Guido Dumas jechał powozem na samym przedzie kawalkady wozów, w towarzystwie milkliwego sierżanta Sangów, obu dwórek jej miłości Angeline Lei oraz kucharza Jambona. W każdych innych okolicznościach poczciwy skarbnik ekspedycji uznałby taką kompanię za całkiem przyjemną, może z wyjątkiem śmiertelnie poważnego wojskowego - teraz jednak nie miał w głowie ani zalotów do pięknych bladoskórych dwórek ani rozmów na tematy kulinarne z Jambonem.
Okoliczności podróży zdominowały umysł skarbnika, zatrważające swą obcością dla człowieka nawykłego do wilgotnej ciepłej delty Rhone. Okopcony Szlak już za Tulonem wywołał u Dumasa gęsią skórkę swym smrodem i brakiem przynależnych szlachcie wygód, a odmienny klimat skalistej Purgarii tylko pogłębił depresyjne nastroje skarbnika. Obcy kraj, dziwni ludzie, połowicznie zrozumiały język. Przynajmniej za Genuą z krajobrazu zniknęły wszechobecne złamane krzyże, tysiącami znaczące pustkowia pomiędzy Morvantem i Genuą. Te wbite rzędami w ziemię, upamiętniające anabaptystycznych pielgrzymów znaki jawnie dowodziły potęgi Katedralnego Miasta w zachodniej Purgarii, budząc daleko posunięte zaniepokojenie Dumasa religijnym fanatyzmem.
Gdzieś z przodu dobiegło kilka głośnych okrzyków, z racji opanowanego brzmienia nie będących raczej ostrzeżeniem. Ostrożny mimo wszystko, Guido Dumas sięgnął ręką do trzymanego cały czas na kolanach pudełka, namacał pod jego przechyloną pokrywkę obcy skarbnikowi kształt ciężkiego rewolweru, który w dniu wyjazdu sprezentowała mu żona.
- Podróżni na drodze - oznajmił sierżant Blanchard - Następni pielgrzymi.
Powóz zwolnił zauważalnie, przestał irytująco podskakiwać na nierównościach drogi. Na poły zdegustowany i pożerany ciekawością, jego miłość Dumas odsunął zasłonkę w swoim okienku i wyjrzał na zewnątrz pojazdu.
I natychmiast swego pomysłu pożałował.
Znajdujący się przy powozie człowiek odwrócił w bok głowę, skrzyżował spojrzenie z wzrokiem Franka. Był ostatnim w porządku marszu z kilku sobie podobnych pieszych, ale w jednej chwili przykuł całkowicie uwagę szlachcica. Odziany jedynie w postrzępioną przepaskę na biodrach, zmroził krew w żyłach Dumasa widokiem swego pokrytego głębokimi ranami grzbietu, zakutego w czarny pancerz zakrzepłej zepsutej krwi, pociętego miejscami tak głęboko, że Dumas dałby głowę, iż dostrzega przezierające spod strzępów tkanki kości łopatek.
Jasnoniebieskie oczy człowieka, błyszczące żarem dziwnej gorączki, zdawały się nie należeć do żadnej rozumnej istoty. Pożerając nimi struchlałego skarbnika, straszny wędrowiec wyciągnął ku okienku powozu coś, co trzymał w swej prawicy jakby zamierzał ów przedmiot Dumasowi podać.
Był to jakiegoś rodzaju bicz o kilku pasach, zakończonych brudnymi od zakrzepłej krwi metalowymi haczykami. Przyglądający się cudakowi Guido pojął w jednej chwili, że to właśnie narzędzie musiało być odpowiedzialne za straszne rany na plecach wędrowca.
Bełkocząc coś tak niewyraźnie, że Dumas nie zrozumiał z jego wypowiedzi ani słowa, wędrowiec podsunął szlachcicowi pod twarz swój bicz.
Scenka obyczajowa w trasie. Co na tę zachętę do wspólnej zabawy odpowie Dumas?
: 09 października 2018, 17:07
autor: Keth
Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży
Gawędzący z Montpellierczykami Lombardi wyprostował się w pewnym momencie w siodle, oderwał błyszczące oczy od Angeline i przeniósł spojrzenie gdzieś w przód kawalkady. Jego noszący się na czarno jeźdźcy przysunęli swe wierzchowce bliżej szlachcica, odsuwając dyskretnie w tył poły płaszczy i odsłaniając noszone w pochwach przy pasach miecze. Zaalarmowany tym widokiem Barthez uchylił drzwiczki powozu i wyślizgnął się z niego w ruchu, zeskakując zwinnie na kamieniste pobocze.
Pierworodny Sanguine poruszył się w siedzeniu z dreszczem ekscytacji, licząc w skrytości ducha na jakieś wydarzenie mogące rozproszyć chociaż po części przejmującą nudę dnia. Wyjrzawszy w ślad za Alpejczykiem na pylisty gościniec, ujrzał jadący przodem powóz Guido Dumasa i mijanych przezeń pieszych, wszystkich na pierwszy rzut oka nader pokracznych i zadziwiająco skąpo odzianych.
- Spokojnie, to tylko grześcijanie - oznajmił Gianni Lombardi - Szaleńcy, ostatni wyznawcy prastarej purgaryjskiej wiary.
- Grześcijanie? - Angeline Lea i tym razem nie zdołała zapanować nad wrodzoną ciekawością, wychylając się przez okienko obok Abdela i tym razem zupełnie nieświadomie eksponując swój opięty materiałem sukni biust - Ci biczownicy? Myślałam, że to ortodoksyjni anabaptyści, bo obnoszą się podobno z krzyżem.
- Czasami, ale nie z ułamanym, tym symbolicznym dla Kultu Rybaka - wyjaśnił zachwycony rozmówczynią Gianni - Te ich są bardzo rzadkimi relikwiami, z postaciami przybitych do drewna ofiar. Korzenie tych barbarzyńskich praktyk sięgają daleko przed dzień Eshatonu i praktycznie nic pewnego o nich nie wiemy, ale podobno w Dawnych Czasach był to potężny kult z siedzibą w Rzymie. Rządzili całym światem.
- Dawni Ludzie wieszali się na krzyżach? - wtrącił z żywym zainteresowaniem dziedzic rodu - Czy wiadomo jak uzasadniano takie praktyki? Robili to dobrowolnie czy pod przymusem? Starożytna historia nigdy nie była moim ulubionym przedmiotem, ale też moi nauczyciele nigdy nie opowiadali o podobnych rzeczach.
- Wydaje mi się, że oni to robili i robią dla wynaturzonej przyjemności - odparł młody Lombardi sycąc oczy widokiem spłoszonej Angeline - Zadają sobie ból, obcinają kawałki ciał w myśl pokutnych obrządków. Kiedyś kult miał nieco inną nazwę, ale my w Purgarii zwiemy ich grześcijanami, bo twierdzą, że zadając sobie ból pokutują za grzechy swoje i innych zbrodniarzy. Są już podobno na wymarciu, wyrzekają się bowiem obcowania cielesnego i nie chcą sprowadzać na ziemię potomstwa.
- Fascynująca religia - oznajmił Abdel - Muszę im się koniecznie przyjrzeć, podjedźmy bliżej.
Ciąg dalszy scenki. Chętnie przeczytałbym teraz jakieś fabularne wstawki z opisem wrażeń podróżników, zwłaszcza autorstwa Denvera, który ma wreszcie okazję wejść swą postacią do akcji!
: 09 października 2018, 23:17
autor: 8art
Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży
Barthez zanotował w pamięci informacje jakimi dzielił się na temat grześcijan młody Lombardi. widział już kilkukrotnie kawalkady biczowników, a z tego co słyszał od wędrownych Anabatystów grześcijanie rośli w siłę. Ponoć krew biczowników zapewniała płodność, a niektórych ze zmarłych mumifikowano, wystawiano w ołtarzach i traktowano jak świętych, a same miejsca ich spoczyku stawały się obiektami pielgrzymek.
Dlatego zdziwiła go opinia młodzieńca jakoby szaleni asceci z biczami byli na wymarciu. Kiwnął jednak tylko nieznacznie ramionami. Teraz nie miało to znaczenia. Alpejczyk dyskretnie odbezpieczył broń i spokojnie, choć gotów w każdej chwili do akcji, obserwował grupkę grześcijan. Nim zdążył kiwnąć Yuran i Dragan wyłonili się zza wozów zabezpieczając tę stronę karawany.
Nathan wolał aby obeszło się bez awantury. Bo choć kilku szaleńców nie mogło stanowić realnego zagrożenia, dla świetnie wyszkolonej i wyekwipowanej grupy najemników wspieranej ludźmi Perraulta i Lombardi, to wiedział, że miejscowi traktowali biczowników z nabożną czczcią i trupy mogłyby być tylko niepotrzebną skazą na wizreunku ekspedycji dyplomatycznej. Pewno obyłoby się bez niczego, ale najemnik nie wykluczał, że skarga mogłaby dotrzeć i do samego Bergamo, stając się bolesną drzazgą w rzyci Sanguinów.
: 09 października 2018, 23:23
autor: Suriel
Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży
- Wprawdzie jak mówiłem, nigdym się nie zajmował religiami nazbyt szczególnie ale zawsze jest czas by pogłębić wiedzę temacie. Powiem szerze, że ich Praktyki jak się nad tym dobrze się zastanowić są bliskie przekonaniom jakie sam wyznaję, i jakie sam odkryłem. Otóż mój drogi Gianni, twierdzę że cierpienie to czasem jedyna rzecz jaka nas uprzytamnia na to, że nadal żyjemy na tym wyjątkowym świecie. Jeśli cierpisz znaczy że żyjesz. Choć powiem szczerze, że jestem raczej teoretykiem w tym zakresie, a praktyki zyskuję z doświadczeń jakimi się dzielą ze mną inne osoby.
Abdel zamyślił się przywołując w umyśle ostatnią noc w Toulonie. Jej czarne zapłakane oczy, policzki po których ciekły łzy oraz ciche cykliczne jęki tłumione przez knebel w ustach.
- Wolałbym też nie tracić części ciała tylko po to by się przekonać o tym fakcie. No i co do cielesnych powstrzymań, raczej mi od tego daleko, a panu? - Zapytał rozbawiony, wyłapując łapczywy wzrok Lombardiego po raz kolejny ślizgający się po wdziękach jego siostry. - Niemniej jednak warto zamienić z nimi parę słów, może coś wniosą w moje skromne przemyślenia na temat morza cierpień na tym świecie i jego oczyszczającej roli. Tym bardziej drogi Gianni, że pokutują oni za grzechy i nasze, azaliż się mylę? - Rzucił Abdel wydobywając się z powozu. Jednakże ostatecznie zatrzymał się w pół drogi by nieco cichszym głosem powiedzieć do zgromadzonych blisko niego.
- Jednakże.... Kojarzę jedną rzecz jaką zdaje się słyszałem na temat tego właśnie kultu. Podobno... - ściszył głos bardziej - Jeszcze przed Eshatonem.... zjedli swego własnego boga i upijali się jego krwią na ceremoniach i obrzędach w ciemnych podziemnych salach. - powiedział groźnie.
- To musiało wyglądać niesamowicie ekscytująco. - Zakończył uradowany - Ah... Panie Gianni, pana ziemia ma więcej pozytywnych niespodzianek niźlim się spodzie=ewał.
Abdel niczym małe rozentuzjazmowane dziecko zeskoczył z powozu. Poprawił odzienie i stanął godnie, stosownie do rodowej funkcji ambasadora jaką pełnił.
- Błogosławieni bądźcie bracia bogaci w wiarę prawdziwą, czcigodni zjadacze grzechów.... - Zaczął dziedzic rozkładając ręce puste ręce i idąc w kierunku pątników z uprzejmym uśmiechem.
Używam umiejętności Conduct oraz Ekspresji by wypaść należycie i nie dostać batem po dupie już na samym wejściu.
: 10 października 2018, 22:50
autor: Nanatar
Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży
Nagłe poruszenie w powozie rozdarło tkaną w wyobraźni wynalazcy fantazję, którą nie miał ochoty dzielić się z rodziną, właściwie z nikim nie chciałby jej dzielić. Rozmowa z Purgijczykiem wędrująca na nagie turnie Alp, musiał nielicho znudzić kuzynostwo, że wyglądali przez niewielkie okna karety na kondukt pokutników, jak Polanin na rzekę koniku. W oknie nie zostało już miejsca dla Leona, który taż chciałby brać udział w zbiorowym podnieceniu kuzynostwa.
Choć koniecznie chciał coś dodać, by pochwalić się wiedzą, mógł przemawiać tylko do zadnich części ich ciał, co na tę chwilę wydało mu się niestosowne. Mimo niekorzystnej pozycji, szukał w pamięci jakiejś ciekawostki na temat starożytnego kultu z siedzibą w Rzymie, ale nie wiadomo czemu wypięte pupy nieodmiennie kojarzyły mu się z jedzeniem. Gruszki, melony, wreszcie szynka. Właśnie kiedy dziedzic wyskoczył z powozu w ślad za Barthezem, pozostawiając Leona sam na sam z wypiętą doń pupą kuzynki, Leon Thibaut przypomniał coś sobie.
oliwki, pomarańcze, brzoskwinie
- Błogosławieni ich wybrańcy potrafili nie jadać przez czterdzieści dni. - opamiętując się w porę, zbliżył się do Angeline Lei, by zobaczyć wreszcie podziwiane kuriozum - Kiedyś to była potężna sekta. Nie tylko zamieniali wodę w wino, ale niektórzy potrafili wskrzeszać zmarłych. Legenda mówi, że niegdyś król Franków uwięził ich króla i uczynił lennikiem przenosząc Rzym do Avinionu. Wierzysz w to kuzynko? Równie fantastyczne jak opowieści o smokach, a przecież widziałem czaszkę jednego takiego stwora. Jak można przenieść Rzym z miejsca gdzie jest?
Ale nie było czasu na odpowiedzi, choć Leon wierzył, że jego rewelacje musiały dać kuzynce do myślenia. Pochód okaleczających swe ciała żywych upiorów był już blisko, zaś Abdel czynił w ich kierunku niezrozumiałe dla wynalazcy umizgi. Wprawdzie dwóch rosłych Polan było o dwa kroki od niego, ale obecność grzeszników wydawała się wynalazcy prowokująca niehigieniczna.
- Kuzynie, proszę wejdź z powrotem do powozu, krew z nich tryska na wsze strony, wyglądają na chorych. Popatrz jaką mają niezdrową cerę, śmierdzą gorzej od tygodniowej ryby. A już na pewno poplamią Ci odzienie.
Leon Thibaut nie był pewien, czy grozę sytuacji wyolbrzymiała jego wyobraźnia, podłechtana na ostatnim postoju konopnym papierosem, czy też jakiś atawistyczny lęk przed nawiedzonymi mistykami grześcijan.
: 10 października 2018, 23:31
autor: Kargan
Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży
- Okropność - Angeline wzdrygnęła się na widok krwawiących ran i pokrywających całe plecy biczowników strupów - Kaleczyć samego siebie ? Rozumiem jeszcze post, to akurat może pozytywnie wpłynąć na figurę i ogólną sprawność taka mała głodówka od czasu do czasu, ale okładać się po plecach biczem dla jakiegoś martwego boga czy proroka ?? Prymitywna okropność.
Wzruszywszy ramionami Lea usiadła wygodnie na siedzeniu ustępując miejsca przy oknie kuzynowi. Wyciągnąwszy z rękawa nasączoną perfumami chusteczkę przyłożyła ją do nosa nieco teatralnym gestem. Widywała wprawdzie różne rzeczy w trakcie szkolenia Sangów i bynajmniej nie była przesadnie wrażliwa uznała jednak, że nie zaszkodzi zademonstrować przed przejętym Leonem nieco kobiecej "słabości".
- Śmiało drogi kuzynie - ruchem głowy wskazała wolne już teraz okno - Może zechcesz dokonać jakichś naukowych obserwacji tego prymitywnego kultu. Mam tylko nadzieję, że mój kochany brat nie postanowi zaprosić któregoś z tych wariatów na pogawędkę wewnątrz powozu.
.
: 11 października 2018, 21:02
autor: Keth
Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży
Widząc kroczącego poboczem dziedzica, Gianni Lombardi nie miał innego wyjścia jak tylko zeskoczyć samemu z siodła rumaka. Odsunąwszy od siebie władczym gestem nazbyt opiekuńczych przybocznych, młody Purgaryjczyk dołączył do Abdela zabawiając go dalszą konwersacją.
- Od ponad dwudziestu lat szaleńcy ci nachodzą miasto mego wuja, by głosić swe pokraczne nauki - oznajmił z pewnym niesmakiem szlachcic - Wielu ludzi jest zafascynowanych aktami tak drastycznego męczeństwa, są nawet tacy, którzy do grześcijan dołączają w zamiarze pokutowania za własne zbrodnie.
Pierworodny Sanguine skwitował słowa przewodnika uprzejmym skinieniem głowy, a potem rozłożył szeroko ręce witając w ten sposób oglądających się w jego stronę biczowników.
- Błogosławieni bądźcie bracia bogaci w wiarę prawdziwą, czcigodni zjadacze grzechów! - wykrzyknął z emfazą w mowie Purgaryjczyków. Pięciu okrwawionych mężczyzn dosłownie wwierciło się w cudzoziemca swymi wytrzeszczonymi od nadmiaru cierpienia oczami, zawróciło niepewnie w jego stronę zaprzestając na chwilę okładania się pejczami po plecach.
Jeden czy dwaj skłonili się przed Abdelem niepewnie, trzeci zaś po krótkiej chwili namysłu wyciągnął w stronę dziedzica swe mokre od świeżej krwi narzędzie tortur, uśmiechając się przyjaźnie i odsłaniając w owym uśmiechu czarne pieńki zgniłych zębów.
- Bądź i ty pozdrowiony, bracie - wymamrotał biczownik - Czy usłyszałeś pokutny zew w swoim sercu? Roztaczasz wokół siebie dostojną aurę, lecz pod tą powłoką skrywa się zapewne grzeszna dusza, czuję to wyraźnie. Pragniesz dołączyć do nas, by poprzez ból zmazać swe przewiny?
Mechanika testów
Spoiler!
Dwa testy zgodnie z życzeniem Suriela - pierwszy na Conduct (6), drugi na Expression (7). Poziom trudności nie będzie wysoki, PT 3.
Rzut na Conduct z wynikami 3, 6, 2, 2, 6, 5 (sukces z dwoma triggerami)!
Rzut na Expression z wynikami 4, 3, 1, 3, 4, 2, 6 (sukces z jednym triggerem)!
Prezentacja osoby dziedzica w jego wykonaniu przykuła uwagę wszystkich wędrownych biczowników!
: 11 października 2018, 23:19
autor: Suriel
Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży
Abdel przybrał pozę stosowną do postaci ambasadora i starannie unikając okazania pychy bądź wyższości zaczął uprzejmym głosem:
- Żałuję ale nie mogę. Przynajmniej na razie, póki moja misja nie zostanie skończona no i póki z czasem nie dowiem się więcej na temat waszej wiary. Wybaczcie moje potknięcia i nietakty bowiem pochodzę z dalekiego kraju gdzie nie spotyka się waszego obrządku tedy niewiele mi o nim wiadomo. Jednakże, podróżując po trakcie niecom już się osłuchał o waszej czcigodnej wierze. Niewiele lecz dość by żywić do niej szacunek. Jestem Abdel z rodu Sanguine i pochodzę z Montpelier we Frankori. - skłonił się lekko - i co prawda jestem obcy na tej ziemi ale mamy więcej wspólnego niźli się nam wydaje.Wiele uwagi poświęcamy krwi, jest ona jakoby to powiedzieć święta na swój sposób, podobnie jaka dla was. My Sangliere przywiązujemy do niej szczególną uwagę i wartość. Ja osobiście dodam zaś, że idąc przez życie również spostrzegłem szczególną wagę bólu i cierpienia w ludzkim życiu, ich oczyszczającej stronie. Łączy nas jeszcze jedno. My, którzy przetrwaliśmy Eshaton cieszymy się wielką boską łaską, mogąc zgodnie z jego wolą i planem żyć dalej. Mam tu na myśli nas wszystkich ludzi. - Dziedzic potoczył dłonią wskazując szerokim gestem po obecnych by w końcu położyć ją na swym sercu. - Myślę też, że zostaliśmy wystawieni przez boga na wielką próbę wiary, woli przetrwania oraz sprawdzian umiejętności wzajemnego wspierania się. Czyli idei bez których chcieli obyć się starożytni, za co srodze zostali pokarani pogromem. Tylko pielęgnując te trzy piękne, fundamentalne podstawy ludzkiej egzystencji możemy przetrwać dzisiejsze trudne czasy i udowodnić że jesteśmy godni dalszego żywota zgodnie z boskim planem. Dlatego Mój ojciec, głowa rodu Sanguine śle mnie z poselstwem bym wyjednał sojusz z tym oto szlachetnym rodem z Bergamo. - wskazał ręką na Lomabrdiego - W braterski sposób jednocząca się ludzkość może pokonać wszelką ciemność. W jedności i współpracy jest bowiem siła, której żadne zło nie przemoże. Ci zaś którzy się nie połączą, będą odsiani i odrzuceni niczym plewy od dobrego zboża. Czy zgadza się pan ze mną panie Gianni? - spojrzał wymownie na Lombardiego czekając na jego potwierdzenie - Dlatego pierwszeństwo ma teraz powierzona mi misja, od niej bowiem zależy los wielu dobrych ludzi. Niemniej jednak, choć teraz czasu nam nie staje, zapraszam was do mego miasta byście mogli szerzyć tam słowo swej świętej wiary. W czasie zaś pobytu w Bergamo, mam nadzieję pogłębić wiedzę na temat waszego obrządku, o święci mężowie.
Normalnie świętszy od papieża. Nie wiem czym się testuje górnolotne przemowy ale test poproszę. Naprawdę się przyłożyłem i jeszcze wciągnąłem młodego Lombardiego w konieczność publicznego potwierdzenia woli zawiązania sojuszu co jest jakąś tam stopą w drzwiach, jak się będą migali to pątnicy swoje pomyślą o tym krnąbrnym rodzie
: 12 października 2018, 21:01
autor: Keth
Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży
Robiąc dobrą minę do złej gry, Gianni Lombardo pokiwał spolegliwie głową, chociaż w przeciwieństwie do Abdela trzymał się od zakrwawionych i cuchnących grześcijan na pewien dystans.
- Przekażemy twe zaproszenie naszemu nauczycielowi, panie - skłonił się ten biczownik, który na męczeńskich tułaczkach zjadł już zęby, w dosłownym tego słowa znaczeniu - Wielki i czcigodny Scirocco z pewnością je przyjmie. Niechaj Montpellier gotowi się na pokutę, którą wymierzymy grzesznym tego miasta naszymi błogosławionymi biczami.
Kłaniając się pierworodnemu Sanguine, grześcijanie odprowadzili Abdela z powrotem do powozu, niejako przy okazji pożerając wzrokiem spoglądającą na nich z góry Angeline Leę.
Kiedy kawalkada frankańskich wozów oddaliła się od gromadki okaleczonych szaleńców, ci jęli się ze zdwojonym zapałem okładać biczami, po plecach własnych oraz sąsiadów. Odprowadzający ich wzrokiem zza okienka powozu Abdel gotów był iść w zakład, że do aktów tej pokutnej gorliwości pchnął ich budzący grzeszne myśli głęboki dekolt przyrodniej siostry dziedzica.
Przywołani przez Bartheza do porządku woźnice smagnęli batami konie i muły, narzucili ekspedycji większe niż dotąd tempo kierując się ku pięknie zarysowanym na północnym widnokręgu Alpom.
Mechanika testu
Spoiler!
Rzucam na CHA+Expression, tym razem PT 2, bo biczownicy wydają się wręcz oczarowani osobą dziedzica. W ruch idzie siedem kostek, z wynikami 5, 6, 4, 5, 4, 5, 5. Same sukcesy, rzadko trafiają się aż tak dobre serie rzutów.
Wracamy do dalszej podróży. Za scenkę z grześcijanami wszyscy aktywni BG otrzymują 1 PD. Następny wpis będzie się już tyczył samego Bergamo.
"Ventricule Sanguine pokładał wielkie nadzieję w misji dyplomatycznej wysłanej do Bergamo, obawiał się jednak tego, że mający niewielkie doświadczenie w sztuce dyplomacji dziedzic może stanąć w obliczu wyzwań, które przekroczą jego możliwości. Czcigodny Abdel Sanguine zdołał jednak zaskoczyć swego wybitnego i wymagającego rodziciela, jeszcze przed przybyciem do Bergamo zjednując sobie szacunek i poważanie wśród członków pewnej ekscentrycznej i bardzo wpływowej w Purgarii sekty. Historycy z Montpellier po dziś dzień spierają się o to, czy zaskakujące zaproszenie wyznawców grześcijaństwa do Rubinu było posunięciem rozsądnym, zwłaszcza w kontekście tego, co ich wizyta przyniosła (zainteresowanych tematem odsyłam do dwóch dzieł mego autorstwa poświęconych temu właśnie wydarzeniu, noszących tytuły Montpellier pod pręgierzem i Rozterki młodego Abdela). Koniec końców spotkanie młodego dziedzica z grześcijanami ujawniło jego naturalny talent do zjednywania sobie sprzymierzeńców, a także głęboko filozoficzną i fascynującą osobowość skrywaną dotąd pod pozorami młodzieńczej dekadencji.
W Bergamo błyskotliwy pierworodny natrafił w końcu na godnego siebie przeciwnika. Vespaccio Lombardi, patriarcha wielkiego rodu, niepodzielny władca Bergamo i jego okolic, zaufany sojusznik Świątyni Pasterza, a jednocześnie człowiek niezwykle niechętny osiadłym na wschodzie anabaptystom. Nikt w Montpellier nie znał prawdziwego powodu tej ogromnej niechęci wobec wyznawców Złamanego Krzyża, zwłaszcza że Biały Wilk nie obnosił się nigdy ostentacyjnie ze swoimi wierzeniami i dawał czynami dowód swej niezwykle pragmatycznej natury. Lecz konflikt Bergamo z kultem Katedralnego Miasta okazał się najważniejszym czynnikiem przemawiającym za zawarciem traktatu handlowego pomiędzy Bergamo i Montpellier. Zasiedlający żyzne ziemie wokół Lucatore anabaptyści byli prawdziwym utrapieniem dla Białego Wilka, czerpiącego wielkie zyski z pośrednictwa w handlu z Alpejczykami, ale uzależnionego od dostaw żywności od Neolibijczyków. Produkcja płodów rolnych stała w Bergamo na względnie niskim poziomie z powodu braku obszarów uprawnych, nie powinno zatem dziwić, że Vespaccio spoglądał łakomym wzrokiem na swoich wschodnich sąsiadów.
I pewnie jeszcze długo szukałby rozwiązania dla swych problemów, gdyby nie zupełnie przypadkowy udział młodego Abdela w pamiętnych zajściach roku '95, kiedy to północną Purgarią wstrząsnął zwrot dramatycznych wydarzeń na nowo rozdających karty w grze o wpływy i władzę" - Casimir Lavelle, Pamiętniki cichego doradcy.
: 15 października 2018, 21:05
autor: Keth
Bergamo, 27 czerwca 2595
Nie potrafiąc się powstrzymać od szerokiego ziewnięcia, odziany wyłącznie w szlafrok Abdel Sanguine pchnął drzwi balkonu i wyszedł na zewnątrz swego apartamentu. Dziedzic wciągnął w płuca głęboki oddech, smakując niczym wytrawny koneser bukiet zapachów Bergamo. W tutejszym powietrzu nie sposób było znaleźć charakterystycznej wilgotnej nuty mokradeł delty, w mieście było też znacznie chłodniej niż na południowym wybrzeżu Franki - niemniej Abdel nie zamierzał na nic narzekać. Po trzech dniach od przybycia do Bergamo młody Sanguine mógł w końcu przyznać, że otrząsnął się po traumatycznych przeżyciach na Okopconym Szlaku.
Rodzina Lombardich zadbała w odpowiedni sposób o swoich dystyngowanych gości, zapewniając im wygodne apartamenty w pałacowym kompleksie władcy miasta, obfite posiłki oraz ustawiczne towarzystwo elokwentnych i dobrze wykształconych członków rodu. Trójka Sanguine zdążyła odwiedzić w ciągu trzech dni wszystkie bez mała atrakcje Bergamo, wzięła udział w pokazach walk mieczników na miejskiej arenie, zapoznała się z imponującą biblioteką oraz bogactwem purgaryjskich jarmarków.
W ciągu tych trzech dni Abdela ominęła tylko jedna uroczystość - audiencja u czcigodnego Vespaccia Lombardiego. Osławiony Biały Wilk przebywał poza Bergamo, w swej podgórskiej fortecy na północ od miasta. Najpierw Gianni Lombardi, później zaś kilku innych wysoko postawionych członków rodu uprzejmie za tę krótkotrwałą nieobecność patriarchy przepraszało, zapowiadając rychły powrót głowy rodziny. Przez dwa pierwsze dni pobytu w mieście Sanguine korzystali zatem z okazji do wypoczynku i zwiedzania miasta w starannie dobranym towarzystwie krewniaków Vespaccia. A trzeba było przyznać, że Bergamo miało się czym poszczycić.
Stojący na balkonie rezydencji Abdel spoglądał z góry na wyłożony białym kamieniem dziedziniec, gdzie kilku noszących ciemne stroje strażników rodu ćwiczyło walkę długimi wąskimi mieczami. Ostry klang zderzających się ze sobą kling wypełniał powietrze dźwięcznymi metalicznymi nutami tworzącymi pełną morderczej pasji melodię poranka. Rodzina Lombardich przywiązywała wielką wagę do sztuki władania mieczami, czego nie sposób było przeoczyć. Abdel zauważył oczywiście noszoną przez miejscowych broń palną, najczęściej ręcznie wyrabiane samopały o krótkich lufach - ale umiejętność posługiwania się mieczem uchodziła wśród szlachty Bergamo za coś wyjątkowo prestiżowego. Przyboczni strażnicy Lombardich każdego dnia o poranku ćwiczyli na dziedzińcu walkę nie tylko mieczami, ale i trzymanymi w drugiej ręce sztyletami. Na ogół niechętny tego rodzaju popisom, dziedzic Sanguine musiał przyznać, że w stylu Purgaryjczyków kryło się coś, czego nie uprawiali władający białą bronią Sangowie. Lombardi lubowali się w miarkowaniu uderzeń, wabienia przeciwnika klingą miecza i zdradzieckich pchnięciach sztyletami, przesłanianymi umiejętnie połami płaszczy. Styl, który w Monpellier zdyskwalifikowano by natychmiast jako niehonorowy, w Bergamo uchodził za sztukę walki przypisaną szlachetnie urodzonym.
Abdel przyznał w duchu, że wizyta w egzotycznej Purgarii już go wiele nauczyła o zewnętrznym świecie, a przecież tak naprawdę dopiero się rozpoczęła.
Ponad kolorowymi dachami Bergamo poniosło się śpiewne zawołanie jehammedańskiego kleryka, wykrzykującego z wieży świątyni melodyjne wezwanie do porannej modlitwy. Dwa dni spędzone na ulicach miasta uświadomiłz Abdelowi jak ogromne wpływy w Bergamo miała Świątynia Pasterza. Jehammedanie pozostawali dla Sanguine dużą niewiadomą, trzymali się bowiem daleko od unikającego inwazyjnych religii Montpellier. Dziedzic wiedział, że kult ten rozrastał się w Perpignanie, pierworodny nie miał jednak dotąd okazji, by odwiedzić miasto u podnóża Pirenejów, tak więc to w Bergamo przyszło mu po raz pierwszy obejrzeć pozłacane kopuły jehammedańskich świątyń i wyrastające ponad nie strzeliste wieżyczki, z których kapłani wyśpiewywali swe modlitwy.
Wstęp do przewodnika po Bergamo...
: 16 października 2018, 12:47
autor: Suriel
Bergamo, 27 czerwca 2595
[center] [/center]
Spała. Albo udawała, że tak było.
Oczywiście była podesłana przez ród Lombardich, oczywiście była ich czujnym okiem i oczywiście Abdel nie potrafił się oprzeć, by mimo tego wszystkiego nie zaznać nieco smaku prawdziwej włoszczyzny. W końcu dni posuchy spędzone w nerwowej atmosferze podczas nudnej i nieprzyjemniej podróży należało w końcu na kimś rozładować, i to najlepiej na kimś urodziwym. A trzeba było jej przyznać, że była piękna no i całkiem obeznana w temacie nocnych harców. Choć dziedzic nie mógł w pełni pofolgować sobie by przetestować cały wachlarz jej umiejętności tak jak by chciał naprawdę. Jak zrobił to z córką swego rządcy. Musiał niestety nieco tuszować swoje potrzeby, chcąc sprawić odpowiednie wrażenie na Lombardich, a był pewien że informacja o jego seksualnej kondycji dobiegnie do uszu władców Bergamo. Potrzebował być postrzegany jako mężczyzna z normalnymi potrzebami i bez cielesnych wad, co zostało właśnie wiarygodnie sprawdzone i potwierdzone organoleptycznie. Rozsiewanie tego typu informacji dawało mu możliwość ubiegania się o względy, a docelowo o rękę jakiejś córki, wnuczki, siostry lub kuzynki Białego Wilka. Co finalnie scementowało by ewentualny sojusz obu zacnych rodów, gdyby ten doszedł do skutku jak spodziewał się dziedzic. Rozwój takiego scenariusza wydarzeń uniezależnił by go z kolei nieco od wpływów z głowy rodu z Montpellier.
Choć głęboko w duchu Abdel szczerze wątpił by ten zgodził się na tego typu mariaż, wymuszający zmieszanie świętej wyselekcjonowanej krwi Sanguine z jakimś purgarysjskim rodem nic nie szkodziło spróbować wydobyć się nieco spod władzy swego "kochanego" ojca.
Dumając o kolejnych ruchach oraz o faktycznej przyczynie zbywania jego osoby przez władcę Bergamo wyszedł na taras gdzie pierwsze blaski wschodzącego słońca zmieszały się ze śpiewem wezwania na poranną modlitwę.
Dziedzic przez chwilę stał wsłuchując się w melodyjne tony płynące przez poranne, rześkie powietrze. Niosły się swobodnie przez miasto z wież umieszczonych przy kopulastych Jehammadzkich świątyniach i zabrzmiały w całym mieście niemal równocześnie.
Dziwne. Przecież nie zamawiałem budzenia.
Pomyślał złośliwie, mieszając przy tym srebrną łyżeczką kubek parującej kawy, pachnącej silnym palonym aromatem wyselekcjonowanym wprost z najlepszych neolibijskich upraw. Lubił ten gorzkawy smak. Wolał go nawet od smaku kobiet.
Chyba pora by wysłać mojego świętojebliwego kuzyna, by bliżej zapoznał się z zasadami wiary Świątyni Pasterza. Skoro ród rządzący mieni się ich przyjaciółmi, ci klerycy muszą mieć spore wpływy w mieście. Pora się i nam z nimi zaprzyjaźnić, w sposób stosowny. Jeszcze dzisiaj każę posłać stosowną jałmużnę, pod pozorem dziękczynienia za bezpiecznie przebytą podróż. Coś godnego, coś co zrobi wrażenie...
Po przyjeździe do Bergamo dziedzic wydał polecenia całemu orszakowi zbierania interesujących. Abdel zbierze wszystkich na śniadaniu by zdali dzisiaj relację z tego co wiedzą. Braku Lomabrdyjskich uszu ma szczególnie pilnować nasza ochrona, krótko mówiąc nasz kucharz nasza obsługa, sami swoi plus ekstra straż.
Ps. Nie ma tu jakiegoś Sanglierskiego łącznika który by coś wiedział więcej o Białym Wilku? Jego upodobaniach manierach? O frakcjach i opozycji wkoło pałacu? Chyba tam w Montpelier trochę myślą nad takimi rzeczami, wszak dobrze by było uzbroić Abdela w tego typu wiedzę, a nie słać go jak jakiegoś amatora na rozpoznanie bojem. No chyba że sojusz ma nie wyjść.
: 16 października 2018, 14:56
autor: Keth
Bergamo, 27 czerwca 2595
Podesłana przez Lombardich śliczna czarnowłosa nałożnica zdążyła się już ubrać, w swych przeźroczystych delikatnych szmatkach przypominając dziedzicowi czarownego motyla. Błysnąwszy zębami na pożegnanie, przemknęła na bosaka przez sypialną komnatę i wślizgnęła się za pokryte kunsztownymi drzeworytami drzwi. Abdel odprowadził ją powłóczystym spojrzeniem, z niejakim rozczarowaniem wyobrażając sobie wyraziste pręgi, jakie na tym jędrnym ciele mogła pozostawić umiejętnie użyta rózga. Lecz gra pozorów była obecnie najważniejsza, toteż pierworodny musiał odłożyć na jakiś czas na bok zaspokojenie swych bardziej wyrafinowanych potrzeb.
Nocne, później zaś poranne igraszki w łożnicy wywołały u młodego Sanguine prawdziwie wilczy apetyt. Zamykając za sobą drzwi balkonu dziedzic przeciągnął się z trzaskiem kości, cisnął na gładko wypolerowaną posadzkę sypialni szlafrok i klasnął z całej siły w dłonie.
Przywołani głośnym dźwiękiem lokaje, dwaj z czterech służących oddelegowanych do świty dziedzica, weszli do środka kłaniając się nisko. Abdel zaczekał, aż jeden z mężczyzn naleje do posrebrzanej miski podgrzanej chwilę wcześniej wody, a drugi zacznie wykładać na łóżko elementy dziennej garderoby szlachcica.
Dziedzic upewnił się poprzedniego wieczoru, że wszyscy członkowie jego ekspedycji pamiętają o punktualnej obecności na śniadaniu. Przez dwa pierwsze dni pobytu w Bergamo cała świta Sangliera wytrzeszczała oczy i nadstawiała bacznie uszu, przygotowując spostrzeżenia, które w ich opinii mogły się okazać ważne dla powodzenia dyplomatycznej misji. Raz czy dwa Abdel pomyślał wyjątkowo nieprzychylnie o Casimirze Lavelle, starym szczanym lisie pełniącym na dworze Sanguine funkcję naczelnego szpiega. Człowiek taki jak on powinien był wedle dziedzica osadzić w Bergamo przynajmniej kilku wywiadowców mogących zawczasu przygotować dla pierworodnego raporty, nie zwalając ciężaru i dyskomfortu zbierania takich informacji na samego Abdela.
Tak, Casimir Lavelle mógł być pewien wielu cierpkich uwag pod swoim adresem po powrocie dziedzica do Montpellier.
- Czy śniadanie jest już gotowe? - Abdel wbił pytające spojrzenie w twarz wchodzącego do sypialni osobistego fryzjera, taszczącego pod pachami skórzane torby pełne niezbędnych w pielęgnacji dziedzica utensyliów.
- Tak, wasza miłość - odpowiedział natychmiast Moliere - Wszyscy przybyli już do sali jadalnej i oczekują na zaszczyt spożycia śniadania z waszą miłością.
- W takim razie nie zwlekaj z czesaniem, czuję się coraz głodniejszy.
Myślę, że wrzucę Wam teraz kilka scenek pisanych z perspektywy każdego z pozostałych bohaterów, opisujących ich własne spostrzeżenia z wizyty w Bergamo. Zajmie mi to dzień albo dwa, ale pozwoli Wam wyrobić sobie solidne wyobrażenie na temat miasta Białego Wilka. Potem przejedziemy do sceny śniadania, a potem do niespodzianki (tak, tak, zgadliście, to będzie śmietankowy deser).
: 16 października 2018, 21:00
autor: Keth
Bergamo, 27 czerwca 2595
Gustownie urządzona sala jadalna skrzydła dla gości rozbrzmiewała gwarem ludzkich głosów, ale Nathan Barthez zignorował szlachetnie urodzonych i ich świtę, wyglądając przez witraż balkonowego okna na mury pałacu i widoczne za nimi dachy Bergamo. Dzień zapowiadał się na wyjątkowo pogodny i słoneczny, a doskonała widoczność pozwalała dostrzec gołym okiem majaczące daleko na północy zarysy alpejskich masywów.
Dowódca ochrony ekspedycji przesunął uważnym spojrzeniem po przemierzających parami blanki ludziach w ciemnych strojach i płaszczach. Gwardziści Lombardich zrobili na Alpejczyku spore wrażenie, byli bowiem w jego opinii zdyscyplinowani i dobrze wyszkoleni. Zaproszony wraz z dziedzicem na pokaz sztuki władania mieczem i sztyletem, Nathan nabrał pewności, że szkoleni w lombardzkiej sztuce walki bronią białą ludzie - nie tylko mężczyźni, ale i kilka kobiet - mogli śmiało stawać w szranki z zawodowymi zabójcami.
Broń biała zdawała się dominować w ekwipunku wojskowych w Bergamo: od ceremonialnych halabard po miecze o wąskich ostrzach. Na ścianach gościnnych pokoi wisiały myśliwskie łuki i lekkie kusze, na przemian z wyprawionymi skórami upolowanej w górach zwierzyny, do rzadkości natomiast należała broń palna. Tu i ówdzie wprawione oko Bartheza wychwyciło pod materiałem płaszczy strażników charakterystyczne zarysy samopałów, ale już sam zachwyt malujący się na twarzy Gianniego Lombardiego na widok broni palnej gości powiedział Helwecie wszystko.
Co nie zmieniało faktu, że Lombardi raczej nie potrzebowali obwieszonych automatami strzelców, by utrzymać się przy władzy. Bergamo pozostawało w uścisku żelaznego autorytetu Białego Wilka, a jego mieszkańcy odnosili się z wielkim szacunkiem do stróżów prawa i członków rządzącej rodziny. Jednolicie umundurowana milicja dbała o porządek na ulicach, robiąc słuszne wrażenie swą dyscypliną.
Dyscypliną, która nie bez powodu wywołała w myślach Alpejczyka znajome skojarzenia. Spędziwszy dwa dni na ulicach Bergamo w towarzystwie dziedzica i jego przewodników, Nathan z każdą godziną utrwalał się w przeświadczeniu, że rozpoznaje pewne wzorce zachowań, niektóre uliczne taktyki czy procedury bezpieczeństwa stosowane przez służby mundurowe Purgaryjczyków.
Krążące wokół tych spostrzeżeń teorie Barthez pozostawił na razie dla siebie, ale rozważając je w myślach za każdym razem przyłapywał się na tym, że spogląda mimowolnie na odległe góry.
Wyczekiwane spotkanie z władcą Bergamo wyraźnie się odsuwało w czasie, z powodów nie do końca przybyszom z Montpellier znanych. Opiekunowie gości zapewniali, że Vespaccio Lombardi zmuszony był dokończyć pewne ważne sprawy rodowe w zaciszu podgórskiej fortecy, Nathan nie kupował jednak w stu procentach takiego wyjaśnienia. Zbyt wiele czasu spędził wśród Sanglierów, by nie założyć, że Biały Wilk najzwyczajniej w świecie dawał Abdelowi do zrozumienia, kto w tych negocjacjach jest stroną dominującą i z kim należało się bezwzględnie liczyć. I kto mógł sobie bezkarnie pozwolić na kilkudniowe spóźnienie na jakże ważne spotkanie.
Garść przemyśleń Bartheza...
: 16 października 2018, 22:00
autor: Nanatar
Bergamo, 27 czerwca 2595
Wynalazca oderwał oko od lunety, o którą poprosił przewidując bezsenną noc. Robiło się zbyt jasno, by licha optyka pozwoliła śledzić ruch gwiazd przez czarny horyzont, nadchodziła najchłodniejsza godzina przed świtem. Leon sycił się tym orzeźwieniem, które niósł zimny wiatr od gór. Wszedł z balkonu do pokoju i spojrzał na czystą kartę. List do żony wirował mu w głowie, ale nie mógł trafić na papier. Papier leżał tak od kiedy szlachcic wybudził się kilka godzin temu, Leon był pobudzony, ale nie mógł zebrać myśli. Doskwierał mu brak kobiety, brak pieszczot, wiedział, że mężczyzna nie jest w stanie długo wytrzymać podobnego celibatu, niedługo zaczną go boleć jądra. Zastanawiał się czy ulżenie sobie ręką byłoby zdradą Loretty. Doszedł do wniosku, że z pewnością nie, jeśli myślałby o niej, wobec tego gdyby poszedł z inna kobietą i myślał o żonie, również nie byłaby to zdrada. Problem był tylko w tym, że mimo świeżego powietrza, wszystko wydawało się w Bergamo jakieś brudne. Nawet każdy dzieciak miał zasmarkany nos i plamy z błota na ubraniu. Cóż zatem można było oczekiwać od sprzedajnych kobiet. Wprawdzie mógłby uwieść którąś z dwórek, ale nielicho musiałby się wtedy tłumaczyć.
Z takimi myślami rozpoczął obserwację nieba kilka godzin temu, ale kiedy tylko wycelował okular teleskopu w pożądany jasny obiekt, do uszu dobiegło go głośne szczytowanie pary kochanków. Analizując źródło dźwięku doszedł do wniosku, że dochodzi z apartamentu kuzyna Abdela. Niewielkim pocieszeniem było, że przynajmniej dziedzic dobrze spędził noc. Choć na ile Leon poznał Abdela gwarantowało to doskonały nastrój kuzyna następnego dnia, oraz towarzyszący mu uwodzicielski czar. Było to istotnym o tyle, że Leon Thibaut pragnął odbyć poważną rozmowę z kuzynem.
Świetnie się składało, dziedzic zapowiedział dziś śniadanie w wąskim gronie Franków. Leon polubił te rodzinne posiłki, będące dla niego bezcenną lekcją towarzyskiej kurtuazji. Ale najważniejsza była okazja do rozmowy po śniadaniu.
Leon czuł niepokój nieobecnością Casimirze Lavelle, zastanawiając się dlaczego wilk ich zwodzi. Dlaczego robi się dla Sanglierów pokazówki, jak te z mieczami. Czy stary Emmanuel w podobny sposób robiłby pokazy strzelania. Wynalazca miał wrażenie, że każdy zasmarkany malec z ulicy obserwuje ruch Franków.
Kiedy wreszcie dziedzic i jego kochanka skończyli, niebo na wschodzie pojaśniało i z wysokiej wieży kapłan Jehammedan rozpoczął swój śpiew. Leon z goryczą w duszy przyznać musiał, że takie przywitanie dnia było ładne i godne. Co więcej przyznać musiał, że pierwszy raz w życiu zainteresowała go jakaś religia.
Ukochana
Próżno słów by opisać jak Bergamo daleko do Montpellier. W naszych sercach króluje ziemia i woda tu prym wiedzie powietrze. Jest zimne i szybkie, jakbym stał na progu innego Świata. Dobrze, że nie jedziemy dalej na wschód. Patrząc w oczy i serca ludzi widzę, że nauka ustępuje tu magii. Nie jestem pewien czy ktoś z nas odnalazłby się w świecie na wschodzie. Dlatego już teraz wiem, iż mimo tajemnicy, którą skrywa ten świat wszystko czego pragnę to wrócić do Ciebie do rodzimej Franki, gdzie pozostawiłem wszystko co mi najdroższe.
Proszę jeszcze raz Mistrzu o informację, czy Leon zdołał wykonać żądany pierścień dla kuzyna. Ma ze sobą prostnicę i wymienne końcówki.