Wstęp do podręcznika Warmachine: Superiority
Oficer w uniformie z dystynkcjami kapitana szedł poprzez rzedniejący dym wsłuchując się w cichnące odgłosy kanonady. Spoglądał na martwe ciała zaścielające ziemię. Większość z nich okryta była czerwienią i czernią jego własnych towarzyszy, a nie złotymi i niebieskimi kolorami nieprzyjaciela. Oficer mijał zdezorientowanych żołnierzy ściskających kurczowo broń i spoglądających pełnym niezrozumienia wzrokiem przed siebie, nie pojmując dlaczego wróg zaprzestał ataku. Niektórzy z nich pochylali się nad ciałami zabitych, szukając druhów lub członków swoich oddziałów.
Kapitan spostrzegł w końcu jakiegoś porucznika, kręcącego się przy wciąż płonących szczątkach lekarskiego namiotu.
- Co tu się stało? Gdzie jest nieprzyjaciel?
- Nie widział go pan? - porucznik miał śmiertelnie bladą twarz, krew ciekła wartką strużką spod przyciśniętej do boku głowy szmaty. Oddech mężczyzny był płytki, rwał się spazmatycznie.
Mając spore doświadczenie w polowych obrażeniach kapitan odciągnął szmatę w bok przyglądając się bacznie ranie.
- Kogo? - zapytał.
- Rzeźnika! Rzeźnik z Khardovu tu był! To on ich odpędził!
- Komendant Zoktavir? - kapitan nawet nie próbował udzielić reprymendy zaszokowanemu młodszemu oficerowi za nieregulaminowe zachowanie - Gdzie on teraz jest?
Porucznik potrząsnął bezradnie głową.
- Wszedł do namiotu. Znalazł felczerki, umierające... przypadkowy artyleryjski pocisk, uderzył prosto w namiot. Rzeź... komendant podniósł konającą felczerkę, coś do niej szeptał. Nie słyszałem jego słów. Kiedy umarła, jego oczy oszalały. Myślałem, że mnie zabije. Zaryczał, a potem wypadł z namiotu. Ścigał wroga w kierunku południa. Uciekali przed nim. Nie wiem nic więcej.
Orsus Zoktavir czuł przeraźliwy ból pulsujący w środku czaszki, niczym szpic wbijanego w głowę gwoździa. Ściskając w pięści Lolę pędził na złamanie karku na południe, w zbroi ociekającej świeżą krwią. Było ich tam więcej, przybywających z niewielkiego drewnianego fortu. Pośpiesznie wzniesiona polowa budowla służyła za punkt garnizonowy opodal równie małej, pozbawionej nawet nazwy wioski. Tam właśnie się skryli, rycerze noszący ciemnoniebieskie barwy. Krew zatętniła w ich żyłach, kiedy dostrzegli go i podnieśli wrzawę. Orsus dostrzegł iskry elektrycznych wyładowań tańczące na ich ostrzach i uśmiechnął się drapieżnie. Tak, pójdźcie do mnie, przemknęło mu przez myśl. Tylko walka na śmierć i życie mogła mu przynieść chwilowe wytchnienie od pełnych szaleństwa myśli.
Jej twarz pojawiła się przed jego oczami, wydzierając z gardła mężczyzny krzyk bólu. Zaraz potem znalazła się w jego rękach, spoglądając mu prosto w oczy. Krew perliła się na powoli poruszających się ustach.
- Gdzie byłeś? - wyszeptała. Miała uszkodzone płuca, toteż zdołała wydobyć z siebie zaledwie szept, ten zaś natychmiast przeszedł w przedśmiertny kaszel. W jej oczach szklił się nie tylko ból, był tam jeszcze bezbrzeżny zawód. Ujrzał ją dzisiaj wcześniej, w tamtym zniszczonym namiocie. Znów do niego wróciła, dogorywając wśród płonących szczątków. Tulił ją w ramionach spoglądając w tracące życie oczy i czując chłód obejmujący w swe władanie jej ciało.
- Gdzie byłeś?
Krzyki nieprzyjaciół nie miały dla niego żadnego znaczenia. Wyszczerzył zęby niczym drapieżne zwierzę widząc, że wysłali przeciwko niemu parobota - ociężałego cygnarskiego Stormclada łopoczącego sztandarami południowego królestwa. Machina nadciągała dzierżąc w pięści olbrzymi miecz, a rycerze biegli jej śladem.
c.d.n.