Strona 122 z 170

: 20 maja 2014, 06:18
autor: deliad
Droga na cmentarz, południe drugiego dnia bakis-ranu

Skrzypiąc i podskakują na wykrotach stary wóz o dwóch wysokich drewnianych kołach pokonywał kolejne wzniesienie. Siedzący na koźle Balin po raz setny odgonił tłustą czarną muchę. Promienie słońca palił niemiłosiernie, a ich skryty pod plandeką ładunek zaczynał się psuć wabiąc wszystkie trupożerne owady z całej okolicy.

Tuż przed wozem na dużym i tłustawym ośle jechał nienawykły do jazdy wierzchem Huskun, śmiesznie wysoko i szeroko trzymając wodze. Wzbudzał on wesołość i ciche żarty szeptana przez idących za wozem sześciu strażników. Jednak plecy jadących w przodzie Orofara, Urgrima oraz Gusłka na tyle ich onieśmielały, że zatrzymywali swoje spostrzeżenia jedynie dla siebie.

- To tutaj
- powiedział Huskun dojechawszy do szczytu i patrząc ze wzniesienia - to ten wąwóz, gdzie się na nas zasadzili. W nocy minęliśmy go łukiem, ale dzisiaj trza go sprawdzić.

Cała grupa powoli zjechała ze szczytu między dwa wzgórza formujące coś na kształt wąskiego wąwozu, którego bokiem płynął obecnie wyschnięty potok. Już po kilkunastu metrach zobaczyli leżące zwłoki. Sądząc po zapachu, wzdęciu brzucha i nadgniłym oraz uwalanym ziemiom stroju było to zombi.
Koń Gusłka zadreptał w miejscu przednimi nogami, targnął kłową i parsknął kuląc uszy. Kapłan uspokoił go i zsiadł z siodła.

Huskun zostawiwszy osiołka jakiemuś strażnikowi ruszył w stronę trupa. Jego wąskie szparki oczu wypatrzyły błyski słońca na rozciągniętej między drzewami strunie.

- Uważajcie, to jest pułapka, prawie odciachała zombiemu głowę.

Jakieś trzydzieści metrów dalej leżało zwalone drzewo, pod którym szamotał się przybity do ziemi szkielet. Ziemia wokół jago łapsk była rozkopana prawi na pół metra głębokości. Kościotrup "zwęszywszy" żywych zaczął szamotać się jeszcze bardziej.
Przeszukując miejsce zasadzki (w promieniu 200 m) znaleźliście sześć zniszczonych szkieletów i pięciu martwych zombie. Leżą także ciała świeżych trupów, jest ich siedem. Czterech z nich ma wytatuowane M na nadgarstku. Mają przy sobie broń (Miecze długie typowe 3, szable zakrzywione 4, sztylety 6, noże - 4, Lekkie łuki refleksyjne - 7 i około 100 strzał w siedmiu kołczanach, siedem sakiewek - łącznie - 5 sztukami złota (głównie w srebrze), zbroje lekki - kurtkowe (część mocno uszkodzonych). Ciała Gromka brak. Łupy można upchnąć na wozie.
Zbieranie zwłok trochę potrwa. Czy poselstwo do druidów jedzie dalej (droga daleka), czy czeka na wóz, to samo zapytanie tyczy się Balina i Urgrima?

: 20 maja 2014, 06:26
autor: deliad
Wieża astrologiczna, południe 2 dnia bakis ranu

- Wejdź, wejdź proszę, Barthurze! - zawołał jowialnie gruby niski człowieczek widząc stojącego przed progiem półolbrzyma - ależ mamy dziś upał. Choć napijemy się czegoś zimnego.

Grubasek ruszył przez dom, wydając polecenia służbie, po czym zaczął trajkotać o niebywały przeżyciu jakim była dla niego podróż do kryjówki Nieulękłch. Zawiódł swojego kompana do chłodniejszego pomieszczenie gdzie podano im schłodzone wino.

- Mów zatem jakie sprawy cię do mnie sprowadzają. Czyżbyś planował jakąś kolejną, równie ciekawą eskapadę? - zapytał astrolog podsuwając Barthurowi tacę z łakociami.

: 20 maja 2014, 09:29
autor: Araven
My tutaj zaczekamy na wóz z mości Urgrimem. Oszacuję straty obu stron i przejrzę okolicę.
W czasie oczekiwań wykroję fragment skóry potrzebny do rytuału, staram się oszacować liczbę pokonanych nieumarłych i mrocznych.
Mam nadzieję, że wóz tu przybędzie, bo go zamówiliśmy wcześniej...

: 20 maja 2014, 10:08
autor: deliad
Do Szczeliny Zagłady jeszcze spory kawałek drogi, a tam trafiają ciała martiwaków, biedoty, kryminalistów i tym podobne. Teraz zatrzymaliście się w miejscu zasadzki Mrocznych. Pech chciał, że wśród zabitych w zasadzce nie ma krasnoluda (a może i szczęście). Po ich zapakowaniu na wóż ruszycie dalej, miniecie cmentarz i zakręcicie na wschód i dotrzecie do Szczeliny. Tam zrzucicie ładunek w bezdenne czeluści. Tam też trafiły zwłoki krasnoludzkiego zombie, którego skórę potrzebujecie.

: 20 maja 2014, 10:16
autor: deliad
Przed garnizonem katańskich orków, południe 2 dnia bakis-ranu

Bazook ruszyła w stronę garnizonu katańskich orków, aby zbadań co się stało ze truchłem ubitego lemeona. Upał była tak okrutny, że krasnolud mimo lekkich ubrań unikał bezpośredniego działania promieni słonecznych ,chodząc po opustoszałych ulicach miasta, tylko w cieniu budynków.

Wrota kasztelu w którym stacjonowali katańczycy były zamknięte. Przed bramą stali dwaj strażnicy. Krasnolud przystanął na rogu i przed dłuższą chwilę obserwował wchodzących i wychodzących oraz rozglądał się za jakimś mieszkającymi w tej okolicy mieszczanami.
Zdziwił się wielce gdy w pewnej chwili wychodząca z garnizonu piątka katańczyków ruszyła wprost na niego.
Widać, że orki czegoś najwyraźniej od Bazookha chcą.

: 20 maja 2014, 10:35
autor: deliad
Rezolutny Goblin, południe 2 dnia bakis-ranu

Gnoma siedział zarzuconymi na blat stołu nogami i pociągał zimne piwko. Jako, że siedział na obszernym tarasi miał możliwość spozierania na kręcące się przy fontannie kobity. Niektóre z nich napełniając dzbany krystalicznie czystej i chłodnej wody wchodziły do fontanny z wysoko zadartymi spódnicami, a strugi wody przyklejały ich cienkie bluzeczki do ciała. Ładny był to widok .Fontanna Rotgan-kir uznawana za dar bogów, bijąca ze świętego źródła arianny, dostarczała mu wiele radości.

Jego towarzysze rozeszli się po okolicy szukając różnistych komponentów do eliksiru lub starając się zinterpretować zapisy receptury. On natomiast jako bohater poprzedniej nocy został regenerując siły.

On wiedział, że nie przydzielono go do żadnego z zadań, nie z powodu braku sympatii, niezrozumienia jego dowcipu, czy też dlatego, że wplątałby ich w jakąś kabałę. Co to to nie. Przecież wszyscy go uwielbiali.

Drayaharus dobrze wiedział, że pozostawiono go w spokoju, żeby obmyślił jak zdobyć najważniejszy z komponentów - Łuskę Czerwonego Węża. Łuska była fragmentem kory świętego drzewa sharamitów, posiadanym jedynie przez wybrańców boginie. Tak przynajmniej twierdził Fraki.

Drzewo zwane Czerwonym Wężem rosło na małej wyspie, a wyspę strzegli kapłani. Jedynym sposobem pozyskania Łuski było zasłużenie się dla kapłanów Sharami, albo uczestniczenie w święcie Powietrznego Tańca, kiedy to palono ognisko wokół drzewa i niekiedy pod wpływem temperatury łuska odskakiwała w ręce tańczącego wokół drzewa szczęśliwca.

Trudny orzech do zgryzienia, ale kto ma sobie z tym poradzić jak nie tan Drayaharus Imaginerus.

: 20 maja 2014, 17:28
autor: 8art
Barthur szedł za tanem Akronionem Fubarem z rozdziawioną w głupiej minie gębą, zadziwiony przykładnym urządzeniem domostwa, ale także czołobitną służbą.

Gdy już usiedli i olbrzym upił wina w pianickiej celebrze, w końcu odezwał się coś więcej niż tylko potakując rozmówcy:

- No ja to bych ruszył z jakąś eskapada tylko kaj jeszcze nie wiem. Ale obiecuja że dam wom znać przez umyślnego. Sprowadzają mnie do Was jednak inaksze sprawy natury teoretycznej, gdzie licza, że Wasz punkt widzenia może nieocenionym być, bo co ja prostaczek godom to ludziskom koło uszów lato. Ale co wy rzekniecie, to jak na katańskim liście postawione, nieprawda? - spróbował się nieco wkupić w łaski fachowca.

- Mom i ja tako zagwozdka tanie Akronionie. O te eony spytoć chcioł Was, bo pamiętom, żeście nie lada ekspert. Wiecie może jak one krążą i kaj je znaleźć?

: 20 maja 2014, 22:54
autor: Keth
Droga na cmentarz, 2 bakis-ranu

Chociaż dosiadający osła goblin podróżował zaledwie krótką chwilę, nienawykły do siodła poczuł skrywaną przed otoczeniem głęboką ulgę mając sposobność do rozprostowania nóg. Na grube wargi goblina wypełzł szeroki i wyjątkowo mściwy w swym wyrazie uśmieszek, kiedy spojrzenie jego bursztynowych ślepków padło na zaścielające miejsce zasadzki zwłoki. Mroczni bez wątpienia nie spodziewali się takiego obrotu spraw, a godny podziwu spryt gnoma zgotował im wyjątkowo przykrą niespodziankę.

Huskun postrzegał się za osobnika wyjątkowo chytrego i biegłego w knowaniu, ale Drayaharus szczerze go ujął za serce swym pomysłem złapania skrytobójców w pułapkę. Taki podstęp godzien był szaleńczego picia do utraty świadomości, ku chwale i radości Pana Kielicha!

Przechadzając się pomiędzy trupami Mrocznych zaklinacz schylił się po leżący przy zwłokach lekki refleksyjny łuk, naciągnął na próbę cięciwę broni, po czym zwolnił ją z charakterystycznym dźwięcznym śpiewem. Zdarzało mu się czasami polować na mokradłach z użyciem podobnej broni, toteż zarzucił sobie zdobyczny łuk na plecy i zaczął przebierać w strzałach szukając tych o najładniejszych lotkach.
Gdybyśmy byli we własnym gronie, Huskun ograbiłby zabitych do ostatniego guzika, ale w towarzystwie postronnych osób nie wypada. Zabieram jeden refleksyjny łuk i dwa kołczany strzał (nie wiem, ile ich tam wlezie). Potem z powrotem na osła i proponowałbym bez dalszego czekania kontynuować podróż do świętego gaju!

: 21 maja 2014, 21:45
autor: Dobro
Przejdę się w okolicę wyspy, gdzie rośnie to mistyczne drzewo. Chcę się dowiedzieć przede wszystkim, jak to wygląda, czy teren jest otwarty, czy da radę w razie czego uciec, ile - na oko - zmieści się tam osób (uczestników).

Mam też pytanie natury technicznej. Czy rzucajac na siebie czar Niewidzialność, wszystko co dotknę i zdołam zmieścić do kieszeni też jest niewidzialne, czy tego już nie obejmuje zaklęcie?

: 21 maja 2014, 22:32
autor: Keth
Chciałbym poruszyć w trybie technicznym temat wizyty u druidów. Skoro rezydują dziesięć godzin drogi stąd na piechotę, mogą nie wiedzieć zbyt wiele o kłopotach naszego miasta. Myślę, że trzeba ich będzie bardzo szczerze wprowadzić w szczegóły, największy nacisk kładąc na zachwianie naturalnej równowagi pomiędzy proporcjami żywych śmiertelników oraz martwiaków w okolicach Rotgan-kiru.

Gusłek winien powołać się na swój status duchowny, Orofar na honor i rycerskie ideały, a Huskun na umiejętność dramatyzowania. Wspólnymi siłami musimy przekonać owych druidów, że dalsza pasywna postawa może spowodować zalew ich świętego gaju mrowiem ożywieńców, kiedy Rotgar-kir już padnie pod ich naporem!

: 22 maja 2014, 18:10
autor: deliad
W okolica i w samym Rotgan-kir nikt nie zajmuje się tresurą psów wierzchowych. W zasadzie to sztuka znana i uprawiana jedynie przez gobliny. W przypadku waszego plemienia, które żyję na bagnach, wierzchowcem (niebezpiecznym i trudnym w ujeżdżeniu) był smok bagienny.

: 22 maja 2014, 19:01
autor: deliad
Dom astrologa, południe 2 dnia bakis-ranu

Akronion, słysząc pytanie Barthura, uśmiechnął się szeroko.

- Eon, nie eony. Nie masz czym się turbować mój młody przyjacielu. Mało kto zna tą nazwę. Pochodzi ona z języka elfów. Elfy nazywają Eonem, Dziecię Arianny, czyli bobasa okrążającego swoją matkę w Gab-seran...


Korpulentny człowieczek pociągnął łyk wina i powiedzie:
- Z resztą choć pokażę ci coś niesamowitego, co odmieni twoje życie. Tyś minie zaprowadził do świata Nieulękłych to i ja mogę ci się odwdzięczyć czymś równie ciekawym.

Fubar poprowadził swojego kolegę po fachu do piwnicy, która okazała się równie starożytna jak ta u Frakiego. Akronion szedł przez mrok zaopatrzony w świecę rzucającą dość skromną ilość światła. Mały człowieczek strasznie się ekscytował.

- To dzieło mojego życie. Na całej Orchii nie znajdziesz czegoś takiego. Nie ujawniłem tego jeszcze w gronie astrologów, bo obawiam się matuzalemów o stawach równie skostniałych jak ich poglądy. Dlatego proszę cię o dyskrecję.


Człowiek dotarł do niewielkiego choć wysokiego pomieszczenia, przynajmniej Barthur sądził tak po rozchodzeniu się dźwięków, bo świeca dawał zbyt mało światła, żeby rozegnać ciemności.

- Stań sobie tutaj, ja tymczasem wszystko przygotuje.


W trakcie gdy astrolog uwijał się zapalając różnobarwne lampiony i świece, Barthura naszły złe przeczucia. W aspekcie ostatnich wydarzeń trudno było mu uwierzyć w dobre intencje nieznajomych ludzi. Jednak coraz bardziej rozświetlający się sufit zepchnął te myśli na drugi tor.

Z niemym zdumieniem półolbrzym w roziskrzonym setkami płomyków suficie zaczął rozpoznawać konstelacje i gwiazdozbiory. To była tak niesamowite, że młody astrolog rozdziawił usta niemej fascynacji.

Tymczasem Fubar zapalił płomyki w figurkach z różnobarwnego szkła i rżniętego kryształu.

- Zapiera dech w piersiach, prawda?
- zapytał Akronion pełnym dumy głosem.
Barthur zdołał jedynie pokiwać głową.

- Patrz tera mój uczniu. Patrz uważnie
- Fubar podszedł do wystającej ze ściany korby i z trudem zaczął nią pokręcać. Rozległy się piski i skrzypienie, a cała sala zaczęła się poruszać.

W słabym świetle imitacji gwiazd Barthur spostrzegł, że stoli na malowidle obecnie znanego świata Orchii. Był to płaski dysk z wymalowanymi archipelagami i poszczególnymi oceanami.
Nocne niebo zaczęły się wolniutko poruszać obracając wokół centralne gwiazdy zwanej Okiem Niedźwiedzicy. W ruch ruszyły także lampiony wyobrażające postacie bogów.
Ponad horyzont wypłynęły śnieżnobiałe posążki.

- Patrz Barthurze! To na niebie pojawiają się nasi pierwsi bogowie, to miesiąc Dagin-ran gdy patronują nam najbliżsi Orchii w tym miesiącu Dagonin, Asteriusz i Gorlam. Miesiąc wspaniale niezawodnej magi i najlepszy okres na doszukiwanie się sprawiedliwości.

Postacie imitujące bogów zataczały koło przybliżając się nieco do Barthura.

- A teraz czas dobrych interesów pod patronatem Oriaka i Reptiliona Wielkiego - Orakt-ran. Tuż za nim okres bezwzględnych rządów Katana i Seta.


Złowróżbna postać atakującej kobry przeleciała niepodal głowy półolbrzyma emanując złowróżbnym czerwonym blaskiem.

- Teraz obfitujący pełnią życia i zdrowia miesiąc Gabse-ran pod patronatem Arianny i Grama. Patrz uważnie! Widzisz.

Przed Barthurem podleciała figurka kobiety o pełnych piersiach i brzemienny brzuchu, a wokół niej raczkował mały berbeć.

- To właśnie dzieciątko. To jest owy Eon. Widzisz jak pięknie zatacza kręgi woków matki.
Barthur dokładnie się przyjrzał owemu okrążaniu zapamiętując, że podąża z prawej na lewą.

Fubar mówił coraz bardziej zdyszanym głosem z trudem obracając korbom.
- Teraz czas na Sharami i Gotam-gora w S-gun-ran. To miesiąc pełen pożarów i wichur, ale najpiękniejsze wytwory kowali powstają właśnie wtedy. Barthurze pokręć korbą. Ino wolno. Zaspałem się.

Półolbrzym przejął obracanie korbą i dalej wpatrywał się w fubarową wizję wszechświata.

- A oto nadchodzi czas skrytobójstw, kradzieży i zmartwychwstań umarlaków.
Barthur ze narastającym lękiem obserwował zbliżającą się do niego figurkę z czaszką zamiast twarzy w której oczodołach jaśniały czerwone płomyki. Najprawdopodobniejszego sprawcę wszelkich nieszczęść Totgan-kir i jego własnych.

Nagle coś potwornie zazgrzytało trzasnęło, korba stawiło opór nie do pokonania.

- No nieeee
- sapnął Akronion - zawsze przy Morghlitchcie się zacina! Niech to szlak! Trza mi to jeszcze wyregulować! No nic. Mów jednak jak cie się to widzi - zapytał z uprzejmości, bo każdy na świecie widział, że kto jak kto, ale twórca tego dzieła czeka jedynie na pochwały i westchnienia zachwytu.

I przy okazji pytania do wszystkich czytających. Jak wam się podoba taka wizja astrologii orchiańskie? W aspekcie samych planet. Gdy każda planeta to odzwierciedlenie innego boga, ukazujące się na niebie w określonych miesiącach. Wydaje mi się, że to wystarczająco tłumaczy dlaczego astrolog jest profesją klerykalną.

: 23 maja 2014, 10:43
autor: Denver
tzw "Like" :)

: 23 maja 2014, 13:19
autor: deliad
Plaża delty Senil, połódnie, 2 dnia bakis-ranu

Drayaharus w końcu zebrał się w sobie i opuścił zacieniony taras Rezolutnego Goblina i ruszył nad zatokę. Był nieco zdziwiony tłumami zmierzającymi w tą samą stronę co on. Podążali tam głównie obładowani pakunkami osobnicy w jaskrawych czerwonych i pomarańczowych strojach lub noszących szarfy w takim kolorze.
Podążając z nimi szybko zorientował się, że to sharamici przybyli na święto Powietrznego tańca. Bestialskie morderstwa dwóch ostatnich nocy wzbudziły w nich lęk i dlatego opuszczali miasto, aby zamieszkać w obozie koło świątyni na klifie.

Po przekroczeniu bramy i mostu Drayaharus ruszyła wąską ścieżką prowadzącą na szeroką i piaszczystą plażę. Przechadzając się po ciepłym piasku zobaczył pokazywaną mu przez Frakiego wysepkę.
Rzeczywiście była zaledwie skrawkiem skalistego lądu wystającego ponad powierzchnię wody. Aż trudno było uwierzyć, że może rosnąć tak jakaś roślina. Wyspa była mniej więcej trzy tysiące kroków od brzegu, na samym środku zatoki. Z tego co dostrzegały oczy gnoma na owej skale rosło tylko drzewo, a obok stal toporny i prymitywny kamienny dom z wielką misą na dachu w której płoną ogień.

: 23 maja 2014, 13:24
autor: deliad
Przed garnizonem katańskich orków, południe, 2 dnia bakis-ranu

Widząc nadbiegających orków Bazookch przybrał jedynie ponurą miną i zaplótł ręce na piersiach pokazują, że ani myśli sięgać po broń.

Orki dość szybko go otoczyły odcinając ewentualne drogi odwrotu. Jeden z nich wyciągnął kartę pergaminu i dokładnie porównał facjatę Bazookha z narysowaną podobizną jakiegoś krasnoluda.

- Kim jesteś i dlaczego obserwujesz garnizon - zapytał krótko.