Angano odwrócił się od katafaklu tak szybko, że zaskoczony tym nagłym ruchem Eco wręcz podskoczył w miejscu. Na bladej twarzy kapłana rysował się dziwny grymas, upiorny i nienaturalny, podkreślony bielą wyszczerzonych w wyrazie wściekłości zębów. Zlany zimnym potem gwardzista uniósł pojednawczo dłonie, gotów upaść na kolana i objąć nogi duchownego w błaganiu o łaskę.
Nie zdążył tego uczynić. Z ust khtana padły ostre słowa wypowiedziane w nieznanej miejskiemu strażnikowi mowie. Słysząc rozkaz jeden z ogrów strącił pięścią z podwyższenia zwłoki żebraka, cisnął je na kamienną posadzkę niczym worek łachmanów. Drugi z promieniujących brutalną siłą służbitów zrobił krok w stronę Eco, ucapił gwardzistę za kark pośród suchego trzasku pękających szwów pod pachami mężczyzny. Surelianin wrzasnął coś w napadzie ślepej paniki, daremnie próbując się wyzwolić z mocarnego uścisku ogra.
Poderwany w górę przez niebywale silnego ciemiężcę, Eco wylądował ku swej zgrozie na czarnym katafalku, na miejscu zajmowanym ledwie chwilę wcześniej przez zwłoki żebraka. Jego prześladowca przycisnął ciskającego się szaleńczo nieszczęśnika do kamiennej powierzchni, drugi zaś ogr obszedł katafalk zatrzaskując coś na rękach i nogach Eco.
Kiedy obaj ogromni służbici odstąpili od podwyższenia naciągając z powrotem na czoła zsunięte kaptury, gwardzista uświadomił sobie, że jego kończyny tkwią w solidnych metalowych klamrach wkręconych w rytualne podwyższenie. Owładnięty skrajnym przerażeniem, mężczyzna targnął się kilkakrotnie w beznadziejnej próbie uwolnienia z potrzasku.
W myślach surelianina pojawiło się znienacka wspomnienie dziwnych rowków wyżłobionych w katafalku, służących najpewniej do odprowadzania na posadzkę krwi. Coś, co jeszcze chwilę temu wydało mu się absurdalnym zbytkiem w świątyni Boga Umarłych, teraz dławiło gardło lodowatym uściskiem zgrozy - wyglądało bowiem na to, że rowkami tymi płynęła od czasu do czasu gorąca krew wytaczana z żywego jeszcze ciała, a nie ze sztywnych zwłok.
- Panie, błagam! - wrzasnął Eco, kiedy w polu jego widzenia pojawił się znowu khtan Angano - On łgał jak pies niemyty, przysięgam! Kłamał nawet po śmier-
- Zamilcz, parszywy szczurze! - głos kleryka ciął niczym nóż, momentalnie zamykając strażnikowi usta - Nie skłamał ani razu. Przywoławszy jego duszę rzuciłem zaklęcie prawdomówności. Wiedziałbym, gdyby mnie okłamał, ty nędzny miocie ulicznej dziwki i trolla! Sprowadziłeś do świątyni zwyczajnego żebraka i uczyniłeś ze mnie głupca! To niewybaczalne świętokradztwo i sroga spotka cię kara. Lepiej by ci chyba było nigdy się nie urodzić, parszywcze!
Nie bacząc na nieskładne błagania więźnia, Angano strzelił palcami prawej dłoni i jego latająca księga czarów pojawiła się w mgnieniu oka na wezwanie pana. Przewracane karty księgi zaszeleściły cicho. Wybrawszy szukaną stronę, morglithanin strzelił palcami ponownie, tym razem gest ów oznaczał jednak coś innego.
Jeden z ogrów pochwycił sękatymi palcami policzki gwardzisty, ścisnął je niczym kleszcze zmuszając mężczyznę do szerokiego otwarcia ust, a potem wepchnął mu do nich wielki zwitek oderwanego od płaszcza czarnego materiału. W Komnacie Szeptów zapadła cisza przerywana jedynie niezrozumiałym jęczeniem Eco płynącym zza grubego knebla.
- Oto los, który spotyka zuchwalców mających czelność mnie ośmieszyć - powiedział pozbawionym cienia litości głosem Angano - Płacz i rozpaczaj.