Zaiste półmrok panował w zajeździe, a i godzina chyliła się ku wieczorowi. Ożywione późnym popołudniem rozmowy przeradzały się w ciche opowieści gawędziarzy snujących mroczne historie pełne strzyg, upiorów, a potępionych duchów.
Zadziwiło to Erchardta, który nasmarowawszy obolałe miejsca eliskirami zszedł do głównej izby. Jako człek oświecony i bywały spodziewał się raczej przyśpiewek i tańców swawolnych, pijaństwa i hałasów, nieplanowanych swarów.
Ponure opowieści ciągnące od kominka wraz z silnym zapachem czosnkowej zupy i kadzonych mięsiw przycięgnęły także uwagę templariuszy. Z początku podśmiewali się nieco zarzucając wybujałość wyobraźni gawędziarza, lecz gdy ów odsłonił nogę ukazując rany, zamknęli jadaczki patrząc nawzajem po sobie.
Jeden, czy drugi rzucił niepewnie, że mogą to być rany po wielkich sidłach, w które nieopatrzny gawędziarz sam wleźć musiał. Zrazu skarcił go inny, obeznany w temacie.
Erchardt z racji swej natury żywo zainteresował się tematem, choć rozsądek nakazywał zachowywać dystans.
Gdy bywalcy zaczęli rzucać oskarżenia, w kierunku pogan, innowierców, o karze za grzechy napominając i podstępów u niemców, czy Polaków upatrując Erchardt zaczął rozumieć niechęć mieszkańców do przybyszy z dalekich stron, którzy zdaniem wielu zgromadzonych znaczną za owe nieszczęścia ponosili winę.
Wnet jeden z drugim zaczęli licytować się w historiach. Rozsądny człek między bajanie starych bab i połowę z nich by włożył, lecz mówiły one o ofiarach i cierpieniu. Znalazł się więc brat pożartego przez wilki. Znalazł i strażnik, który ledwie ranka tego samego znalazł straszliwie rozszarpane zwłoki. I to u samych bram.
Na te słowa cisza zapadła ponura. Dym izbę wypełnił i gadać się już nikomu nie chciało.
Wówczas zza stołu podniósł się mąż. Ubrany był zacnie, znać było w nim krzepę wielką, a i wojaczkę wieloletnią po posturze i pewności siebie z głosu dostojnego płynącej.
Odstawił kielich ruchem powolnym i wyrafinowanym. Było w nim wszak coś, co uwagę wszystkich przykuło. Wewnętrzna siła, jaką emanują wielcy, gdy prowadzą rycerstwo na polu bitwy, gdy mową swoją napełniają serca wiarą i odwagą. Było w nim to wszystko, mimo że nie wyrzekł jeszcze ni słowa.
Wszyscy zatem zapatrzeni z zachwytem bezrozumnym niejako rozdziawili gęby czekając niecierpliwe, aż obcy przemówić zechce.
Prawda to wszystko. Wilki grasują po okolicy i nie byle jakie to bestie. Wypasione na tchórzliwym chłopstwie w siłę urosły i niejedną jeszcze przegryzą gardziel. Na grzechu prostaków w pychę obrosły.
Całe ich watahy z Sudet ciągną. Pałętają się po okolicy, lecz szczerze zdziwionym jestem, że tak blisko pod mury miejskie podeszły.
No ale nie moje to zmartwienie, co tu w praskich murach się zadomowić może.
Zwę się Zygfryd von Feuchtwangen.
Rankiem w Sudety jadę. Ze świętą misją. Jeśli ktokolwiek w ten sam kierunek idzie przyłączyć się może do mego zbrojnego orszaku.
Choć nie zdziwiłbym się, gdyby nikt nie chciał teraz ku Polsce podróżować.
Miasto zadziwiło Konrada, było niezwykle rozległe i niemalże zgubił się poszukując zajazdu U ZLateho, gdzie umówiony był z von Feuchtwangenem. Sporo mieszkańców mieć musiało.
Dostrzegł też Konrad niechęć ogólną, toteż nie zapuszczał się nadto poza główne ulice, a i tak tu i ówdzie bulwą oberwał od wychudłych dzieciaków zszokowany takim brakiem szacunku dla swego wyższego bądź co bądź stanu!
Wreszcie zrozumiał, że nie stan jego, jeno pochodzenie emocje nieprzyjazne wzbudzają.
Erchardt. Alfonso. Wygląda na to, że Zygfryd von Feuchtwangen podąża w tym samym co i wy kierunku.
Konrad- chcesz coś zwiedzić/ kupić w Pradze? Feuchtwangen umówił się z Tobą rankiem, pod zajazdem U Zlateho, gdzie obecnie przemawia do zebranych.
[center]***[/center]
Rzadko zdarzało się, by Mikulasowi zabrakło języka w gębie.
To był jeden z tych nielicznych momentów.
Nim zdążył umówić się na audiencję raz jeszcze owego dnia zaskoczyły go odwiedziny. Niechętnie odesłał rodzinę do innych pokoi widząc w progu swego domu brata Jana z zakonu Cystersów.
Wśród kręgów, w jakich obracał się Mikulas Tichy krążyła plotka, jakoby zakon nie tylko sprawami duchowymi się zajmował niejako wykazując zainteresowanie wszystkim, czym można było się zainteresować. Brat Jan zaś, cieszący się wielkimi względami księcia Wacława zdawał się w tej mierze przodować, a i zdarzało się, że książę udzielał mu kredytu zaufania w wielu niejasnych sprawach.
Mikulas doskonale wiedział zarazem, że kością w gardle bywa medycyna duchowieństwu, która gdy bywa nazbyt skuteczna uczciwych ludzi od pokory i modlitwy odciąga.
Tak przynajmniej niejednokrotnie podszeptywał Jan księciu niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności nie dający się odnaleźć, gdy boleści gastryczne dręczyły Jego Wysokość.
I tenże skruszony człek wielkiej wiary w towarzystwie dwóch braci Cystersów gościł teraz w jego domu.
opowiedział mu w zawiłych słowach, lecz dosadnie o niechęci dworu do sytuacji, w jakiej postawił go Mikulas.
O wielkiej pracy ducha, jaką przedsięwziął Świątobliwy Wacław II by zyskać kruchą przychylność papieża i Cesarza Niemiec, którą obecnie nadwątlić może wszechobecna plotka o konflikcie Mikulasa z Zakonem Templariuszy. Opowiedział mu o delikatności politycznej, dla której najodpowiedniejszym byłaby niezwłoczna podróż Mikulasa, gdziekolwiek uzna za stosowne. Możliwie długa, przynajmniej półroczna.
Przez grzeczność nie wspomniał o nieprzyjemnościach, jakie zmartwieni polityką bardziej wpływowi niż Jan ludzie cechujący się nie tak wielkim, jak on miłosierdziem uczynić by mogli.
Na odchodnym o swej niezachwianej trosce o dobro całego dworu wspomniał informując, że stosowną rozmowę z łaskawie panującym już odbył i powtarzać jej Mikulas nie musi dla własnego bezpieczeństwa jak i reputacji dworu.
To rzekłszy spod skromnej szaty książęcy pierścień wysunął.