-...to miejcie... - mówiąc to odpiął pas z bronią i rzucił je parę kroków od siebie zbyt daleko by dosięgnąć w nagłej potrzebie.
Grzmot bliższy tym razem zawtórował ostatnim słowom templariusza oświetlając na moment postawną sylwetkę jego. Bounafiori nie drgnął nawet na ów wyraz gniewu bożego, nie w porę mu też było nad onym głosem Stwórcy tu i teraz kontemplować. Stał tedy niewzruszenie w strugach deszczu zalewających jego ciało dając tym w środku czas do pomyślunku. Ni lęku nie czuł, ni żywotnych objawów, nie było mu ani zimno, a i wszelkie śmiertelnych wędrowców troski miał teraz w błahym poważaniu. Czekał..
[center]***[/center]
Poszedł, jako podwładny usłużnie wolę templariusza wykonując. Tichy ku koniom się skłonił, a w głowie huczały mu bardziej niźli burzowe gromy słowa Alfonsa o... Łamignacie. Martwego go przecie widział! Tedy kołysał się jak upojony winem obłędnym wzrokiem wypatrując niecodziennych uroków u wierzchowców. Dumał..
[center]***[/center]
Zaszedł od tyłu chaty jak mu Alfonso nakazał. Plan był rozsądny choć po chwili zdał sobie sprawę, że nie w smak mu nieco tak się onemu chwiejnemu na umyśle- możnaby w świetle ostatnich godzin uznać- tak się dać wysługiwać. Podkradł się cicho, jako potrafił, gdy szelest zza pleców posłyszał niedaleki. Do ściany doskoczył, rozejrzał się uważnie. Zrazu coś znowu w knieji się poruszyło. Niewielkie, jakoby dzik jaki.. z lewa raz jeszcze skoczyło, niechybnie schronienia szukając.
Człek to jednak być musi..- po sposobie poruszania zmiarkował się po chwili.
-Dziadku...?- posłyszał szept pośród ciemności.
Gdzież?! Być to nie może! -wspomniał chwilę poprzednią, jak templariuszowe ciało jęły nękać spazmy.
Nie może to być..- w myślach powtórzył. Wzrok wytężył, choć pojmować zaczął, że tu nie o widzialne sprawy się rozchodzi.
Diabeł li Bóg? -pukał teraz do Rundstedtowej duszy. Ni tchu ni przyspieszył, ni serce mocniej nie zabiło. Stał nieruchomo niczym posąg z marmuru. Deszczu strugi po spękanym spływające dachu nową właśnie odkrywały drogę wprost na raubitra uchodząc, gdy w las się gapił.
-Dziadku..? -poczuł dłoń ciepłą za rękę go ujmującą, głowę powoli odwrócił ku Kunegundzie..
Wzrokiem nań patrzyła wymieszanym nadzieją i przerażeniem na równi. Wtem drzwi skrzypnęły uchalając się na zewnątrz..
[center]***[/center]
Czekał.. nasłuchiwał. Kroki skryte posłyszał z wnętrza chaty. Wreszcie do wyrwy, co oknem dawniej niechybnie była ktoś podszedł.
- Panie Buonafiori! Myślałem, żeście szczezli już całkowicie! Cóż za spotkanie! Wejdźcież do środka!- szybko ku drzwiom giermek ruszył, na oścież je otwierając. Wyszedł za próg, skłonił się i gestem zaprosił do wejścia.
- Rozmówić nam się jak widzę należy. Przeto nieufność niepotrzebna.. niepotrzebna Panie nieufność między chrześcijany.*
8art- ja sam nie wiem, czy Rundstedt to widzi naprawdę, czy też mu się wydaje. A Ty jak myślisz?
Drzwi się uchylają, skrzypnęły, ktoś zaklął cicho, Łamignat chyba, Kunegunda zaś stoi jak stała, a w lesie jest ktoś jeszcze.. a może jednak ich nie ma?
*- Alfonso- ton głosu Hlavy porównać mógłbyś do przyłapanego na czymś złodziejaszka. który chce czmychnąć. Buonafiori ma pewność, że w chwili obecnej Hlava ma nieprzyjazne zamiary.
Dobro- Tichy przed chwilą usłyszał, że Łamignat żyje i siedzi w tejże chacie. Tichy wykonał polecenie templariusza, ale za chwilę oprzytomnieje. Co z tym odkryciem zrobi?