[center]Osada Bytrh nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
[center]

[/center]
Nenaher przeciągnął się na posłaniu z kilku wyliniałych, skłębionych skór dzika. Przez chwilę leżał w ciszy, pozwalając świadomości spokojnie powrócić do ciała po czym otworzył oczy. I jęknął, przypominając sobie, gdzie się znajduje.
Skrzywił się i usiadł, obrzucając ponurym spojrzeniem wnętrze nędznej chaty. Dymiące w centralnym miejscu palenisko, było pokryte grubą warstwą popiołu, a wąskie okienko, wyciosane wysoko, w ścianie z bali, nie wpuszczało wiele światła. Mimo to, wzrok czarnoksiężnika z łatwością rozróżniał skryte w mroku sprzęty. Nie było ich zresztą wiele. Stojący pod ścianą kocioł, obok niego zaś niewielka sterta chrustu. Nieco dalej dwa pniaki, służące za stołki. Z belek pod sufitem, zwieszało się kilka pęków ziół i pomalowanych kości. Tu i tam jaśniała blado krągła krzywizna zwierzęcej czaszki, spoglądającej w dół, ciemnymi dziurami oczodołów. Wzrok mężczyzny przesunął się obojętnie po otoczeniu. Nic z przedmiotów zebranych w tej rozpadającej się chałupie, którą osobiście uważał za niewiele lepszą od zwierzęcej nory, nie budziło tak naprawdę jego zainteresowania. Tłumiąc przekleństwo wstał i rozgarnął popiół, upewniając się, że żar wciąż tli się pod miękkim, puchowym okryciem. Dorzucił garść chrustu i dmuchnął, po czym usiadł na piętach czekając spokojnie, aż cienkie gałązki zajmą się płomieniem.
Iskry strzeliły niemal natychmiast, oświetlając szczupłą sylwetkę czarownika. Odblask płomieni odbił się w głębi odmiennie zabarwionych oczu, wyłonił z mroku pociągłą, przystojną twarz o skórze ciemnej, niczym heban. Wąski nos i wysokie czoło zdradzały inteligencję, i szlachetną krew stygijskiej szlachty. Ogień jednakże, nie poprzestał na tym. Jasne płomyki wzbiły się w górę, pożerając chciwie brzozowe gałązki. W ich świetle oczy mężczyzny zalśniły niczym zwierzęce ślepia, zdradzając, że jest kimś więcej, niż zwykłym śmiertelnikiem.
[center]

[/center]
Zarówno jednak pochodzenie, jak i moc magiczna nie były jak dotąd w stanie uchronić go przed trafieniem na to zapominanie przez Seta zadupie. Zresztą stygijskia krew tych stronach stanowić mogło jedynie przepustkę do grobu. Uśmiechnął się ponuro, darząc tę myśl jedynie przelotnym zainteresowaniem. W zamyśleniu przesunął palcami po ziemi, ścierając kilka symboli, które pozostały tam po nocnej inkantacji. Znaki w niczym nie przypominały run stosowanych przez Vanirów i zapewne byłyby przyczyną głębokiego zaniepokojenia dla miejscowych szamanów. Szczęśliwie jednak, nie będą mieli okazji ich zobaczyć. Pochodzenie glifów ginęło w starożytnych mrokach Acheronu. Tym bardziej więc nie zamierzał pozwalać, by jakikolwiek dzikus miał się na nie natknąć. Nawet bowiem za tysiąc lat i tak nie byłby w stanie zrozumieć zaklętej w nich potęgi.
Dzikusy! Na Wielkiego Seta! Czym zasłużył sobie na to, by trafić do gniazda tych przeklętych barbarzyńców?! Na to sparszywiałe, zamarznięte zadupie, o którym nie pamiętał żaden z wartych czci bogów, ni cywilizowanych narodów? Odpowiedzią na oba pytania był oczywiście jak zwykle Menkara.
- Obyś wnętrzności twoje zmieniły się w pełzające robactwo - syknął czarkoksiężnik, przeklinając po raz kolejny swoją nemezis - jak czynił zresztą zawsze, gdy imię Menkary pojawiało się w jego myślach. Wspomnienia ich ostatniego spotkania sprawiły, że rysy Nehahera stwardniały na chwilę, a w oczach pojawił się zimny i nieludzki błysk.
Menkara, oby sploty Seta zmiażdżyły jego kości, był bowiem przyczyną dla której Nehaher miast otaczać się zbytkiem w pięknej Kordawie, siedział teraz na klepisku w tej psiej budzie, górnolotnie nazywanej przez Vanirów chatą. Menkara był powodem, dla którego trząsł się teraz z zimna nad wiązką chrustu. Menkara, tkwiący mu cierniem w boku, sprawił bowiem, iż Nehaher zmuszony był opuścić miasto, porzucając znakomitą pozycję doradcy księcia, a wraz z nią dom, służbę i należne mu przywileje. Co gorsza Menkara był o wiele bardziej biegły od niego w sztuce przyzywania i pętania demonów - co Nehaher uważał osobiście za straszliwe niedopatrzenie ze strony Seta i niemal osobistą potwarz. Jasnym było więc, że by przywrócić rzeczywistości właściwy bieg, należało pozbyć się tego plugawego płaza.
Niestety, Menkara posiadał szerokie wpływy nie tylko w Stygii, ale także w Argos i Aquilonii. A prócz siatki szpiegów, miał na usługach także kilku wykwalifikowanych zabójców. Gdy wiec stary książę Kordawy wyzionął ducha, wywołując tym samym chwilę politycznego nieporządku, jaka zawsze zjawiała się po śmierci władcy, Menkara wykorzystał ją skwapliwie by osłabić pozycję Nehahera - której zresztą sam został ongiś pozbawiony przez niego. Ostatni zamach, wykonany przez mordercę, który przeniknął w krąg jego straży osobistej, młodszy czarownik przeżył jedynie cudem. Wiedział już wtedy, że jego czas się kończy. Mógł oczywiście zażądać opieki od Wewnętrznego Kręgu Kordawy - organizacji, o której interesy dbał przez ostatnie pięć lat. Lecz ostatnią rzeczą, której pragnął, było zaciąganie u nich jakiegokolwiek długu. Z zasady zresztą, starał się nie zaciągać długów. Poza tym, czy Wewnętrzny Krąg nie sprzymierzył się z nim właśnie po to, by ongiś pozbyć się Menkary? Tym razem zapewne znów zażądaliby by jakoś rozwiązał ten problem... Nehaher był więc świadom, iż chwilowo żadna z cywilizowanych krain nie zapewni mu schronienia przed mackami wrogiego czarnoksiężnika. Zdecydował się więc zniknąć, skrywając się tam, gdzie nikt nie będzie go szukał. Przysługa, którą wciąż winny był mu Grimnir otworzyła młodemu stygijczykowi drogę na Północ. Tu miał pewność, iż pozostanie niewykryty. Ostre, arktyczne wichry czyniły te strony niedostępnymi nawet dla demonicznych sług Menkary. A współpraca z szamanem Vanirów dawała możliwości zdobycia wiedzy i mocy, która być może w przyszłości pozwoli przechylić szalę...
- Śmierć będzie za dobra dla ciebie, obłudny padalcu, mierny szarlatanie - wymamrotał, snując plany zemsty. W istocie nie planował zabijać Menkary. O nie, to byłby nadmiar łaski! Od dawna myślał już nad pewnym zaklęciem, które pozwalało przenieść świadomość ofiary w ciało jednego z gigantycznych, bladych czerwi, pełzających w mrokach zrujnowanych piramid Stygii...
- Na Ogień błyszczących ślepi Seta! Przez wieczność będziesz czołgał się wśród butwiejących mumii i wyschniętych kości, przeklinając moje imię i los, jaki ci zgotuję... - wyszeptał i zachichotał. Śmiech rozchodzący się w zadymionym wnętrzu chaty, przypominał raczej szelest trących o siebie łusek wielkiego gada, niż objaw ludzkiej wesołości. Nehaher nie zwrócił jednak na to uwagi. Wiedział, że musi jeszcze tylko trochę poczekać. Set ostatnio zdawał się co prawda ignorować jego modły, ale to z pewnością z powodu zimna. W końcu trudno było oczekiwać od Ojca Węży, by interesował się tym zamarzniętym na kamień krańcem świata. Mimo to jednak Nehaher głęboko wierzył... Nie, wręcz wyczuwał, że okazja do zemsty pojawi się niebawem...
Wstał i sięgnął do wiszącej nad posłaniem torby. Ostrożnie wydobył z niej kawałek lustra, po czym klęknął ponownie, kładąc je przed sobą pod takim kątem, by widział swoją twarz. Wpatrując się w odbicie, wyszeptał kilka słów, przebiegając jednocześnie palcami szczupłych dłoni po twarzy. Pod wpływem zaklęcia, jego skóra pojaśniała zdecydowanie, upodobniając się do ogorzałej cery Vanirów. Łuki brwiowe zarysowały się silniej, rysy zgrubiały i nabrały toporności, charakterystycznej dla miejscowych plemion. Czarownik przejechał palcami po włosach, rozjaśniając ich barwę na płową i nie szczędząc pasm siwizny świadczących o godnym wieku.
[center]

[/center]
Jego sylwetka nie przypominała już szczupłego stygijskiego uczonego. Klatka piersiowa poszerzyła się, pod materiałem koszuli zarysowały się żylaste mięśnie. Jeszcze przez chwilę krytycznie przyglądał się sobie w lustrze, poprawiając to i owo, dopóki iluzoryczne przebranie nie zadowoliło go całkowicie. Musiało jednak być bez skazy. Dziś miał się bowiem spotkać z wojem wysłanym przez Grimnira i głęboko wątpił, by prosty umysł tego dzikusa był w stanie pojąć meandry polityki, która czasami zdolna była połączyć stygijskiego czarnoksiężnika z szamanem Vanirów...