Fort Szarej Przystani, 14 dzień Ostatnich Siewów
Hastur na co dzień nie posługiwał się łukiem, wolał odstąpić tego rodzaju oręż swym druhom pokładając większe zaufanie w swoich mieczach i wyważonych nożach nadających się wybornie do rzucania.
Lecz stojący na baszcie strażnik znajdował się dalece poza zasięgiem jakiegokolwiek miotanego oręża, nawet ciśniętego z całej siły oszczepu. Próba podejścia bliżej oznaczała zaś konieczność pokonania dziedzińca, gdzie każdy intruz mógł zostać w mgnieniu oka dostrzeżony przez rozprawiających o czymś hałaśliwie rozbójników znad bramy.
A wszyscy z nich mieli przy sobie łuki i bez wątpienia wiedzieli jak się nimi posługiwać. Redgard nie wątpił, że mieli wcześniej sposobność strzelać do ludzi, a jeśli nawet nie było im to dane, niemal każdy góral zwykł polować z użyciem łuku właśnie, co sprawiało, że broń ta stanowiła śmiertelne niebezpieczeństwo w rękach Norda.
Kotołak wylądował miękko tuż obok kucającego z napiętym łukiem Hastura, mrużąc ślepia i strzygąc uszami. Niemal natychmiast dołączył do niego jeden z dwóch hersirów, starający się zapanować nad zdyszanym oddechem. Przechyliwszy się ponad ogrodzeniem mężczyzna wyciągnął w dół palisady pomocną dłoń, złapał za rękę swego próbującego dostać się do góry druha ciągnąc go za rękaw.
- Najpierw ten na baszcie - wycedził przez zęby Redgard, wskazując grotem strzały znajdującego się na wysokim pomoście rozbójnika. Człowiek wciąż tkwił w bezruchu na swym stanowisku, wciąż spoglądał w dal ku gościńcowi. Kotołak omiótł drapieżnym spojrzeniem otoczenie bramy, oblizał bezwiednie pyszczek, a potem błyskawicznie ściągnął z pleców własny łuk. Wciągnąwszy na pomost swego towarzysza pierwszy z hersirów poszedł w ślady przybyszów z Cesarstwa.
- Na mój znak... - wyszeptał Hastur mrużąc oczy. Grot jego strzały zdawał się mierzyć wprost w tors odległego wartownika, ale Redgard wiedział, że każdy mocniejszy podmuch wiatru wystarczy, by zepchnąć pocisk z właściwego toru.
Trzymające cięciwę palce poruszyły się delikatnie zwalniając swój chwyt, znienacka jednak od strony bramy w powietrze wzbiły się zaskoczone męskie okrzyki, tworzące kakofonię nakładających się na siebie niezrozumiałych okrzyków.
Strażnik na baszcie poruszył się raptownie słysząc tę wrzawę, okręcił się na pięcie spoglądając ponad dziedzińcem fortu ku jego bramie. Chociaż Hastur nie dostrzegał z wysokości drewnianego ogrodzenia szczegółów jego ogorzałej od wiatru twarzy, domyślał się otwartych szeroko oczu.
Strażnicy nad bramą właśnie wydali z siebie pierwsze okrzyki, dostrzegając kątem oczu nadciągającą ku bramie kupę zbrojnych. Irileth zaatakowała odrobinę za wcześnie, ale istniało takie ryzyko zważywszy na fakt, że tak naprawdę nie wiedziała, jak wygląda sytuacja taktyczna infiltrujących fort zwiadowców.
Strażnik na baszcie jest oczywiście zaskoczony, ale to zaraz mi minie!