Koncentracja nie trwała długo Baart uspokoił myśli przywołując tylko jedną. Wszystko co się dzieje, dzieje się z Jego woli. Jak więc może nie udać się mi, którego On posyła.
Strach odpłynął w jednym momencie. Baart mknął wzdłuż żółtego kabla wgłąb pomieszczenia. I wtedy poczuł pierwszy raz, od kiedy nauczył się ożywać tego daru, jak coś go spowalnia. To było wrażenie jakby ciemność go oblepiała spowalniając jego pęd wzdłuż kabla. Czuł jak coś, lub ktoś kontruje i rozprasza jego moc, Niemal dotykał już wizji za ścianą. Obraz formował się ale nie wyraźnie. De Jong miał wrażenie jakby patrzył przez bardzo brudną taflę szkła, wykrzywiającego w dodatku obraz. Wyczuł w pomieszczeniu co najmniej trzy istoty. Jedna z nich siedziała spokojnie na krześle. Baart wzmocnił napór na spowalniające go cienie, które drżały napięte do granic możliwości. I w pewnym momencie kiedy już niemal przebił się przez opór, poczuł jakby to ona go odepchnęła za twarz. Szarpnęło nim jak wystrzelonym z procy kiedy oblepiające go macki ciemności z siłą miotnęły go gdzieś w dal ostatecznie wygrywając. Odepchnięcie rzuciło go w zupełnie inną wizję...
Stał po środku ciemności trzymając świecę w jednej dłoni. Czarno niczym oko wykol. Baart powoli przyświecał sobie świeca szukając czegokolwiek. Ale nie było tu niczego, żadnych drzwi, korytarzy. Tylko ciemność. Stał tak przez dłuższą chwilę nie wiedząc co zrobić. To nie była wizja jaka chciał zobaczyć. Ale nie tylko to go niepokoiło. Nie bardzo wiedział jak wrócić. Nagle poczuł jakby ruch w pewnej odległości. Coś przesunęło się w ciemności jakby kręcąc się wokół źródła jego światła.
Przez głowę przemknął mu w jednej chwili passus z Biblii:
Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć.*
Poczuł jak coś podchodzi mu z żołądka do gardła dławiąc okrzyk w ustach. Z coraz głośniej bijącym sercem zaczął się przemieszczać raz w jedną raz w drugą stronę. Nagle zauważył, że ogień świecy faluje w przód i w tył. Jakby w rytm czyjegoś oddechu. Tak, czuł wyraźnie na twarzy oddech. Coś cichutko dyszało centralnie przed nim. Niewiele myśląc osłonił ręką płomień. Miał dziwne wrażenie, że od tego czy się pali czy nie zależy w tym momencie jego życie. I skoczył w bok. W oświetlonej nagle ciemności zauważył refelks swojej świecy odbity w kilku czarnych połyskliwych łuskach fragmentu ogona.
Wrzasnął i wzywając imienia Pana, tym razem na pewno nie nie na daremno mknął ile sił w nogach. Poczuł jak coś przydaje mu siły w nogach, jak coś go podnosi za ramiona z ciemności jakby ku powierzchni...
Nagle wszystko zawirowało.
Bart podszedł do panelu i poruszył palcami kilkukrotnie, jakby próbował wcisnąć kombinacje pinu. Nie otworzył jeszcze wrót... miał dziwne uczucie Déjà vu. Tylko ręce mu dziwnie drżały. Pamiętał całą straszną wizję. Spojrzał na pozostałych.
- Niech pan wytrze nos.. - powiedział cicho Pascal. Z obu dziurek u nosa deJonga wolno spływał szkarłat.
*1 List św. Piotra (1 P 5)
Czar wyszedł. Został skontrowany przez kogoś, zapewne ze środka pomieszczenie. Co więcej niezależnie od tego nastąpiło pierwsze wyładowanie paradoksu. Dzieje się tak przeważnie w przypadku magi wulgarnej albo przy nadużywaniu magi w ogóle. W ten sposób gobelin (rzeczywistość) broni się przed grzebaniem w nim.
Tym razem wyładowanie było słabiutkie, symboliczne rzekłbym. Jest to bardzo traumatyczne przeżycie, mam nadzieję że choć częściowo udało mi się przedstawić jego dramatyzm.