Nocujecie w tej wsi. Jak chcecie coś załatwić wieczorem, albo rano to piszcie.
Podróż na wschód
Następnego dnia wybraliście brakujących tragarzy i poczyniliście ostatnie przygotowania. Rankiem wyruszyli w kierunku urwiska, nie widząc tajemniczego Gomy.
Opuściliście wioskę o świcie, wśród zawodzenia kobiet, które nie wiedziały, kiedy - i czy w ogóle - zobaczą swoich mężczyzn. U stóp skarpy, jakieś kilkaset kroków od wodospadu, zaczynała się biegnąca na szczyt wąska i kręta ścieżka.
Wspinaczka była niebezpieczna i trwała prawie cały dzień. Nie dość, że ścieżka była wąska i kręta, to jeszcze rzadko używana. Niektóre odcinki całkiem zarosły krzakami, inne zostały zmyte. Dla wychowanego w górach Conana dróżka była wygodna jak brukowany gościniec, lecz innym sprawiała trudność. Najbardziej nieszczęśliwi byli marynarze. Nie przyzwyczajeni do pokonywania większych odległości na piechotę, uważali wspinaczkę za istną katorgę.
Cymmerianinowi i Chen Shu każda droga, która oddalała ich od nizinnej dżungli, zdawała się usłana różami. Mógł znieść prawie wszystko, ale cuchnące bagniska były wręcz odpychające. Cokolwiek znajdowało się na szczycie, mogło być tylko lepsze. Druss żwawo biegł ścieżką, zatrzymując się tylko po to, by zepchnąć na bok głazy albo wyciąć mieczem krzaki. W trakcie wspinaczki widok rozpościerający się u jego stóp stawał się coraz rozleglejszy, aż w końcu zobaczył morze zieleni ciągnące się aż do srebrnego paska daleko na horyzoncie: prawdziwego morza.
Na szczycie urwiska rosły wysokie drzewa, inne niż na nizinie, oddalone znacznie od siebie. Korony miały dużo rzadsze niż te w dole, a listowie mniej gęste. Powietrze też było bardziej czyste. Druss, rozglądając się po okolicy, dostrzegł w cieniu pod drzewami znajomą postać.
-
Jesteś twardszy od swoich towarzyszy, człowieku o czarnych włosach - powiedział Goma.
- Jestem góralem, nieobca mi wspinaczka. Pozostali niedługo tu będą.
Goma przyjął niedbałą pozę, skrzyżował nogi i wsparł się na długim trzonku topora niczym mieszczuch na wykwintnej lasce ze złotą gałką.
Druss z zainteresowaniem przyjrzał się broni. Nie był to znany w zachodnich krainach ciężki topór do rozłupywania zbroi,
ale lekka broń o zwartym obuchu, wyposażonym z jednej strony w półkoliste ostrze, a z drugiej w długi na dłoń szpikulec.
Trzonek mający trzy stopy i zakończony kulą wielkości pomarańczy, sprawiał wrażenie zrobionego z rogu nosorożca. Skórzana pętla łączyła go z nadgarstkiem Gomy. Cymeryjczyk wiedział, że jest to niebezpieczna broń, szczególnie w tym kraju, gdzie hełmy i zbroje należą do rzadkości.
Wkrótce zaczęli przybywać inni. Pierwszy pojawił się Ulfilo, zmęczony, ale zbyt dumny, by dać to po sobie poznać. Za nim wdrapała się Malia i Springald, oboje dyszący bez skrępowania. Potem pod drzewami stanął Wulfrede z paroma marynarzami i najemnikami Ufilia. Pozostali żeglarze rozciągnęli się w długą linię wzdłuż szeregu tragarzy. Vanko ze swoimi najemnikami i niewolnikami, a tuż za nimi Zorian z żołnierzami jako straż tylna, oraz Tranicos stanowiący ubezpieczenie.
- Widzę, że nasz przyjaciel wreszcie do nas dołączył - stwierdził Ulfilo.
-
A Druss i Chen Shu wyglądają jak dworzanie po porannej przechadzce po królewskich ogrodach - zauważyła kwaśno Malia.
Cymmerianin przetłumaczył te komentarze Gomie, który z rozbawieniem zapewnił:
- Koniec ze wspinaczką na wiele dni, ale czekają nas inne niebezpieczeństwa i trudy.
-
Trudy nawet dla ciebie, Goma? - zapytał Wulfrede.
Przewodnik uśmiechnął się szeroko.
-
Na pustyni nawet ktoś taki jak ja jest niepewny jutra.
Wulfrede spojrzał wściekle na Aquilończyków.
- Zeszłej nocy mówił coś o pustyni. Wy nie raczyliście o niej wspomnieć.
- W ogóle liczyli się z każdym słowem - wtrącił niecierpliwie Vanko. - Chyba nadszedł czas, żebyśmy dowiedzieli się czegoś więcej o naszej podróży. Słuchajcie, cywilizacja została daleko za nami. Chyba się nie boicie, że ktoś was tu podsłucha czy będzie szpiegował! - Zamaszystym ruchem ręki omiótł pierwotny las wokół nich i rozległą dżunglę, która rozpościerała się poniżej niczym zielony kobierzec.
Ulfilo zmieszał się, ale szybko odzyskał panowanie i wydał rozkazy.
-
Odpoczniemy tu chwilę, a potem w drogę.
Marynarze rzucili się na ziemię, tragarze zaczęli zdejmować pakunki z grzbietów. Tubylcy dotarli na płaskowyż w komplecie, ale paru zmordowanych marynarzy trudziło się jeszcze na ścieżce.
-
Druss i Inni z waszej grupy, Wulfrede - rzekł Ulfilo - chodźcie z nami na stronę. - Ruszyli w piątkę pod drzewa. Goma został na swoim miejscu, patrząc na wschód, najwyraźniej zatracony w podziwianiu czegoś, czego inni nie mogli zobaczyć. Aquilończycy znaleźli spokojną polankę i wraz z Drussem, Vanko, Zorianem, Chen Shu i Tranicosem oraz Wulfrede usiedli na ziemi. Springald zdjął sakwę z ramienia, otworzył i wyciągnął z niej jakieś księgi i dokumenty.
- Przez całe życie byłem uczonym studiującym wielkie wyprawy w przeszłości. Parę lat temu, podczas badań prowadzonych w wielce osobliwej i starożytnej bibliotece królów Aquilonii w Tarancii, natknąłem się na pewne księgi dotyczące odkryć żeglarzy z królestwa Ashur, które dawno temu odeszło w zapomnienie. Jeden z tych żeglarzy przytoczył ogromnie zdumiewającą relację: Niejaki kapitan Belphormis, w trakcie rutynowego przecierania nowego szlaku handlowego w głąb Czarnego Wybrzeża, odkrył liczne ślady dużo starszej antycznej cywilizacji, która zniknęła tysiące lat temu. Było to cesarstwo Acheronu. Kapitan Belphormis odkrył znaki i pieczęcie w górach na wschód stąd.
-
Acheron! - zakrzyknął Wulfrede. - To legendarna nazwa. Ale z pewnością ten kraj leżał na północ stąd, chyba że stare podania kłamią.
- Masz rację - rzekł Springald. - Myślę, że wiem o tym starożytnym kraju więcej niż jakikolwiek inny uczony, i w pewnych sprawach wszystkie podania są zgodne:
mieszkańcy Acheronu byli blisko spokrewnieni ze Stygijczykami, słynęli z niewiarygodnego bogactwa i zostali zniszczeni przez Hyborian, naszych przodków, którzy założyli Aquilonię, Hyperboreję, Nemedię, Brythunię, Koth, Argos, Królestwa Pogranicza i Koryntię. Kiedy Hyborianie zdobyli słynną stolicę Acheronu, nie mające sobie równych miasto
Python, Acherończycy uciekli, by szukać schronienia u swoich pobratymców Stygijczykow. Nigdy nie odzyskali ziem przodków i stopili się z ludnością miejscową.
Powstało wiele legend dotyczących ostatnich dni Pythonu. Niektóre z nich należy włożyć miedzy bajki, inne to trzeźwe relacje urzędników i uczonych.
Te są zgodne co do jednego - nikt nie wie, co się stało z bogactwem władców Pythonu.
-
Skarby królewskie nie znikają tak po prostu - wtrącił Wulfrede. -
Czy król nie zabrał swojego skarbu, gdy uciekał do Stygii?
- Przeczytałem chyba wszystkie dostępne relacje z tych czasów - podjął Springald. - Myślę, że niewiele uszło mojej uwagi.
Ostatnim królem panującym w Pythonie był
Ahmas Dwudziesty Siódmy. Gdy zobaczył, że długa wojna zbliża się ku końcowi i że wkrótce będzie musiał uciekać, poczynił pewne przygotowania dotyczące zabezpieczenia skarbu. Wiedział dobrze, że jego królewscy krewniacy w Stygii chętnie udzielą mu azylu, ale niewiele minie czasu, a jego złoto przepłynie do ich kufrów.
- Mądry człek - powiedział Wulfrede, kiwając głową. - Nikomu nie można ufać, gdy w grę wchodzi wielki skarb.
- Z tego powodu - podjął Springald - w ostatnich dniach przed upadkiem wielka flota wyruszyła na południe pod osłoną ciemności. I słuch po niej zaginął. Wielu historyków jest przekonanych, że flota wywiozła skarb Pythonu.
-
A dlaczego ten król Ahmas nie sprowadził skarbu, gdy był już bezpieczny? - zapytał Chen Shu.
- Nigdy nie miał okazji. Kiedy nadszedł koniec, nie zdążył uciec z Pythonu. Wysłał rodzinę, a sam zajął się obroną stolicy. Toczono walki o każdą ulicę tego miasta o purpurowych wieżach, przez co większa jego część legła w gruzach. W ostatniej bitwie na terenie pałacu, mimo usilnych próśb oficerów, Ahmas odmówił opuszczenia swoich wiernych strażników. Zrzucił królewskie szaty, żeby najeźdźcy nie próbowali wziąć go do niewoli, i zginął w walce jak zwyczajny żołnierz przy Rubinowej Bramie.
-
Oto śmierć godna króla - stwierdził Druss.
- Przez kilka pokoleń jego potomkowie żyli na różnych dworach Stygii. Ale kiedy stało się jasne, że Hyborianie nigdy nie zostaną wygnani z północnych krain, Stygijczycy przestali im pomagać i Acherończycy odeszli w zapomnienie. Nikt nie wie, co się stało z ostatnimi z nich.
-
I nikt nie wie, gdzie Ahmas kazał ukryć skarb? - zapytał Wulfrede.
- Na to wygląda. Kapitanowie flotylli musieli odczytać rozkazy dopiero na morzu, a nikt nigdy nie wrócił z tej wyprawy. Jeżeli Ahmas zdradził tajemnicę kryjówki jakiemuś urzędnikowi czy krewnemu, to ten musiał umrzeć nie przekazawszy tajemnicy swoim potomnym.
Wulfrede podał Springaldowi bukłak z winem. Uczony pociągnął łyk, po czym podjął opowieść.
- Kiedy znalazłem relację kapitana Belphormisa, ogarnęło mnie wielkie podniecenie. Najwyraźniej podróżnik nie wiedział, na co się natknął. Stare księgi są bardzo zakurzone, udałem się więc z Biblioteki Królewskiej do pobliskiej oberży, żeby przepłukać gardło.
-
Zapominając o oddaniu ksiąg? - zapytał Vanko.
- Ach, tak, w owym czasie znano mnie dobrze w bibliotece i dozorcy nie trudzili się przetrząsaniem mojej sakwy przy wyjściu, a poza tym nikt nawet nie dotknął tych ksiąg co najmniej od dwustu lat. Taki wstyd...
Wulfrede roześmiał się na całe gardło.
-
Nie bój się, nie nazwę cię złodziejem, molu książkowy. Mów dalej.
- W oberży natknąłem się na młodego kapitana, najemnika. Był tak ponury, a ja tak rozradowany swoim odkryciem, że postanowiłem przysiąść się i napić z nim. Gdy wino popłynęło strumieniem, zacząłem opowiadać mu o swoich znaleziskach.
Dowiedziałem się, że nazywa się Marandos i jest młodszym synem starożytnego szlacheckiego rodu Aquilonii. Nie miał stosownego zajęcia ani perspektyw, i jak wielu wojowników szlachetnego rodu uważał, że praca najemnika jest dlań uwłaczająca. Na dodatek miał.
-
Springald z pewnym zakłopotaniem zerknął na Malię - raczej lekkomyślną młodą żonę.
- To nieprawda! - zaprzeczyła gorąco dziewczyna. - To on upierał się, żeby ubierać mnie w jedwabie i dawać mi klejnoty, o które nigdy nie prosiłam.
- Niezależnie od powodów - wtrącił z chichotem Wulfrede - nasz młody żołnierz uznał mapę za intrygującą, co, Springaldzie?
- Masz rację. W miarę przybywania słów i ubywania wina, ogarniał go entuzjazm. Zaproponował wyprawę w celu odszukania miejsc opisanych tak szczegółowo przez kapitana Belphormisa. Wyznam, że mnie nie wpadł do głowy taki pomysł. Ale ja byłem tylko uczonym, a on najemnikiem. W najmniejszym stopniu nie kłopotała go myśl o pokonywaniu wielkich odległości i trudów w poszukiwaniu bogactwa, robił już bowiem takie rzeczy, a w zamian dostawał tylko marny żołd.
Czym jest narażanie się na ból i śmierć, gdy w zamian można zdobyć skarb starożytnego króla?
- To zrozumiałe - przyznał Zorian. - Ale on wyruszył na południe ze statkiem i załogą. Z pewnością nie kupił takich rzeczy za kapitański żołd.
- Nie - odparł Ulfilo. - Przyszedł do mnie, po raz pierwszy od opuszczenia domu. Mój brat Marandos jest dumnym człowiekiem i nie prosiłby mnie o pomoc, gdyby nie mógł w zamian obiecać wielkiego zysku. Z początku byłem sceptycznie nastawiony, ale gdy Springald wyjaśnił, o co chodzi, i pokazał mi znalezione przez siebie księgi, zaryzykowanie pieniędzy na wyprawę wydało mi się niezłym pomysłem.
-
To nie wszystko - upomniała Malia. - Powiedz im resztę!
Ulfilo zmieszał się, ale spełnił jej prośbę.
- Prawda, chodziło nie tylko o dopomożenie bratu.
Dla naszego rodu nastały ciężkie czasy. Król Aquilonii Numedides nie jest przyjacielem mojej rodziny, a nasze ziemie wyjałowiały przez lata. Ostatnie zbiory okazały się kiepskie, niewiele też było wojen, które mogłyby przynieść bogate łupy. Taka wyprawa była szansą na odbudowanie fortuny rodu.
- Upierałam się, że to głupi pomysł - powiedziała Malia - ale moje prośby nie przemawiały do męża i szwagra. Ten szalony plan stał się ich obsesją, bez ustanku mówili o statkach i ludziach, o marszrucie i mapach.
- Sporym zaufaniem obdarzyliście nie znanego wam mola książkowego - zauważył Wulfrede.
- Na samym początku Springald dał nam gwarancje, że mówi poważnie.
Czym poręczył? - zaciekawił się Druss. - Uczeni rzadko mają ziemię, świetne domostwa czy stada bydła.
-
Postawiłem jedyną marną rzecz, którą mogę nazwać własną - odparł Springald. - Powiedziałem im, że jeśli Marandos nie znajdzie skarbu, wtedy Ulfilo będzie mógł wziąć moją głowę.
Zapadła cisza.
- Poręczyłeś głową? - zapytał ze szczerym zdumieniem Tranicos.
- Dziwny zastaw - rzekł Ufilo - ale człek honoru nie może raczej wątpić w szczerość takiej przysięgi.
Wulfrede zaśmiał się rubasznie.
-
Może wszyscy jesteście szaleni, ale ty przynajmniej jesteś wariatem z fantazją! - Jego wesołość nie była wymuszona. Prawdę mówiąc, ilekroć wspominano o skarbie, Van wpadał w doskonały humor.
- Posłuchajmy teraz o tym liście, który Marandos przysłał z Khemi - podsunął Druss.
Jego słowa jakby zbiły Aquilończyków z tropu.
-
Mój brat - rzekł wreszcie Ufilo - nie dotarł do skarbu w czasie pierwszej wyprawy, ale zdążył zobaczyć kryjówkę, nim ludzie zmusili go do powrotu. Po dotarciu do Khemi próbował zorganizować drugą wyprawę.
Tym razem skontaktował się z nim stygijski szlachcic, człowiek imieniem Sethmes. Zgodził się dać statek, załogę i zapasy na następną wyprawę.
- Nigdy nie znałem Stygijczyka, który wyświadczyłby komuś przysługę, gdyby w grę nie wchodziły pieniądze - skomentował Wulfrede. - Wszak twój brat musiał wyglądać jak obszarpany żebrak, gdy pojawił się w Khemi. Jak zdołał przekonać tego Sethmesa?
- Przede wszystkim - rzekł dumnie Ulfilo - szlachetnie urodzony zawsze rozpozna aquilońskiego wielmożę, nawet pod łachmanami.
Vanko udało się zachować kamienny wyraz twarzy. Znał wielu zrujnowanych szlachciców służących w najemnych armiach, i rzadko różnili się od innych.
- Poza tym - kontynuował Ulfilo - Marandos przedstawił dowody, że jest na tropie wielkiego skarbu, i poprzez danie pewnych rękojmi zyskał niezbędne środki na następną wyprawę. W trakcie przygotowań wysłał nam list, w którym naglił do wyruszenia za nim własnym statkiem. Radził zwerbować dobrych i godnych zaufania ludzi, wyprawa bowiem jest pełna trudów i niebezpieczeństw, ale u jej kresu czeka niewyobrażalna nagroda.
-
I czymże on poręczył Sethmesowi? - zapytał Wulfrede.
- To nie twoja sprawa. Umowa dotyczy Sethmesa i mojej rodziny. Wystarczy, że twoja nagroda będzie znaczna. Sethmes jest w Stygii i nie powinniśmy się nim zajmować.
Co do tego Zorian miał poważne wątpliwości. Aquilończycy nie powiedzieli jeszcze wszystkiego. Wydobywanie informacji od tych ludzi było gorsze, niż przedzieranie się przez niezliczone drzwi, bariery i pułapki królewskiego skarbca. Postanowił, że dowie się reszty w trakcie wędrówki.
-
No, zmitrężyliśmy dość czasu - powiedział Ulfilo. - Jestem przekonany, że zaspokoiłem waszą ciekawość, więc możemy iść dalej. Zdołamy pokonać milę czy dwie przed zapadnięciem nocy!
- Tak, jestem usatysfakcjonowany - rzekł Wulfrede - jeśli tylko skarb istnieje, a ja mam dostać jego część!
Druss nie dał się zwieść jowialnemu tonowi. Van nadal był pełen podejrzeń, choć z zadowoleniem powitał koniec rozmowy.
Goma uśmiechnął się na widok wracających cudzoziemców.
-
Jesteści gotowi, biali ludzie, zobaczyć świat stworzony przez Ngai?
- Tak - odparł Chen Shu, jak zwykłe ciekaw wszystkiego co nowe niezależnie od okoliczności. - Pokaż nam tę dziką krainę. Z przyjemnością posłucham szumu wiatru w koronach innych drzew.
Tragarze flegmatycznie zarzucili pakunki na ramiona. Z Gomą na czele ruszyli na bezdroża nieznanej krainy.
Czekam na jakieś decyzje handlowe, czy działania. Jak ich nie podjęliście to wszystko dzieje się jak wyżej, wasze towary niosą tragarze. ew. towary Vanko mogą nieść jego niewolnicy.
Jakieś dyskusje między Graczami, ocena sytuacji, plany, wypowiedzi, mile widziane i wręcz pożądane.
Ja się wstrzymam chwilę z kolejnymi wpisami, czekam na jakieś Wasze wpisy fabularne, a nie tylko, jedno czy dwu zdaniowe techniczne.