Koronopan, centralny plac
Kiedy Markus Schiller i Anton Hayte zeszli z werandy domu starszego, przy stołach zapadła dźwięcząca w uszach cisza. Spojrzenia wszystkich pobiegły w kierunku siwowłosego mężczyzny, uparcie próbując przeszyć go na wylot. Ubrany w jasną lnianą koszulę i kupione od osmańskich kupców skórzane spodnie, Schiller pozdrowił ziomków dłonią i przyjacielskim uśmiechem.
Podążający za Markusem Nikodemus nie zauważył, by życzliwa aura starszego udzieliła się komukolwiek z sąsiadów. Ludzie byli źli, bo niewiele rozumieli z wydarzeń ostatnich kilkunastu godzin i uginali się pod ciężarem niespodziewanych trosk. Podzielający ich obawy sędzia modlił się w duchu o to, by Schiller miał na podorędziu sensowne wyjaśnienia.
- Mamy za sobą wyjątkowo trudny dzień - oznajmił Markus stając u szczytu jednego ze stołów - Wierzę, że wszyscy jesteście przygnębieni. Ja sam nie potrafię odżałować tego, co się stało, ale nie mogło się stać inaczej.
- Więc wytłumacz nam, dlaczego?! - Wolkner podniósł się ze swego miejsca na ławie, poparty z miejsca pomrukami zdenerwowanych farmerów - Bez słowa ostrzeżenia spaliłeś spichlerz! Straciliśmy prawie całe tegoroczne plony! Dlaczego?
- Nasze zapasy zostały zatrute - odpowiedział Markus. Pomiędzy ludźmi przebiegł dźwięk zszokowanych westchnień, na wielu obliczach wykwitły grymasy niedowierzania, na innych przerażenia.
- Markus mówi prawdę - dodał Anton stając u boku przyjaciela - Dokonali tego obcy, którzy źle nam życzyli. Znaleźliśmy resztki trucizny w spichlerzu, więc musieliśmy go spalić. Nie można też wykluczyć, że tamci zatruli nam wodę, stąd zakaz czerpania wody z naszej studni.
Na placu jeszcze przez kilka sekund panowała stężała cisza, po czym wszyscy niewtajemniczeni w szczegóły nocnego pościgu zaczęli mówić niemal jednocześnie, czyniąc tym samym niemożliwym zrozumienie choćby jednego zdania.
- Cisza! - huknął Nikodemus podnosząc wysoko w górę rękę - Uciszcie się!
Wrzawa gasła przez kilka następnych sekund, niechętnie, wbrew duszonym naprędce emocjom osadników. W zapadłej na nowo ciszy rozległ się znienacka czyjś mocny męski głos, płynący ponad półmiskami, o których zawartości wszyscy zupełnie zapomnieli.
- Skąd możecie mieć pewność, że ktoś się na nas zamachnął? - spytał Piotr Aksiejew, małomówny spokojny myśliwy żyjący na skraju osady ze swą niedołężną matką oraz Oksaną, równie milkliwą Skandką o urodzie mogącej budzić zrozumiałą niechęć Eleni - Widzieliście tych, którzy to uczynili?
- Owszem - Schiller nie stracił niczego ze swego nadzwyczajnego opanowania - Widzieliśmy. Ja, Anton, Dragan z Yuranem, Werk i Dirk i paru innych.
- Od początku wiedziałem, że ta historia z polowaniem na borsuki to jakiś głupi żart - Aksiejew oparł dłonie na bokach, przechylił lekko głowę przyglądając się na przemian Schillerowi i stojącemu opodal Nikodemusa Bayerowi Werkowi - Zechcesz opowiedzieć nam coś więcej, Markusie?
- Wkradli się do osady dwie noce temu nie alarmując strażników - odpowiedział mężczyzna - Ukradli trochę żywności, resztę zatruli. Wytropiliśmy ich minionej nocy, dogoniliśmy w puszczy na zachód od osady.
- Borsucza ekspedycja?! - Wolkner wstał ponownie ze swego miejsca - To was posłano za tamtymi, Yuran? Toś z nimi poszedł, Nikodemus? Gerard? I co zrobiliście?
- Zabiliśmy wszystkich - tym razem odpowiedział Anton Hayte, mrożącym krew w żyłach tonem.
- To prawda, Nikodemusie? - Aksiejew przeniósł spojrzenie na sędziego.
Z racji statusu Nikodemusa pytanie zostało zaadresowane do niego, niemniej jednak odpowiedzieć może każdy z BG, jeśli macie taką ochotę!