Czarne wybrzeże.
Kiedy stępka łodzi dotknęła piasku, mężczyźni wyskoczyli i wyciągnęli szalupę na plażę. Tranicos dostrzegł morskie glony na piasku i wskazał miejsce poza nimi.
-
Wyładujcie wszystko tutaj - poinstruował - poza zasięgiem fal.
Marynarze zrobili, jak kazał, a potem rozpostarli koce i podnieśli wieka skrzyń. Wkrótce wyłożyli różnobarwne paciorki, zwoje miedzianego i brązowego drutu, sztabki żelaza, noże, topory, dzwonki, farby i bele kolorowego materiału.
-
Co teraz? - zapytał Springald.
- Teraz czekamy - odrzekł Druss.
-
Mógłbym przeprowadzić mały rekonesans. - Tranicos popatrzył tęsknie na drzewa.
- Nie, dopóki dokładnie nie poznamy zamiarów tubylców.
Marynarze nerwowo, z bronią w pogotowiu, czekali, co się wydarzy. Chen Shu stał z założonymi rękami, nieruchomy niczym posąg. Nie musieli długo czekać. W jednej chwili dżungla była spokojna, w następnej zauważyli nagłe poruszenie wśród drzew. Ludzie aż krzyknęli ze zdziwienia.
- Na Mitrę! - szepnął Springald, gdy przed nimi zmaterializowała się setka wojowników. - Skąd oni się wzięli?
- Byli tu przez cały czas - powiedział Chen Shu. - Dostrzegłem ich wkrótce po wylądowaniu. Podobnie jak Piktowie, są mistrzami w sztuce krycia się w cieniu i pozostawania w absolutnym bezruchu. Dla kogoś nie przyzwyczajonego, między drzewami są niewidoczni.
Tam, gdzie przedtem była jedynie ściana zieleni, teraz stali mężczyźni dzierżący włócznie i długie tarcze. Różnili się od piratów z wysp; krępi, muskularni, średniego wzrostu, mieli bardzo ciemną skórę i ogolone głowy. Ich ciała pomalowane były w brązowe i zielone pasy, dzięki czemu mogli się lepiej kryć w dżungli. Podchodząc łypali podejrzliwie oczami zza tarcz.
- Jesteśmy martwi! - zduszonym głosem krzyknął jeden z marynarzy.
- Cisza - uspokoił go Druss. - Są zaciekawieni i pewni swej siły. Gdyby ostatnio byli tu łowcy niewolników, Borana podnieśliby krzyk i zaczęli ciskać w nas włóczniami. Niech nikt nie wyciąga broni, a być może wszystko pójdzie jak po maśle.
Szereg wojowników zatrzymał się dziesięć kroków przed nimi, kilku podeszło bliżej. Byli to starsi ludzie z wieloma bliznami i ozdobami, najwyraźniej wodzowie. Zignorowali białych i podeszli do koców z towarami. Wskazując niektóre przedmioty, wymieniali po cichu uwagi. Zorian przyglądał się pozostałym wojownikom. Wyglądali groźnie, ale ich zachowanie nie sygnalizowało niebezpieczeństwa. Wiedział, że ci ludzie zwyczajowo przewracają oczami i szczerzą, zęby tuż przed przystąpieniem do ataku. Nie okazywali lęku. Oznaczało to, że pośród drzew kryje się więcej wojowników, a ci są jedynie zwiadowcami. Na razie wszystko szło dobrze. Można było przystąpić do wymiany towarów i przejść do następnego etapu ekspedycji.
-
Kto mówi kupieckim językiem? - zapytał Druss w uproszczonym kushyckim, który na całym Czarnym Wybrzeżu służył jako język handlowy.
Starsi wojownicy zwrócili się w jego stronę.
-
Ja mówię - powiedział mężczyzna, który miał wymalowane białe koła wokół oczu. -
Jestem Ashko, wódz Borana znad Zielonej Rzeki. Przybyłeś handlować czy walczyć i brać niewolników? Na słowa o łapaniu niewolników oczy Vanko się zaświeciły, jednakże mordercze spojrzenia Zoriana i Drussa, spowodowały, że Vanko nic nie powiedział.
-
Widzisz nasze towary. Mamy ich więcej na pokładzie statku. Jeśli obiecasz pokój, przywieziemy je.
- Czego chcesz w zamian?
- Wiesz, czego chcemy: kości słoniowej, piór, złota, o ile je posiadasz, skór, szlachetnych kamieni i tak dalej.
-
Niewolnicy? - dociekał wódz. - Mamy wielu jeńców na sprzedaż.
- Nie tym razem.
- Dobrze. - Ashko pokazał w uśmiechu spiłowane zęby. - Masz moje słowo. Będziemy handlować w pokoju, dopóki nas nie obrazisz lub nie będziesz próbował użyć przemocy. - Wyciągnął ręce i uścisnęli sobie z Drussem nadgarstki. - Roześlę wieści do sąsiednich wiosek.
Czarni wojownicy odprężyli się nieco i podeszli, aby obejrzeć kupieckie dobra.
- Chyba wszystko idzie dobrze - odezwał się Springald. Jego czoło błyszczało od potu.
- Tak, jak na razie - powiedział Druss. - Zrozumiałeś, o czym mówiliśmy?
- Mniej więcej. - Przygotowując się do podróży w głąb lądu, Aquilończycy uczyli się kushyckiego od nowych żeglarzy.
- Uważaj - ostrzegł Cymmerianin. - Wszystko może się zmienić w jednej chwili. Obietnica dana obcym nic nie znaczy na tym wybrzeżu. Ich słowo jest wiążące jedynie wewnątrz szczepu.
- Rozumiem. Więc jest niedobrze?
- Nie wiadomo. Musimy mieć więcej dowodów.
- Co więc robimy?
- Poczekamy.
W ciągu godziny z dżungli wylał się strumień tubylców z pobliskich wiosek. Starcy, kobiety z niemowlętami na ręku i małe dzieci, które trzeba było odganiać od kolorowych świecidełek.
-
Oto nasze dowody - oznajmił Vanko. - Nie byłoby tutaj kobiet i dzieci, gdyby zanosiło się na walkę.
Wkrótce na plaży zrobiło się tłoczno. Rozpoczęto przygotowania do wielkiej uczty. Jeńcy, skuci łańcuchami i pilnowani przez wojowników, wykopali w piasku ogromne palenisko. Wkrótce zatańczyły w nim płomienie i kucharze przygotowali mięso na pieczeń. Wraz ze stosami owoców i placków z grubo mielonej mąki pojawiły się dzbany z miejscowym winem i piwem.
W ostatniej łodzi przypłynęli Wulfrede, Malia i Ulfilo. Van się rozpromienił, gdy zauważył wyłaniający się z lasu sznur tragarzy. Niektórzy uginali się pod ciężarem wielkich kłów, inni nieśli na głowach belki cennego drewna. Wulfrede podszedł do Drussa.
- Widzę, że wszystko kontrolujesz. Ta podróż może przynieść ogromne zyski, nawet jeśli nie odnajdziemy tego zaginionego brata.
- Nie przybyliśmy tutaj dla zysków - wtrąciła Malia. - Musimy odnaleźć mojego męża.
Tubylcy gapili się na Aquilonkę, dziwiąc się jej białym włosom i wyjątkowo jasnej skórze. Kobiety pocierały jej ręce, aby sprawdzić, czy Malia nie jest pomalowana białą farbą. Znosiła to z arystokratycznym spokojem.
- Cóż, mnie przygnała nadzieja na zbicie majątku - odpowiedział jej Wulfrede.
-
Musimy zapytać ich o Rogi Shushtu - rzekł Springald.
Wulfrede potrząsnął głową.
- Nie. Najpierw trzeba ich uspokoić i zająć się czymś, czego się spodziewają - handlem. Później możemy, a nawet musimy, wspomnieć o ekspedycji, bo potrzebujemy tragarzy. Na razie zapytamy ich tylko o źródło czystej wody, w przeciwnym razie powali nas gorączka.
-
Już pytałem - rzekł Chen Shu. - Godzinę drogi w górę rzeki jest strumień, który wypływa z pobliskich wzgórz. Woda w nim jest czysta i słodka.
- To dobrze. Dzisiejszej nocy będziemy świętować z naszymi nowymi przyjaciółmi. Rano wyślemy łódź, żeby ludzie napełnili beczułki. Po południu, kiedy wszystkich przestanie męczyć pragnienie i ból głowy, wynajmiemy tragarzy do podróży w głąb lądu. - Van odszedł, rozmawiając z wioskowymi kacykami. Musiał poczynić przygotowania związane z rozdawaniem podarków dla starszyzny.
- Musimy zapytać o mojego brata - powiedział Ulfilo.
- Później, w czasie uczty - zadecydował Wulfrede. - Gdy wino zaszumi im w głowach i poprawi humory. Ale już teraz mogę ci powiedzieć, że nie widzę śladu jego statku. Być może twojego brata spotkało jakieś nieszczęście zaraz po opuszczeniu Khemi. Może nigdy nie dotarł do Czarnego Wybrzeża.
- Dotarł bezpiecznie. Masz na to moje słowo.
- Znowu te diabelskie tajemnice - zganił go zapalczywie Vanir. - Jeśli powiesz mi wszystko, co wiesz, będę mógł lepiej robić to, do czego mnie wynająłeś.
- Już niedługo - zapewniła Malia. - Mój szwagier jest małomówny, ale ma ku temu powody.
- Zastanówcie się. Wszyscy narażamy życie z powodu waszych sekretów. Sytuacja i bez tego jest niebezpieczna.
-
Myślisz, że coś nam grozi?
- Nie ma bezpiecznego miejsca na Czarnym Wybrzeżu. Tutejsi ludzie, łagodnie mówiąc, są zmiennego usposobienia. Awantura czy nawet jakaś obelga może spowodować masakrę. Jesteśmy bezpieczni tak, jak to możliwe, ale to wcale nie oznacza, że całkowicie.
Po zachodzie słońca zaprzestano handlu i wszyscy za wyjątkiem niewolników zaczęli ucztować. Aquilończycy i żeglarze przechadzali się w pobliżu dołu z ogniem, na pozór doglądając pieczenia, ale w rzeczywistości sprawdzając, czy nie zostaną poczęstowani ludzkim mięsem. Na szczęście nie zobaczyli niczego poza świniami, kozami, ptactwem i łowną zwierzyną. Wokół rozchodziła się apetyczna woń.
-
Być może to tylko plotka - powiedział Springald - że są ludożercami.
- Być może zjadają jedynie wrogów zabitych w walce - odrzekł Chen Shu - myśląc, że w ten sposób przejmują ich odwagę.
- Nie przysparza mi to apetytu - powiedziała Malia.
Usiedli pod drzewami na olbrzymich liściach rozpostartych na piasku. Służący położyli przed nimi płaty parującego mięsa i inne pożywienie, a niewolnice wachlowały ich, by odgonić owady.
Wulfrede przysiadł się do nich. W jednej ręce trzymał tykwę z miejscowym piwem, w drugiej pieczonego ptaka, którego łapczywie obgryzał. Spłukał kęs potężnym łykiem piwa i beknął.
- Na Ymira, gdybym nie był taki uczciwy, wróciłbym z tej podróży bogaty - oznajmił.
- A niby jak? - zaciekawił się Springald.
- Jeden z kacyków zaproponował mi stu niewolników za Malię. Urzekła ich jej uroda. W tych stronach stanowi egzotyczny kąsek.
- Stale próbujesz mnie sprowokować - powiedziała zimno kobieta. - Postanowiłam to zignorować, jak zwykle.
-
Wy, Aquilończycy, jesteście narodem pozbawionym poczucia humoru - mruknął Wulfrede.
Wieczór mijał w przyjemnej atmosferze. Wodzowie i wojownicy, dzięki wygranym wojnom z sąsiadami oraz temu, iż ostatnio nie napadali ich piraci czy łowcy niewolników, byli w dobrych nastrojach. Od dłuższego czasu handlarze nie pojawiali się na tym niegościnnym wybrzeżu, więc tubylcy mieli mnóstwo rzeczy na wymianę i wielkie apetyty na towary, których sami nie potrafili wytworzyć. Byli zadowoleni, że mogą kupić za przystępną cenę metale, ubrania i świecidełka. Lamentowali jedynie, że biali nie chcą niewolników, gdyż mieli dość utrzymywania jeńców. Wulfrede zapewnił ich jowialnie, że po powrocie na północ poleci paru znanym handlarzom Wybrzeże Kości.
Gdy napełniono brzuchy, a piwo lało się strumieniami, Vanko postanowił poruszyć interesujący Aquilończyków temat. Zwrócił się do Ashka, który teraz paradował we wspaniałym naszyjniku srebrnych paciorków i krótkiej pelerynie ze szkarłatnego jedwabiu - prezentach od nowych przyjaciół.
- Powiedz mi, Ashko, czy wiesz coś o białym człowieku, nieco podobnym do Ulfila, który odwiedził to wybrzeże w ciągu ostatnich dwóch lat? Wiemy, że był tutaj raz, a być może powrócił. Jest naszym przyjacielem i zaginął jakiś czas temu.
-
Ten szaleniec? - zapytał Ashko. -
Z żółtymi włosami na głowie i brodzie? Ktoś taki był u nas. Nie zależało mu na handlu ani walce, lecz na podróży w głąb lądu. Powiedział, że tam jest coś, czego szuka. Za pierwszym razem ruszył z setką ludzi, białych i czarnych, i wszyscy byli dobrze uzbrojeni. Wrócił jedynie z dwoma, wyglądali jak duchy. Obiecał przywieźć bogate prezenty i odpłynął z ludźmi, którzy czekali na statku.
Zorian nie dał się zwieść gościnności Borana. Ci ludzie byli dzikusami i całkiem możliwe, że kanibalami, a Marandos, brat Ulfila i mąż Malii, okazał się wystarczająco mądry, by przybyć tutaj z silnie uzbrojoną grupą. Pozwolili mu odpłynąć jedynie dlatego, że obiecał im bogate podarki.
- I rzeczywiście wrócił?
- Tak, ze wspaniałymi prezentami, które obiecał. Tym razem miał dwie setki ludzi oraz bumbana, i znów zniknął w głębi dżungli. Więcej go nie widzieliśmy.
-
A co to są bumbana? - spytał Vanko.
Jednak nim padła odpowiedź, do rozmowy wtrącił się Springald.
- Kiedy widziałeś ich po raz ostatni, przyjacielu Ashko?
Kacyk niedbale wzruszył ramionami.
- Sześć księżyców temu, może dziesięć lub dwanaście.
- Ci tubylcy niewiele uwagi poświęcają upływowi czasu - wyjaśnił Druss. - Tutaj nie ma prawdziwych pór roku, tylko sezon deszczowy i suchy, a często trudno je odróżnić.
- To kłopotliwe - powiedział Ulfilo - ale przynajmniej wiemy, że mój brat dotarł tutaj po raz drugi i miał się dobrze, kiedy wyruszał w głąb lądu.
- Drussie, zapytaj naczelnika, dlaczego nazwał Marandosa szaleńcem - poprosiła Malia.
Nie władała jeszcze biegle kupieckim językiem, a poza tym wódz mógłby poczuć się obrażony, że zwraca się do niego kobieta. Cymmerianin przetłumaczył pytanie.
- Jedynie szalony człowiek rusza daleko na wschód - odrzekł Ashko. - Spośród nas udają się tam tylko czarownicy, którzy pragną zdobyć wielką moc. Za wschodnimi górami mieszkają wielkie duchy i demony, które wypijają krew wszystkim śmiałkom. Nie ma tam niczego wartościowego. Z pierwszej wyprawy biały człowiek wyniósł tylko życie, a i to ledwo się w nim kołatało. Następnym razem nie powrócił. - Wódz wymownie wzruszył ramionami. - Był szalony.
Kiedy biesiada i hałasy ucichły, załoga statku udała się do urządzonego na brzegu obozowiska. Wystawiono posterunki, gdyż kraj nie był bezpieczny, niezależnie od pozorów.
Wulfrede surowo zabronił kilku marynarzom picia i ci stanęli na warcie pierwsi. Marudzili, ale wiedzieli, że lepiej nie przeciwstawiać się kapitanowi i że przymusową posuchę odbiją sobie następnego dnia. Dzięki takiemu rozwiązaniu Van zapewnił obozowisku spokój i ochronę.
Zanim wszyscy się położyli, Druss odszukał Ashka, który był jeszcze na tyle trzeźwy, by mówić.
- Jeszcze nie śpisz i trzymasz się na nogach? - Naczelnik pokazał ostre zęby w uśmiechu. - Czyżbyśmy nie nakarmili cię dostatecznie albo czy nie dostałeś dość piwa? A może teraz masz ochotę na kobietę?
- Nie, mój przyjacielu, twoja gościnność nie ma granic. Nigdy nie byłem przyjmowany tak wspaniale. Chciałbym tylko zapytać cię o coś, o czym wspomniałeś na uczcie.
- Co takiego? - Kacyk podszedł do dołu z ogniem i klasnął w dłonie. Podbiegła do niego kobieta z dwoma tykwami i drewnianym dzbanem z palmowym winem.
Druss wziął jedną tykwę i wypił łyk wina, aby nie urazić gospodarza.
-
Użyłeś słowa, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Powiedziałeś, że ten szaleniec wrócił z północy z ludźmi i bumbana. Kim są ci bumbana?
Ashko okazał zdziwienie.
- Nie macie na północy bumbana? Musicie mieć, bo miał z sobą dziesięciu.
- Być może znam ich pod inną nazwą.
-
Bumbana to ludzie-zwierzęta, małpoludy, które mieszkają w górach daleko na wschodzie.
- Aha. Na jakim żaglowcu przypłynęli?
- Wszystkie statki z północy są dla mnie takie same. Pierwszy wyglądał wielce podobnie do twojego. Drugi był cały czarny. Nawet wiosła i wielkie płótna, które chwytają wiatr, miał czarne.
- Jeszcze jedno. - Druss przykucnął przy ogniu, wziął patyk i zaczął rysować figurę na piasku. - Czy widziałeś już kiedyś coś takiego?
Na piasku widniał szeroki sierp księżyca ze skierowanymi w górę rogami, które obejmowały trójząb o falistych ostrzach.
Ashko mruknął potakująco.
-
Podobna figura, tylko złota, była umieszczona na najwyższym maszcie czarnego statku.
Impreza do późnej nocy i zostaniecie wśród ludożerców, pilnowani przez marynarzy, śpicie, czy coś działacie?