Siwy doskoczył i strzelił celnym ciosem w głowę. Poczuł chrzest zębów wchodzących do środka pod silnym uderzeniem. Kapłan również dopadł i niemal równocześnie tym samym kopnięciem jakie zastosował na nieumarłym, wymierzył celny cios kolejnemu przeciwnikowi. Uderzenie okazało się porażające, trafiło niema dokładnie w mostek gdzie za wisior trzymał się nekromanta. Chrupniecie kości klatki piersiowej świadczyło, że impet niósł porażający finał dla czarodzieja. Siła ciosu był tak duża, że cisnęła nim o stojak z bronią, łamiąc go na kawałki. Tam ciało upadło i zwiotczało bez ruchu. Obaj awanturnicy spojrzeli się po sobie. Cichy syk mocy uwalniający się z nieudanego zaklęcia uleciał w powietrze delikatnie elektryzując magią duszne powietrze.
Kapłan szarpnął za miecz wyciągając go z pochwy ale nie było potrzeby już poprawiać. Siwy przyłapał się na tym, że patrzy zdziwiony na kapłana. Ciosy z kopniaka jakie kapłan wymierzał okazały się śmiertelnie niebezpieczne. Najpierw kopniakiem przełamał opór nieumarłego a teraz to. Stary Gwardzista nie potrafił wykluczyć, że gdzieś w tajnych monastyrach gorlamitów uczą tego zabójczego kopnięcia, śmiertelnie niebezpiecznego jak się okazuje dla wszelakich sił ciemności. Nekromanta umarł chwilę później, nieelgancko charcząc od krwi zabranej w płucach od złamanego żebra.
Tak skończyła się walka.
[center]
EPILOG. Kilka dni później.[/center]
[center]Siwy[/center]
Siwy przeliczał raz jeszcze zdobyte dobra. Trochę tego było do podziału. Trzy zdobyczne konie stanowiły największą wartość, prócz tego amulet podobno był wypełniony niezabezpieczoną mocą. Kamień magiczny co podobno mocy nie stracił i nadal potrafił światłem błyskać, trza by jeno do maga pójść by powiedział jak go się aktywuje. Skrzyneczki ze srebrem okazały się najmniej cenne. Choć pełne były dziwnych srebrnych monet jeszcze z poprzedniego Katana, nie stanowiły majątku. Zapewne miały odciągnąć uwagę ewentualnego pościgu.
- I co wy z tym majątkiem teraz zrobicie? Należą się wam za pomoc, nikt tu wam podatku ani myśli pobierać. = Powiedział rządca ćmiąc spokojnie fajeczkę na ciepłym słonku. - Nie chcieli byście zostać? Jesteście gwardzista z krwi i kości jako i ja. I młodzi jeszcze jesteście, chętnie bym was na służbę przyjął. Tylko pewnie dordzyście.
Siwy się tylko lekko uśmiechnął na te marne podchody.
- A panienka jak się miewa? - zmienił temat Siwy.
- Teraz to i nawet lepiej. Na początku to w smutku była. Ale jak się dowiedziała, że to oni chłopów co niby zaginęli pomordowali jakby kto na nią kubeł wody wylał. Specjalnie tak zrobili co by mółdce w głowie zawrócić. Już raz garnkami rzucała, że niemal wystrychnięto ją krew Ardirową na głupią. Krew nie woda ot co w tej linii jest.
Krew.
Siwemu coś błysnęło w głowie. Wśród szpargałów jakie znaleźli przy nekromancie były dziwne zapiski. Gwardzista zapamiętał je dobrze bo kapłan mówił że to wszystko jakiś obrzęd wszeteczny był. "Weźmiesz rzecz którą pierwszy z Katanów dotykał. Weźmiesz krew co zabiła Tego Który Ma Nadejść. Weźmiesz pył z ciał tych co przez Katana pomordowani, a na grobach ich przez miesiąc tańczył będziesz śpiewając te słowa o północy: powróć z za bram Czarny Świcie, Cieniu z Tagar-dur, Zwiastunie Końca i pomścij krew naszą"
[center]Eithart[/center]
Młody kapłan rzucił zaklęcie nad kobietą. W ćmie małej chatki bawiło się kilkoro dzieciaków. Łącznie Eithart naliczył ich dwanaścioro. Ojca rodziny nie było. Jak się okazało był jednym z zaginionych chłopów po których pan na włościach osobiście do Tobu wyruszył. Tymczasem zaginieni dawno leżeli pomordowani w ruinach. Wszyscy za wyjątkiem jednego powrócono zza grobu. Kapłan drgnął na wspomnienie tamtego okropieństwa. Nie był to na szczęśćie mąż owej kobiety co młodemu kapłanowi robiło jednak pewną ulgę w sercu. Tamten przywrócony do życia czarna magią miął zdjętą twarz. Musiała zostać użyta do jakiegoś bluźnierczego rytuału, bo jak wyliczył Eithart chłop dawno nie żył kiedy jego, a raczej jego twarz widziano. Ktoś się pod niego podszyć musiał za pomocą zdjętej z cała skóry i podobno nawet powiedział że ich w Tobie pomordowano. Widziała go owa kobieta którą przed chwil młody kapłan od śmierci uratowął. Widziała i straszną cenę za to zapłaciła. Kiedy Eithar rzucił na nią zaklęcie choroby z uszu i oczu kobiety zaczęły wychodzić dziwne sine robaki, zwane przez lód prosty robacznicami umarłych. Był to straszny widok.
- To grobowe robactwo to jawny ślad, że zbyt blisko ciemnych sił przebywała. Takie choróbstwa to jeno po nieumałych. -Powiedział stary kapłan odbierając swój amulet z którego Eithart czerpał moc do zaklęcia. Dziękuję ci za twój czas młodzieńcze. Jeśli możesz pozwól staremu kapłanowi na jeszcze jedno. Nie mam już oczu jak dawniej ale me ręce widzą, pozwól dotknąć twej twarzy. -młodzieniec przyzwolił i palce starca zaczaiły wędrować po twarzy zapamiętując szczegóły. - Prawdziwie jesteś synem sprawiedliwości. Jakeście tamtej nocy zgładzili nekromantę, od razu jej gorączka opadła gdyby nie ty, te małe dziadki już by teraz nad grobem stały. Jeśli chcesz mogę cię w zamian dać kilka nauk byś mógł sięgnąć do wyższych kręgów magii. A to zaklęcie choroby w papirusie zatrzymaj synku, jeszcze wiele dobra nim nieraz zrobisz.
[center]Burga[/center]
Była noc. Burga rozmyślał o Ardieli leżąc w swoim wyrku. Jeszcze miał przed oczyma jak im za wszystko dziękowała. I ten wyraz twarzy Siwego kiedy przyklękła przed nim całując go w ręce, kiedy powiedział że zawsze jak o ojcu którego nie miała będzie o nim myśleć. Burga zarechotał cichutko w pościel na wspomnienie rozczarowanej twarzy starego gwardzisty. Zaraz pożałował. W śmiechu poruszył ramieniem, zabolało.
Przyszła do niego tej nocy. Półnaga. Na boso. Cicha jak ciemność bo i mówić nic nie trzeba było. Ciepła i wonna od olejków i prostych ziołowych pachnideł co każda wiejska dziewczyna zagnała. Nie wahał się. Przyciągnął ja do siebie. Kiedy poruszył ramieniem, znów zabolało. Poczuł jej kibić w sowim uścisku, tym razem nie żałował. A i ból wydawał się jakiś taki, odległy i nie istotny.
Rano zabrali ją. Oddział orków co niedawno tańczących na grobach pacyfikowali. Jeszcze od nich krwią i śmiercią śmierdziało. Na nic było ni wstawiennictwo zarządcy, ni płacze kobiece panienki. Za stanie w rozboju na trakcie Katańskim, kara zawsze była jednaka. Żadną pociechą nie było dl Burgi, że kapłan Katana u którego gościli, który ją wydał teraz tak samo na sąd do Gasty musiał jechać. Przepadł mu święty kamień na którym sam Bóg podobno stał. Dowodzący orszakiem wyniosły Tan nie dał się przebłagać. Był zimny jak stal i niewzruszony jak kamień. Mówił tylko w orczym nie patrząc na nikogo jakby powietrzem dla niego byli i niczym więcej. Wyniosły Uruk-hai od których to Burga miał nadzieję wynosić swe pochodzenie.
[center]*** [/center]
Ślepiec. Parę lat później w faktorii gdzieś w górach.
Wiało śniegiem. W karczmie było wprawdzie ciepło ale silny górski wiatr niósł ze sobą śnieg i przenikający wszystko mróz wprost z serca gór. Płomień ogniska migotał ciepłem po twarzy jak wtedy na wiosnę kiedy wszystko się zaczęło w rozwalonej szopie koło Ghasty. Ileż to już czasu upłynęło, od tamtych krwawych dni, tego starzec nie wiedział. Czuł jedynie żar na twarzy, który przypominał mu tamte czasy dawno minione, a oczyma wyobraźni cofał się do dawnych dni. Kiedy to było? Heh, chciałby mieć dzisiaj tyle lat co wówczas. Czas jednak biegł nieubłaganie.
- Ejże, ślepcze opowiadajcie dalej, pospaliście? Chcecie michę? To musicie zarobić na utrzymanie. - zapytał młody szlachcic potrząsając pełną miską. Był młody, naiwny i spragniony wspaniałych opowieści. Stary od razu poznał po głosie, że on i jego dwóch kompanów dopiero zaczynali żmudne życie awanturnika.
- I co się stało z tą całą Ardielą, dała mu w końcu czy nie... - powiedział jeden z niedźwiedziowato wyglądających traperów, po czym bekną siarczyście.
- To ja tu płacę za posiłek i nie o to pytałem. - warknął rozzłoszczony szlachcic - Bajajcie jak się zakończyła sprawa z nekromantą w podziemiach.
- No więc...- zaczął powoli Ślepiec - zasyczała czarna magia i całe podziemie zachybotało się od nadmiaru zgormadzonej energii kiedy nekrus uwalniał straszliwą moc. Na raz wszędzie z podziemi zaczęli wychodzić zmarli służący których tam pochował w tajemnicy poprzedni właściciel przeklętego zameczku. Miecz kapłana błysnął oślepiającą magią, zataczając straszliwe kręgi wśród nieumarłych. Przedzierali się przez wrogów siejąc śmierć i zniszczenie aż w końcu dotarli do czarodzieja i tam płonący światłem półtorak przebił czarne jak smoła serce podłego nekromanty. Mimo tak straszliwego ciosu, czarodziej złapał za skraj szaty Eitharta i wyrzucił z siebie "jeszcze cię dorwę Eithart, was wszystkich, jeszcze powrócę!" Po czym skonał ale dziwnie jakoś spokojnie, jakby się z ciał chyłkiem wydostawał.
Ukontentowany szlachcic podsunął miskę Ślepemu i domówił mu jeszcze pienistego wracając do towarzyszy. Ślepiec poczuł na sobie ciężkie ramię.
- Już wystarczy, opowiedziałeś aż nadto, chodźcie... - opiekuńcze ramię niemłodego już wojownika z gorlamickim insygniami pokierowało starca do stolika, gdzie siedziało kilku mężczyzn.
- Ejże! Ja się pytałem do tom dwórkę! - warknął podnosząc się ode stolika podpity traper. Strzelił kuflem w stół aż się rozlało.
Od stolik do którego gorlamita prowadził starca poderwało się dwóch. W tym jakiś siwawy wojownik o zimnym jak stal spojrzeniu. Wzrok osadził w miejscu trapera, jego kompani pomiarkowali na co idzie i szybko scholowali pijanego na ławę, mimo jego oporów. Ślepy chciał jeszcze rzec coś o Ardieli, ale to była już zupełnie inna historia i nie na ten wieczór.
KONIEC
Dziekuje za grę. Jeśli ktoś coś jeszcze chce dopytać, lub dograć to śmiało proszę o postowanie. Pedeki Siwy i Eithart po 155. Dziękuję wszystkim za świętną grę i błyskotliwe wczucie się w postaci, to była przyjemność. :/uklon