Smocza Przystań, 14 dzień Ostatnich Siewów
Jeden po drugim cudzoziemscy najmici dołączyli do siedzącego okrakiem na ogrodzeniu Bretona, sięgając po własne liny i sprawdzając je ze zrozumiałą ostrożnością. Widząc ich gotowość do poprowadzenia forpoczty straceńców, Irileth mruknęła coś cicho pod nosem.
Chociaż jej słowa były tak ciche, że nikt ich nie zrozumiał, najmici nie mogli się oprzeć wrażenia, że wypowiedziano je tonem aprobaty.
- Bogowie, miejcie mnie w swej opiece - powiedział głośno Neviers. Nakreśliwszy na piersi znak Akatosha Breton opasał się liną, a potem przełożył drugą nogę za blanki i zniknął w jednej chwili. Któryś ze zbitych w ciasną grupę hersirów westchnął bezwiednie, ktoś inny gwizdnął z wrażenia. Ledwie chwilę później wszyscy rzucili się do ogrodzenia, z Irileth i Skarsim na czele, przechylając się ponad ostrokołem i spoglądając w dół.
Dumas Neviers opuszczał się niczym łasica w dół liny, ściskając ją grubymi skórzanymi rękawicami i odbijając się nogami od skalnego klifu.
- Barr'teh myśli, że on miał za przodka khajiita - przyznał niechętnie kotołak, strzygąc pociesznie uszami - Nie ma sierści ani ogona, ale bardzo zwinnaśny, bardzo... ale Barr'teh go zaraz prześcignie!
Dowodząc tego, że nie zwykł rzucać słów na wiatr, khajiit zaczął się opuszczać w dół pionowej ściany w ślad za Neviersem, poprzez zimną ciemność nocy rozpraszaną jedynie słabym blaskiem księżyca.
- Na święte piaski, trochę wysoko - powiedział przyciszonym głosem Hastur, czując w głowie lekki zawrót głowy, który wcale go nie dziwił. Odległość dzieląca mur Przystani od traw wyżyny jawiła się Redgardowi niepokojąco olbrzymia i jedynym pocieszeniem była dla niego świadomość, że schodzenie w dół liny było łatwiejsze od wspinaczki w górę.
Nie będę owijał w sreberka - czeka Was dość niebezpieczny test ZR. Skrycie liczyłem na to, że ktoś okaże dość pokory i poprosi o błogosławieństwo kapłanów Arkaya, bo w tym świecie bogowie zwykli wspierać swych wyznawców w potrzebie... ale teraz po ptokach, trzeba liczyć wyłącznie na siebie!