PBF - Łuski na oczach
Popatrzył uważnie za odchodzącą dziewczyną, skrzywił się lekko i podrapał w zamyśleniu po brodzie. Odwrócił wzrok w kierunku Hariquiel'a zagryzając wargi i szepnął konspiracyjnie przysłaniając usta dłonią:
- Wartko powędruj za panienką, ma coś w sobie takiego... - wykonał nieokreślony ruch ręką. Chciwie zgarnął ze stołu monety, włożył jedną między zęby i przygryzł mocno.
Widać ocena przypadła mu do gustu bo szybko rozwiązał mieszek, wrzucił monety i schował starannie w zanadrze.
Wyprostował się i zacierając ręce wychrypiał:
- Bida trochę z takim groszem... - pochylił się nad stołem w kierunku Aldura - Ino spić nam się za to lekko przyjdzie, ale, można by się przejść po mieście póki pora wczesna. Jeno chyba pobłądzim prędzej niźli znajdziem urobek jakiś...
Uderzył głucho w stół krzyknąwszy:
- A teraz kolejka dla każdego! - i ciszej już do towarzyszy rechocząc złośliwie - Coby gardła spłukać po niesmaku tej sromotnej zapłaty.
Wątek techniczny:
Patrząc na dziewczynę staram się wykorzystać "Język mimiczny" bo coś mi w jej zachowaniu dziwnego.
Zawczasu zaklepuję miejsce w hamaku, gdybyśmy mieli się ruszyć na miasto.
- Wartko powędruj za panienką, ma coś w sobie takiego... - wykonał nieokreślony ruch ręką. Chciwie zgarnął ze stołu monety, włożył jedną między zęby i przygryzł mocno.
Widać ocena przypadła mu do gustu bo szybko rozwiązał mieszek, wrzucił monety i schował starannie w zanadrze.
Wyprostował się i zacierając ręce wychrypiał:
- Bida trochę z takim groszem... - pochylił się nad stołem w kierunku Aldura - Ino spić nam się za to lekko przyjdzie, ale, można by się przejść po mieście póki pora wczesna. Jeno chyba pobłądzim prędzej niźli znajdziem urobek jakiś...
Uderzył głucho w stół krzyknąwszy:
- A teraz kolejka dla każdego! - i ciszej już do towarzyszy rechocząc złośliwie - Coby gardła spłukać po niesmaku tej sromotnej zapłaty.
Wątek techniczny:
Patrząc na dziewczynę staram się wykorzystać "Język mimiczny" bo coś mi w jej zachowaniu dziwnego.
Zawczasu zaklepuję miejsce w hamaku, gdybyśmy mieli się ruszyć na miasto.
- A nie dziwi was, że kolejna dostawa drewna tak szybko ma przybyć?Z tego co mi wiadomo rzadziej to w zwyczaju było - elf nagle zmienił temat, w końcu rozmowy o planach mogą chwilę poczekać - Tyle co zobaczyliśmy miasta, to nie wyglądało na takie, które dodatkowych domów potrzebuje, ciekawe co nagle budują z tych wszystkich desek. Goldasthcie nie masz wrażenia, że szykuje się coś większego, skoro, zapewne flotę, chcą tak rozbudować? Może warto byłoby poznać w co zamierzamy się mieszać - zaczął głośno się zastanawiać Hariquiel.
- Jeśli chodzi o rozrywki, to czy naprawdę chcesz Aldurze błądzić w tak ludnym mieście? Na miejscu masz i karczemne dziewki, i hamaki, i rozrywki wszelakie, a i ciemnych zaułków jakby tutaj mniej. Ja sam chętnie zagram w kości - rzucił do towarzyszy i podniósł się ze swego miejsca.
Oglądając się jeszcze, czy nikt nie chce mu towarzyszyć, stanął przy jednym ze stolików, gdzie miejscowi próbowali ograć niedawno przybiłych do brzegu marynarzy. - Znajdzie się jeszcze jedno miejsce? - zapytał, w talinoi, z zaciekawieniem elf, a grający rzucili tylko okiem na jego bladą cerę, silnie kontrastującą z czarnymi włosami, jakby chcieli sprawdzić na ile pewny jest nowy gracz, następnie na jego sakiewkę i rozsunęli się robiąc mu miejsce. Elf chwycił kości w ręce, rzucił na stół 10 tabarów, powiedział coś nie zrozumiałego pod nosem i z gracją malarza smagającego delikatnie po płótnie, wyrzucił kości, które tocząc się radośnie opuściły jego smukłe dłonie. - Dzban piwa przynieście, dobra dziewczyno - krzyknął do przechodzącej obok karczmarki - Powiedzcie panowie, czym, poza kośćmi zająć się tu można? Nikt pracowników ostatnio nie szukał? - zaczął we wspólnym elf, chcąc nawiązać jakąkolwiek rozmowę.
Noc chcę spędzić na hamaku, więc również, z góry, za niego płacę. Jeśli chodzi o grę, to mam do przegrania 1 sztukę złota i z takim wynikiem chciałbym skończyć. Może jeśli będą wygrywać, chętniej będą opowiadać o tym, gdzie lepszą pracę znaleźć można, a może i powiedzą czy coś niezwykłego w mieście się dzieje.
- Jeśli chodzi o rozrywki, to czy naprawdę chcesz Aldurze błądzić w tak ludnym mieście? Na miejscu masz i karczemne dziewki, i hamaki, i rozrywki wszelakie, a i ciemnych zaułków jakby tutaj mniej. Ja sam chętnie zagram w kości - rzucił do towarzyszy i podniósł się ze swego miejsca.
Oglądając się jeszcze, czy nikt nie chce mu towarzyszyć, stanął przy jednym ze stolików, gdzie miejscowi próbowali ograć niedawno przybiłych do brzegu marynarzy. - Znajdzie się jeszcze jedno miejsce? - zapytał, w talinoi, z zaciekawieniem elf, a grający rzucili tylko okiem na jego bladą cerę, silnie kontrastującą z czarnymi włosami, jakby chcieli sprawdzić na ile pewny jest nowy gracz, następnie na jego sakiewkę i rozsunęli się robiąc mu miejsce. Elf chwycił kości w ręce, rzucił na stół 10 tabarów, powiedział coś nie zrozumiałego pod nosem i z gracją malarza smagającego delikatnie po płótnie, wyrzucił kości, które tocząc się radośnie opuściły jego smukłe dłonie. - Dzban piwa przynieście, dobra dziewczyno - krzyknął do przechodzącej obok karczmarki - Powiedzcie panowie, czym, poza kośćmi zająć się tu można? Nikt pracowników ostatnio nie szukał? - zaczął we wspólnym elf, chcąc nawiązać jakąkolwiek rozmowę.
Noc chcę spędzić na hamaku, więc również, z góry, za niego płacę. Jeśli chodzi o grę, to mam do przegrania 1 sztukę złota i z takim wynikiem chciałbym skończyć. Może jeśli będą wygrywać, chętniej będą opowiadać o tym, gdzie lepszą pracę znaleźć można, a może i powiedzą czy coś niezwykłego w mieście się dzieje.
Nemo Me Impune Lacessit..
- Z zycia trzeba korzystac, kiedy tylko masz okazje. W koncu nigdy nie wiadomo, czy dozyjesz kolejnego switu. Jesli mamy wyruszyc do lasu patrzac tylko jak rzna drzewa, to warto byloby skorzystac z okazji w miescie i przerznac wczesniej cos innego. - rzekl, wstajac i przeciagajac sie. - Hej, malenka - zaczepil przechodzaca obok sluzaca - znajdzie sie u was jakis kąt dla szukajach rozrywki? - mrugnal okiem i usmiechnal sie szeroko - Kosci, noze i inne przyjemnosci (mowiac to znow sie usmiechnal) - w koncu noc jeszcze dluga, a i w sakiewce cos brzeczy milo.
- A wielka polityke w rzyci mam i zostawiam to... innym.
Place za hamak i ruszam sie bawic. Probuje szczescia w rzucaniu nozami itd. Robie duzo halasu, gadam, smieje sie i przypijam do ludzi (i nieludzi). Wszystko to jednak na pokaz i tak naprawde pije niewiele. W sumie to wiecej piwa wylewam gestykulujac niz wypijam. Oceniam i obserwuje, podpytuje i slucham plotek i szukam okazji do jakiegos zarobku (jak nie znajdzie sie nic innego to moga byc rzuty nozami). Wbrew temu co mowilem plotki o polityce tez mnie interesuja. Jesli uda sie przygruchac sobie towarzystwo na noc, wabiac je komplementami i trzosikiem, to tez nie pogardze.
- A wielka polityke w rzyci mam i zostawiam to... innym.
Place za hamak i ruszam sie bawic. Probuje szczescia w rzucaniu nozami itd. Robie duzo halasu, gadam, smieje sie i przypijam do ludzi (i nieludzi). Wszystko to jednak na pokaz i tak naprawde pije niewiele. W sumie to wiecej piwa wylewam gestykulujac niz wypijam. Oceniam i obserwuje, podpytuje i slucham plotek i szukam okazji do jakiegos zarobku (jak nie znajdzie sie nic innego to moga byc rzuty nozami). Wbrew temu co mowilem plotki o polityce tez mnie interesuja. Jesli uda sie przygruchac sobie towarzystwo na noc, wabiac je komplementami i trzosikiem, to tez nie pogardze.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan
Zachodzące słońce malowało spokojną toń Morza Perłowego barwą gasnącego ognia, ale pracujący w tawernie pachołkowie żwawo roznieśli po tarasie dymiące olejne lampki, wieszając je na podpierających zadaszenie pierwszego piętra belkach i rozświetlając ich blaskiem gwarną zatłoczoną przestrzeń tarasu. Dźwięki rozmów wiedzionych w co najmniej tuzinie różnych języków mieszały się z wybuchami dziewczęcego śmiechu, melodiami wygrywanymi na fletach i ustnych harmonijkach. Po schodach pięli się ciągle nowi goście, a ponieważ na samym tarasie zaczynało już brakować miejsca, coraz więcej biesiadników rozsiadało się wprost na szczycie nabrzeżnego wału, ciesząc się mocnym piwem, ciepłym jadłem, rozmowami i widokiem na port, który obejmował we władanie ciepły zmierzch.
Hariquiel dołożył do niewielkiej pryzmy srebrnych monet kolejnych pięć tabarów, podbił stawkę do dwudziestu sięgając z poważną miną po skórzany kubek, w którym postukiwały gładko oszlifowane i pomalowane na jaskrawe barwy kostki do gry.
Elf zdążył już przegrać pół dinonira, ale nie to budziło jego dostrzegalne w oczach zatroskanie, lecz zasłyszane od innych graczy wieści. Portowe miasta południowego Tabadanu łaknęły coraz więcej cedrowego drewna, od kiedy namiestnicy Orkusa Wschodniego podnieśli drastycznie ceny na swe drewno, kupowane dotąd chętnie przez tabadańskich szkutników. Żyjące w ciepłych wodach Morza Perłowego skorupiaki uparcie żerowały na kadłubach statków tnących fale tego akwenu niszcząc je przez cały czas i wymagając regularnych napraw poszycia jednostek poniżej linii wodnej.
A nieopłacalność zakupów cedrów w Ag-Coto-garze lub innych miastach Orkusa Wschodniego oznaczała konieczność sięgnięcia po puszczańskie zasoby w głębi Tabadanu. Były to złe wieści i Hariquiel szczerze się nimi troskał, dokładał jednak sporych starań, by jego rozochoceni grą towarzysze, w większości miejscowi rybacy i rzemieślnicy, nie spostrzegli niepokoju trawiącego duszę elfa.
Wyturlane z kubka kości potoczyły się z grzechotem po blacie stołu budząc nagłe ożywienie graczy. Wprowadzony naprędce w tajniki tej zabawy Hariquiel uśmiechnął się niepewnie widząc dwa symbole ogushi, dwa czerwone kruki i srebrnego bambuka. Był to niezły rzut, ale niekoniecznie musiał oznaczać zwycięstwo. Podając kubek kolejnemu graczowi elf pochylił się nad stolikiem, przez co nie spostrzegł na czas tego, co wydarzyło się ledwie chwilę później przy stole zajętym przez grupkę płowowłosych i wyraźnie rozweselonych Osmundczyków.
Wątek techniczny
Zygi, zapotrzebowanie na drewno z interioru spowodowane jest podwyżkami cen drewna na Orkusie Wschodnim, najbardziej liczącym się w tej branży partnerem handlowym Tabadańczyków. Jeśli o grę w kości idzie, przegrałeś na razie pół sztuki złota, ale może szczęście się jeszcze do Ciebie uśmiechnie?
Zachodzące słońce malowało spokojną toń Morza Perłowego barwą gasnącego ognia, ale pracujący w tawernie pachołkowie żwawo roznieśli po tarasie dymiące olejne lampki, wieszając je na podpierających zadaszenie pierwszego piętra belkach i rozświetlając ich blaskiem gwarną zatłoczoną przestrzeń tarasu. Dźwięki rozmów wiedzionych w co najmniej tuzinie różnych języków mieszały się z wybuchami dziewczęcego śmiechu, melodiami wygrywanymi na fletach i ustnych harmonijkach. Po schodach pięli się ciągle nowi goście, a ponieważ na samym tarasie zaczynało już brakować miejsca, coraz więcej biesiadników rozsiadało się wprost na szczycie nabrzeżnego wału, ciesząc się mocnym piwem, ciepłym jadłem, rozmowami i widokiem na port, który obejmował we władanie ciepły zmierzch.
Hariquiel dołożył do niewielkiej pryzmy srebrnych monet kolejnych pięć tabarów, podbił stawkę do dwudziestu sięgając z poważną miną po skórzany kubek, w którym postukiwały gładko oszlifowane i pomalowane na jaskrawe barwy kostki do gry.
Elf zdążył już przegrać pół dinonira, ale nie to budziło jego dostrzegalne w oczach zatroskanie, lecz zasłyszane od innych graczy wieści. Portowe miasta południowego Tabadanu łaknęły coraz więcej cedrowego drewna, od kiedy namiestnicy Orkusa Wschodniego podnieśli drastycznie ceny na swe drewno, kupowane dotąd chętnie przez tabadańskich szkutników. Żyjące w ciepłych wodach Morza Perłowego skorupiaki uparcie żerowały na kadłubach statków tnących fale tego akwenu niszcząc je przez cały czas i wymagając regularnych napraw poszycia jednostek poniżej linii wodnej.
A nieopłacalność zakupów cedrów w Ag-Coto-garze lub innych miastach Orkusa Wschodniego oznaczała konieczność sięgnięcia po puszczańskie zasoby w głębi Tabadanu. Były to złe wieści i Hariquiel szczerze się nimi troskał, dokładał jednak sporych starań, by jego rozochoceni grą towarzysze, w większości miejscowi rybacy i rzemieślnicy, nie spostrzegli niepokoju trawiącego duszę elfa.
Wyturlane z kubka kości potoczyły się z grzechotem po blacie stołu budząc nagłe ożywienie graczy. Wprowadzony naprędce w tajniki tej zabawy Hariquiel uśmiechnął się niepewnie widząc dwa symbole ogushi, dwa czerwone kruki i srebrnego bambuka. Był to niezły rzut, ale niekoniecznie musiał oznaczać zwycięstwo. Podając kubek kolejnemu graczowi elf pochylił się nad stolikiem, przez co nie spostrzegł na czas tego, co wydarzyło się ledwie chwilę później przy stole zajętym przez grupkę płowowłosych i wyraźnie rozweselonych Osmundczyków.
Wątek techniczny
Zygi, zapotrzebowanie na drewno z interioru spowodowane jest podwyżkami cen drewna na Orkusie Wschodnim, najbardziej liczącym się w tej branży partnerem handlowym Tabadańczyków. Jeśli o grę w kości idzie, przegrałeś na razie pół sztuki złota, ale może szczęście się jeszcze do Ciebie uśmiechnie?
Ostatnio zmieniony 06 lipca 2011, 01:20 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan
Dziewczyna siedząca na kolanach Moriento była cudownie zaokrąglona, ciepła i pachnąca aromatycznym olejkiem, którego mężczyzna nigdy wcześniej nie miał okazji wąchać. Pochylając się do jego ucha szeptała Katańczykowi zapewnienia o swej dozgonnej miłości, jednakże znający tego rodzaju dziewki Moriento nie brał za dobrą monetę ani jednego jej słowa, pieszcząc wsuniętą pod suknię dłonią piersi dziewczyny i nadstawiając jednocześnie bacznie uszu. Znał w miarę dobrze mowę asseryjską i talinoi, toteż ogarniał całkiem nieźle prowadzone wszędzie wokół rozmowy, aczkolwiek niewiele w nich odnalazł ciekawiących go wątków. Większość biesiadujących w tawernie gości była miejscowymi rybakami i pracownikami portowymi, toteż gros rozmów obracał się wokół lokalnych tematów, przepracowanej dniówki, chorób krewniaków i drobnych obyczajowych skandali. Tu i ówdzie rozsiedli się cudzoziemscy marynarze, w przeważającej mierze Katańczycy z imperialnej części Orkusów lub Osmundczycy, grający w kości, pijący piwo i palące nabite narkotycznym zielem fajeczki, które roznosili pracujący w tawernie pachołkowie.
- Chodźmy do mnie, mam mały pokoik na zapleczu - wyszeptała do ucha Moriento dziewczyna i po czym na zachętę wepchnęła mu do tego samego ucha język - Mały, ale przytulny, jak cię tam dosiądę, zapomnisz o całym świecie.
- Pewnikiem nie tylko o świecie, ale i o sakiewce, słonko - zaśmiał się cicho mężczyzna czując rozlewające się w lędźwiach ciepło i coraz większe rozkojarzenie w głowie - Obedrzesz mnie pewnie do ostatniego tabara.
- Oddam co do jednego, jeśli okaże się, że nie zdołam cię zaspokoić - dziewczyna odgarnęła opadającą jej na oczy ciemną grzywkę i przeciągnęła po policzku Moriento długimi paznokciami budząc w mężczyźnie silny dreszcz ekscytacji - Ale wierzaj mi, znam się na tej sztuce...
Zsuwając się z kolan mężczyzny dziewczyna odsłoniła Katańczykowi widok na pobliski stolik, zajęty przez grupę osmundzkich żeglarzy.
To właśnie wtedy bystre oczy Moriento dostrzegły błysk wyciągniętej raptownie stali.
Wątek techniczny
W kwestii ewentualnej reprymendy za niemoralne wpisy, dokonałem tego po 24.00, więc nieletni czytacze na pewno teraz śpią i tego nie przeczytają. Miłą atmosferę tawernianego wieczoru chyba właśnie coś zepsuło, ale skoro i tak Was nie ma w sieci, ciąg dalszy może napiszę kiedy indziej...
Dziewczyna siedząca na kolanach Moriento była cudownie zaokrąglona, ciepła i pachnąca aromatycznym olejkiem, którego mężczyzna nigdy wcześniej nie miał okazji wąchać. Pochylając się do jego ucha szeptała Katańczykowi zapewnienia o swej dozgonnej miłości, jednakże znający tego rodzaju dziewki Moriento nie brał za dobrą monetę ani jednego jej słowa, pieszcząc wsuniętą pod suknię dłonią piersi dziewczyny i nadstawiając jednocześnie bacznie uszu. Znał w miarę dobrze mowę asseryjską i talinoi, toteż ogarniał całkiem nieźle prowadzone wszędzie wokół rozmowy, aczkolwiek niewiele w nich odnalazł ciekawiących go wątków. Większość biesiadujących w tawernie gości była miejscowymi rybakami i pracownikami portowymi, toteż gros rozmów obracał się wokół lokalnych tematów, przepracowanej dniówki, chorób krewniaków i drobnych obyczajowych skandali. Tu i ówdzie rozsiedli się cudzoziemscy marynarze, w przeważającej mierze Katańczycy z imperialnej części Orkusów lub Osmundczycy, grający w kości, pijący piwo i palące nabite narkotycznym zielem fajeczki, które roznosili pracujący w tawernie pachołkowie.
- Chodźmy do mnie, mam mały pokoik na zapleczu - wyszeptała do ucha Moriento dziewczyna i po czym na zachętę wepchnęła mu do tego samego ucha język - Mały, ale przytulny, jak cię tam dosiądę, zapomnisz o całym świecie.
- Pewnikiem nie tylko o świecie, ale i o sakiewce, słonko - zaśmiał się cicho mężczyzna czując rozlewające się w lędźwiach ciepło i coraz większe rozkojarzenie w głowie - Obedrzesz mnie pewnie do ostatniego tabara.
- Oddam co do jednego, jeśli okaże się, że nie zdołam cię zaspokoić - dziewczyna odgarnęła opadającą jej na oczy ciemną grzywkę i przeciągnęła po policzku Moriento długimi paznokciami budząc w mężczyźnie silny dreszcz ekscytacji - Ale wierzaj mi, znam się na tej sztuce...
Zsuwając się z kolan mężczyzny dziewczyna odsłoniła Katańczykowi widok na pobliski stolik, zajęty przez grupę osmundzkich żeglarzy.
To właśnie wtedy bystre oczy Moriento dostrzegły błysk wyciągniętej raptownie stali.
Wątek techniczny
W kwestii ewentualnej reprymendy za niemoralne wpisy, dokonałem tego po 24.00, więc nieletni czytacze na pewno teraz śpią i tego nie przeczytają. Miłą atmosferę tawernianego wieczoru chyba właśnie coś zepsuło, ale skoro i tak Was nie ma w sieci, ciąg dalszy może napiszę kiedy indziej...
Cienie rzucane przez kolejnych, kręcących się, gości tawerny oraz dym wydobywający się z licznych lamp ułatwiały ukrycie przejęcia na twarzy elfa. - Mówicie, że ceny na Orkusie podnieśli?Kryzys jakiś mają, czy jak?Nikt kupować przecież tego od nich nie będzie - podniósł lekko głos Hariquiel, jak by w oburzeniu. - To rozumiem, że teraz zatrudnienia więcej niż chętnych? Drwale, leśniczy, woźnice, ochrona, obsługa tartaków.. - urwał nagle, gdyż najwyraźniej trudność mu sprawiało takie wyliczanie, dlatego dla niepoznaki sięgnął po kufel w którym jeszcze do połowy wysokości był złocisty trunek, podniósł go do góry, niczym toast wnosząc i przechylił znacznie, choć wypił niewiele - w samym mieście, też tak jest, że praca was szuka, a nie wy pracy? Może ciekawego coś oferują? - zagaił elf i podał kości dalej.
Jeszcze trochę chce z nimi posiedzieć, może dowiem się coś ciekawego, jeśli nie, to odejdę, tłumacząc się brakiem szczęścia w kościach i najwyraźniejszą potrzebą zmiany kości, a może i przeciwników na łatwiejszych. Resztę 'założonego' złota poświęciłbym wtedy na grę z jakimiś (pół)orkami, być może ktos z Orkusa Wschodniego będzie miał lepsze informacje, co tam się dzieje i skąd wzrost cen.. oczywiście jeśli w karczmie nie wyniknie żadne zbrojne zamieszanie, które moze popsuć plany.
Jeszcze trochę chce z nimi posiedzieć, może dowiem się coś ciekawego, jeśli nie, to odejdę, tłumacząc się brakiem szczęścia w kościach i najwyraźniejszą potrzebą zmiany kości, a może i przeciwników na łatwiejszych. Resztę 'założonego' złota poświęciłbym wtedy na grę z jakimiś (pół)orkami, być może ktos z Orkusa Wschodniego będzie miał lepsze informacje, co tam się dzieje i skąd wzrost cen.. oczywiście jeśli w karczmie nie wyniknie żadne zbrojne zamieszanie, które moze popsuć plany.
Nemo Me Impune Lacessit..
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan
Goldasth i Aldur spędzili większość wieczoru przy narożnym stoliku tarasu, sącząc dolewane im co chwila piwo i lustrując leniwymi spojrzeniami rozbawione towarzystwo na sąsiednich ławach. W przeciwieństwie do krasnoluda rosły drwal czuł się w tawernie jak we własnej wiosce w górach środkowego Tabadanu, ponieważ talinoi było jego mową ojczystą, a prócz niej władał jeszcze niezgorsza asserem. Nadstawiając uszu w poszukiwaniu ciekawych wieści mężczyzna trącał się co chwila glinianym kuflem z Goldasthem, obracając jednocześnie machinalnie w palcach jedną ze złotych monet otrzymanych od płatnika tartaku. Wybita na ciężkim krążku podobizna Eleni, pierwszej żony króla Tabarda II, zachwycała oczy pieczołowitością włożoną w stworzenie pięknej sztancy, toteż Aldur przyglądał się jej tęsknie wiedząc w duchu, że w ostatecznym rozrachunku za strawę, napitki i nocleg przyjdzie mu się niewątpliwie z ową monetą pożegnać.
- Patrzaj na onego, jaki obrotny - zarechotał Goldasth wskazując swym upierścienionym palcem na Morientiego i siedzącą mu na kolanach służebną dziewkę, szepczących coś do siebie w miłosnej dyspucie - Człek zasobny w dutki nocą w waszych miastach nie marznie, trza wam to przyznać, bezwstydniki.
- Sameś chwilę temu się na jej cycki gapił tak, że ci mało piwo z gęby nie wykapało - odpowiedział z udawanym przekąsem Aldur, mający sposobność dobrze poznać rubaszne usposobienie krasnoluda w przeciągu kilkudniowej podróży do miasta - Nam zawsze to lepiej parę tabarów odżałować, a się w łożnicy z kim gorącym poobściskiwać niźli samemu se ulżyć.
Goldasth zmarszczył swą i tak już niebywale pobrużdżoną twarz i targnął bezwiednie sękatymi palcami za zaplecioną w dwa kucyki brodę, w której nie dało się dostrzec najmniejszego jeszcze śladu siwizny, zastanawiając się widać, czy się insynuacjami drwala obruszyć czy też obrócić je lepiej w obsceniczny żart. Aldur ubiegł go w międzyczasie trącając krasnoluda łokciem w pękaty tors.
- Ostaw te płaskie cycki Morientiemu i tamoj popatrzaj - syknął człowiek uśmiechając się szeroko i pokazując w mało dyskretny sposób palcem otyłą matronę, która wpadła do tawerny i ku niebywałej wesołości tłumu poczęła rugać bezceremonialnie swego pijanego już w sztok męża - Za nią się lepiej bierz, przecie i przodku i z zadku tyleści dobrodziejstwa ma, że wszytkiego na raz nie obłapisz, a z własnego męża w łożnicy dzisiaj pożytku żadnego mieć nie będzie, bidula.
- Toż to prawdziwa baba-opas! - jęknął z nieskrywanym zdumieniem pękaty i silnie umięśniony, ale jednak na modłę swej rasy nader niski krasnolud - Kieby na mnie siadła, pewnie by mnie nikt ani nie dojrzał! Prawdę powiadał Król Spod Góry, że nam z opasami wszelakiego rodzaju nie po drodze, tedy ani na nie nie polujemy ani ich nie chędożymy!
Podchmielony już nieco Goldasth parsknął ochrypłym śmiechem plując wokół drobinkami śliny i piwnej piany, przez co kilku siedzących obok rybaków zmierzyło go ostrożnymi spojrzeniami zastanawiając się widać, czy aby krasnoludowi nie zwrócić uwagi na obyczaje. Ku nieskrywanemu rozczarowaniu Goldasth uznali, że mogłoby to skończyć się źle dla ich zdrowia, toteż wrócili do swych kufli mamrocząc coś jedynie niezrozumiale pod nosami. Brodaty rębajło przygryzł usta zastanawiając się, czy odpuścić sobie burdę czy też może dla odmiany na rybaków napluć w bardziej prowokacyjny sposób, wtedy jednak znienacka przy długim dębowym stole zajmowanym przez tuzin osmundzkich żeglarzy wybuchła dzika wrzawa, a zrywający się z ław mężczyźni strącali z hałasem na podłogę zawadzające im naczynia i sztućce.
Wątek techniczny
Dołożyłem scenkę obyczajową dla Goldastha i Aldura, żeby BG nie czuli się pokrzywdzeni faktem, że Hariquiel i Morienti otrzymali własne wstawki, a oni nie. Pewnie wszyscy już zauważyliście, że w scenach wprowadzających do sesji pojawiają się cztery postacie zamiast pięciu. Ciągle jeszcze jestem na etapie dogrywania szczegółów z Ravenem, gdyby się jednak okazało, że zbyt skąpa dyspozycyjność gracza będzie się gryzła z sensem zabawy w PBF, obetnę skład ekipy do czterech ról (myślę, że będę to wiedział definitywnie do piątku).
Jeśli o ruchawkę w tawernie idzie, wybuchła przy stole zajmowanym przez grupkę Osmundczyków, a jej szczegóły pojawią się w następnym poście. Zygi, bądź grzecznym graczem, miej wieczorami aktywne GG.
Goldasth i Aldur spędzili większość wieczoru przy narożnym stoliku tarasu, sącząc dolewane im co chwila piwo i lustrując leniwymi spojrzeniami rozbawione towarzystwo na sąsiednich ławach. W przeciwieństwie do krasnoluda rosły drwal czuł się w tawernie jak we własnej wiosce w górach środkowego Tabadanu, ponieważ talinoi było jego mową ojczystą, a prócz niej władał jeszcze niezgorsza asserem. Nadstawiając uszu w poszukiwaniu ciekawych wieści mężczyzna trącał się co chwila glinianym kuflem z Goldasthem, obracając jednocześnie machinalnie w palcach jedną ze złotych monet otrzymanych od płatnika tartaku. Wybita na ciężkim krążku podobizna Eleni, pierwszej żony króla Tabarda II, zachwycała oczy pieczołowitością włożoną w stworzenie pięknej sztancy, toteż Aldur przyglądał się jej tęsknie wiedząc w duchu, że w ostatecznym rozrachunku za strawę, napitki i nocleg przyjdzie mu się niewątpliwie z ową monetą pożegnać.
- Patrzaj na onego, jaki obrotny - zarechotał Goldasth wskazując swym upierścienionym palcem na Morientiego i siedzącą mu na kolanach służebną dziewkę, szepczących coś do siebie w miłosnej dyspucie - Człek zasobny w dutki nocą w waszych miastach nie marznie, trza wam to przyznać, bezwstydniki.
- Sameś chwilę temu się na jej cycki gapił tak, że ci mało piwo z gęby nie wykapało - odpowiedział z udawanym przekąsem Aldur, mający sposobność dobrze poznać rubaszne usposobienie krasnoluda w przeciągu kilkudniowej podróży do miasta - Nam zawsze to lepiej parę tabarów odżałować, a się w łożnicy z kim gorącym poobściskiwać niźli samemu se ulżyć.
Goldasth zmarszczył swą i tak już niebywale pobrużdżoną twarz i targnął bezwiednie sękatymi palcami za zaplecioną w dwa kucyki brodę, w której nie dało się dostrzec najmniejszego jeszcze śladu siwizny, zastanawiając się widać, czy się insynuacjami drwala obruszyć czy też obrócić je lepiej w obsceniczny żart. Aldur ubiegł go w międzyczasie trącając krasnoluda łokciem w pękaty tors.
- Ostaw te płaskie cycki Morientiemu i tamoj popatrzaj - syknął człowiek uśmiechając się szeroko i pokazując w mało dyskretny sposób palcem otyłą matronę, która wpadła do tawerny i ku niebywałej wesołości tłumu poczęła rugać bezceremonialnie swego pijanego już w sztok męża - Za nią się lepiej bierz, przecie i przodku i z zadku tyleści dobrodziejstwa ma, że wszytkiego na raz nie obłapisz, a z własnego męża w łożnicy dzisiaj pożytku żadnego mieć nie będzie, bidula.
- Toż to prawdziwa baba-opas! - jęknął z nieskrywanym zdumieniem pękaty i silnie umięśniony, ale jednak na modłę swej rasy nader niski krasnolud - Kieby na mnie siadła, pewnie by mnie nikt ani nie dojrzał! Prawdę powiadał Król Spod Góry, że nam z opasami wszelakiego rodzaju nie po drodze, tedy ani na nie nie polujemy ani ich nie chędożymy!
Podchmielony już nieco Goldasth parsknął ochrypłym śmiechem plując wokół drobinkami śliny i piwnej piany, przez co kilku siedzących obok rybaków zmierzyło go ostrożnymi spojrzeniami zastanawiając się widać, czy aby krasnoludowi nie zwrócić uwagi na obyczaje. Ku nieskrywanemu rozczarowaniu Goldasth uznali, że mogłoby to skończyć się źle dla ich zdrowia, toteż wrócili do swych kufli mamrocząc coś jedynie niezrozumiale pod nosami. Brodaty rębajło przygryzł usta zastanawiając się, czy odpuścić sobie burdę czy też może dla odmiany na rybaków napluć w bardziej prowokacyjny sposób, wtedy jednak znienacka przy długim dębowym stole zajmowanym przez tuzin osmundzkich żeglarzy wybuchła dzika wrzawa, a zrywający się z ław mężczyźni strącali z hałasem na podłogę zawadzające im naczynia i sztućce.
Wątek techniczny
Dołożyłem scenkę obyczajową dla Goldastha i Aldura, żeby BG nie czuli się pokrzywdzeni faktem, że Hariquiel i Morienti otrzymali własne wstawki, a oni nie. Pewnie wszyscy już zauważyliście, że w scenach wprowadzających do sesji pojawiają się cztery postacie zamiast pięciu. Ciągle jeszcze jestem na etapie dogrywania szczegółów z Ravenem, gdyby się jednak okazało, że zbyt skąpa dyspozycyjność gracza będzie się gryzła z sensem zabawy w PBF, obetnę skład ekipy do czterech ról (myślę, że będę to wiedział definitywnie do piątku).
Jeśli o ruchawkę w tawernie idzie, wybuchła przy stole zajmowanym przez grupkę Osmundczyków, a jej szczegóły pojawią się w następnym poście. Zygi, bądź grzecznym graczem, miej wieczorami aktywne GG.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan
Nie bacząc na przestraszony dziewczęcy pisk Morienti bezceremonialnie odsunął od siebie wybrankę serca i sięgnął odruchowo w stronę pasa oplatając palcami prawej dłoni rękojeść noszonego na biodrze długiego sztyletu. Przewracający z trzaskiem ławy antagoniści pod przeciwną ścianą mieli już w rękach obnażone kordy i noże do patroszenia ryb, w razie nagłej potrzeby sprawdzające się równie dobrze w roli narzędzia do patroszenia ludzi. Wzajemne wyzwiska i plugawe przekleństwa niosły się po nabrzeżnym wale, płosząc najbliższych klientów i wabiąc dla odmiany tych, którzy siedząc dalej od miejsca zatargu żądni byli widowiska. Grupka Osmundczyków mierzyła się wściekłym wzrokiem z kilkunastoma ciemnowłosymi rybakami, w którym żyłach płynęła bez wątpienia czysta tabadańska krew, grożąc sobie wzajemnie pięściami i dając do zrozumienia, że w razie potrzeby w ruch pójdą też noże. Katańczyk nie rozumiał wszystkich wykrzykiwanych naprędce słów, szybko się jednak domyślił, że rzecz poszła o jakieś wylane na kapotę piwo i źle dobrane słowa przeprosin, o ile do takowych przeprosin w ogóle doszło.
Pachołkowie posługujący w kuchni i na parterze tawerny nie dali na siebie długo czekać, wpadli na górny taras pośród tupotu obutych stóp wywijając owiniętymi rzemieniem drewnianymi pałkami i mijając się w drodze z tęgą matroną ciągnącą w dół schodów stawiającego zaciekły opór męża.
- Ostawcie żelazo w pokoju! - huknął w talinoi jeden z posługiwaczy, krzepki młodzian o pucołowatej twarzy i rozczochranych włosach - Jak wam swawolenie w łebach, precz na ulicę abo na plażę, tam se po pyskach kładźcie, ile wlezie! Nie usłuchniecie, straż wezwiemy!
- Pierwiej zdechnę niźli dozwolę, by mnie ten parch obrażał! - sarknął w odpowiedzi jeden z Osmundczyków, barczysty mąż ze złotymi kolczykami w uszach i mokrą plamą po piwie na odzieniu, władający talinoi z biegłością zdadzającą, iż nie pierwszy raz bywał w Tabadanie.
- Wnętrzności ci wydrę i je rybom rzucę, kurwi synu! - nie wytrzymał wskazany czubkiem osmundzkiego korda miejscowy rybak - El-Amarna pożre twoją duszę, przeklętniku! Precz z naszej ziemi, a żwawo, a nigdy więcej się tu nie pokazuj, parszywcu!
Przewodzący pachołkom pucołowaty młodzian uniósł groźnym gestem swą pałkę chcąc dać do zrozumienia wszystkim na tarasie obecnym, iż w razie uporczywego ignorowania jego próśb o zachowanie spokoju w ruch pójdą pałki właśnie - na co część przyglądających się awanturze gości szczerze liczyła. I wtedy zarówno Morienti jak i wspinający się na czubki stóp Goldasth spostrzegli jak uzbrojona w długi rybacki nóż ręka jednego z milczących dotąd, aczkolwiek wyraźnie wściekłych Osmundczyków zaczyna się wyginać do tyłu zdradzając brany dyskretnie zamach, którego celem mogła być jedynie twarz elamarnickiego rybaka.
Wątek techniczny
Nie wątpię, że w duszach wielu z Was drzemią ukryci herosi, którzy tylko marzą o karczemnych bitkach, toteż dla chętnego znaleźć guza nic trudnego - dla uproszczenia gotów jestem przyjąć, że każdy z Was dostrzegł ów raczej ukradkowy, ale nader jednoznaczny ruch ręki Osmundczyka sugerujący, że zdenerwowany do granic możliwości obcokrajowiec zamierza dać upust swej złości i nie bacząc na konsekwencje chlasnąć wrzaskliwego Tabadańczyka klingą po gębie. Gdyby któryś z Was chciał w tym momencie zareagować, ma okazję zarzucić teraz deklaracją takiej właśnie reakcji (a pamiętajcie, że w przypadku niektórych z Was obcy chcą lać rodaka), wszystkich zaś poproszę o zdefiniowanie swego zachowania w przypadku, gdyby na tarasie wybuchła bijatyka z udziałem obu zwaśnionych grup oraz personelu.
Nie bacząc na przestraszony dziewczęcy pisk Morienti bezceremonialnie odsunął od siebie wybrankę serca i sięgnął odruchowo w stronę pasa oplatając palcami prawej dłoni rękojeść noszonego na biodrze długiego sztyletu. Przewracający z trzaskiem ławy antagoniści pod przeciwną ścianą mieli już w rękach obnażone kordy i noże do patroszenia ryb, w razie nagłej potrzeby sprawdzające się równie dobrze w roli narzędzia do patroszenia ludzi. Wzajemne wyzwiska i plugawe przekleństwa niosły się po nabrzeżnym wale, płosząc najbliższych klientów i wabiąc dla odmiany tych, którzy siedząc dalej od miejsca zatargu żądni byli widowiska. Grupka Osmundczyków mierzyła się wściekłym wzrokiem z kilkunastoma ciemnowłosymi rybakami, w którym żyłach płynęła bez wątpienia czysta tabadańska krew, grożąc sobie wzajemnie pięściami i dając do zrozumienia, że w razie potrzeby w ruch pójdą też noże. Katańczyk nie rozumiał wszystkich wykrzykiwanych naprędce słów, szybko się jednak domyślił, że rzecz poszła o jakieś wylane na kapotę piwo i źle dobrane słowa przeprosin, o ile do takowych przeprosin w ogóle doszło.
Pachołkowie posługujący w kuchni i na parterze tawerny nie dali na siebie długo czekać, wpadli na górny taras pośród tupotu obutych stóp wywijając owiniętymi rzemieniem drewnianymi pałkami i mijając się w drodze z tęgą matroną ciągnącą w dół schodów stawiającego zaciekły opór męża.
- Ostawcie żelazo w pokoju! - huknął w talinoi jeden z posługiwaczy, krzepki młodzian o pucołowatej twarzy i rozczochranych włosach - Jak wam swawolenie w łebach, precz na ulicę abo na plażę, tam se po pyskach kładźcie, ile wlezie! Nie usłuchniecie, straż wezwiemy!
- Pierwiej zdechnę niźli dozwolę, by mnie ten parch obrażał! - sarknął w odpowiedzi jeden z Osmundczyków, barczysty mąż ze złotymi kolczykami w uszach i mokrą plamą po piwie na odzieniu, władający talinoi z biegłością zdadzającą, iż nie pierwszy raz bywał w Tabadanie.
- Wnętrzności ci wydrę i je rybom rzucę, kurwi synu! - nie wytrzymał wskazany czubkiem osmundzkiego korda miejscowy rybak - El-Amarna pożre twoją duszę, przeklętniku! Precz z naszej ziemi, a żwawo, a nigdy więcej się tu nie pokazuj, parszywcu!
Przewodzący pachołkom pucołowaty młodzian uniósł groźnym gestem swą pałkę chcąc dać do zrozumienia wszystkim na tarasie obecnym, iż w razie uporczywego ignorowania jego próśb o zachowanie spokoju w ruch pójdą pałki właśnie - na co część przyglądających się awanturze gości szczerze liczyła. I wtedy zarówno Morienti jak i wspinający się na czubki stóp Goldasth spostrzegli jak uzbrojona w długi rybacki nóż ręka jednego z milczących dotąd, aczkolwiek wyraźnie wściekłych Osmundczyków zaczyna się wyginać do tyłu zdradzając brany dyskretnie zamach, którego celem mogła być jedynie twarz elamarnickiego rybaka.
Wątek techniczny
Nie wątpię, że w duszach wielu z Was drzemią ukryci herosi, którzy tylko marzą o karczemnych bitkach, toteż dla chętnego znaleźć guza nic trudnego - dla uproszczenia gotów jestem przyjąć, że każdy z Was dostrzegł ów raczej ukradkowy, ale nader jednoznaczny ruch ręki Osmundczyka sugerujący, że zdenerwowany do granic możliwości obcokrajowiec zamierza dać upust swej złości i nie bacząc na konsekwencje chlasnąć wrzaskliwego Tabadańczyka klingą po gębie. Gdyby któryś z Was chciał w tym momencie zareagować, ma okazję zarzucić teraz deklaracją takiej właśnie reakcji (a pamiętajcie, że w przypadku niektórych z Was obcy chcą lać rodaka), wszystkich zaś poproszę o zdefiniowanie swego zachowania w przypadku, gdyby na tarasie wybuchła bijatyka z udziałem obu zwaśnionych grup oraz personelu.
Moriento bez słowa zsunął się z zydla. Nie dla niego takie karczemne rozróby. Nic tu zyskać, a tylko w zęby oberwać można. Wzrok jego padł jednak na szykującego się do ciosu Osmudczyka - Oj, ciepło będzie - pomyślał.
Zaczął rozglądać się za względnie szybką drogą wydostania się z nadciagającego sztormu. Większość gości w karczmie skoncentrowana była na awanturze, więc wycofanie się pod ścianę a następnie w kierunku drzwi nie stanowiło wiekszego problemu. Moriento po drodze starał się jeszcze złowić wzrok swych towarzyszy i pokazać im, żeby zabrali się w jego ślady...
Zaczął rozglądać się za względnie szybką drogą wydostania się z nadciagającego sztormu. Większość gości w karczmie skoncentrowana była na awanturze, więc wycofanie się pod ścianę a następnie w kierunku drzwi nie stanowiło wiekszego problemu. Moriento po drodze starał się jeszcze złowić wzrok swych towarzyszy i pokazać im, żeby zabrali się w jego ślady...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Jeśli o najprostszą drogę ucieczki idzie, to wystarczy dać nogę tarasem aż do ogrodzenia od strony wału nadbrzeżnego i droga wolna, pierwsze piętro tawerny jest otwarte i od strony morza i od strony miasta. Pytając o reakcje miałem na myśli ewentualne deklaracje dołączenia się do bitki
Jeśli nie macie ochoty na porządne lanie (z opcją sprzedania komuś kosy na poważnie), wystarczy się wycofać na odpowiedni dystans i na spokojnie popatrzeć, co się będzie działo.
Opuszczając tawernę definitywnie stracicie wyłożone na nocleg pieniądze, a na zewnątrz robi się ciemno, ale naturalnie Wy tu decydujecie
Jeśli o najprostszą drogę ucieczki idzie, to wystarczy dać nogę tarasem aż do ogrodzenia od strony wału nadbrzeżnego i droga wolna, pierwsze piętro tawerny jest otwarte i od strony morza i od strony miasta. Pytając o reakcje miałem na myśli ewentualne deklaracje dołączenia się do bitki
Jeśli nie macie ochoty na porządne lanie (z opcją sprzedania komuś kosy na poważnie), wystarczy się wycofać na odpowiedni dystans i na spokojnie popatrzeć, co się będzie działo.
Opuszczając tawernę definitywnie stracicie wyłożone na nocleg pieniądze, a na zewnątrz robi się ciemno, ale naturalnie Wy tu decydujecie
- I się skończyło... - stwierdził patrząc z namysłem po otaczających postaciach i nagle uśmiechnął się szeroko do Aldura. Łyknął porządnie złocistego napoju, otarł kilka samotnych kropel z brody i wskazał kuflem na gotującego się do zadania ciosu nożownika.
- Albo zaczęło w końcu coś ciekawego! Ciekawe jakoż to sobie poradzą...
Zmrużył oczy w cienkie szparki, zacisnął zęby łapiąc za stylisko topora i popatrzył ciekawie na towarzysza.
Wątek techniczny:
Staram się wycofać w kierunku tarasu i nie mieszać zbytnio, w końcu niewiele rozumiem o co im poszło
W przypadku gdyby Aldur ruszył wspierać rodaków, idę za nim. W końcu znamy się trochę i nie opuszczę tak łatwo towarzysza drogi. No i będzie to kolejnym argumentem na wdanie się w bójkę.
W przeciwnym, staram się przecisnąć, niekoniecznie bezboleśnie przez tłumek w kierunku tarasu. Dla uzyskania dystansu i szerszego pola manewru
- Albo zaczęło w końcu coś ciekawego! Ciekawe jakoż to sobie poradzą...
Zmrużył oczy w cienkie szparki, zacisnął zęby łapiąc za stylisko topora i popatrzył ciekawie na towarzysza.
Wątek techniczny:
Staram się wycofać w kierunku tarasu i nie mieszać zbytnio, w końcu niewiele rozumiem o co im poszło
W przypadku gdyby Aldur ruszył wspierać rodaków, idę za nim. W końcu znamy się trochę i nie opuszczę tak łatwo towarzysza drogi. No i będzie to kolejnym argumentem na wdanie się w bójkę.
W przeciwnym, staram się przecisnąć, niekoniecznie bezboleśnie przez tłumek w kierunku tarasu. Dla uzyskania dystansu i szerszego pola manewru
Widząc narastające zamieszanie Hariquiel chwycił mocniej długi kij, na którym wspierał się okazyjnie, przesunął napoje na ławie stojące bliżej środka. Delikatnie słyszalnym gwizdnięciem i subtelnym ruchem lewą ręką przywołał do siebie Akkiego, który szybko się podniósł i położył kilka ław dalej, pod nogami towarzysza.
Kiedy jednak zbiegowisko całe się zaczęło i rumor powstał wielki, zarówno elf jak i pies podnieśli się, by przypadkiem nie zostać czymś trąceni. Obaj przyglądali się całemu wydarzeniu bardziej z niesmakiem, niż z zainteresowaniem, a w oczach Hariquiela przez chwilę widać było zamyślenie. Chyba chciał powiedzieć coś na głos, jednak gdy upomnienia "karczemnej ochrony" nie przyniosły rezultatu, a osmundczyk zdradził swe zamiary, elf bez namysłu chwycił drugą ręką swoją podporę. Niemal w tym samym czasie ruszył, co wśród gwaru udało się usłyszeć stanowczy krzyk - 'Akki!' - wydobywający się z ust elfa. Nim ostrze osmundczyka dotarło do swego celu, świeżo pożywiony pies, któremu z pyska zapewne czuć zapach niedawno zjedzonego specjału, rzucił się w stronę agresora chcąc go powalić i swym cięzarem uniemożliwić podniesienie się.
Angażowanie się w bójkę, nie jest najlepszym pomysłem, bo skoro już zapłaciłem za hamak, bez sensu będzie spać w celi lokalnego garnizonu, jednak nie zawsze można podejmować tylko te najlepsze decyzje. Jeśli pies powali agresora, będzie robił groźną minę, warczał, sam nie będzie atakował, ale przede wszystkim nie narażał się na zranienie, w końcu ma silny instynkt samozachowawczy.
Ja sam dam chwilę czasu na interwencję 'ochronie' a po tej chwili zamierzam przedrzeć się do środka zamieszania i z 'niewinna miną' stwierdzić "O Akki, tu jesteś, mówiłem, że czas na bieganie przyjdzie później" - w tym momencie spróbuje odkopnąć gdzieś dalej broń agresora - "chyba czas się rozejść, chodź... zresztą panom proponuje zrobić to samo, szkoda psuć taki ładny wieczór".
Jeśli natomiast dojdzie do bójki, raczej będę starał się utrzymać defensywę. Nie atakować nikogo, kto nie przejawi takiego zamiaru wobec mnie, czy psa.
Kiedy jednak zbiegowisko całe się zaczęło i rumor powstał wielki, zarówno elf jak i pies podnieśli się, by przypadkiem nie zostać czymś trąceni. Obaj przyglądali się całemu wydarzeniu bardziej z niesmakiem, niż z zainteresowaniem, a w oczach Hariquiela przez chwilę widać było zamyślenie. Chyba chciał powiedzieć coś na głos, jednak gdy upomnienia "karczemnej ochrony" nie przyniosły rezultatu, a osmundczyk zdradził swe zamiary, elf bez namysłu chwycił drugą ręką swoją podporę. Niemal w tym samym czasie ruszył, co wśród gwaru udało się usłyszeć stanowczy krzyk - 'Akki!' - wydobywający się z ust elfa. Nim ostrze osmundczyka dotarło do swego celu, świeżo pożywiony pies, któremu z pyska zapewne czuć zapach niedawno zjedzonego specjału, rzucił się w stronę agresora chcąc go powalić i swym cięzarem uniemożliwić podniesienie się.
Angażowanie się w bójkę, nie jest najlepszym pomysłem, bo skoro już zapłaciłem za hamak, bez sensu będzie spać w celi lokalnego garnizonu, jednak nie zawsze można podejmować tylko te najlepsze decyzje. Jeśli pies powali agresora, będzie robił groźną minę, warczał, sam nie będzie atakował, ale przede wszystkim nie narażał się na zranienie, w końcu ma silny instynkt samozachowawczy.
Ja sam dam chwilę czasu na interwencję 'ochronie' a po tej chwili zamierzam przedrzeć się do środka zamieszania i z 'niewinna miną' stwierdzić "O Akki, tu jesteś, mówiłem, że czas na bieganie przyjdzie później" - w tym momencie spróbuje odkopnąć gdzieś dalej broń agresora - "chyba czas się rozejść, chodź... zresztą panom proponuje zrobić to samo, szkoda psuć taki ładny wieczór".
Jeśli natomiast dojdzie do bójki, raczej będę starał się utrzymać defensywę. Nie atakować nikogo, kto nie przejawi takiego zamiaru wobec mnie, czy psa.
Nemo Me Impune Lacessit..
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan
Rybacki nóż świsnął w powietrzu połyskując w poświacie rzucanej przez lampy tawerny, prowadzony wprawną ręką i z zaskakującą szybkością, lecz ciemnowłosy Tabadańczyk musiał się cieszyć łaskami swej bogini, bo wychyliwszy w tył głowę w ostatniej chwili uszedł przed paskudnym chlaśnięciem mającym w zamierzeniu rozpłatać mu policzek. Sam czubek noża sięgnął co prawda ciała mężczyzny kreśląc na jego lewej stronie twarzy cienką czerwoną szramę, ale nie była to rana grożącą czymś więcej jak tylko szpeczącą blizną.
W tej samej chwili sprężysty futrzasty kształt wystrzelił w powietrze spomiędzy nóg stłoczonych ciasno bywalców tawerny i wyrżnął osiemdziesięcioma funtami mięśni, ścięgien i kości w pierś krewkiego żeglarza, zwalając go z nóg pośród zduszonego jęku bólu i zdumienia. Pies i człowiek wpadli pod stół z dźwiękiem dzikiego warczenia i wrzasku zrodzonej z zaskoczenia grozy.
W tawernie wybuchł nieopisany wręcz tumult, sprowokowany nagłym atakiem rozsierdzonego Osmundczyka i reakcją niezauważonego wcześniej przez większość klientów zwierzęcia. Czekający tylko na pretekst do bitki miejscowi rybacy rzucili się na zamorskich żeglarzy z wyciem godnym drapieżnych zwierząt, z marszu przyciskając całą grupę do ściany tawerny i tłukąc gości zza Morza Perłowego trzonkami noży, pięściami i oderwanymi naprędce nogami zydli. Jasnowłosy nożownik odpowiedzialny za oszpecenie wrzaskliwego elamarnity zebrał cięgi zaraz po wypełznięciu spod stołu, obalony na podłogę tarasu i zasypany gradem bezlitosnych kopniaków. Obserwujący bijatykę Moriento pokiwał głową z uznaniem dla trzeźwości umysłu osmundzkich marynarzy, ponieważ mimo przewagi liczebnej tubylców zbierający solidne lanie przybysze z Królestwa Złotych Twierdz bronili się głównie pięściami i dzierżonymi w rękach glinanymi dzbanami, mimo swych wcześniejszych gróźb jak ognia unikając dźgania miejscowych klingami noży.
Była to zasadna taktyka zważywszy na fakt, że miejscowa straż miejska z pewnością potraktowałaby cudzoziemców znacznie surowiej od rodaków, przypisując całą winę za awanturę Osmundczykom - a gdyby w bijatyce padły trupy, żeglarze mogli zawisnąć na stryczku bez względu na to, czy wina leżała po ich stronie czy po stronie Tabadańczyków.
Awantura skończyła się równie szybko jak wybuchła, kiedy na górne piętro wpadli wiedzeni przez właściciela strażnicy miejscy, którzy akuratnie musieli się kręcić w pobliżu. Widząc lekkie kolczugi i przystrojone kolorowymi piórami arraków płaskie hełmy strażników Osmundczycy z miejsca przestali stawiać opór unosząc pojednawczo ręce i przezornie trzymając je z dala od broni. Miejscowi też natychmiast odstąpili w tył, dowodząc zdrowego rozsądku i respektu wobec przestawicieli tahargarskiej władzy. Sprowadzeni kolejno na dół schodów żeglarze zostali wyciągnięci na ulicę i powiązani wprawnie powrozami, na oczach wychylonych ponad poręczą tarasu gapiów. Wykrzykiwane w asserze i osmandilu protesty nie tylko były ignorowane, ale też skończyły się w kilku przypadkach bolesnymi razami pałek. Strażnicy nie okazali zatrzymanym większego zrozumienia, podjudzani przez domagającego się zadośćuczynienia za szkody właściciela tawerny.
- Zamkną ich w wieży i potrzymają tam o suchym chlebie, aż kapitan hojnie sypnie za nich z kiesy - roześmiał się wychylony za poręcz tarasu ork w jaskrawym odzieniu, który okazał się wcześniej wielkim męstwem w oczach Goldastha walcząc widelcem z mackami zjadanego na żywca kamułaka.
Stojący obok Hariquiel nie odezwał się słowem, gładząc palcami łeb siedzącego u jego boku psa.
Wątek techniczny
I po zabawie - straż miejska uspokoiła awanturników zabierając ich ze sobą i dając dowód skrajnego nacjonalizmu, ponieważ do loszku powędrowali jedynie Osmundczycy. Może później ktoś zweryfikuje ich zeznania za pomocą zaklęć badających prawdomówność, a może nie: w końcu lepiej będzie zainkasować od kapitana osmundzkiego statku grzywnę i puścić więźniów po uprzednim ich wybatożeniu dla przykładu.
Personel posprzątał taras, ale większość gości się rozeszła do domów. Zostały odosobnione grupki podpitych miłośników piwa oraz ci klienci, którzy wykupili w tawernie nocleg i tym samym nigdzie się nie wybierają. Jest jeszcze za wcześnie, by spać, słońce właśnie zachodzi, wciąż można sobie posiedzieć przy kuflu i pogwarzyć.
Rybacki nóż świsnął w powietrzu połyskując w poświacie rzucanej przez lampy tawerny, prowadzony wprawną ręką i z zaskakującą szybkością, lecz ciemnowłosy Tabadańczyk musiał się cieszyć łaskami swej bogini, bo wychyliwszy w tył głowę w ostatniej chwili uszedł przed paskudnym chlaśnięciem mającym w zamierzeniu rozpłatać mu policzek. Sam czubek noża sięgnął co prawda ciała mężczyzny kreśląc na jego lewej stronie twarzy cienką czerwoną szramę, ale nie była to rana grożącą czymś więcej jak tylko szpeczącą blizną.
W tej samej chwili sprężysty futrzasty kształt wystrzelił w powietrze spomiędzy nóg stłoczonych ciasno bywalców tawerny i wyrżnął osiemdziesięcioma funtami mięśni, ścięgien i kości w pierś krewkiego żeglarza, zwalając go z nóg pośród zduszonego jęku bólu i zdumienia. Pies i człowiek wpadli pod stół z dźwiękiem dzikiego warczenia i wrzasku zrodzonej z zaskoczenia grozy.
W tawernie wybuchł nieopisany wręcz tumult, sprowokowany nagłym atakiem rozsierdzonego Osmundczyka i reakcją niezauważonego wcześniej przez większość klientów zwierzęcia. Czekający tylko na pretekst do bitki miejscowi rybacy rzucili się na zamorskich żeglarzy z wyciem godnym drapieżnych zwierząt, z marszu przyciskając całą grupę do ściany tawerny i tłukąc gości zza Morza Perłowego trzonkami noży, pięściami i oderwanymi naprędce nogami zydli. Jasnowłosy nożownik odpowiedzialny za oszpecenie wrzaskliwego elamarnity zebrał cięgi zaraz po wypełznięciu spod stołu, obalony na podłogę tarasu i zasypany gradem bezlitosnych kopniaków. Obserwujący bijatykę Moriento pokiwał głową z uznaniem dla trzeźwości umysłu osmundzkich marynarzy, ponieważ mimo przewagi liczebnej tubylców zbierający solidne lanie przybysze z Królestwa Złotych Twierdz bronili się głównie pięściami i dzierżonymi w rękach glinanymi dzbanami, mimo swych wcześniejszych gróźb jak ognia unikając dźgania miejscowych klingami noży.
Była to zasadna taktyka zważywszy na fakt, że miejscowa straż miejska z pewnością potraktowałaby cudzoziemców znacznie surowiej od rodaków, przypisując całą winę za awanturę Osmundczykom - a gdyby w bijatyce padły trupy, żeglarze mogli zawisnąć na stryczku bez względu na to, czy wina leżała po ich stronie czy po stronie Tabadańczyków.
Awantura skończyła się równie szybko jak wybuchła, kiedy na górne piętro wpadli wiedzeni przez właściciela strażnicy miejscy, którzy akuratnie musieli się kręcić w pobliżu. Widząc lekkie kolczugi i przystrojone kolorowymi piórami arraków płaskie hełmy strażników Osmundczycy z miejsca przestali stawiać opór unosząc pojednawczo ręce i przezornie trzymając je z dala od broni. Miejscowi też natychmiast odstąpili w tył, dowodząc zdrowego rozsądku i respektu wobec przestawicieli tahargarskiej władzy. Sprowadzeni kolejno na dół schodów żeglarze zostali wyciągnięci na ulicę i powiązani wprawnie powrozami, na oczach wychylonych ponad poręczą tarasu gapiów. Wykrzykiwane w asserze i osmandilu protesty nie tylko były ignorowane, ale też skończyły się w kilku przypadkach bolesnymi razami pałek. Strażnicy nie okazali zatrzymanym większego zrozumienia, podjudzani przez domagającego się zadośćuczynienia za szkody właściciela tawerny.
- Zamkną ich w wieży i potrzymają tam o suchym chlebie, aż kapitan hojnie sypnie za nich z kiesy - roześmiał się wychylony za poręcz tarasu ork w jaskrawym odzieniu, który okazał się wcześniej wielkim męstwem w oczach Goldastha walcząc widelcem z mackami zjadanego na żywca kamułaka.
Stojący obok Hariquiel nie odezwał się słowem, gładząc palcami łeb siedzącego u jego boku psa.
Wątek techniczny
I po zabawie - straż miejska uspokoiła awanturników zabierając ich ze sobą i dając dowód skrajnego nacjonalizmu, ponieważ do loszku powędrowali jedynie Osmundczycy. Może później ktoś zweryfikuje ich zeznania za pomocą zaklęć badających prawdomówność, a może nie: w końcu lepiej będzie zainkasować od kapitana osmundzkiego statku grzywnę i puścić więźniów po uprzednim ich wybatożeniu dla przykładu.
Personel posprzątał taras, ale większość gości się rozeszła do domów. Zostały odosobnione grupki podpitych miłośników piwa oraz ci klienci, którzy wykupili w tawernie nocleg i tym samym nigdzie się nie wybierają. Jest jeszcze za wcześnie, by spać, słońce właśnie zachodzi, wciąż można sobie posiedzieć przy kuflu i pogwarzyć.