Goodsprings, dom doktora Mitchella
Mitchell przysłonił dłonią oczy chroniąc je przed ostrym słońcem, spojrzał przelotnie na górujące ponad osadą wzgórze.
- Nie oczekujcie ode mnie, że się tam będę wspinał - wzruszył ramionami doktor - Zaczekam na was w barze, to ten budynek w głębi drogi, drugi po lewej. A ty uważaj na słoneczne światło, przyjacielu, bo naprawdę możesz sobie zrobić krzywdę w taki dzień jak ten.
Udzielając albinosowi ostatniej przestrogi siwowłosy lekarz zamknął drzwi swego domostwa i ruszył w dół wzniesienia ku wskazanemu chwilę wcześniej barowi. Trzej pozbawieni pamięci mężczyźni wymienili między sobą niepewne spojrzenia, po raz kolejny studiując wzrokiem nawzajem swe twarze.
Nadpobudliwy chudzielec ruszył jako pierwszy ku cmentarnemu wzgórzu, rozglądając się jednocześnie wokół siebie w zamiarze bliższego poznania Goodsprings. Niewielkie parterowe domki przylegały do przecinającej osadę drogi, przedzielone uprawianymi skrzętnie warzywniakami, na których rosły fasola, kukurydza i dynie. Tu i ówdzie w zbudowanych z desek i kawałków blachy zagrodach kręciły się kozłorogi, wełniaste stworzenia dorównujące masą dorosłemu człowiekowi, żujące wrzucone do paśników naręcza trawy i liści. Kilku pracujących przy nich mężczyzn pozdrowiło obcych zdawkowymi gestami dłoni, odprowadzając ich wzrokiem w drodze na wzgórze.
- Wiecie, kto chciał nas kropnąć? - albinos przerwał ciszę kopiąc jednocześnie duży okruch skały i patrząc jak kamień toczy się w dół zbocza.
- Wiem tyle, co ty - odburknął trzeci z pacjentów doktora wzruszając jednocześnie ramionami - Może kogoś obraziłeś?
- Mnie się coś kojarzy - wtrącił chudzielec, zerkając na swych towarzyszy z ukosa - Forsa mi się kojarzy. Chyba sporo ode mnie pożyczyliście, a tamci nas obrobili, ale to nie zmienia faktu, że ciągle mi tę forsę wisicie...
- Pierdzielisz jakbyś w łeb oberwał - prychnął albinos - Poszukaj innego frajera, ja tam żadnego długu nie pamiętam.
Zbocze cmentarnego wzgórza oferowało widok na całe Goodsprings oraz otaczające go skaliste wzniesienia, porośnięte kępami kolczastych zarośli i wysokich suchych traw. Sama osada składała się z kilkunastu mocno podniszczonych zabudowań, w większości sprawiających wrażenie porzuconych i skazanych na powolny upadek.
Cmentarz znajdował się na samym szczycie wzgórzu, otoczony metalową barierką i ocieniony masywną bryłą zbudowanej na wzniesieniu cysterny. Tuzin mogił znaczył miejsca, w których mieszkańcy Goodsprings pochowali swych bliskich. Leżące na nich pęki dawno zwiędłych kwiatów dowodziły sporadycznych wizyt na grobach, ale poprzedniej nocy w miejscu tym pojawili się zupełnie inni goście.
- To chyba ten grób - odezwał się chudzielec pokazując palcem na dół w ziemi otoczony zwałem świeżego gruntu - Chyba stąd nas wyciągnęli.
Dotarliście do swojego grobu. Jakie to uczucie, móc na niego spojrzeć z perspektywy niedoszłego rezydenta?
