Brzeg jeziora, zniszczona osada
Łowca przekręcił się na bok przesłaniając oczy dłonią, spojrzał z ukosa na swych podopiecznych gładząc jednocześnie palcami drugiej dłoni rewolwer. Jego wąskie usta krwawiły w miejscu, gdzie bladoskóry mężczyzna przygryzł sobie nieopacznie wargę.
- Chodzi mi po głowie coś podobnego - wyszeptał - I mam ku temu różne powody. Pomyślcie tylko. Jest ich pięciu, każdy lepiej uzbrojony niż tuzin naszych z Enklawy. Zabili tych nieszczęśników, ale przecież nie sami. Mieliby to zrobić w piątkę? Przeciwko setce? Nawet jeśli strzelaliby bez przerwy, wieśniacy w końcu by ich zarżnęli. Nie, ta piątka to tylko ułomek całej bandy.
Blizna, Zadzior i Rzeźnik milczeli, słuchając uważnie słów łowcy.
- Musimy się dowiedzieć o nich czegoś więcej, dużo więcej. Skąd przybyli, dokąd zmierzają, ilu ich jest. Czy mają w ogóle pojęcie o istnieniu w okolicy podziemnej bazy. Czy zamierzają w okolicy osiąść.
- Chcesz to z któregoś wydusić? - odparł ściszonym głosem Rzeźnik, czując na karku dreszcz emocji - Weźmiemy więźnia?
- Myślę, że musimy zlikwidować wszystkich pozostałych - oznajmił Cichy pochylając niżej głowę, jakby obawiając się, że mimo dzielących go od obcych dystansu któryś z nich mógłby usłyszeć jego szept - Jeśli złapiemy jednego, a zostawimy resztę, mogą pójść naszym śladem. Jeśli wykończymy całą grupę, reszta bandy nigdy się nie dowie, co ich spotkało.
- Jak chcesz to zrobić? - wysyczała Blizna - Wystarczy, że jeden wystrzeli i będzie masakra. Chyba, że spróbujemy nocą...
- Zaczekamy do zmierzchu - kiwnął głową Cichy, spoglądając z ukosa na oślepiającą wszystkich swym blaskiem słoneczną tarczę - Załatwimy ich ukradkiem i zabierzemy wszystkie cenne rzeczy.
- Jeden karabin dla mnie - Zadzior oblizał bezwiednie usta, unosząc się lekko na łokciach i spoglądając w dół zbocza na obcych w maskach. Dziwaczni mężczyźni sprawiali wrażenie skłóconych, wyrzucających z siebie chrapliwe okrzyki i wygrażając sobie pięściami.
- Co tam się dzieje? - zapytał Rzeźnik zerkając w stronę podnoszących się z kucek technobarbarzyńców. Gwałtowna sprzeczka najwyraźniej dobiegła końca, bo krzyki ucichły, a najbardziej zawzięty uczestnik kłótni okręcił się na pięcie i ruszył w kierunku czegoś, co przywodziło na myśl przesłoniętą kawałkiem brezentu klatki.
- Chyba się poprztykali... - oznajmił niepewnie Zadzior - O kurwa!
Mężczyzna w żelaznej masce zerwał z klatki płachtę, odsłaniając jej wnętrze i otwierając osadzone na wielkich zawiasach drzwiczki. Wywleczona za włosy ze środka istota, w szkłach lornetki jawiąca się niezaprzeczalnie sponiewieraną nieludzko, ale wciąż żywą młodą kobietą, próbowała stawiać oprawcy niemrawy opór, nie mając najmniejszych szans na zniweczenie jego planów.
Śmiejąc się głośno mężczyzna przydeptał jej z rozmysłem stopę, wydzierając z ust dziewczyny głośny krzyk cierpienia i budząc ewidentne rozbawienie swych kompanów. Nie zwalniając chwytu człowiek w masce powlókł ofiarę po zakurzonej ziemi w kierunku jednego z częściowo zawalonych budynków.
- Ktoś ocalał - wydyszał oniemiały Zadzior, mimowolnie zaciskając dłonie w pięści - Cichy, oni kogoś złapali żywcem...
Jakieś wstępne deklaracje?