Przepłynęliście Czarną Rzekę.
Piktyjskie bębny nie dawały wam spokoju, tak więc ruszyliście nocą z tropicielem Czarnych Kaczek Tecumsehem przez ciemny las, ostrożnie wymacując drogę wśród potężnych pni; chwilami pełzaliście na czworakach, a czasem czuliście serce podchodzące do gardła, gdy jakieś pnącze otarło się o waszą twarz lub rękę.
W tej puszczy żyją olbrzymie węże, które czasami zaczepiają się ogonem o gałęzie i tak czyhają na swoje ofiary. Jednak stworzenia, które podchodziliście teraz, były groźniejsze od żmij i w miarę jak dudnienie bębna stawało się głośniejsze, szliście coraz ostrożniej.
I w końcu dostrzegliście
czerwony błysk wśród drzew i usłyszeliście pomruk głosów mieszający się z monotonnym łoskotem. Jakakolwiek upiorna ceremonia miała miejsce pod tymi drzewami, było bardzo prawdopodobne, że wokół wystawiono straże; a wiecie, jak cicho i nieruchomo Pikt potrafi stać na warcie, wtapiając się w leśny gąszcz i ujawniając swoją obecność dopiero wbitym w serce ofiary ostrzem. Dreszcz przebiega wam często po plecach na myśl o spotkaniu z jednym z tych ponurych strażników.
Jednak wiedzieliście, że nawet Pikt nie zdołałby dostrzec mnie w tych ciemnościach, zalegających pod splątanymi konarami drzew i pod zasnutym chmurami niebem.
Światło jakie widzieliście wcześniej okazało się blaskiem ogniska, wokół którego kręciły się czarne postacie, jak diabły krążące wśród piekielnych ogni. Wreszcie przyczaiłem się w gąszczu modrzewi i spojrzałeliście na okoloną czarnymi ścianami lasu polankę oraz na poruszające się na niej sylwetki.
Czterdziestu lub pięćdziesięciu Piktów, odzianych tylko w przepaski biodrowe i odrażająco wymalowanych, przysiadło tyłem do mnie szerokim półokręgiem, spoglądając na ognisko. Po sokolich piórach w ich gęstych, czarnych włosach poznałem, że należeli do plemienia
Sokołów czyli Onayaga. Na środku polany stał prymitywny ołtarz usypany z kamieni i na ten widok znów dreszcz przebiegł mi po plecach, bowiem widziałem już na odludnych leśnych polanach te piktyjskie ołtarze, osmolone ogniem i zbroczone krwią. I chociaż nigdy nie byliście świadkami odprawianych przy nich obrzędów, słyszałem opowieści o nich z ust ludzi, którzy byli jeńcami Piktów albo szpiegowali ich tak, jak teraz ja to robiłem.
Ozdobiony piórami szaman tańczył między ogniskiem a ołtarzem powolny, niezgrabny i nieopisanie groteskowy taniec, w którym jego pióropusz kołysał się i zawijał. Twarz miał
ukrytą za szczerzącą zęby, szkarłatną maską, która wyglądała jak oblicze leśnego demona. Jeden z siedzących półokręgiem wojowników trzymał między nogami bęben i gdy uderzał
weń zaciśniętą pięścią, instrument wydawał ten niski, warczący pomruk przypominający
odgłos odległego grzmotu.
Między wojownikami a tańczącym szamanem stał człowiek, który nie był Piktem. Był równie wysoki jak najwyżsi z was, a w blasku ogniska jego skóra wydawała się niezwykle jasna. Odziany był jedynie w nogawkę i mokasyny z jeleniej skóry, miał pomalowane ciało, a we włosy wetknięte sokole pióro. Domyśliliście się, że musi być jednym z Liguryjczyków, tych jasnoskórych dzikusów, którzy zamieszkują w małych klanach te rozległe puszcze, zwykle walcząc z Piktami, ale czasem zawierając pokój i sprzymierzając się z nimi. Ich skóra jest równie biała jak Akwilończyków. Piktowie również są biali w tym sensie, że nie mają skóry
czarnej, brązowej czy żółtej; jednak są czarnoocy, czarnowłosi i smagłoskórzy. Ani ich, ani Liguryjczyków mieszkańcy Westermarcku, nie uważają za białych - pojęcie to rezerwując jedynie dla ludzi należących do hyboryjskiej rasy.
Zobaczyliście, jak trzej wojownicy przywlekli w krąg światła rzucanego przez ognisko innego człowieka również Pikta, nagiego i zalanego krwią, który wciąż miał we włosach pióro, świadczące, że należy do klanu
Kruków, z którymi Sokoły toczyły nieustanną wojnę. Prześladowcy rzucili go na ołtarz. Nieszczęśnik miał związane ręce i nogi; widziałem, jak jego mięśnie napinają się i drżą w blasku płomieni, gdy daremnie próbuje zerwać rzemienne pęta.
Potem szaman znów zaczął tańczyć, kreśląc skomplikowane wzory nad ołtarzem i leżącym na nim mężczyzną; ten, który trzymał bęben, wprowadził się w stan bliski szaleństwa, waląc w instrument jak człowiek opętany przez demony. Nagle z nisko zwieszonych gałęzi zsunęła się jedna z tych ogromnych żmij, o których wspominałem. Gdy pełzła w kierunku ołtarza, jej łuski lśniły w blasku ogniska, paciorkowate ślepia błyszczały, a rozdwojony język wysuwał się i chował, lecz wojownicy nie okazywali strachu, chociaż minęła ich w odległości dwóch metrów. Zdziwiło mnie to, ponieważ zazwyczaj żmije te są jedynymi żywymi stworzeniami,
jakich lękają się Piktowie.
Potwór wygiął szyję i podniósł łeb nad ołtarzem, spoglądając na szamana ponad ciałem więźnia. Czarownik pląsał, machając rękami i ledwie poruszając nogami, a wielki wąż wił się razem z nim, kołysząc się i chwiejąc jak zaklęty. Gdy zza maski szamana wydobyło się upiorne wycie, które poniosło się jak szum wiatru wśród suchych trzcin na moczarach, wielki gad powoli uniósł się wyżej i wyżej, oplatając ołtarz i leżącego tam człowieka, aż całe ciało Pikta zniknęło pod lśniącymi zwojami i widać było jedynie głowę, nad którą kołysał się ten straszliwy łeb.
Pisk szamana podniósł się do przeraźliwego, triumfalnego wrzasku i czarownik cisnął coś w ogień. Gęsta chmura dymu popłynęła w kierunku ołtarza, niemal skrywając gada oraz jego ofiarę i sprawiając, że ich sylwetki stały się niewyraźne i zamglone. Jednak pośród tego dymu dostrzegłem przerażającą przemianę - obie sylwetki jakby zlewały się i stapiały ze sobą, tak że przez chwilę nie byłem w stanie rozróżnić, gdzie znajduje się człowiek, a gdzie żmija. Piktowie wydali jęk strachu, który zabrzmiał jak świst wichru wśród suchych gałęzi.
Potem dym rozwiał się i widząc węża leżącego bezwładnie na ołtarzu, pomyśleliście, że obaj uczestnicy tego ponurego obrzędu nie żyją. Jednak szaman chwycił żmiję za kark i odwinął jej wiotkie cielsko z ołtarza, tak że ześlizgnęło się na murawę, po czym zepchnął leżącego tam człowieka i przeciął mu rzemienie na rękach i nogach.
Później znów zaczął pląsać wokół nich, zawodząc i szaleńczo wymachując rękami. W końcu mężczyzna poruszył się. Jednak nie podniósł się z ziemi. Kołysał głową na boki i zobaczyliście, że raz po raz wysuwa i chowa język. I, na Mitrę! zaczął wić się i uciekać od ognia, pełznąc na brzuchu jak wąż!
Wąż zaś nagle zadrżał konwulsyjnie, wygiął kark i uniósł się niemal na całą swą długość, po czym znów opadł, zwój za zwojem, i znowu daremnie próbował się podnieść, jak pozbawiony kończyn człowiek, który na próżno usiłuje wstać i chodzić.
Dzikie wycie Piktów przeszyło mrok nocy, a wy, ukryci w gąszczu, poczuliście gwałtowne mdłości i z trudem powstrzymywałem wymioty. Teraz zrozumieliście sens tej okropnej ceremonii. Opowiadano mi o niej. Za pomocą jakiejś czarnej magii, zrodzonej i uprawianej w tej pierwotnej dżungli, wymalowany szaman przeniósł duszę pojmanego wroga w ciało obrzydliwego gada. To była potworna zemsta. Wrzask oszalałych od żądzy krwi Piktów niósł się niczym wycie wszystkich demonów Piekieł. Szaman wymalował jeszcze białą czaskę na piersi Liguryjczyka.
Co robicie? Piktowie zdają się odchodzić, Tecumseh wydaje polecenie wycofania się do canoe, by wrócić na waszą stronę Rzeki.