Strona 14 z 48

: 18 grudnia 2014, 21:27
autor: Suriel
-Nie potowarzysz mi na cmentarzu? -Thomas uniósł brwi i wyraźnie się rozluźnił- rzut beretem stąd i nie ukrywam że liczyłem na twoją spostrzegawczość oraz wiedzę o Merry. Poza tym grób to idealne miejsce żeby przechować zbędną stal. - z kieszeni w której trzymał rękę wyjął zegarek głośne KLIK otworzyło dostęp do cyfetblatu, Tremer jednak nie sprawdzil godziny i nadal patrzył na Achille oczekując odpowiedzi.

: 18 grudnia 2014, 21:53
autor: koszal
-Imponujące... -zamyślił się Sands wpatrując wciąż w usiłującego ukryć zaskoczenie kainitę.

-Sposób w jaki reaguje Pan na nową sytuację. Ten cały strach aż promieniuje. Niestety muszę rozczarować Pana Opiekuna Elizjum. Otaczanie się tymi, którymi pod pozorami wsparcia próbuje Pan narzucić swoje jakże zrozumiałe i spodziewane... zarazem tak kruche, choć pieczołowicie budowane rządy, jakkolwiek Pan je nazwie pokrętną drogą zmierzające do dyktatury.. otaczanie się tymi pozorami władzy nie uchroni Pana przed wpływami istot lepiej sytuowanych w mroku Bournemounth.

Sands poprawił tweedową marynarkę prostując ją gładkimi ruchami dłoni.

-Otóż wzajemne relacje obowiązujące w moim klanie nie tyle Pana interesują, co nie ma Pan o nich pojęcia. Wyciąganie konsekwencji w aktualnym momencie wobec jedynej osoby, która może wypowiadać się w imieniu osoby, nad którą iście aktorską eksponuje Pan troskę...
tak... perfekcyjna rola przyznać muszę, odgrywana doskonale przed samym sobą zwłaszcza..
..wyciąganie konsekwencji równoznaczne jest z brakiem poszanowania dla tradycji, długoletnich relacji, a zarazem łączącej mnie i Marcusa linii krwi. Utrudnianie mi posłannictwa zaś sugeruje brak poszanowania dla osoby księcia Francisa, który zażyczył sobie osobiście widzieć poszczególne osoby, nie zaś Pana Opiekuna ... czegoś tam i jego naciąganej wycieczki. Wedle słów Marcusa zaproszenie nie dotyczyło Xaviera Price'a i jego tła, lecz kierowane było do każdego z osobna. Osobiście zatem rozmówię się z księciem i proponuję mi tego nie utrudniać wyrosłymi na gruncie strachu pobudkami. Proszę też nie tuszować drżenia o własną skórę pozorami troski o przyjaciela. Ja tam będę i to ja ryzykuję. Pańska troska zaś nie wybiega dalej niż martwienie się o własną pozycję.... koterię, której przywódcą... przepraszam.. Opiekunem w swej szlachetności chciał się Pan tytułować. Koterii, którą usiłuje Pan stworzyć wykorzystując niezręczne położenie tych, którzy być może potrzebują wsparcia. Na tym między innymi polega moja rola Panie Price, by otoczyć troską Marcusa, z którym dzieliłem ostatnie dekady, a który najwyraźniej miał powody, by dotychczas Panu o mnie nie wspomnieć. Natomiast ja mogę powiedzieć wiele rzeczy o Panu, które przekazać mógł mi tylko Marcus. Aktualnych i sprzed lat.. i gdyby pan nie zauważył nic złego przez minione lata Marcusa nie dotknęło.

-Spojrzał na siebie poprawiając rękawy, zadowolony ze skromnego, zupełnie nieagresywnego wyglądu, gryzącego się z nasyconym wyczuwalnym, chłodnym dystansem tonem. Odwrócił się ku drodze. Zmienił temat.

-Odnajduje Pan brak kultury w niezobowiązującym dotyku .. Interesujące przyznam. Szczerze zastanawia mnie, czy niechęć do bliskości od dawna zagnieździła się w tak przystojnym ciele... czy też może? Ach taak.. wspomniana sprawa, którą Pan życzy sobie rozwikłać. Rozumiem, że od owej nocy kwestia dotyku nabrała innego odcienia.

-Przepraszam najmocniej. Zapamiętam. Winniśmy już jechać, jak sądzę.

: 18 grudnia 2014, 23:38
autor: lightstorm
Xavier wysłuchał spokojnie bredni, które miał mu do powiedzenia obcy Malkavianin. Pomyślał, że nie ma sensu wdawać się w dyskusję, a tym bardziej wyśmiewać się z osoby niedysponowanej psychicznie.Takie zachowanie nie licowałoby z godnością klanu Ventrue. Sands najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z tradycji i praw istniejących wśród Kainitów, podobnie jak nie zdawał sobie sprawy z tego gdzie się znajduje. Chciałby jechać do Elizjum, przed którym stoi. Pomyślał z mieszaniną zażenowania i współczucia. Naprawdę szkoda czasu na rozmowę z tym szaleńcem, który żyje we własnym świecie. Do tego najwyraźniej jest gejem... To chyba była jakaś próba poderwania mnie? Co za pech, on najwyraźniej - w przeciwieństwie do innych znanych mi Malkawian - w ogóle nie ma pojęcia co czują i myślą inni. W głowie Xaviera zabrzmiały ponownie słowa "otoczyć troską Marcusa, z którym dzieliłem ostatnie dekady..." Cóż, może to jego kochanek? To wyjaśniałoby jego zaangażowanie. Pomyślał jeszcze przelotnie i rzekł:

- Idziemy do Księcia. Nie mów do mnie w tej chwili.
Spoiler!
- Idziemy do Księcia. Nie mów do mnie w tej chwili. Używam Dominacji, żeby przyspieszyć akcje i zakończyć tą rozmowę. Xavier uważa ją za bezsensowną.

: 19 grudnia 2014, 00:42
autor: 8art
Spoiler!
no problem. Odpisz sobie 1 blodpojnta. Od razu uprzedzam Twoją deklarację: Nie, nie masz bloodpacków ze sobą;)

: 19 grudnia 2014, 10:50
autor: koszal
Spoiler!

Jest mała zagwozdka. Zachariasz nie jest głupi i wie, że w Elizjum Księcia nie można stosować maski tysiąca twarzy, a naturalnym wyglądem mojej postaci jest wygląd Marcusa. Nie może go po prostu udawać, więc na rozmowie z księciem, a w zasadzie przed nią będzie musiał wpuścić ogłupiałego Marcusa, który nie będzie wiedział jak się tam znalazł. Dlatego Zachariasz skorzysta z okazji, by odłączyć się od grupy pod byle jakim pozorem. Chciałbym jednak, by zostawić już teraz cień domysłów, że Marcus i Zachariasz mogą być tą samą osobą.

Pinki się gdzieś niedaleko zgubił. Lazł za Zachariaszem szczekając i szarpiąc go za nogawki, ale Zachariasz po prostu uciekł. Jeśli Pinki go zgubi to zacznie żałośnie ujadać. Będzie to sugerowało koterii, że Marcus jest w pobliżu i szuka pomocy, a gdy zaczną go szukać Zachariasz zniknie, a pojawi się Koroviev. To tylko taki pomysł, gdybyś chciał go wykorzystać, bo nie chcę, by nadpobudliwy Ventrue usmażył doktorka.

: 19 grudnia 2014, 13:29
autor: 8art
Bournemouth; St. Peter's Church; 18.11.14; przed północą

Cmentarz, gdzie znajdował się grób pisarki spowity nocnymi ciemnościami zapewne mógłby zapewne wprowadzić niejedną osobę w stan niepokoju. Cienie rzucane, przez wiekowe drzewa i architekturę kościaoła, mogły wywołać najrózniejsze złudzenia i przywołać atawistyczne lęki. Czy zza nagobka mógł wyskoczyć duch, wampir, a może wilkołak?

Dwie osoby, które właśnie stały nad grobem Mary Shelley, czuło się w tym miejscu zarazem spokojnie, ale też nieswojo. Byli istotami nocy i przez lata nieżycia lęki śmertelnych stawały się im coraz bardziej obce, choć strach nie był im obcy. Choć innaczej niż za życia, to też bali się duchów, innych wampirów to owianych złą sławą, na poły legendarnych lupinów. Ale jak głosiły wampirze miejskie legendy, wilkołaki wolały głuchą dzicz od miejskiej dżungli.

Obrazek

- Widziałeś kiedyś wilkołaka? - spytał zupełnie nie wiedzieć czemu Moreau.

- Niee, wolałbym nigdy nie ujrzeć... - Krótkie ukłucie strachu przeszło przez jaźń Tremere'a. Zapewne takie samo, jakie było udziałem Toreadora. Czy to atmosfera cmentarza wzbudzała wnich dziwny niepokój? Steinbach przejechał ręką po kamiennej płycie nagrobka, zbierając dłonią liście, mech i szybko zmienił temat:

- Chyba ten grób nie jest odwiedzany zbyt często. - stwierdził.

- Nic tu po nas, chyba, że masz zamiar rozkopać i wyciągnąć, to co zostało z pisarki. - Achile spojrzał z góry na wciąż klęczącego przy grobie Steinbacha: - Zresztą trzeba iść na spotkanie zaaranżowane przez Francisa...

***

Spacer z cmentarza do zajął parze kainitów kilka minut. Szliw górę Russell Coates Rd w stronę wejścia do Elizjum, gdy ich wyczulone zmysły podchwyciły rozmowę wyraźnie uniesionego Xaviera i jeszcze kogoś, kogo nie znali. Gdzieś w pobliżu słychać było też żałosne wycie psa, które znów przypomniało kainitom o lupinach. Podeszli do rozmawiających.
Cmentarz jest całkowicie pusty. Nie dostrzegacie (nawet używając wampirzych zmysłów) nikogo, kto mógłby Was obserwować. Zakładam, że Moreau, zbunkrował torbę w bezpiecznym miejscu, takim, że nie zrobię mu niespodzianki, że zniknęła.

Zakładam, że znaleźliście się pod Elizjum i jesteście świadkami jak pełnomocnik Marcusa dyskutuje z poddenerwowanym Xavierem. Cwetan też tam jest.

: 19 grudnia 2014, 14:44
autor: 8art
Bournemouth; Przed Russel Coates Museum; 18.11.14; tuż przed północą

Słowa Xaviera zabrzmiał w nikłym świetle latarni z wielką mocą. Cwetan od razu wyczuł, że Ventrue nie tyle odezwał się, co wydał rozkaz, któremu bardzo ciężko było się sprzeciwić.

Sands zamilknął, jakby osłupiały po słowach kainity. Po chwili przeniósł wzrok na Cwetana:

- Słyszałeś to? Typowy syndrom wyparcia. To podchodzi po depresję maniakalną. On nie może znieść, gdy ktoś go nie słucha...

- Taaa? - Panajotow spojrzał na doktora jakby ten właśnie odkrył Atlantydę, po czym odwrócił głowę w stronę hałasu, czynionego gdzieś z oddali przez ujadającego psa. Sands widząc, że Cwetan nie przejawia większej ochoty do rzeczowej dyskusji na temat stanu zdrowia Pricea'a bez słowa, ruszył bez słowa za Ventrue.

Moreau i Steinbach dołączyli do reszty zaciekawieni:

- Co się dzieje?

- Nie wiem. Ślepy się gdzieś zgubił, przyszedł za to drugi wariat, który rzekomo jest jego reprezentantem. - wyjaśnił krótko Cwetan: - Ja się jeszcze rozejrzę za Marcusem. Mam w dupie księcia. A jak go nie znajdę, to wyduszę to z tego doktorka. Dojdę do Was niedługo.

Brujah ruszył w dół ulicy rozglądająć się na strony.

Reszta wampirów, weszła do Elizjum. Ghoul Katherine wskazał im drogę do sali, gdzie zebrali się wszyscy. Do północy wciąż jeszcze zostało trochę czasu. Xavier, jego świta ruszyli do Dinning roomu. Sands ruszył przodem, jakby nie mogąc się już doczekać spotkania z Księciem. Gdy weszli do wypełnionej sali, Xavier zorientował się, że nie ma tu Zachariasza. Doktor zniknął w tłumie. Ventrue zaklął w myślach...

***

Ujadający wciąż kundel zaabsorbował uwagę Panajotwa. Wampir ruszył w stronę szczekania. Po chwili dostrzegł skulony w krzakach kształt żałośnie wystraszonego Pinkiego. Uśmiechnął się złowrogo, myśląć przez sekundę o skręceniu karku małemu potworowi, ale bardzo szybko stwierdził, że po co miałby robić przykrość wampirowi i zabijać niewinne zwierzę. Wysunął dłonie w stornę Pink Floyda. Piesek niechętnie podszedł do Cwetana warcząc i prychając. Brujah pomyślał, że to dość niepokojące, że Marcus zostawił swojego podopiecznego samego... Czyżby mu się coś stało? Chyba nie pozostawało nic innego jak pokazać zgubę reszcie. Ruszył z psem na rękach w stronę Russell Coates Museum. Warczący pies przestał nagle warcześ i zamerdał ogonem radośnie. Kilkadziesiąt metrów dalej, na środku jezdni stał kompletnie zagubiony Marcus...

Pinky wyrwał się Cwetanowi i pobiegł w stronę pana. Koroview złapał pieska i zaczął głaskać:

- Marcus zgubił się i zostawił biednego Pinkiego. Muszę bardziej dbać o mojego pupila... - Usłyszawszy zbliżającego się Cwetana, odezwał się do wampira:

- Dziękuje, że odnalazłeś Pinkiego. Jestem dozgonnie wdzięczny. - skłonił się nisko: - Bardzo doceniamy to z Pinkim...

- Chodźmy do Elizjum. Już prawie północ...

***

Chyba większość wampirzego społeczeństwa zebrała się tej nocy w Elizjum będącym pod kuratelą pięknej Katherine. Wszyscy czekali w the Dining Room na Francisa. Harpie siedziały przy stole szepcząc najrozmaitsze komentarze i plotkując. Reszta wymieniała wzajemne grzecznościowe pozdrowienia i stała w grupkach. Niemal wszyscy, z wyjątkiem kilku młodych kainitów traktowali Xaviera i jego koterię niczym powietrze, ograniczając się co najwyżej do zdawkowego "dobry wieczór", po czym odwracali się lub śpiesznie oddalali najwyraźniej czymś bardzo zaintrygowani.

: 19 grudnia 2014, 23:25
autor: 8art
Bournemouth; Przed Russel Coates Museum; 18.11.14; tuż przed północą

Panajotov wprowadził Marcusa do pełnej wampirów sali jadalnej. Nawet dla bywałego w świecie Bułgara ilość nieumarłych zebrana w jednym miejscu była dość imponująca. Koroview nasłuchiwał przekręcając głowę w stronę interesujących go hałasów i odezwał się w pewnym momencie konfidencjonalnie do swego opiekuna:

- Tyle tu pionów... Są i figury... Prawdziwa partia szachów... - Marcus pogłaskał psa, szepcząc cicho: - zaraz pojawią się hetman i król, a może to tylko kolejne piony? Zawiła gra...Prawda Pinky?

Cwetan nie słuchał. Z uczuciem zadowolenia obserwował jak Price jest niemal ignorowany ku swej bezsilności, przez kolejnych kaintów. Jedynie niektórzy wyrażalali chęć rozmowy i jak się domyślał Brujah, byli to zapewne młodsi kainici w społeczności Bournemouth.

W pewnym momencie Xavier dostrzegł Panajotowa i Koroviewa. Uśmięchnąwszy się lekko kiwnął ręką. Siłą rzeczy nowopowstała koteria stanęła w jednym z kątów i przyglądała się ciekawie reszcie miejskiej rodziny. Nawet Xavier i Marcus którzy byli tu najdłużej nie rozpoznawali wszystkich.

: 19 grudnia 2014, 23:59
autor: Oggy
- Tak, tak, środowisko miejskiej dżungli - mruknął Achille przebiegając leniwie palcami po ekranie smartfona. - Porównanie to jest tak boleśnie oczywiste ale jednocześnie niewielu zdaje sobie sprawę z jego subtelności. Te urocze spotkanie najczęściej przypominają trening dla młodocianych gepardów: podstawiona ofiara, kontrolowany pościg i długie, niewprawne i niezręczne pozbawienie schwytanego życia. Wszystko w otoczeniu dyskretnych, pełnych rodzicielskiej dumy i pobłażliwości spojrzeń doświadczonych kotów. Tutaj... - Achille przebiegł wzrokiem sale - prawdziwe emocje pojawiają się tylko gdy ktoś ma naprawdę szanse zginać najpierw pociągając innych za sobą.

Schował telefon do kieszeni spodni i poprawił węzeł krawata. - Jak sie czujesz Xavierze? Nerwy? Tak przy okazji to Twoje argumenty przedstawione w Rhiono zupełnie mnie nie przekonały. Ten, ze to niemożliwe, by był to ktoś z zewnątrz i w ogóle, wszystkie. Szczególnie zaskoczyło mnie ze zagrałeś all in. Nie znam do konca Twoich relacji ze wszystkimi w Koterii ale przecież wiesz ze nie masz nade mną zadnaj bezpośredniej władzy. Mimo to niezwykle agresywnie zablefowałeś, jakbyś nie widział ze karty leżą na stole. - Toreador przesunął dłonią po włosach. - Same blotki. Innymi słowy: mogę tutaj powiedzieć cokolwiek zechce i uznam za stosowne. Oczywiście możesz wyrazić oburzenie, możesz zaznaczyć ze tego nie zaakceptujesz, możesz usunąć mnie z tego, przyznam sympatycznego towarzystwa, ale wiadomość poszła w eter. Przecież sam ogłosiłeś ze jestem jego częścią. Nie kontrolujesz grupy? Dochodzi to przetasowań i to na oczach całej społeczności? Uuuuu... - Achile skrzywił się perfekcyjnie naśladując mimikę Christiana Balea w American Psycho. - Okropne przesłanie.

- Wiesz dlaczego, przy sprzyjających okolicznościach to możne byc Twój wieczór Xavierze? Pozwolenie realizowania czyiś założeń gdy zgadzają się z moimi nie jest przejawem zaufania lecz delegowaniem pracownika. Cos na co w stosunku do Ciebie nigdy bym sobie nie pozwolił. Byłoby to marnotrawieniem Twoich kompetencji. Czasami zaufanie można pomylić z ograniczeniem możliwości decydowania. Ale to jest z kolei coś, na co Ty nie możesz sobie pozwolić w stosunku do mnie. Otrzymałeś od nas cos unikatowego Xavierze - Moreau uczynił nieokreślony ruch ręka zdający sie obejmować cala Koterie. - Pozostaje mi życzyć Ci powodzenia. Idz i pozagryzaj ich tam wszystkich - dokończył ze śmiechem.

: 20 grudnia 2014, 13:08
autor: lightstorm
Na ustach Xaviera pojawił się delikatny uśmiech, albowiem to co powiedział Achille, było bardzo trafne. Każdy w koterii zdawał sobie sprawę, że zaproponowany przez niego blef jest za dużym ryzykiem. Moreau wiedział jaka była prawda, ale nie mógł dostrzec moich motywacji pomyślał Ventrue. Jednak Toreador potrafił przekazać tę informację w sposób, który pokazywał szacunek dla kogoś o wyższym statusie.

- Cieszę się z tego, co powiedział Pan przed chwilą. Cenię sobie klasę idącą w parze z inteligencją. Wspomniałem już o tym wcześniej rozmawiając z Panem Steinbachem. Jest Pan chyba jedyną osobą w naszej koterii, która najbliżej zbliżyła się do moich prawdziwych motywacji. Nie jestem znany w tym mieście jako Ventrue, który uwielbia władzę i kontrolę nad innymi. Całe lata mówią coś zupełnie przeciwnego, bowiem doradzam innym i pomagam im. Zresztą mówiłem o tym wprost, nie ukrywając niczego.

Xavier rozejrzał po pomieszczeniu, wypatrując obecności Księcia.

- Jest Pan osobą o wielu kompetencjach i gdyby był Pan na moim miejscu, myślę, że uczyniłby Pan podobnie - Price zrobił tu krótką pauzę, po czym zadał Toreadorowi pytanie. - Cóż innego można zrobić, mając mało czasu, aby dowiedzieć się kim są naprawdę twoi współpracownicy? Jest tylko jeden stary, ale dobry sposób Panie Achille - Ventrue uśmiechnął się lekko i podszedł nieco bliżej, zachowując jednak właściwy dystans. - Gdy chcesz w bardzo krótkim czasie poznać charakter swych współpracowników i dowiedzieć się czy możesz polegać na nich, należy przycisnąć ich do muru i obserwować reakcję. Nie tylko ludzie, ale i Spokrewnieni ukazują w takiej sytuacji kim naprawdę są, opadają maski, a na zewnątrz pojawiają się prawdziwe emocje i motywacje. W szczególności te, które pragnęlibyśmy ukryć - Widzi Pan, teraz jestem pewien, że Vallo miał rację co do faktu, że jesteście jedynymi spoza układów. Przepraszam, za moje metody, rozumiem, że mogą być nieco uciążliwe - Jednak zrobiłem to, by dowiedzieć się o was jak najwięcej, abyśmy mogli się lepiej poznać i aby wykluczyć ryzyko, iż w naszej grupie pojawi się ktoś nielojalny... Myślę, że wzajemne zaufanie jest rzeczą ważną, zwłaszcza dlatego iż jest tak rzadkie w naszym świecie.

Xavier zrobił kilka kroków, po czym odwrócił się do całej koterii:

- Każdy z nas wnosi swój wkład w grupę, zgodny z osobistymi zdolnościami i charakterem swego klanu. Ja, jako Ventrue zawsze lubiłem organizować coś dla innych na jego wargach przez chwilę pojawił się lekki uśmiech, Price kontynuował po chwili. To mój wkład: dobra materialne, wpływy i możliwości. Zorganizowałem nam broń, aby Ci, którzy potrafią mogli się nią posłużyć w razie potrzeby. Udostępniłem schronienie, tym, którzy go nie mają, by mogli się skoncentrować na naszym zadaniu. Wiemy teraz o sobie o wiele więcej niż wcześniej... Oczywiście osoby przewrażliwione mogłyby narzekać na niektóre z moich metod prowadzenia rozmowy, ale musicie przyznać, że są one skuteczne. Nie robiłem zresztą tego tylko dla siebie, bowiem do konfrontacji doszło w obecności całej grupy. Tak więc każdy, kto ma trochę rozumu, mógł dzięki temu sam ocenić pozostałych członków koterii. Myślę, że dałem wiele okazji ku temu. Z przykrością muszę to powiedzieć, ale jedynym wyjątkiem jest Marcus, który okazał się osobą nielojalną, gdyż zdradził to, co wiemy, innemu członkowi swojego klanu.

- W mojej ocenie Marcusie okazałeś się osobą nieodpowiedzialną i w bardzo nierozsądny sposób narażasz całą koterię, myśląc że to będzie kolejny zabawny dowcip. Jadąc samochodem dałem Ci żółtą kartkę i powiedziałem, byś nie robił rzeczy, które mogą ściągnąć na grupę niebezpieczeństwo. Znam wielu Malkavian bowiem goszczę ich w Spearmint Rhino, ale nigdy nie spotkałem takiego, którego dowcipy muszą zawsze zawierać element niepotrzebnej destrukcji. To nie jest tylko moje zdanie na Twój temat, Marcusie. Zapewne Twój doktor wie najlepiej jak Cię leczyć...

- W nocy, gdy ustalaliśmy, co powiedzieć Francisowi, prawie każdy był przeciwko mojej propozycji. Tylko Marcus nie oponował i bardzo zdziwiło mnie, gdy Panowie Cwetan i Achille zmienili zdanie tak nagle. Brujah nigdy się ze mną nie zgadzał, a ostateczna odpowiedź Toreadora okazała się kompletnie niespójna z jego wcześniejszymi wypowiedziami. Obejrzałem całą rozmowę wiele razy, na nagraniu monitoringu i odkryłem prawdę. Zmieniliście zdanie, bo Marcus teatralnie miał upaść, podobnie było z rozlaniem krwi dla Pinkiego. Gdy złapaliście go, powiedzieliście prawie dokładnie w tym samym momencie jedno zdanie: To nie jest dobry pomysł. Jest to pewien rodzaj Dominacji jak przypuszczam, ale znany oficjalnie jako Demencja. Jedno jest pewne: to było użycie nadnaturalnej mocy w moim Elizjum, bez pozwolenia.

Przerwał na chwile, aby waga tego faktu dotarła do nich w całej pełni. Xavier zwrócił się bezpośrednio do Marcusa:

- Po spotkaniu z Księciem proszę byś udał się z nami do Spearmint Rhino. Musimy sobie tę sprawę wyjaśnić. Nie wiem czy zdaje Pan sobie z powagi sytuacji, Panie Koroviev, ale takie żarty mogą kosztować więcej, niż jest Pan w stanie zapłacić. Camarilla bardzo poważnie traktuje naruszenia dyscypliny w Elizjum.
Xawier zmierzył Malkawianina poważnym wzrokiem. Po chwili wrócił do przerwanego wątku:

- Chciałem byśmy podjęli decyzję demokratycznie. Po dokładnej analizie sytuacji tylko Marcus był za moją propozycją, mało tego chciał wpłynąć na was. Przekazał także informacje komuś innemu, komuś kogo nie znamy i nie wiemy nic o jego powiązaniach. To oczywiście może być kolejny niebezpieczny i przyznam, mało zabawny, dowcip... Mam przynajmniej nadzieję, że nie jest to coś bardziej niepokojącego... Niemniej uważam, że powinniśmy później przyjrzeć się tej sprawie bliżej. Tak więc, ostatecznie koryguję głosowanie i powiem to, co jest zgodne z prawdziwą decyzją koterii. Nie mogłem powiedzieć o tym wcześniej, gdyż chciałem pozostawić Malkaviana w nieświadomości błędu. Gdy nadejdzie odpowiedni moment, pójdziemy przed oblicze Księcia wszyscy i jako reprezentant grupy powiem o zniknięciu Vallo. Poproszę Francisa oficjalnie o możliwość prowadzenia śledztwa, w trosce o mojego Primogena, by w przyszłości nikt nie blokował naszych działań. Oczywiście zajmiemy się tak naprawdę tym, co jako koteria będziemy chcieli robić. Każdy ma tutaj swój głos. Proszę byście o tym pamiętali.
Spoiler!
Dużo wiem o Dominacji i to co zrobił Marcus w Elizjum pasuje do tego rodzaju wpływu na umysł. O Demencji nie wiem prawie nic, po za tym że przynależy do klanu Malkavian, jednak wiadomym jest że jest to mentalna Dyscyplina. Tremera o to nie podejrzewam, bo nie mam powodu.

: 20 grudnia 2014, 14:10
autor: 8art
Bournemouth; Elizjum; 18.11.14 północ;

Nim ktokolwiek zdążył zareagować na szeptane przez Price'a oskarżenia, drzwi do sali otwarły się, momentalnie przykuwając uwagę wszystkich zgromadzonych. Nikt jednak nie spojrzał w stronę wrót z takimi emocjami jak Cwetan. Do sali bowiem wkroczyła kobieta w burgundzie anonsując Francisa i świtę. Wzrok Brujaha utonął w damie kier. Panajotow pochłonął się widoku tracąc niczym toreador, zainteresowanie czymkolwiek innym.

Tymczasem wraz z księciem do sali jadalnej weszła Katherine i próbujący zrobić miłą minę Anton. Grymas mający być towarzyskim uśmiechem zakrawał na potworną parodię.

Kainici zostali przepuszczeni do środka przez damę w burgundzie. Panajotow przysiągłby, że jego spojrzenie skrzyżowało się na sekundę ze wzrokiem kobiet, rozpalając w jednej chwili ludzkie uczucia wampira. Potem, ku rozpaczy Panajotowa wyszła i zamknęła za sobą drzwi.

Francis obszedł salę kiwając delikatnie głową, w ten sam sposób dając od zrozumienia, że dostrzega witających go Kainitów. Zatrzymał się ma chwilę przy wiszącym na ścianie obrazie Johna Thomasa, jakby ogarniając dzieło wystudiowaną etiudą kontemplacji sztuki, po czym odwrócił się do zgromadzonych:

- Chciałbym z tego miejsca powotać wszystkich oraz podziękować za przybycie. Doceniam to... - zaczął oficjalnie: - Zapewne ku zaskoczeniu niektórych z braci i sióstr, oświadczę wam, że zażądałem tego spotkania dla własnej przyjemności, ani tym bardziej z książęcego kaprysu. Nie chcę Was martwić, ale musicie wiedzeć, że naszej domenie grozi realne niebezpieczeństwo. Najprawdopodbniej ze strony Sabatu. Moglibyście rzec, że taką propagandą strachu Camarilla jest karmiona od dawien dawna, ale zawierzcie mi, tym razem chcielibyśmy być błędzie. Zeszłej nocy unicestwiono, lub porwano bliskiego nam i dobrze znanego wszem i wobec Michaela Vallo...

Po sali rozszedł się nieskrywany szmer będący mieszaniną kompletnego zdziwienia, strachu i szoku. Niektórzy kainici łapali się się za głowy, inni wytrzeszczali oczy. Tajemnicze zniknięcie jednego z primogenów zeelektryzowało zebranych na sali. Ventrue zastanawiał się co też teraz tkwi w głowach tych, którzy tak starannie unikali rozmowy z Xavierem. Blady strach przed diaboliczną armią sabatników? A może starannie skrywana radość, bo kruki będą rozdziobywać schedę po jednym ze starszych?

Francis podniósł dłoń, prosząc o ciszę:

- Jak sami widzicie, sytuacja jest poważna. W świetle znanych nam dowodów, za sprawą stoją sabatnicy. Dlatego też proszę wszystkich o zachowanie szczególnej ostrożności. Musimy stanąć razem w obliczu straszliwego niebezpieczeństwa jakie nam zagraża. Miejcie oczy szeroko otwarte, a w razie jakichkolwiek podejrzeń, bez wahania informujcie starszyznę. Nieznamy niestety losu Michaela, A teraz wybaczcie, ale mam kilka bardzo ważnych, nie cierpiących zwłoki spraw. Żegnam.

Francis wyszedł a wraz z nim starsi, pozostawiając wampiry, aby mogły oswoić się z budzącymi grozę wiadomościami. Podniosła się ogromna wrzawa i tumult. Ponad czterdzieści wampirów nie słyszało o czymś podobnym od dziesiątek lat, więc rodzący się harmider był jak najbardziej zrozumiały.

Koteria nie mogąc liczyć na zbyt wiele, przeniosła się do Pokoju Zielonego, gdzie upewniwszy się, że są zupełnie sami mogli zamienić kilka słów z pewnością, że wszystko zostanie tajemnicą ścian Green Room'u.
Na sali nie dowiecie się nic ponad to co już wiecie. A prawdopodobnie wiecie więcej niż wszystkie wampiry zebrane na sali. Pozwoliłem sibie pchnąć koterię do innej sali abyście mieli trochę swobody.

: 20 grudnia 2014, 18:13
autor: koszal
Czuł się dokładnie tak samo jak za pierwszym razem, gdy urwał mu się film. Choć od przemiany dzieliły go dekady doskonale pamiętał wiele elementów ze swego śmiertelnego życia. Natomiast po przemianie... Zdarzało się to wciąż i wciąż. Wyrwane z pamięci kartki, puste strony, utrata rachuby czasu.. dotąd miał je tylko dla siebie.

A teraz..
Najpierw Vallo wkroczył w swych drogich butach w jego życie. Nim przebrzmiało echo jego butów inny Ventrue już rościł sobie prawa do decydowania o losie Korovieva, który tak długo usiłował pozostać na uboczu.

-Zaiste ciekawe, że nie znalazłeś Xavierze lepszego zajęcia, niż przeglądanie monitoringu w czasie, którego tak niewiele upłynęło od naszego spotkania. Skoro chcesz porozmawiać o zaufaniu, to zacznijmy od tego, że uważam, iż nagranie obejrzałeś niezbyt dokładnie.- Marcus nie krył wzburzenia, oskarżycielskie słowa Price'a stawiały na szali dwuletnią przyjaźń.

-Mimo mego wątłego wzroku pozwolę sobie zauważyć, że nie byliśmy na spotkaniu sami. Może kiedy uważniej prześledzisz swe niezawodne kamery zdasz sobie z tego sprawę.. Prócz tego faktu podejrzewam, że dysponujesz doskonałą ochroną, wszal wielokrotnie wspominałeś o bezpieczeństwie Twego elizjum, przyznam, że nie wiem jak to się odbywa, ale wnioskuję, że po drugiej stronie kamer znajduje się sporo ludzi przyglądających się wydarzeniom, w które w razie zagrożenia mają wkroczyć.. kamery.. kamery tak niezawodne, że uznałeś, że rozlewając krew zastosowałem się do ...- Koroviev podniósł ręce pstrykając z palców- "malkaviańskich sztuczek"- dodał robiąc głupi, kpiący wyraz twarzy.

-Pomyliłeś się, lecz w obliczu bezbronności wobec ostatnich wydarzeń, do której z pewnością nie jesteś przyzwyczajony, mógłbym..- uśmiechnął się delikatnie- mógłbym przymknąć na to oko.

-Nadto ubolewam nad Twym niezrozumiałym dla mnie, pełnym nikczemności atakiem. W żaden sposób nie zażartowałem sobie z Ciebie, ani z nikogo z tu zgromadzonych. Przyznaję, że rozmawiałem o naszej... nie... o SWOJEJ sytuacji z mym opiekunem, z kimś komu bezgranicznie ufam..

Dlaczego pozostawił mnie tutaj samego teraz, gdy tak bardzo go potrzebuję? Czy to jest jedna z tych sytuacji, w których mam wskutek terapii szokowej przezwyciężać siebie? Doktorze.. potrzebuję Pana tu i teraz..


-I ten ktoś wysłuchał mnie i moich wątpliwości ze zrozumieniem i w obawie o moje istnienie. Natomiast znajduję Xavierze, że miałeś czyste i pełne troski intencje oferując mi szeroki arsenał uzbrojenia, może nawet bazookę, albo karabin snajperski? BUM! BUM! Zrobym tu jatkę! Chętnie pójdę! W końcu jestem świrem! Ale Ty... rozumiem, że chciałbyś widzieć mnie w szeregach swojej budowanej na szantażu armii. Rozumiem, że w swej trosce kierujesz się demokracją..

-I ja się nią pokieruję zatem, na Twoją modłę proponując wszystkim w naszej koterii wybór.
Proponuję zatem, byśmy kolejnej nocy grali w szachy ubrani na czerwono, bądź zielono. Słucham propozycji. W którym kolorze stoczymy partię? Bo tak, czy owak musimy ją stoczyć, prawda?
Cóż jeszcze chciałbyś mi zaproponować?

Nie czekając na odpowiedź Marcus pochylił się unosząc z ziemi Pinkiego. Doktor byłby dumny, wreszcie to z siebie wyrzuciłem.

-Nikt prócz nas nie został zaproszony na spotkanie, lub też nie stawili się wszyscy. Ciekawi mnie dlaczego Vallo wybrał kogoś takiego jak ja, choć może po prostu szukał łatwej ofiary, a może tak to wygląda w klanie Ventrue, nie wiem, nie mnie oceniać. Będziemy współpracować Xavierze na tyle, na ile ta sprawa nas łączy. Łatwo się mnie pozbyć, zdaję sobie z tego sprawę i łatwo utrudnić mi egzystencję. Jeśli znajdę taką potrzebę rozmówię się ze swym terapeutą Xavierze. I tylko z nim. Po przemianie byłem bardziej bezbronny niż teraz, niemalże pozbawiony szans. Mówisz o lojalności, zarazem oczekując ode mnie, że porzucę wieloletnią przyjaźń i na rzecz kaprysu jednego wieczoru, pogawędki przy dającym wątpliwe ciepło kominku z nowopoznanymi osobami o niejasnych intencjach wyprę się tego, który wsparł mnie w największej potrzebie? To ktoś ważniejszy dla mnie niż cały Twój arsenał. Zaakceptuj to zanim demokratycznie zaproponujesz mi wybór między tasakiem, a gilotyną. Jeśli Ci to nie odpowiada natychmiast udam się do swego schronienia. Niemniej jednak rozważ, że Vallo widział w owej sprawie jakąś rolę dla mnie i nie jestem pewien, czy wolno Ci podważać jego decyzję, wszak niewątpliwie oparł ją o szersze, niż ściany Twego ciasnego niczym więzienie elizjum, spectrum.

: 20 grudnia 2014, 23:33
autor: Suriel
Oczy Tremeta rozbiegane jak zwykle błądziły po kainitach przybyłych na spotkanie. Slowa wypowiadane wpierw przez Achille później przez Xawiera i Marcusa wydawaly się albo nie docierać albo nie robić wrażenia na Thomasie. Chłonąl moment spotkania całego towarzystwa nieumarłych rozglądając się po sali. Starał się jak najdokładniej utrwalić w pamięci obraz zebranych. Niczym na ruchomej fotografii.

Dopiero w zielonym pokoju przyglądając się tapecie rzekł.
-Ktoś kiedyś powiedział że nic tak nie psuje aury jak zapach rozkładającej się przyjaźni. Skoro znacie się panowie wszyscy trzej od dobrych kilku lat na pewno znacie sposoby by znowu zatrzeć ten nieprzyjemny zapach. Jak już ustalicie między sobą wszelkie zaszłosci chetnie, jako nowy w tym mieście, nauczę się jak to się robi w tym mieście.Bo jesteście dla mnie lustrem w którym odbija się dusza tego miasta. Tymczasem zastanowię się dokładniej nad tum co powiedział nasz Książę. Dlaczego rzekł taką bzdu... wieść. Jeśli będzie po tem sprzyjająca aura chętnie wymienię spostrzeżenia. Kiedy już będziecie wyklarowani kto dlaczego i na jakich zasadach w koteri ma prawo mówić, działać i myśleć. Określanie zasad w stadzie to jeden z podstawowych, nudnych rytuałów zwierzat i śmiertelnych którego podtrzymywaniu nie upatruję potrzeby ani nie odnajduję przyjemności.

: 21 grudnia 2014, 23:01
autor: Oggy
- Mądrze rzekł. Sabatnicy to cwane sztuki, atakują pojedynczego wampira a potem czekają od 24 do 48 godzin aż reszta uzbroi się po zęby, zabarykaduje w schronieniach i naszpikuje ghulami ulice miasta. Standardowy grafik kampanii wojennej, na pierwszy rzut oka widać ze Bourmouth jest zgubione. Tyle ze o faktycznym przebiegu wypadków wiemy tylko My i tych kilku z imiennym zaproszeniem od Szeryfa. Reszty dokona stugębna plotka. - Achile zachował wyjątkowo poważny wyraz twarzy. - Lubie takie rządy, bywają konstruktywne. Na pewno bardziej niż rzucanie do zagryzienia kogoś ze swoich, w imię zasady "dziel i rządź". A teraz cierpliwie czekajmy czy jesteśmy dość cool żeby dostać jakaś zwrotna informacje od Jej Wysokości czy tylko nakaz siedzenia cicho.

: 22 grudnia 2014, 14:32
autor: lightstorm
- Przyznając się do celowego rozlania krwi pogwałciłeś Druga Tradycję, a tym samym zniszczyłeś dwa lata przyjaźni Marcusie. Wiem, że nie jesteś w stanie zapłacić za te zniszczenia, a zgodnie z zasadami mojej Domeny powinienem zakazać Ci do niej wchodzić. Jednak, tak jak powiedziałeś to Vallo Cię do mnie przyprowadził, więc przymknę oko z uwagi na starszego i poprzedni czas spędzony wspólnie przy partiach szachów. Xavier zrobił krótka pauzę i dodał:

- Michael Vallo na pewno nie poprosił Cię o robienie niepotrzebnego zamieszania w koterii, gdzie na tą chwilę Twój wkład to niebezpieczne dla reszty dowcipy i unikanie odpowiedzialności. Nie zauważyłeś, że nie umiesz dać nic pozytywnego? Jadąc samochodem rozproszyłeś mnie i mogłeś spowodować wypadek. Celowo wylałeś krew niszcząc moje mienie ukrywając swoje zamiary pod maską bezbronnego niewidomego. Publicznie deklarowałeś, że w Spearmint Rhino jest niebezpiecznie i nawymyślałeś, że czyha na nas ktoś pachnący morzem i winem. Nie wierzę, że Vallo kazał Ci szerzyć strach, potęgując paranoję w koterii, a raczej chodziło mu o coś zupełnie innego. Do tego wmawiasz mi, że w pokoju był ktoś jeszcze, gdzie przeglądałem kilka godzin nagranie, po tym jak zamówiłem dla Ciebie taksówkę. Nie wiem, co się stało ale nie zachowujesz się jak Marcus, którego znałem. Malkavianin który odwiedzał moje Elizjum, nigdy nie był destruktywny i zawsze odnosił się do mnie z szacunkiem. Przykro mi to mówić, ale tak nie zachowują się osoby, które są przyjaciółmi. Dałem innym broń, a Ty prosiłeś o wiadro dziwnych przedmiotów, ugościłem Cię jak przyjaciela, zamawiałem taksówkę i za każdym razem, gdy się do mnie zwróciłeś o pomoc nigdy nie jej nie odmówiłem. Ventrue spojrzał na Marcusa ostatni raz, po czym przestał zwracać na niego uwagę. Uważam temat za zamknięty. - Xavier zakończył zdanie z odpowiednim akcentem.

Odezwał się do pozostałych spokojnym i opanowanym głosem:

- Wiedziałem od początku, by nie ufać Księciu. Francis jest Toreadorem, a linia krwi, która chcą reaktywować jest związana z sztuką. To co powiedział Francis działa dokładnie tak samo, jak wpływ Marcusa na koterię. Powiedz wszystkim, że jest zagrożenie, bo nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg. Wprowadź strach i paranoję, a wszyscy zaszyją się w swoich schronieniach i nie będą się wychylać. Jak myślicie, dlaczego tak szybko wyszedł i nic nie powiedział na temat jakichkolwiek podjętych działań? Nie zapewnił gawiedzi, że Anton będzie stał na straży? Zero informacji o tym, że starszyzna ma plan i odeprzemy Sabatników...Wygląda na to, że jesteśmy sami, tak jak przypuszczałem, tuż po rozmowie z Vallo. Więc Panowie co robimy? - Xavier zadał pytanie zgromadzonym.