PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 24 marca 2014, 22:14

Tranicos co dzień próbuje coś upolować. Jeżeli mi się uda złapać jakiegoś jadowitego węża, wyciągam z niego gruczoły jadowe, a z gruczołów jad. Pakuję w zszyty ze skóry węża woreczek i będę używał do smarowania grotów strzał. Inne tałatajstwa obdzieram ze skóry i wyrywam wszelkie kły, pazury czy kolorowe pióra (na handel z cywilizowanym światem), mięso pójdzie na wykarmienie ludzi.

Witamy nowego gracza w załodze!

El Bragh
Reactions:
Posty: 58
Rejestracja: 31 października 2013, 21:54

Post autor: El Bragh » 25 marca 2014, 01:03

Chen shu w wiosce stara się wybadać z jakim zyskiem można wymienić towary. Stara się też wypytać Springalda czy słyszał kiedyś o małpoludach Bumbana

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 25 marca 2014, 09:31

Druss omówił sytuację z kapitanem i Ufilio, Wulfrede obiecał pogadać z Umo i innymi marynarzami.
Chen Shu - Handel na poziomie jak poprzednio zysk około 40%. By nie nieść ze sobą kości słoniowej, można tu zostawić towary i odebrać kość słoniowa wracając tędy.
Ale to pewne ryzyko. Większe zyski mogą być dalej, ale będzie też trudniej z towarem tam nabytym wrócić, to dzikie, niezbadane rejony Czarnego Lądu. Co do Bumbana, to Springald nie wie nic ponadto co mówił wódz Ashka.
Tranicos - coś tam upolowałeś, jakiegoś ptaka i węża, ale dopiero opanowujesz podstawy polowania tutaj, to całkiem inny klimat niż ten w jakim cię szkolono. Masz zaś doświadczenia ze służby w Kush, ale to obszar podmokły, miejscami bagienny, nietypowy.
Zorian sprawdzał jak jego ludzie znoszą klimat.
Vanko - doglądał nowych niewolników, mocno wystraszonych, obawiają się, ze zostaną zjedzeni. Zamaskowani najemnicy, domagają się prawa zdjęcia turbanów i zmiany stroju na lżejszy, skoro Malia wędruje lekko odziana. Hiena przedstawia Vanko, jako dobrego pana, który tylko czasami używa bata.
W razie jakichś decyzji co do handlu, dajcie znać, po odpoczynku i wybraniu tragarzy ruszacie dalej.
Jak chcecie na przyszłość z kimś pogadać na osobności, to jest to możliwe bez mojej zgody. Napiszcie o czym rozmawiacie z daną osobą, a ja zrobię wstawkę fabularną.
Ew. piszcie w spoilerach, jak to ma być tylko dla MG.
Ostatnio zmieniony 25 marca 2014, 13:16 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 25 marca 2014, 13:24

Nocujecie w tej wsi. Jak chcecie coś załatwić wieczorem, albo rano to piszcie.
Podróż na wschód

Następnego dnia wybraliście brakujących tragarzy i poczyniliście ostatnie przygotowania. Rankiem wyruszyli w kierunku urwiska, nie widząc tajemniczego Gomy.
Opuściliście wioskę o świcie, wśród zawodzenia kobiet, które nie wiedziały, kiedy - i czy w ogóle - zobaczą swoich mężczyzn. U stóp skarpy, jakieś kilkaset kroków od wodospadu, zaczynała się biegnąca na szczyt wąska i kręta ścieżka.
Wspinaczka była niebezpieczna i trwała prawie cały dzień. Nie dość, że ścieżka była wąska i kręta, to jeszcze rzadko używana. Niektóre odcinki całkiem zarosły krzakami, inne zostały zmyte. Dla wychowanego w górach Conana dróżka była wygodna jak brukowany gościniec, lecz innym sprawiała trudność. Najbardziej nieszczęśliwi byli marynarze. Nie przyzwyczajeni do pokonywania większych odległości na piechotę, uważali wspinaczkę za istną katorgę.

Cymmerianinowi i Chen Shu każda droga, która oddalała ich od nizinnej dżungli, zdawała się usłana różami. Mógł znieść prawie wszystko, ale cuchnące bagniska były wręcz odpychające. Cokolwiek znajdowało się na szczycie, mogło być tylko lepsze. Druss żwawo biegł ścieżką, zatrzymując się tylko po to, by zepchnąć na bok głazy albo wyciąć mieczem krzaki. W trakcie wspinaczki widok rozpościerający się u jego stóp stawał się coraz rozleglejszy, aż w końcu zobaczył morze zieleni ciągnące się aż do srebrnego paska daleko na horyzoncie: prawdziwego morza.
Na szczycie urwiska rosły wysokie drzewa, inne niż na nizinie, oddalone znacznie od siebie. Korony miały dużo rzadsze niż te w dole, a listowie mniej gęste. Powietrze też było bardziej czyste. Druss, rozglądając się po okolicy, dostrzegł w cieniu pod drzewami znajomą postać.
- Jesteś twardszy od swoich towarzyszy, człowieku o czarnych włosach - powiedział Goma.


- Jestem góralem, nieobca mi wspinaczka. Pozostali niedługo tu będą.
Goma przyjął niedbałą pozę, skrzyżował nogi i wsparł się na długim trzonku topora niczym mieszczuch na wykwintnej lasce ze złotą gałką. Druss z zainteresowaniem przyjrzał się broni. Nie był to znany w zachodnich krainach ciężki topór do rozłupywania zbroi, ale lekka broń o zwartym obuchu, wyposażonym z jednej strony w półkoliste ostrze, a z drugiej w długi na dłoń szpikulec. Trzonek mający trzy stopy i zakończony kulą wielkości pomarańczy, sprawiał wrażenie zrobionego z rogu nosorożca. Skórzana pętla łączyła go z nadgarstkiem Gomy. Cymeryjczyk wiedział, że jest to niebezpieczna broń, szczególnie w tym kraju, gdzie hełmy i zbroje należą do rzadkości.

Wkrótce zaczęli przybywać inni. Pierwszy pojawił się Ulfilo, zmęczony, ale zbyt dumny, by dać to po sobie poznać. Za nim wdrapała się Malia i Springald, oboje dyszący bez skrępowania. Potem pod drzewami stanął Wulfrede z paroma marynarzami i najemnikami Ufilia. Pozostali żeglarze rozciągnęli się w długą linię wzdłuż szeregu tragarzy. Vanko ze swoimi najemnikami i niewolnikami, a tuż za nimi Zorian z żołnierzami jako straż tylna, oraz Tranicos stanowiący ubezpieczenie.
- Widzę, że nasz przyjaciel wreszcie do nas dołączył - stwierdził Ulfilo.
- A Druss i Chen Shu wyglądają jak dworzanie po porannej przechadzce po królewskich ogrodach - zauważyła kwaśno Malia.
Cymmerianin przetłumaczył te komentarze Gomie, który z rozbawieniem zapewnił:
- Koniec ze wspinaczką na wiele dni, ale czekają nas inne niebezpieczeństwa i trudy.
- Trudy nawet dla ciebie, Goma? - zapytał Wulfrede.

Przewodnik uśmiechnął się szeroko.
- Na pustyni nawet ktoś taki jak ja jest niepewny jutra.
Wulfrede spojrzał wściekle na Aquilończyków.
- Zeszłej nocy mówił coś o pustyni. Wy nie raczyliście o niej wspomnieć.
- W ogóle liczyli się z każdym słowem - wtrącił niecierpliwie Vanko. - Chyba nadszedł czas, żebyśmy dowiedzieli się czegoś więcej o naszej podróży. Słuchajcie, cywilizacja została daleko za nami. Chyba się nie boicie, że ktoś was tu podsłucha czy będzie szpiegował! - Zamaszystym ruchem ręki omiótł pierwotny las wokół nich i rozległą dżunglę, która rozpościerała się poniżej niczym zielony kobierzec.
Ulfilo zmieszał się, ale szybko odzyskał panowanie i wydał rozkazy.

- Odpoczniemy tu chwilę, a potem w drogę.
Marynarze rzucili się na ziemię, tragarze zaczęli zdejmować pakunki z grzbietów. Tubylcy dotarli na płaskowyż w komplecie, ale paru zmordowanych marynarzy trudziło się jeszcze na ścieżce.
- Druss i Inni z waszej grupy, Wulfrede - rzekł Ulfilo - chodźcie z nami na stronę. - Ruszyli w piątkę pod drzewa. Goma został na swoim miejscu, patrząc na wschód, najwyraźniej zatracony w podziwianiu czegoś, czego inni nie mogli zobaczyć. Aquilończycy znaleźli spokojną polankę i wraz z Drussem, Vanko, Zorianem, Chen Shu i Tranicosem oraz Wulfrede usiedli na ziemi. Springald zdjął sakwę z ramienia, otworzył i wyciągnął z niej jakieś księgi i dokumenty.

- Przez całe życie byłem uczonym studiującym wielkie wyprawy w przeszłości. Parę lat temu, podczas badań prowadzonych w wielce osobliwej i starożytnej bibliotece królów Aquilonii w Tarancii, natknąłem się na pewne księgi dotyczące odkryć żeglarzy z królestwa Ashur, które dawno temu odeszło w zapomnienie. Jeden z tych żeglarzy przytoczył ogromnie zdumiewającą relację: Niejaki kapitan Belphormis, w trakcie rutynowego przecierania nowego szlaku handlowego w głąb Czarnego Wybrzeża, odkrył liczne ślady dużo starszej antycznej cywilizacji, która zniknęła tysiące lat temu. Było to cesarstwo Acheronu. Kapitan Belphormis odkrył znaki i pieczęcie w górach na wschód stąd.

- Acheron! - zakrzyknął Wulfrede. - To legendarna nazwa. Ale z pewnością ten kraj leżał na północ stąd, chyba że stare podania kłamią.
- Masz rację - rzekł Springald. - Myślę, że wiem o tym starożytnym kraju więcej niż jakikolwiek inny uczony, i w pewnych sprawach wszystkie podania są zgodne: mieszkańcy Acheronu byli blisko spokrewnieni ze Stygijczykami, słynęli z niewiarygodnego bogactwa i zostali zniszczeni przez Hyborian, naszych przodków, którzy założyli Aquilonię, Hyperboreję, Nemedię, Brythunię, Koth, Argos, Królestwa Pogranicza i Koryntię. Kiedy Hyborianie zdobyli słynną stolicę Acheronu, nie mające sobie równych miasto Python, Acherończycy uciekli, by szukać schronienia u swoich pobratymców Stygijczykow. Nigdy nie odzyskali ziem przodków i stopili się z ludnością miejscową.
Powstało wiele legend dotyczących ostatnich dni Pythonu. Niektóre z nich należy włożyć miedzy bajki, inne to trzeźwe relacje urzędników i uczonych. Te są zgodne co do jednego - nikt nie wie, co się stało z bogactwem władców Pythonu.
- Skarby królewskie nie znikają tak po prostu - wtrącił Wulfrede. - Czy król nie zabrał swojego skarbu, gdy uciekał do Stygii?

- Przeczytałem chyba wszystkie dostępne relacje z tych czasów - podjął Springald. - Myślę, że niewiele uszło mojej uwagi. Ostatnim królem panującym w Pythonie był Ahmas Dwudziesty Siódmy. Gdy zobaczył, że długa wojna zbliża się ku końcowi i że wkrótce będzie musiał uciekać, poczynił pewne przygotowania dotyczące zabezpieczenia skarbu. Wiedział dobrze, że jego królewscy krewniacy w Stygii chętnie udzielą mu azylu, ale niewiele minie czasu, a jego złoto przepłynie do ich kufrów.
- Mądry człek - powiedział Wulfrede, kiwając głową. - Nikomu nie można ufać, gdy w grę wchodzi wielki skarb.
- Z tego powodu - podjął Springald - w ostatnich dniach przed upadkiem wielka flota wyruszyła na południe pod osłoną ciemności. I słuch po niej zaginął. Wielu historyków jest przekonanych, że flota wywiozła skarb Pythonu.
- A dlaczego ten król Ahmas nie sprowadził skarbu, gdy był już bezpieczny? - zapytał Chen Shu.
- Nigdy nie miał okazji. Kiedy nadszedł koniec, nie zdążył uciec z Pythonu. Wysłał rodzinę, a sam zajął się obroną stolicy. Toczono walki o każdą ulicę tego miasta o purpurowych wieżach, przez co większa jego część legła w gruzach. W ostatniej bitwie na terenie pałacu, mimo usilnych próśb oficerów, Ahmas odmówił opuszczenia swoich wiernych strażników. Zrzucił królewskie szaty, żeby najeźdźcy nie próbowali wziąć go do niewoli, i zginął w walce jak zwyczajny żołnierz przy Rubinowej Bramie.
- Oto śmierć godna króla - stwierdził Druss.
- Przez kilka pokoleń jego potomkowie żyli na różnych dworach Stygii. Ale kiedy stało się jasne, że Hyborianie nigdy nie zostaną wygnani z północnych krain, Stygijczycy przestali im pomagać i Acherończycy odeszli w zapomnienie. Nikt nie wie, co się stało z ostatnimi z nich.
- I nikt nie wie, gdzie Ahmas kazał ukryć skarb? - zapytał Wulfrede.
- Na to wygląda. Kapitanowie flotylli musieli odczytać rozkazy dopiero na morzu, a nikt nigdy nie wrócił z tej wyprawy. Jeżeli Ahmas zdradził tajemnicę kryjówki jakiemuś urzędnikowi czy krewnemu, to ten musiał umrzeć nie przekazawszy tajemnicy swoim potomnym.

Wulfrede podał Springaldowi bukłak z winem. Uczony pociągnął łyk, po czym podjął opowieść.
- Kiedy znalazłem relację kapitana Belphormisa, ogarnęło mnie wielkie podniecenie. Najwyraźniej podróżnik nie wiedział, na co się natknął. Stare księgi są bardzo zakurzone, udałem się więc z Biblioteki Królewskiej do pobliskiej oberży, żeby przepłukać gardło.
- Zapominając o oddaniu ksiąg? - zapytał Vanko.
- Ach, tak, w owym czasie znano mnie dobrze w bibliotece i dozorcy nie trudzili się przetrząsaniem mojej sakwy przy wyjściu, a poza tym nikt nawet nie dotknął tych ksiąg co najmniej od dwustu lat. Taki wstyd...

Wulfrede roześmiał się na całe gardło.
- Nie bój się, nie nazwę cię złodziejem, molu książkowy. Mów dalej.
- W oberży natknąłem się na młodego kapitana, najemnika. Był tak ponury, a ja tak rozradowany swoim odkryciem, że postanowiłem przysiąść się i napić z nim. Gdy wino popłynęło strumieniem, zacząłem opowiadać mu o swoich znaleziskach.
Dowiedziałem się, że nazywa się Marandos i jest młodszym synem starożytnego szlacheckiego rodu Aquilonii. Nie miał stosownego zajęcia ani perspektyw, i jak wielu wojowników szlachetnego rodu uważał, że praca najemnika jest dlań uwłaczająca. Na dodatek miał.
- Springald z pewnym zakłopotaniem zerknął na Malię - raczej lekkomyślną młodą żonę.
- To nieprawda! - zaprzeczyła gorąco dziewczyna. - To on upierał się, żeby ubierać mnie w jedwabie i dawać mi klejnoty, o które nigdy nie prosiłam.
- Niezależnie od powodów - wtrącił z chichotem Wulfrede - nasz młody żołnierz uznał mapę za intrygującą, co, Springaldzie?

- Masz rację. W miarę przybywania słów i ubywania wina, ogarniał go entuzjazm. Zaproponował wyprawę w celu odszukania miejsc opisanych tak szczegółowo przez kapitana Belphormisa. Wyznam, że mnie nie wpadł do głowy taki pomysł. Ale ja byłem tylko uczonym, a on najemnikiem. W najmniejszym stopniu nie kłopotała go myśl o pokonywaniu wielkich odległości i trudów w poszukiwaniu bogactwa, robił już bowiem takie rzeczy, a w zamian dostawał tylko marny żołd. Czym jest narażanie się na ból i śmierć, gdy w zamian można zdobyć skarb starożytnego króla?

- To zrozumiałe - przyznał Zorian. - Ale on wyruszył na południe ze statkiem i załogą. Z pewnością nie kupił takich rzeczy za kapitański żołd.
- Nie - odparł Ulfilo. - Przyszedł do mnie, po raz pierwszy od opuszczenia domu. Mój brat Marandos jest dumnym człowiekiem i nie prosiłby mnie o pomoc, gdyby nie mógł w zamian obiecać wielkiego zysku. Z początku byłem sceptycznie nastawiony, ale gdy Springald wyjaśnił, o co chodzi, i pokazał mi znalezione przez siebie księgi, zaryzykowanie pieniędzy na wyprawę wydało mi się niezłym pomysłem.
- To nie wszystko - upomniała Malia. - Powiedz im resztę!

Ulfilo zmieszał się, ale spełnił jej prośbę.
- Prawda, chodziło nie tylko o dopomożenie bratu. Dla naszego rodu nastały ciężkie czasy. Król Aquilonii Numedides nie jest przyjacielem mojej rodziny, a nasze ziemie wyjałowiały przez lata. Ostatnie zbiory okazały się kiepskie, niewiele też było wojen, które mogłyby przynieść bogate łupy. Taka wyprawa była szansą na odbudowanie fortuny rodu.
- Upierałam się, że to głupi pomysł - powiedziała Malia - ale moje prośby nie przemawiały do męża i szwagra. Ten szalony plan stał się ich obsesją, bez ustanku mówili o statkach i ludziach, o marszrucie i mapach.
- Sporym zaufaniem obdarzyliście nie znanego wam mola książkowego - zauważył Wulfrede.
- Na samym początku Springald dał nam gwarancje, że mówi poważnie.

Czym poręczył? - zaciekawił się Druss. - Uczeni rzadko mają ziemię, świetne domostwa czy stada bydła.
- Postawiłem jedyną marną rzecz, którą mogę nazwać własną - odparł Springald. - Powiedziałem im, że jeśli Marandos nie znajdzie skarbu, wtedy Ulfilo będzie mógł wziąć moją głowę.
Zapadła cisza.
- Poręczyłeś głową? - zapytał ze szczerym zdumieniem Tranicos.
- Dziwny zastaw - rzekł Ufilo - ale człek honoru nie może raczej wątpić w szczerość takiej przysięgi.

Wulfrede zaśmiał się rubasznie.
- Może wszyscy jesteście szaleni, ale ty przynajmniej jesteś wariatem z fantazją! - Jego wesołość nie była wymuszona. Prawdę mówiąc, ilekroć wspominano o skarbie, Van wpadał w doskonały humor.
- Posłuchajmy teraz o tym liście, który Marandos przysłał z Khemi - podsunął Druss.
Jego słowa jakby zbiły Aquilończyków z tropu.

- Mój brat - rzekł wreszcie Ufilo - nie dotarł do skarbu w czasie pierwszej wyprawy, ale zdążył zobaczyć kryjówkę, nim ludzie zmusili go do powrotu. Po dotarciu do Khemi próbował zorganizować drugą wyprawę.
Tym razem skontaktował się z nim stygijski szlachcic, człowiek imieniem Sethmes
. Zgodził się dać statek, załogę i zapasy na następną wyprawę.
- Nigdy nie znałem Stygijczyka, który wyświadczyłby komuś przysługę, gdyby w grę nie wchodziły pieniądze - skomentował Wulfrede. - Wszak twój brat musiał wyglądać jak obszarpany żebrak, gdy pojawił się w Khemi. Jak zdołał przekonać tego Sethmesa?

- Przede wszystkim - rzekł dumnie Ulfilo - szlachetnie urodzony zawsze rozpozna aquilońskiego wielmożę, nawet pod łachmanami.
Vanko udało się zachować kamienny wyraz twarzy. Znał wielu zrujnowanych szlachciców służących w najemnych armiach, i rzadko różnili się od innych.
- Poza tym - kontynuował Ulfilo - Marandos przedstawił dowody, że jest na tropie wielkiego skarbu, i poprzez danie pewnych rękojmi zyskał niezbędne środki na następną wyprawę. W trakcie przygotowań wysłał nam list, w którym naglił do wyruszenia za nim własnym statkiem. Radził zwerbować dobrych i godnych zaufania ludzi, wyprawa bowiem jest pełna trudów i niebezpieczeństw, ale u jej kresu czeka niewyobrażalna nagroda.

- I czymże on poręczył Sethmesowi? - zapytał Wulfrede.
- To nie twoja sprawa. Umowa dotyczy Sethmesa i mojej rodziny. Wystarczy, że twoja nagroda będzie znaczna. Sethmes jest w Stygii i nie powinniśmy się nim zajmować.
Co do tego Zorian miał poważne wątpliwości. Aquilończycy nie powiedzieli jeszcze wszystkiego. Wydobywanie informacji od tych ludzi było gorsze, niż przedzieranie się przez niezliczone drzwi, bariery i pułapki królewskiego skarbca. Postanowił, że dowie się reszty w trakcie wędrówki.

- No, zmitrężyliśmy dość czasu - powiedział Ulfilo. - Jestem przekonany, że zaspokoiłem waszą ciekawość, więc możemy iść dalej. Zdołamy pokonać milę czy dwie przed zapadnięciem nocy!
- Tak, jestem usatysfakcjonowany - rzekł Wulfrede - jeśli tylko skarb istnieje, a ja mam dostać jego część!
Druss nie dał się zwieść jowialnemu tonowi. Van nadal był pełen podejrzeń, choć z zadowoleniem powitał koniec rozmowy.
Goma uśmiechnął się na widok wracających cudzoziemców.

- Jesteści gotowi, biali ludzie, zobaczyć świat stworzony przez Ngai?
- Tak - odparł Chen Shu, jak zwykłe ciekaw wszystkiego co nowe niezależnie od okoliczności. - Pokaż nam tę dziką krainę. Z przyjemnością posłucham szumu wiatru w koronach innych drzew.
Tragarze flegmatycznie zarzucili pakunki na ramiona. Z Gomą na czele ruszyli na bezdroża nieznanej krainy.
Czekam na jakieś decyzje handlowe, czy działania. Jak ich nie podjęliście to wszystko dzieje się jak wyżej, wasze towary niosą tragarze. ew. towary Vanko mogą nieść jego niewolnicy.
Jakieś dyskusje między Graczami, ocena sytuacji, plany, wypowiedzi, mile widziane i wręcz pożądane.

Ja się wstrzymam chwilę z kolejnymi wpisami, czekam na jakieś Wasze wpisy fabularne, a nie tylko, jedno czy dwu zdaniowe techniczne.
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:39 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 25 marca 2014, 17:51

Tranicos odciągnął najbliżej stojącego Drussa na stronę.
- Kurwa, to się we łbie nie mieści. Pamiętasz co ci opowiadałem po tym jak nasi pracodawcy wyszli w nocy, a ja ich śledziłem? Zwracali się do tamtego człowieka z którym rozmawiali "Sethmes". Ci ludzie są pod wpływem klątwy stygijskich bogów i szukają tych skarbów żeby odwrócić poręczenie Marandosa. Na kilometr jedzie stygijskim czarnoksięstwem.

El Bragh
Reactions:
Posty: 58
Rejestracja: 31 października 2013, 21:54

Post autor: El Bragh » 25 marca 2014, 21:26

Wieczorem bądź rano sprzedaję połowę swych towarów (równowartość 1000 zł lun), jeśli jest to możliwe i staram się załatwić transport wymienionych towarów na statek, żeby nie leżały w wiosce chyba że jest możliwość wymiany na mało gabarytowe przedmioty typu klejnoty, złoto itp. które można zabrać ze sobą
Chen Shu po zakończeniu spotkania na osobności podchodzi do Springalda, ponieważ zawsze lubił znać zdanie osób uczonych od których można się wiele nauczyć i zagaduje :
- Ciekawi mnie bardzo co nauczyciel z Tanasalu sądzi o nowym przewodniku naszym i jego bezinteresownej pomocy, gdyż mą skromną osobę niepokoi to iż "Nic nie kosztuje tak dużo, jak rzecz otrzymana za darmo."- jak głosi stare khitajskie przysłowie.
- Ciekawi mnie również, czy twój przyjaciel Marandos w liście napisał, cóż mu się przytrafiło podczas pierwszej wyprawy, że wrócił tylko z kompanem jednym ?
Po otrzymaniu odpowiedzi khitajczyk stara się niepostrzeżenie obserwować przyzwyczajenia i zachowania Gomy. Czyli po prostu mam go na oku :)

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 25 marca 2014, 22:10

Zorian wiedział, że wszystkich niezbędnych informacji prędzej czy później i tak się dowie. Za to wpadł na pewien pomysł, którym nie omieszkał podzielić się z Vanko na osobności.
Spoiler!
Na PW napiszę ci co myślę, tu zbyt wiele wścibskich oczu! :D
*

Zorian od niechcenia chodził po obozowisku, szukając sobie zajęcia. Akurat tak przypadkiem się złożyło, że przechodził obok niewolników należących do Vanko.

- Znam Czarownika Vanko już wiele lat - powiedział ściszając głos. - Ostatni niewolnicy, którzy mu uciekli, musieli jeść tyłkiem i wydalali jedzenie gębą, zaś na ciele codziennie rosły im pęcherze, które ponoć strasznie swędziały - powiedział cicho, konspiracyjnie przykładając dłoń od ust. - Widzicie tego tam, co sobie chodzi? - wskazał palcem na przechodzącego parę metrów dalej Tranicosa. - Ten człowiek nigdy nie zdejmuje butów. Czarownik Vanko rzucił na niego klątwę i teraz jego nogi śmierdzą tak bardzo, że w okolicy ginie cała zwierzyna. A ten tam - wskazał na Chena - raz przypadkiem powąchał ten smród. I od tej pory ma skośne oczy i żółtawą skórę. - Shu akurat rozmawiał z Drussem i w momencie, gdy Zorian go obgadywał przy niewolnikach, spojrzał w tamtą stronę, machając ręką jakoby przyznając rację akwilończykowi. - Został jeszcze ten wielki mięśniak. Raz obraził wielkiego czarownika. I za to na niego to dopiero klątwa spadła! - powiedział podniesionym głosem, uderzając pięścią w otwartą dłoń, podkreślając przy tym wagę słów. Druss również spojrzał w kierunku Zoriana i siedzących obok niewolników. Minę miał poważną, ale i wyraźnie zdenerwowaną ostatnimi potyczkami z Umo. - Tego spotkała najgorsza kara. Czarownik Vanko... - zaczął konspiracyjnym szeptem, po czym głośno przełykając ślinę i udając przerażenie wybąkał - pomniejszył mu penisa. Teraz ma takiego - zacisnął pięść i wystawiając tylko mały palec wskazał jego paznokieć.

*

Po spełnieniu swojego przyjacielskiego obowiązku pilnowania niewolników przyjaciela, Zorian podgwizdując z radości skierował się do Malii.

- Jak podróż mija, o piękna niewiasto? - dodał, kłaniając się lekko.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 25 marca 2014, 22:20

Ludzi Marandosa wybito, kanibale, pigmeje, małpoludy, rzekł Springald do Chen Shu.

Niewolnicy Vanko są przerażeni, zwłaszcza, że Hiena potwierdził słowa Zoriana i rzekł, tak biały bwana Zorian mówi prawdę, pan Vanko wielka czarownik jest i wielka wojownik.

Malia rzekła, dziękuję za zainteresowanie, jak na niewiastę chyba radzę sobie nieźle prawda?
Handel - zysk 50% jednak, fakt ludzie Ashki wracają do siebie, to mogą zabrać kość słoniową i perły na statek. Ktoś jeszcze handluje? Albo sprzedaje więcej niż zamierzał do tego momentu?
Spoiler!
Vea i Mea są wkurzone, pocą się jak cholera w tych zawojach, chcą byś pozwolił im być kobietami i nie zakrywać twarzy.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 25 marca 2014, 22:27

A ile można teraz zyskać? Jak 200% i więcej pierwotnej ceny - to sprzedaje wszystko.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 25 marca 2014, 22:37

No napisałem 50% zysku. Dasz towar za 1000 lun, dostaniesz kość słoniową i perły za 1500.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 25 marca 2014, 22:59

Achhh jeny, wybacz, nie zauważyłem. To nie, zostawiam towar jeszcze... niech go noszą, a co! Tymczasem próbuję złamać Goma na chwilę by pogadać. CDN jutro.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 25 marca 2014, 23:17

Sprzedam towar za 500zl, trochę zostanie na wymianę, a będzie mniej do niesienia. Jak tam Um nadal stara się mnie prowokować?


-To może być i prawda Tranicosie, desperacja popycha ludzi do rożnych rzeczy- Cymmeryjczyk położył dłoń na ramieniu towarzysza w uspakajającym geście - Jeśli nawet są przeklęci...to trudno, poharataliśmy już dwa demony to i poradzimy sobie z kolejnymi jeśli przyjdą po nich - Barbarzyńca uśmiechną się od ucha do ucha - Już dawno minął czas na cofanie się Tranicosie, za nami nie ma perspektywy na powrót bez nich, a przed nami co prawda wielki hazard...ale i wielkie szanse, jeśli choć po części ich przypuszczenia się sprawdzą to obłowimy się niesamowicie...a nawet jeśli nie to sama przygoda po drodze zapowiada się przednio, przyjacielu.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 26 marca 2014, 03:29

Na bogów! Wybaczcie mi me zachowanie moje wspaniałe wojowniczki! W trosce jeno o Wasz spokój naraziłem Was na nieznośną udrękę. -Vanko, ku zdumieniu towarzyszy po raz pierwszy głośno zwrócił się do swych najemników. Po czym wprawnie pomógł obu nieprzeciętnej urody wojowniczkom pozbyć się nadmiaru skrywającej ich wrodzone wdzięki odzieży.

Grzech mój niezrównane me towarzyszki broni odkupię tu i teraz. Drzemiący w Was hart ducha i ciała, jakie sprawdzałem ostatnimi dniami okazuje się ustępować jedynie bohaterom z legend. Niech te dwa naszyjniki z pereł zdobią od teraz Wasze wspaniałe kształty, cudowne me inspiracje w tym niecywilizowanym kraju!

Długa, nad wyraz głośna retoryka zamorianina wywarła planowany skutek. Spojrzenia wszystkich spoczęły na Vei i Mei. Ukradkowe rozmowy ucichły, sam zaś Vanko w oczach innych pokazał się lekkoduchem i żądnym przygód awanturnikiem, niełasym na bogactwo i niegroźnym w chwili, gdy przyjdzie dzielić łupy.

Zorian parsknął gromkim śmiechem, lecz obaj przyjaciele od dawna już rozumieli się myśląc podobnymi, szczerozłotymi sercami. Sercami, które pragnęły podobnego swej naturze szczerozłotego towarzystwa. Najlepiej w dużych ilościach.

Druss przez dłuższą chwilę wpatrywał się podejrzliwie w zamorianina, chcąc swą groźną miną i wielkimi jak u wołu muskułami przeniknąć i wywlec na wierzch jego zamiary.

Vanko uśmiechnął się diabolicznie, oddaliwszy kilka kroków. Wpatrywał się w horyzont.
Wszystko szło zgodnie z jego planem. Triumfował.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 26 marca 2014, 08:49

Sprzedaliście część towarów, Vea biała i jasnowłosa oraz Mea czarnowłosa mulatka, smukłe wojowniczki, pozbyły się turbanów.

Marynarze skupili na nich wzrok i zaczęli sarkać, że 3 kobiety muszą przynieść pecha, prędzej czy później.
Na razie skończyło się na gadaniu. Po śniadaniu ruszyliście w dalszą drogę
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:37 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 26 marca 2014, 11:12

Ruszyliście dalej. Druss, Vea i Mea, Tranicos i Chen Shu, stanowili ubezpieczenie całej grupy, czasami zapuszczając się na polowania. Vea i mea wyglądały jaby się tu urodziły, szybko nauczyły marynarzy, że nie należy ich zaczepiać.
Wielka równina


Las ciągnął się nieprzerwanie wiele mil. Miejscami był suchy i rzadki, a tym samym łatwy do przebycia, kiedy indziej zaś podmokły i gęsty, trudniejszy do pokonania. Teren cały czas się wznosił, a bagniska pojawiały się coraz rzadziej. Las tętnił życiem. Zamieszkiwały go głównie mniejsze zwierzęta. W gąszczu pomykały niezliczone ptaki, małpy i dzikie koty. Malia wydawała radosne okrzyki na widok każdego nowego zwierzęcia, dopóki ta różnorodność nie zaczęła jej nużyć.
Wokół było pełno małych leśnych jeleni i naziemnego ptactwa, więc podróżnikom nie brakowało świeżego mięsa. Przybysze z północy wzdragali się przed spożywaniem mięsa małp, ale tubylcy uważali je za przysmak. Tranicos wysunął się na czoło kolumny i nie szczędził strzał. Tragarze ściągali z drzew ubitą przez niego zwierzynę i oprawiali wieczorami.
Cymmerianin był w swoim żywiole. Zbyt długo przebywał w cywilizowanych krajach. Zawsze złościły go i krępowały normy miejskiego życia, tutaj więc wreszcie był wolny. Jego wrodzona dzikość zaczęła brać górę nad nikłą warstewką cywilizacji, gdy całe dnie spędzał na samotnym badaniu terenu. Goma rankiem opisywał dzienną marszrutę i czekające ich przeszkody, a wtedy Druss lub Tranicos wyruszali na samodzielny zwiad.

Jako urodzony człowiek dziczy Druss, nie potrzebował przetartych szlaków, dlatego w ciągu jednego dnia mógł pokonać ogromne odległości. Zataczał szerokie kręgi wokół kolumny, z niezmienną czujnością wypatrując obcych, którzy w tym kraju zawsze mogli się okazać wrogami. Na szczęście natknął się jedynie na resztki ognisk, które niegdyś służyły myśliwym. W paru miejscach spotkał kwadratowe paleniska ze starannie ułożonych kamieni. Przypuszczał, że zostawił je Marandos w czasie jednej z podróży w głąb lądu.
Owady stały się mniej dokuczliwe niż w podmokłej dżungli, więc trzeciego dnia wędrówki Druss z ulgą zrzucił koszulę i spodnie. Teraz poruszał się jeszcze ciszej. Co rano, ubrany tylko w przepaskę na biodrach i sandały, z toporem i sztyletem u pasa, kuszą na plecach, z tubylczą dzidą w dłoni, znikał w lesie bezgłośnie jak duch.
Pozostali podróżnicy wydawali się nieco zakłopotani jego przemianą. Na ich oczach groźny i zaprawiony w boju wojownik zmieniał się w dzikie stworzenie, bardziej pierwotne niż krajowcy.

Czarni tragarze byli przyzwyczajeni do życia wśród swoich pobratymców, rzadko sami zapuszczali się w dzicz, i usychali z tęsknoty, gdy znajdowali się daleko od reszty plemienia. W porównaniu z nimi Druss był człowiekiem z innego świata. Wydawało się, że odżywa w samotności. Ze wszystkich jego towarzyszy tylko Goma z uśmiechem witał tę metamorfozę, jakby wiedział o Cymmerianinie coś, co dla innych pozostawało tajemnicą.
Druss nie zauważał ich zdumienia. Czuł się tak, jakby po latach wracał do życia. Samotna egzystencja w lesie wymagała bezustannej czujności, i z każdym krokiem jego zmysły stawały się coraz bardziej wyostrzone. Odbierał bodźce niedostępne dla swych towarzyszy. Zapachy, które dochodziły do jego nozdrzy, wszystkie dźwięki, najlżejszy ruch, nawet muśnięcie powietrza na skórze, mówiły mu o najmniejszych zmianach otoczenia i możliwych niebezpieczeństwach.

Cywilizowani ludzie nauczyli się ignorować zbędne dźwięki, zapachy i wrażenia, żeby lepiej skoncentrować się na bieżących zadaniach, na wojnie czy zysku. Tym samym stali się w trzech czwartych głuchymi, ślepymi i pozbawionymi czucia. Druss tłumił swoje zdolności, kiedy przebywał wśród cywilizowanych ludzi, ale nigdy ich nie stracił. Podczas podchodzenia leśnej antylopy śledził lot ptaków nad głową, wdychał woń zioła zmiażdżonego kopytem i słyszał pełznącego węża dziesięć kroków dalej, i wszystko to bez odrywania uwagi od tropionego zwierzęcia.
Wieczorem dziewiątego dnia leśnej wędrówki, gdy wrócił do obozu, powitał go aromatyczny zapach piekącego się mięsa. Jak zawsze strażnicy byli zaskoczeni nagłym pojawieniem się Cymmerianina, poza Tranicosem i Chen Shu, im niekiedy udawało się zauważyć wracającego towarzysza.
- Na Seta, Drussie - rzekł marynarz stojący na warcie - czy nie mógłbyś uprzedzać, że nadchodzisz? Połowa tragarzy uważa cię za leśnego ducha w ludzkiej postaci, a ja nie jestem pewien, czy się mylą.
- Jeżeli trzeba krzyczeć, żebyś nie dał się zaskoczyć, to znaczy, że nie spełniasz należycie swoich obowiązków - odparł Cymmerianin.

Aquilończycy siedzieli wokół ognia i z zainteresowaniem studiowali jedną z map Springalda. Podnieśli głowy, gdy Tranicos zatrzymał się przed nimi, wyjął coś z sakiewki i rzucił Ulfilowi. Mężczyzna złapał przedmiot i przyjrzał mu się w świetle ognia. Była to mała brązowa sprzączka ze złamanym języczkiem.
- To zingarańska robota - powiedział Aquilończyk.
- Tak - mruknął Tranicos, znalazłem ją w czasie zwiadu. - Właściciel wyrzucił zapinkę, gdy się zepsuła. Znalazłem ją przy resztkach ogniska. Musiała należeć do członka jednej z ekspedycji twojego brata.
- A może kupił ją jakiś tubylec - podsunął Springald.

Vanko potrząsnął głową.
- Krajowiec nigdy nie wyrzuciłby kawałka dobrego metalu. Zachowałby go, by pełnił inną rolę. Tutaj metal jest cenny.
- Wobec tego podążamy właściwym szlakiem - powiedziała Malia.
Ukradkowo przyglądała się Cymmerianinowi stojącemu w migotliwym blasku płomieni. Wydawał się kimś całkowicie innym od nieokrzesanego awanturnika, którego spotkali w Asgalunie. Ten nowy, prawie nagi i dziki człowiek bardziej przypominał płowe koty, jakie przemykały w pobliżu obozu. Był masywny, potężne mięśnie grały pod gładką jak u tancerza skórą, a bezgłośna gracja upodobniała go do wielkiego drapieżnika. Nawet w lśniących błękitnych oczach drzemało okrucieństwo lwa.
- Jak daleko jeszcze? - zapytał Springald. - Te mapy są nad wyraz niedokładne, a w pisemnych relacjach znaleźć można głównie opis zdarzeń, brak natomiast podawania dokładnych odległości. Na przykład: W tym tygodniu odwiedziliśmy różne wioski i korzystnie wymieniliśmy nasz towar na kość słoniową. Ale czy w tym tygodniu pokonali dwie mile czy sto, czy odwiedzili cztery wioski czy dwadzieścia, o tym ani słowa.

- Goma mówi, że jutro dotrzemy do końca lasu - oznajmił Zorian. - Wtedy zacznie się szeroki pas sawanny, a za nią pustynia. Nadal mamy przed sobą długą drogę, a wyprawa porusza się z szybkością najwolniejszego tragarza.
- Miejmy nadzieję, że to niedaleko - westchnęła Malia. - Marynarze robią się niespokojni. Mruczą, że nie zaciągnęli się na statek po to, by bez końca tłuc się po lądzie.
- Tak mówią? Wszyscy, czy tylko Umu?
- On jest przywódcą, bez dwóch zdań - powiedział Springald. - Nie rozumiem, dlaczego Wulfrede nie ukróci bezczelności tych oprychów.
- Sam się nad tym zastanawiałem. Ale w takim kraju nie zgodzę się mieć wrogo nastawionego człowieka za plecami. Jeżeli Wulfrede nie zajmie się tą sprawą, będę musiał sam ją załatwić.

- Co chcesz zrobić? - zapytała niespokojnie Malia.
- Zamienię parę słów z marynarzami. - Cymmerianin ruszył niedbałym krokiem do ogniska, przy którym wypoczywali żeglarze. Wszyscy rozmawiali przyciszonymi głosami. Umu rzucił nadchodzącemu szydercze spojrzenie i powiedział po cichu coś, co wywołało salwę śmiechu. Wulfrede przyglądał im się z zimnym rozbawieniem.

- Witajcie, bracia - powiedział Druss. - Wszyscy zadowoleni? - Nie patrzył na Umu. Inni milczeli, unikając spojrzenia mu w oczy.
- Patrzcie! - ryknął Umu. - Goły dzikus raczył do nas przemówić! Na Isztar, nasz cymmeriański górski kozioł stał się dzikszy od tych czarnych psów z wybrzeża.
- Wulfrede, nie pilnujesz porządku wśród swoich ludzi - powiedział Druss.
Umu wstał i uśmiechnął się złośliwie.

- Na morzu słowo naszego kapitana jest prawem, ale nie na lądzie. Taki jest żeglarski obyczaj. I dlaczego mielibyśmy słuchać ciebie, Cymmerianinie? Jesteś barbarzyńcą bez ojczyzny czy krewnych. I jesteś szczurem lądowym, czy żeglarz bowiem może żyć w lasach niczym zwierzę? - Popatrzył na innych, szukając poparcia, ale większość kompanów zachowała milczenie. Druss wiedział, o co chodzi: pracowali i walczyli z Umu ramię w ramię, ale teraz to był sprawdzian siły, i mieli poprzeć tego, kto wygra - przynajmniej dopóki nie pojawi się nowy pretendent.
- A ty - powiedział Druss - jesteś szukającą zwady małpą, która knując za moimi plecami, próbuje namówić towarzyszy do zdrady.

Brzydka twarz Umu spurpurowiała.
- Tym razem rzucam ci wyzwanie prosto w oczy, Cymmerianinie!
- Wreszcie. Taki głupi wieprz jak ty niepotrzebnie strzępi sobie język, starając się mówić jak człowiek.
Wygląda, że doszło do otwartego konfliktu Umo z Drussem. Pytanie, czy Druss chce walczyć na śmierć i życie?
Co robią pozostali, inni marynarze nie zamierzają walczyć, obserwują sytuację.
Spoiler!
Narzuciłem Ci pewne wypowiedzi i zachowania, ale chyba chciałeś załatwić sprawę z Umo? Raczej walka na śmierć i życie jest najlepszą opcją. Ale możesz zaproponować coś innego, np. pojedynek zapaśniczy, czy mordobicie. Decyduj.
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 12:55 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ