[center]
LEGION (Dan Abnett)
[/center]
Tel Utan, Nurth, dwa lata przed wybuchem Herezji
Nurtheńczyk wymamrotał przed śmiercią zwyczajowy stek bzdur. Celował w swych nieprzyjaciół ubrudzonymi ziemią palcami, rzucając klątwy na ich rodziny i potomków, szczególnie obelżywie lżąc pozostawione daleko dzieci. Żołnierze szybko uczyli się jak puszczać podobne wyzwiska koło uszu, ale było coś takiego w przekleństwach Nurtheńczyków, co niezmiennie przyprawiało Sonekę o gęsią skórkę.
Nurtheńczyk leżał na plecach na zboczu usypanym z czerwonego piasku, ciśnięty tam falą uderzeniową wybuchu. Jego uszyte z różowego jedwabiu szaty kleiły się w miejscach, gdzie przesiąknięty krwią materiał schnął szybko w promieniach popołudniowego słońca. Jego posrebrzany napierśnik, pokryty kunsztownymi grawerunkami w postaci stylizowanych pnączy i splecionych ze sobą krokodyli, błyszczał niczym lustro. Nogi człowieka wygięte były pod nienaturalnym kątem, w pozycji jawnie dowodzącej złamanej dolnej części kręgosłupa.
Soneka wspiął się w górę suchego wadi zamierzając przyjrzeć się konającemu wrogowi. Ciemniejące, ale wciąż niebieskie przestworza ścinały się z ziemią na czerwonym horyzoncie, promienie zachodzącego słońca oblewały sterczące z piasku bryły skał i głazy ciepłą pomarańczową poświatą.
Soneka nosił przeciwsłoneczne okulary, ale zdjął je z nosa, by Nurtheńczyk mógł widzieć jego oczy. Uklęknął obok wroga, a noszone na szyi żołnierza niewielkie złote pudełko zadyndało w powietrzu nad twarzą Nurtheńczyka.
- Dość już tych klątw, dobrze? - zaproponował.
Pozostali żołnierze rozsypali się po zboczu wadi, z bronią w czujnych rękach, z wzrokiem myszkującym ustawicznie po okolicy. Pustynny wiatr poruszał ich długimi płaszczami, wprawiał je w ustawiczny taniec. Lon, jeden z bashawów Soneki, zniszczył już falcjon konającego nieprzyjaciela za pomocą likwinitu i cisnął złamane ostrze na dno wadi.
Soneka wciąż wyczuwał unoszący się w ciepłym powietrzu charakterystyczny odór likwinitu.
- To już koniec? - powiedział do umierającego człowieka - Porozmawiasz ze mną?
Przekręcając głowę w stronę najeźdźcy, z twarzą oblepioną ziarnkami czerwonego piasku, Nurtheńczyk wymamrotał coś ledwie słyszalnie. Krwiste bańki powietrza pękały co chwila w kącikach jego ust.
- Ilu was było? - zapytał Soneka - Ilu się jeszcze ukrywa w tej dziurze?
- Ty... - zaczął Nurtheńczyk.
- Tak?
- Ty... pieprzyłeś się z własną matką.
Stojący u boku Soneki Lon podniósł szybkim ruchem swój karabinek.
- Daj spokój - powiedział Soneka - Słyszałem gorsze rzeczy.
- Ale twoja matka to piękna kobieta - burknął Lon.
- Ty też chciałbyś się za nią wziąć? - zapytał Soneka budząc wybuch wesołości u części żołnierzy. Lon potrząsnął głową, opuścił ku ziemi lufę karabinka.
- Ostatnia szansa - powiedział do umierającego człowieka Peto Soneka - Ilu was było?
- A ilu was jeszcze zostało? - odpowiedział pytaniem Nurtheńczyk, suchym chrapliwym szeptem. Mówił z bardzo silnym akcentem, ale nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że jego mowa wywodziła się z tego samego źródła, co język imperialny - Ilu was tam jeszcze jest? Przybyliście całymi hordami z gwiazd, ale niczego nie osiągnęliście.
- Niczego?
- Dowiedliście jedynie istnienia prawdziwego zła.
- Tylko tyle jesteśmy dla was warci? - zapytał Soneka.
Nurtheńczyk spoglądał na niego zeszklonymi oczami, przywodzącymi na myśl widok przestworzy o brzasku. Zacharczał, a z jego ust trysnęła obfita struga krwi.
- Umarł - zauważył Lon.
- Trafna diagnoza - prychnął Soneka prostując swe plecy i oglądając się w tył na swych ludzi. Na dnie wadi dwa pojazdu Nurtheńczyków dopalały się szybko zasnuwając powietrze gęstymi kłębami dymu. Gdzieś w oddali, w głębi wadi rozległy się stłumione trzaski wystrzałów z laserów.
- Chodźmy potańczyć - powiedział Soneka.