Okolice Goodsprings
Owinięty w pasie koszulą i prężący z lichym skutkiem swe wątłe nagie bicepsy chudzielec wdarł się co sił w nogach na szczyt wzniesienia, tocząc wokół siebie zdesperowanym wzrokiem. Ujrzał kolejne wzniesienia, przedzielone głębokimi kanionami i skalistymi żlebami, porośnięte tu i ówdzie pożółkłą kolczastą roślinnością. Gdzieś z przodu mignęła mu na ułamek chwili dziewczęca sylwetka, toteż biorąc głęboki oddech popędził w dół wzniesienia zamierzając dopędzić czym prędzej zawziętą dziewczynę.
W połowie stoku poślizgnął się na kawałku skalnego gruzu, wydawszy z siebie cichy wizg opadł na pośladki i zjechał w dół trąc nagim tyłkiem o rozpaloną słonecznym żarem skałę. Peemka wypadła mu z ręki, odbiła się z metalicznym trzaskiem od jakiegoś kamienia. Klnąc na czym świat stoi chudzielec pochwycił z powrotem broń i zerwał się na równe nogi posykując z powodu promieniującego w tyłku bólu.
Sunny zniknęła mu z oczu, a zbocza skalistych wzgórz wyrosły znienacka ponad głowę chudzielca przyprawiając go swą dziką groźną panoramą o zimne dreszcze. Upewniwszy się, że z broni nie wypadł przypadkiem magazynek, mężczyzna zaczął wspinać się na przeciwległe wzniesienie, wytrzeszczając oczy i kręcąc na wszystkie strony głową. Zdobycie szczytu zajęło mu dobre kilka minut i kosztowało tyle wysiłku, że docierając na górę nie potrafił się opędzić od zawrotów głowy. Przykucnął na chwilę w cieniu rzucanym przez wyjątkowo okazały kaktus, oblizując usta i żałując, że nie zabrał ze sobą butelki z wodą.
Sunny wyrosła u jego boku tak nieoczekiwanie, że mimowolnie otworzył usta do krzyku. Smukła, ale silna dłoń dziewczyny zamknęła mu usta, zdusiła okrzyk w zarodku.
- Zamknij się! - zasyczała dziewczyna kucając obok chudzielca i pokazując jednocześnie palcem w dół zbocza. Podążając za jej wzrokiem mężczyzna przełknął bezwiednie ślinę i skulił się przypadając do skalistego gruntu.
Kilka niewielkich, ale zwinnych kształtów podskakiwało u podstawy wzgórza przepychając się między sobą pośród wściekłych posykiwań i skrzeków, walcząc o pierwszeństwo w posiłku. Ich ofiara, broczący krwią z licznych głębokich ran Joe Cobb, leżała na ziemi z rozdartym gardłem, targana na strzępy przez żarłoczne stwory.
- One go jedzą? - wyszeptał niemal bezgłośnie chudzielec, zerkając z ukosa na Sunny.
- Skręcił kostkę, kiedy próbował przed nimi uciekać. To szare gekony, te większe - wyjaśniła szeptem dziewczyna, przyglądając się jednocześnie krwawej uczcie w dole - Trzymają się z dala od osady, bo płoszą je kozłorogi, ale na pustkowiu są śmiertelnie niebezpieczne. Tak czy owak, rozwiązały nasz problem. Cobb już nie zaniesie wieści do więzienia. Wracajmy do Goodsprings, tylko po cichu. I gdzie ty do cholery masz spodnie?
Joe Cobb daleko nie uciekł, jakieś pół mili od osady dopadły go mięsożerne gekony. Tym samym Kajdaniarze w Jean chwilowo nie będą mieli pojęcia, co się stało z ich kumplami!