Wejście prowadziło wgłąb skały. Po pierwszych ostrożnych krokach, ciemność objęła w ramiona wchodzące postacie. Nagle kilka pochodni zapaliło się, jedna po drugiej, ukazując prawą ścianę wybitą niemal z krasnoludzką precyzją. Na wysokości pochodni był wybity w ścianie napis w nieznanym nikomu języku. Literki podobne bardziej do fal na wzburzonym morzu mieniły się lekką, niebieską poświatą.
Powietrze było stęchłe: w wąskim korytarzu cuchnęło kurzem, butwiejącym drewnem i czymś jeszcze; dziwnym zapachem, od którego jeżyły się włosy na głowie.
Korytarz prowadził w dół po wąskich, przystosowanych do ludzi schodach. Po kolejnych kilkunastu przebytych metrach ukazał się niewielki portal, prowadzący do ogromnej, prostokątnej sali. Kolumny podtrzymywały strop, zaś we wszystkich ścianach wykute były tablice z podobnymi napisami co w korytarzu.
To był grobowiec. Również i tutaj zapaliły się same pochodnie, jedna po drugiej, dobrze rozświetlając całe wnętrze. Dym unosił się do wysokiego sufitu i gdzieś się rozpływał; widocznie budowniczowie zadbali o dobrą wentylację pomieszczenia.
Gdy cała piątka stała na środku pomieszczenia, rozglądając się czujnie, z orężem w dłoniach, ze ścian zaczęły wychodzić przeźroczyste, ledwo widoczne postacie.
Nagły szept rozległ się w grobowcu; z początku cichy zaczął być coraz głośniejszy, aż przeszedł w krzyki. Niezrozumiałe słowa plątały się ze sobą, tańczyły w dziwnym tańcu. Z tłumu zjaw wyszedł mężczyzna. Był doskonale widoczny, jakby materialny. Niezbyt wysoki, ubrany w staromodne, ale bogate ubranie, z mnóstwem biżuterii z różnych kruszców.
Mężczyzna podniósł rękę i głosy ucichły. Następnie opuścił dłoń i skinął lekko głową odrętwiałej ze zdziwienia, strachu i przerażenia drużynie.
- Witajcie, przybysze. Dziękuję wam za zwrócenie Bri'en rodzicom. Długo na nią czekali - mężczyzna przemówił we wspólnym języku. - Niestety, Bri'en nie jest jedyną, która zaginęła. Od pewnego czasu nasi przyjaciele, nasze rodziny ktoś wyrywa z domów, nie dając szans na stanięcie przed oblicze Eru. Obawiamy się, że i my wkrótce opuścimy nasz dom - tu zjawa podniosła ręce do góry, wskazując cały grobowiec. - Żyliśmy w pobliskiej wiosce, do czasu, gdy las zaczęła toczyć zaraza. Wtedy zaczęliśmy się szykować do opuszczenia naszych domostw, gdy nieznana choroba zabiła niemal wszystkich jej mieszkańców. Nieliczni, którzy oparli się chorobie, zdołali uciec do Ereboru, nająć krasnoludy i wykopać ten grobowiec, a nas pochować z godnością. A teraz... teraz... - twarz zjawy zaczęła się trząść; do twarzy po chwili dołączyła reszta ciała. Nagle mężczyzna upadł i trzymając się za głowę zaczął wyć. Po chwili wstał, ale jego oblicze nie było już takie same jak dawniej; z ust toczyła mu się piana, oczy pałały szaleństwem. Zrobił krok do w stronę wosa - który stał najbliżej i...
... rozsypał się jak sól wysypująca się z naczynia na ziemię.
Reszta duchów zafalowała wzburzona po czym rozpłynęła się w powietrzu.
Lecz nie to było najstraszniejsze. Portal, przez który wszyscy wcześniej przeszli, zawalił się.
Jesteście w grobowcu o wymiarach około 50 metrów długości na 30 metrów szerokości. Płoną pochodnie, portal jest przysypany dużymi, skalnymi blokami.