogładził ją po najczulszym miejscu i chwilę później pocałunek zespolił ich usta w lubieżnej namiętności.

- Panie, wybacz - sługa uginał się w przepraszających ukłonach - ale nie pozwolono nam wnieść bagaży, szczególnie tego miałczącego.

Oblicze szlachcica w mgnieniu oka zmieniło się z rajskiej sielanki na gromką burzę. Przeprosił żonę, by rozwiązać sprawę z kłopotliwym załadunkiem inwentarza.
Leon zajęty piękną żoną omyłkowo uznał, że wielki jacht przygotowany jest dla wyprawy Abdela, zamierza teraz rozmówić się z krnąbrną załogą. Nie zwrócił jeszcze uwagi, że walizka miałczy, to miało drugorzędne znaczenie, w końcu to jego walizka, więc ma do tego prawo, może Loretta będzie mądrzejsza.

Jeśli na przystani jest też Angeline Lea, również uprzejmie się przywita, może nawet mniej zdawkowo niż z kuzynem. Do tej pory jeszcze chyba nie dowiedział się o jej udziale w wyprawie.

: 11 lipca 2018, 17:22
autor: Keth
Doki miejskie, Montpellier

Biało-turkusowy pełnomorski jacht wyrastał ponad stojącą opodal na cumach Anabelle. Abdel przeciągnął ożywionym spojrzeniem po pięknych obłych liniach jednostki, zbudowanej gdzieś w północnoafrykańskich stoczniach przez prawdziwego znawcę tematu. Łódź nie miała wiele wspólnego z prefabrykowanymi masowo jednostkami o topornych kształtach i dymiących kominach, emanowała elegancją i oczywistym zbytkiem.

Młody Sanguine nie wątpił, że musiała należeć do wyjątkowo bogatego armatora z Trypolisu, podobnie jak trzy silnie uzbrojone mniejsze motorowe łodzie, wszystkie tych samych rozmiarów co największa we flocie rodziny Anabelle. Afrykańskie statki nie były w Montpellier niczym zaskakującym, chociaż największe z nich zwykły ze względu na płycizny zatrzymywać się raczej w Tulonie. Lecz ten jacht z pewnością nie służył do przewozu towarów ani zwykłych osadników z Afryki emigrujących za ziemią i pracą do Nowego Świata.

Przemierzając żwawym krokiem kamienne nabrzeże, mijając zgromadzonych przy poręczach przystani gapiów i promieniując władczą aurą stosowną do swego szlacheckiego tytułu, Abdel Sanguine podszedł bliżej krawędzi doku. Jeden rzut oka na ustawiony w dole trap wystarczył mu, by zyskać ostatecznie pewność co do wysokiego statusu właściciela jachtu.

Wstępu na jednostkę pilnowała grupa wysokich i silnie zbudowanych mężczyzn, noszących szyte na miarę panterki i piaskowe kamizelki przeciwodłamkowe. Abdel nie wątpił, ze czterej stojący na rufie Anabelle Sangowie dosłownie pożerali wzrokiem matowoczarne szturmowe karabinki przewieszone przez ramiona Afrykanów, ale on sam poświęcił większą uwagę noszonym przez przybyszów maskom. Dzieląc ulice miasta ze stacjonującymi w pałacu konsula harapami, znał takie metalowe maski doskonale z widzenia i niezmiennie podziwiał indywidualny charakter każdej z nich, unikatowej względem pozostałych.

Harapowie, legendarni afrykańscy wojownicy - zdycyplinowana, ale jednocześnie nieludzko dzika armia Trypolisu - podobno nigdy nie zdejmowali tych masek w obecności obcych. Poświęcający swe życie wyłącznie żołnierskiemu rzemiosłu, fanatycznie wyznający kult fizycznej sprawności i siły ducha, nie bez powodu budzili lęk nie tylko wśród innych Afrykanów, ale również białych sojuszników z północy. Barwne opowieści o ich okrucieństwie i pogardzie dla słabości powtarzano bez końca w zadymionych knajpach i przy obozowych ogniskach. Abdel słyszał też pewne fantastycznie brzmiące historie o kodeksie etycznym harapów, traktującym każdy rodzaj wyzwania za uczciwą próbę sił. To dlatego ci dzicy czarnoskórzy polowali na dziki z włóczniami, a nie sztucerami, a kiedy ścigali zbiegłych niewolników, zabijali ich nie ołowiem, a nożami i gołymi rękami. W opinii pragmatycznego dziedzica było to postępowanie na równi fascynujące, co idiotyczne, ale dowodziło niezbicie tego jak niebezpiecznymi ludźmi byli afrykańscy wojownicy.

Ponad muskaną pasmami mgły wodą popłynął piekielny wizg rozjuszonego zwierzęcia. Pierworodny Sanguine wzdrygnął się słysząc ten dźwięk, promieniujący półświadomą złośliwością i ledwie trzymaną na wodzy agresją. Dwaj harapowie szarpnęli za smycze ogromnych pręgowanych hien, odciągnęli na boki próbujące skoczyć sobie do gardeł bestie. Z pysków obu drapieżników popłynął upiorny skowyt zakończony wysokimi nutami równie przerażającego zwierzęcego chichotu.

- Na świętą krew! - wstrząśnięty kakofonią niecodziennych dźwięków Alfred omal nie upuścił przewieszonej przez ramię torby, wlepił szeroko otwarte oczy w pręgowane gibkie kształty rozzłoszczonych hien. Żadna z nich nie nosiła kagańca, prezentując całemu światu najeżone białymi kłami pyski.

- Zadbaj przynajmniej o nędzną namiastkę opanowania, Alfredzie - skarcił swego sługę dziedzic rodu - W twoim wieku nie wypada tak otwarcie okazywać zgrozy. Przynosisz wstyd nie tylko przodkom, ale i potomstwu.

Jeden z Sangów spostrzegł na nabrzeżu postać dziedzica, zeskoczył z pokładu łodzi wspinając się w górę kamiennych schodów. Prawdopodobnie zamierzał się przedstawić, ale zaintrygowany afrykańskimi gośćmi Abdel uciszył go machnięciem ręki i podsunął do ucałowania swój rodowy sygnet.

Wysoki ciemnowłosy oficer o przeciętej blizną twarzy nie okazał wahania, chociaż młody Sanguine mógłby przysiąc, że na ułamek sekundy dostrzegł błysk niechęci w ciemnych oczach żołnierza. To zresztą dlatego Abdel lubił praktykować ów nieco już zapomniany obyczaj. Szlachta mająca za sobą wojskową służbę unikała takich praktyk przez szacunek dla towarzyszy broni, tym bardziej zatem nie lubiący tępych głupich żołdaków dziedzic uwielbiał podobne okazje do utarcia im nosa i pokazania swej przynależnej z tytułu urodzenia wyższości.

- Wiadomo, kto przypłynął? - zapytał przenosząc spojrzenie z powrotem na piękny jacht i strzegących go harapów.

- Nie, wasza miłość - odrzekł noszący na płaszczu insygnia kapitana oficer - Przybyli późnym wieczorem, zeszli dużą grupą na ląd. Słyszałem, że cała delegacja udała się do pałacu konsula.

Abdel pokiwał w zamyśleniu głową, pojmując znienacka ewidentny powód nieobecności ojca w przystani. List skreślony ręką Casimira Lavelle i dostarczony do apartamentu pierworodnego przez lokaja nie zawierał żadnych powodów absencji Emmanuela Geoffroya Sanguine w porcie, a jedynie życzył dziedzicowi rodu powodzenia w jego misji, ale teraz pewne elementy układanki nagle zaczęły pasować do siebie.

To zaś wywołało przelotną złość Abdela, bo młodzieniec wolałby odwołać na nieokreślony czas swój wyjazd po to tylko, by w gronie najznamienitszej szlachty Montpellier bawić się na bizantyjskim bankiecie w pałacu konsula.

Z wolą patriarchy nie mógł jednak w żadnym względzie polemizować.

Z porannych mgieł wyłonił się orszak prowadzony przez Leona Thibauta Sanguine i jego brzemienną żonę, apetyczną w opinii dziedzica nawet w stanie zaawansowanej ciąży. Krewniak powitał pierworodnego uprzejmym kiwnięciem głowy, a potem ku rosnącej uciesze Abdela posłał swych służących na cudzoziemski jacht.

- Czy mam coś uczynić, wasza miłość? - oficer Sangów pojął chyba, że oczywiste nieporozumienie przy zaokrętowaniu może skończyć się poważnymi reperkusjami i zrobił nawet krok w stronę świty Leona. Abdel zatrzymał go stanowczym ruchem ręki i oparty o poręcz nabrzeża jął przyglądać się biegowi wydarzeń.

Niosący walizki lokaje wynalazcy schodzili na przystań w coraz wolniejszym tempie, nie odrywając szeroko otwartych oczu od przyglądających im się przez otwory w maskach harapów. Obie pręgowane bestie natychmiast przestały na siebie warczeć, odwróciły łby w stronę białych intruzów odsłaniając obślinione szczęki.

Ku zrozumiałemu rozczarowaniu Abdela służący Leona nie podjęli wyzwania. Nawet nie próbując przedrzeć się przez harapów i ich czworonożne potwory, zawrócili z połowy drogi, znacznie szybciej wspinając się po schodach w górę niźli wcześniej po nich schodzili.
Nieporozumienie nieporozumieniem, ale myślę, że nawet żyjący z głową w chmurach Leon w ułamku chwili pojmie, że zadarcie z ochroną jachtu nie jest dobrym pomysłem. Harapowie służą wyłącznie swym czarnoskórym patronom, białych Europejczyków traktują z wyniosłą pogardą potrafiącą czasami doprowadzić do szewskiej furii błękitnokrwistych z Montpellier. Prawdę mówiąc, ci niezrównani wojownicy najchętniej widzieliby wszystkich białych w niewolniczych kajdanach, ale pozostają posłuszni wizji sponsorujących ich Neolibijczyków , przynajmniej na razie.

: 11 lipca 2018, 22:18
autor: Nanatar
Doki miejskie, Montpellier

Sine oblicze sługi w ułamku sekundy wyostrzyło zmysły Panicza Franków, niechętnie rozdarł pocałunek z ukochaną, pozostawiając w przestrzeni między kochankami lśniącą nitkę śliny. Zaczerpnąwszy siły z oblicza Loretty, Leon przystąpił do służby, orientując się szybko w sytuacji, że skierował sługi do jednostki czarnych. Stłumił cisnący się na twarz uśmiech, zobaczywszy rozbawione oblicze Abdela puścił do niego oko i rugając sługi skierował te na właściwą łudź. Choć wielce go korciło, by odegrać komedie przeprosin, wobec Afrykanów, postanowił zrezygnować z uwagi na obecność ukochanej. Pozwolił sobie jeszcze do niej powrócić i szepnąć do ucha - Wygolimy i natrzemy ochrą i oliwą - odebrał pocałunek i dodał - wynagrodź ich za ten incydent, nagradzane sługi są bardziej lojalne.

- Miałczała - wydusiła tracąc dech Loretta - walizka miałczała, Lancelot, chce płynąć z tobą.

Pracujący na pełnych obrotach umysł Leona skierował ciało do właściwego kufra, sługa uchylił wieko, gdzie bojowo zjeżony czaił się Lancelot. Szybkim i zręcznym ruchem szlachcic pochwycił zwierzę i drące pazurami powietrze podał słudze.

- Zaprowadź Lancelota do rezydencji, prędko, nim się potwory z łańcuchów zerwą. - służący przypłacił to kilkoma czerwonymi szramami.
Jeśli etykieta została naruszona, Leon w wystarczający sposób dokona przeprosin, ale nie wydaje mu się by było to potrzebne. Kot wraca, a Leon z Lorettą udadzą się przywitać Abdela.

: 11 lipca 2018, 23:09
autor: Suriel
Doki miejskie, Montpellier

Etykieta nakazywała, że wyższy rangą czeka a niższy podchodzi i się wita. Jednakże w przypadku kuzyna i ciężarnej kuzynki postanowił zrobić uchybienie w tym zakresie i przywitać ich jako pierwszy, oczywiście kiedy tylko kobieta się do niego w końcu dotoczy. Abdel zabębnił palcami z niecierpliwością w poręcz czekając na tą chwilę. W tym czasie Alfred z mozołem pchał bagaże przy uprzejmości kilku pomocnych dłoni marynarzy.

- Och witaj kuzynie... - powiedział Abdel i w grzeczny sposób wymienił braterski, choć nieco chłodny uścisk z Leonem*. Następnie uchwycił delikatnie dłoń Loretty i schyliwszy się musnął ustami jej dłoń straciwszy w przy tym w ogóle zainteresowanie wynalazcą.

- Oh, moja droga wyglądasz uroczo. I te buciki. Strasznie ci pasują. Powiedz czy używasz jakichś zamorskich specyfików, bo wprawdzie kobietom w ciąży robi tego nie wolno lecz twoje lico jest fantastycznie wprost atłasowa, zupełnie bez wykwitów typowych dla tego błogosławionego stanu. Stąd moje podejrzenia. No mój Leonie! - rzucił na krewniaka nie zadając sobie trudu spojrzeć w jego stronę, jego wzrok był bowiem skierowany na okazały brzuch kuzynki - Wygląda na to, że w końcu zmajstrowałeś swoje życiowe Opus Magnum. Gratuluję z serca wam obojgu...

Abdel uśmiechał się lekko nie spuszczając wzroku z brzucha.

- Jakże wspaniały i błogosławiony stan, przywodzi mi na myśl.... - coś nieco niepokojącego błysnęło na moment w nieustannym uśmiechu Abdela - ...mnóstwo przyjemnych skojarzeń i historii. Którym jednakże wolałbym się teraz nie dzielić, ze względu na... rychły nasz odpływ. Czy mogę go dotknąć?

*Zakładam, że odnośnie etykiety rola kobiet znów w świecie zmalała i wita się je jako drugie. Zresztą to tylko w Polsce jest tak kobieta hołubiona, wszędzie indziej w tym u Franków jest...
Jeśli poczuliście lekki niepokój kiedy Adbel zapytał o dotykanie brzucha, to znaczy że wybudowałem w waszych umysłach dobrze koncept postaci. /EVILS/

: 12 lipca 2018, 13:42
autor: Nanatar
Doki Miejskie Montpellier

Zachowanie Abdela w niczym nie zdradzało niepokoju, zmieszania, czy złości, których to spodziewał się Leon, wręcz przeciwnie z wrodzonym sobie wdziękiem kuzyn kokietował jego żonę. Uchybienia w etykiecie nie przeszkadzały wynalazcy, a komplementy pod adresem ukochanej pochlebiały i jemu, nie mógł jednak uwierzyć w szczerość i bezinteresowność kuzyna.
Cóż takiego chce pod tą komedią ukryć dziedzic? - chodziło po głowie młodemu szlachcicowi. Musiał jednak przyznać, że Abdel grał swą rolę z elegancją i galanterią, dopóki ten nie zapragnął dotykać ciężarnego brzucha Loretty.
To zbyt pospolite, każdy chce dotykać brzucha - pomyślał Leon i doszedł do wniosku, że drogi kuzyn maskuje swym zachowaniem jakieś niepokoje. Co rzecz jasna wzbudziło ten stan i w nim samym.

- Owszem, jeśli Loretta nie odczuje dyskomfortu, zważ że za brzuchem stoi piękna kobieta, w stosownym obuwiu, jak raczyłeś uprzejmie zauważyć.

Gdy już błazeński szamanizm z dotykaniem brzucha dobiegł końca, a bagaże znalazły się na właściwej jednostce. Leon zwróci się do Abdela, jeśli ten oczywiście na to pozwoli.

- Nie widzę czcigodnego wuja i drogiej kuzynki, czyżby spotykali się gdzieś z Afrykanami? Aaaa, a propos Twej siostry, uprosiła mnie wczoraj o poprawę sztucera, wiesz może drogi kuzynie na jaką się wojnę wybiera?
Na starożytną Krew Franków, brzuch Loretty przyćmi za chwilę olbrzymi afrykański statek.

Płyńmy.

: 12 lipca 2018, 22:55
autor: Keth
Doki miejskie, Montpellier

Dziedzic rodu otaksował raz jeszcze wzrokiem zaokrągloną sylwetkę Loretty, potem zaś przeniósł pociemniałe spojrzenie na Anabelle. Szybka wygodna łódź motorowa od kilku lat służyła samemu Ventricule, a dziedzic miał okazję dwukrotnie podróżować nią z ojcem do Tulonu, teraz jednak - kołysząc się na wodzie na tle pięknego jachtu - wydała mu się dziwnie mało imponująca.

- Postałbym tutaj jeszcze przez parę minut, by przedłużyć tym czarnoskórym przyjemność popatrzenia na białego szlachcica, ale to nie przybliża nas do Tulonu - oznajmił po chwili znaczącego milczenia - Chodźmy na pokład, mój drogi kuzynie, a jeśli moja piękna, aczkolwiek mało punktualna siostra się do tego czasu nie zjawi, będzie musiała wiosłować w ślad za nami. Nie zamierzam w nieskończoność na nią czekać. Zamierzam dotrzeć do Tulonu przed zmierzchem, by w pełni wykorzystać uroki tej fascynującej metropolii.

Abdel ukłonił się dwornie trącej załzawione oczy żonie Leona, po czym zszedł na pierwszy stopień schodów przystani.

- Alfredzie, ty bezużyteczny wałkoniu - westchnął w pełen rezygnacji sposób - Podaj mi ramię, bo jeszcze gotów jestem się potknąć. Nigdy nie można na ciebie liczyć.
Proponuję szybkie zaokrętowanie i ruszajmy w drogę. Pełna pięknych widoków delta Rhone już na Was czeka!

: 13 lipca 2018, 02:05
autor: koszal
Rezerwacja.

Wywaliło mnie dzisiaj kilka razy..

: 13 lipca 2018, 18:19
autor: Keth
Doki miejskie, Montpellier

Bastien Langlois i jego dwaj towarzysze od dłuższego czasu stali w cieniu rzucanym przez wykusze portowego nabrzeża, obserwując z niemym zainteresowaniem afrykańskie łodzie, uzbrojonych po zęby harapów i gromadzących się powoli przy Anabelle arystokratów. Widząc orszak służby Leona i potykającego się pod ciężarem wielkiej torby starca Bastien zmełł w ustach ciche przekleństwo, skwitowane suchymi pomrukami braci Grimm. Perspektywa spędzania mnóstwa czasu w tak niebezpiecznej bliskości błękitnokrwistych napawała trójkę myśliwym głębokim niepokojem, bo też wszyscy wiedzieli doskonale, że żyli na co dzień na łasce szlachty Montpellier.

- Może przynajmniej lepiej będziemy jedli - burknął po chwili Gaston - Młody Sanguine na pewno nie jada żytniego chleba ze szmalcem.

- Może ci pozwoli dolizać resztki z talerza - prychnął w odpowiedzi Bastien - Szkoda, że nie wysłali nas wcześniej drugą łodzią. Kto wie, co takiemu szlachcicowi do głowy strzeli w podróży jak się znudzi. Może postawi ci na łbie puszkę wołowiny, Jean-Pierre, a potem wszyscy zaczną na zawody do niej strzelać.

- I tak lepsze to jak podróż z tymi tam - odpowiedział niezwyczajnie cichym głosem drugi z bliźniaków pokazując ruchem głowy na czarnoskórych wojowników przy trapie wielkiego jachtu - Ci to dopiero się nie pierdolą. Przedwczoraj jeden z chłopaków Damiena po pijaku skoczył na czarnego w tawernie, bo tamten mu wylał piwo. Skurwywyn połamał mu obie ręce i wybił połowę zębów. Jak Sangowie zobaczyli, że to harap, nawet palcem nie kiwnęli, pierdoleni bohaterowie. Zabrali chłopaka do Bastionu, a tamtego podobno przeprosili. Czarna zaraza.

Bastien zerknął z ukosa na wyraźnie poruszonego myśliwego, potem przeniósł wzrok z powrotem na harapów. Jedna z hien zaniosła się potępieńczym chichotem, od którego mężczyznom momentalnie ścierpła skóra.

- Jeśli ci się nie podobają, musisz się wynieść do Borki - odpowiedział Langlois schylając się jednocześnie po trzymaną między butami podróżną torbę - Czarni są wszędzie na południe, już się ich nie pozbędziemy. Przy błękitnych tego nie powiem, bo mi własna głowa miła, ale nawet siedemnaście Domów skacze tak jak im konsul zagra. Nie zapominajcie o tym. Koniec próżnej gadki. Bierzecie toboły, idziemy na pokład. Jęzory za zębami. Siedzimy na dziobie i oby nikt na nas nie zwrócił uwagi aż do Tulonu.
Przez wzgląd na zapracowanie Koszala pozwoliłem sobie na skrobnięcie scenki zaokrętowania dla jego bohatera. Teraz została nam już tylko Angeline i możemy ruszać w drogę!