Merywyn; Port; Gorim 23 ketash 606 OR,
Falko szybko doszedł do wniosku, że botmistrz, jesli nie popisywałby się swoimi talentami, to w takiej ciżbie ludzi uszedłby uwadze nawet bacznemu oku ludzi szukających właśnie kogoś takiego. Nabrzeża i ulice przy których stały gęsto powciskane składy i magazyny roiły się setek, jesli nie tysięcy bardziej lub mniej przypadkowych ludzi i parobotów. Ivan też zresztą myślał podobnie i stwierdzili wspólnie, że nie ma co powstrzymywać Lewisa od wyprawy do portu. Dziś rano po burzliwej dyskusji ustalili, że nie mogą ryzykować wykrycia ich asa w rekawie na wykrycie przez parobota, który nagle skieruje nań swą uwagę. Teraz wiedzieli, że to Armstrong nieco lepiej znający się w botowym fachu miał rację. Nawet gdyby wszystkie okoliczne boty zaczęły się gapić swoimi świecącymi wizjerami na botmistrza, to on sam nadal pozostałby anonimowy.
Obaj pokręcili się przez cały ranek po porcie. Głównie przy przystani, która służyła oddziałom straży rzecznej,
Tardiriemu mina rzedła z każdym kwadransem. Wojskowy port był chroniony niczym skarbiec carycy Ayr Vanar. Wejście na jego teren, nawet w gwardyjskich mundurach i prawdziwymi przepustkami byłaby ogromnym ryzykiem. Wszędzie kręciły się khardyjskie straże i Dewastatory. Oficer był jednak pewny, że te widoczne czujki, to tylko tylko skromny ułamek sił jakie stacjonowały na terenie portu. Wiedział, że okolicznych budynkach, otoczonych zasiekami z kolczastego drutu, zkoszarowane było co najmniej kilka setek żołnierzy i maszyn bojowych. Zrezygnowany odszedł dalej, aby nie narażać się na wylegitymowanie przez jakiś czujnych służbistów. Ivan zorientował się, że jeśli to w to miejsce przybiłaby barka Olgara, to szanse na skuteczne przeprowadzenie misji malały do zera. Patrzył jednak na pobliskie budynki, które mogłyby posłużyć za miejsce do oddania czystego strzału z kuszy. W każdym przypadku dystans dzielący strzelaca od celu byłby dość znaczny i likwidacja Olgaru leżałaby bardziej w gestii szczęścia niźli pewnej ręki.
Obaj obeszli przystań wojskową i doszli niemal do konca portu. Niemal na skraju miejskich murów Falko dostrzegł coś. Szturchnął Podolskiego łokciem, choć łowca dobrze wiedział czym tak zaintrygował się magianik. Przy jednym z nabrzeży miejskiej stoczni stała remontowana barka straży rzecznej i wszystko wskazywało na to, że prace konserwacyjne miały się powoli ku końcowi. Choć stateczek pozbawiony był wszelkiego uzbrojenia, to na burcie wymalowane było dumne godło khardzkiego najeźdźcy, a wokół nie kręcili się wścibscy strażnicy.
Oboje wrócili z powrotem do głównej części portu klucząc pośród nabrzeży towarowych i pasażerskich. Jeśli Olgar miał przybyć za dnia, to akcja musiała być przeprowadzona z najbliższej odległości. Strzał z większej odległości był bardzo ryzykowny. Wszędzię kręciło się zbyt wiele postronnych osób, które mogły przypadkowo przyjąć bełt przeznaczony dla Olgara. Niemniej wieczorną porą lub nocą, okolice te były duzo spokojniejsze, nie tyle pod względem bezpieczeństwa, co tłumu ludzi, który po zmroku przesiadywał w wyszynkach i tawernach, a port wypełniał się śpiewami pijanych "rzecznych" i odgłosami częstych w tej okolicy rozrób Pozostawała tylko kwestia oddania celnego strzału w nocnym zmroku...
Tardiri i Podolski wrócili do kantorka alchemika. W środku czekali niecierpliwie Dennison, Lewis i Drake. Brakowało tylko Mime'a, którego stan gwałtownie się pogorszył nocą i biedak leżał w łożu gorączkując i męcząc się częstymi atakami kaszlu. Wezwany medyk obiecał zrobić stosowną miksturę, ale tylko bezradnie wzruszał rękoma zapytany, co też dolega choremu. nikomu nie była w smak nagła przypadłość Jaquesa, ale na dzień dzisiejszy wyglądało, że alchemik nie przyda się do niczego w najbliższych dniach.
- I coście zooczyli? - zapytał Kendrik, nie mogąc doczekać się wieści.
- No będzie trudno strzelać. - skrzywił się Ivan: - Za dnia ludzi jak w mrowisku, a nocą w ćmicy trafić nie łatwiej. A jeszcze nawet nie wiemy do końca, co ów Olgar naprawdę uczyni.
Ostatnie słowa bardzo utrudniały planowanie czegokolwiek. Cordillo wytłumaczył wczoraj, zapytany przez Lewisa, że wydaje mu się, że obserwacją Olgara, musi zajmować się wyselekcjonowany, niezależny zespół agentów. On sam nie miał nigdy z nimi kontaktu, a informację ma otrzymać od anonimowego kuriera. Niestety nie istniał nawet cień szansy na jakiekolwiek przeciek wcześniej.
- Skoro za dnia taki tłum, to przynajmniej łatwiej będzie podejść drania niezauważonym. A nocą... nocą się obaczy. - Drake skonkludował wszystko wzruszeniem ramion.
- Mus nam też iść i wszystko obaczyć - Lewis aż rwał się do wyprawy do portu.
- Idźcie, tam taka ciżba, że ciężko kogoś podejrzanego zooczyć. - Oświadczył Falko, niechętnie przyznając się, że Lewis miał rację, dodając jeszcze: - Ale uważajcie na siebie.
Opis wyprawy reszty chłopaków już wkrótce. Macie jakieś szczegółowe pytania?