Achille usiadł na krawędzi łóżka. Przetarł czoło dłońmi i z zaskoczeniem zobaczył czerwone smugi na opuszkach palców. Pocil sie krwią. Ostre światło w łazience zmusiło jego ciało do ludzkich odruchów. Odczekał chwile kiedy sphincter pupilae zmniejszał pole źrenicy po czym spojzal na swoje nagie ciało, odbijające sie w lustrze nad umywalka. W ciszy nie zakluconej nawet jego oddechem odkręcona woda grzmiała w uszach. Przemył twarz zimna woda, jednak jej chłód nie orzeźwił go nawet na chwile. 16 stopni Celciusza - pomyślał wpatrując sie w swoje oczy - Moje ciało ma temperaturę nieużywanego pokoju hotelowego w zimie. Standardowe 16 stopni.
Odwrócił sie od lustra.
Kurwa.
Po lipcu`83 nauczył sie spać maksymalnie trzy godziny. Sto osiemdziesiąt minut pozwalało mu ominąć fazę REM. Nie chciał śnic. Nigdy więcej. Po przeistoczeniu musiał nauczyć sie to kontrolować od nowa. Jakoś poddwignal sie po Bałkanach a teraz...
Kurwa. - Zacisnął zęby - Kurwa. Ja pierdole. Pieprzeni Serbscy paskarze. Ty chuju, dlaczego wlasnie oni, mogłeś popchnąć mnie kimkolwiek a wypuściłeś demony z pudelka! PIEPRZONY MATKOJEBCO! KURwa... - pozwolił emocjom uciec. Jego umysł uspokajał sie, nadganiając absolutnie nieruchome ciało, stojące pośrodku łazienki.
Spokojnie. Przeciez to nic.
: 03 stycznia 2015, 14:07
autor: 8art
Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór
Clark wpuścił do środka Marka. Mężczyzna był już wcześniej zapowiedzianym ghoulem jednego z gości Xaviera i ochroniarz nie miał powodów aby robić jednemu z przyjaciół swego pana jakiekolwiek problemy. Przyprowadził Marka do pokoju Steinbacha i cicho zapukał do drzwi.
Chwilę później Mark był w środku. Steinbach ucieszył się widząc swego sługę. Musiał już rozmawiać z Matką. Kto wie jakie inforamcje miała dla niego ukochana Matka. Szybko kazał usiąść słudze i niecierpliwie spytał:
- Szybko... Mów wszystko.
- Tak, rozmawiałem z Panią Matką. Przekazałem wszystko co do joty, jak mi przykazałeś. Pani Matka ucieszyła się bardzo na wieść o Rundstedzie i kazała odpowiedzieć... - Mark wstał i przyjacielsko położył dłonie na ramionach stojącego przed nim Steinbacha: - Usiądź proszę. To bardzo ważne..
- Ucieszyła się... Wspaniale. nie mogłem zrobić nic lepszego... - Zaskoczony Thomas odruchowo usiadł, a Mark oznajmił:
- Pani Matka nakazała podziękować serdecznie za zlokalizowanie Rundsteda i kazała przekazać jeszcze jedno... Mark sięgnął do kieszeni lichej marynarki, skąd jak spodziewał się Steinbach, ghoul miał wyciągnąć prezent, lub może list od kochanej Matki. Co mogła pisać Matka: Żeby wracał do niej? Że spędzą razem wieczność?
W reku sługi nie było jednak ani listu, ani prezentu. Wdzięczność Matki wyrażała się malutkim kieszonkowym rewolwerem wymieronym prosto w pierś Thomasa:
- Kazała przekazać... Że nie jesteś jej już do niczego potrzebny...
Kula ugodziła Steinbacha prosto w mostek. Tremere poleciał do tyłu na łóżko. Kątem oka dostrzegł jeszcze jak Mark wkłada lufę do ust i strzela ponownie zdobiąc sufit czerwoną plamą tego co jeszcze przed chwilą było jego głową.
Thomas spojrzał na ranę przerażony. Powinien móc zabliźnić taką ranę w przeciągu mgnienia oka, ale nie mógł. Coś było nie tak, bo z niewielkiej rany wlotowej wszędzie naokoło bryzgała nienaturalnie nieproporcjonalna fala krwi. Jego krwi...
Do pokoju wpadł Moreau i zdębiał...
Wyobraź sobie Surielu, że z twojej klatki piersiowej krew bucha jak z małego kranu. Nawet nie wiesz jak to mozliwe, bo już teoretycznie dawno powinieneś się wykrwawić, ale krew bryzga i bryzga.
Spoiler!
Jakie niedogodności to będzie niosło? Nieiwelkie. Nie możesz w żaden sposób zregenerować całkowicie rany, a dziennie będziesz tracił 5 punktów krwi i będziesz się czuł bardzo zmęczony... Chyba domyślasz się, co się stanie jeśli braknie Ci krwi?
: 03 stycznia 2015, 14:30
autor: 8art
Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór
Moreau w życiu nie widział czegoś takiego, a widział setki, jeśli nie tysiące osób i wampirów z ranami postrzałowymi. Ale to co zdołało wylać się się z ciała biednego Thomasa wystarczyłoby zapewne żeby zapełnić małą wannę. To było niemożliwe. To przekraczało w zasadzie "pojemność" Thomasa.
Achile nie miał czasu jednak aby zastanawiać się co było, a co nie było możliwe. W ruch poszły wyuczone instynkty. Toreador złapał za prześcieradło i docisnął mocno do piersi rannego. Czuł jakby próbował zatkać lejącą się z kranu strugę wody, której rosnące ciśnienie odpycha ręce zatykającego. Obrócił Steinbacha. Nie było rany wylotwej. Kula musiała tkwić w środku. Thomas wydawał się półprzytomny. Moreau zdzielił go po twarzy:
- Nie schodź mi tu! Słyszysz?! Użyj krwi aby zatamować krwawnienie! Słyszysz?!
- Taaak... - słabym głosem oznajmił Tremere...
- Słuchaj mnie! Muszę wyciągnąć kulę. Będzie bolało.
Nie zważając na nic włożył palce w tryskającą krwią dziurą. Steinbach zawył. Musiał włożyć niemal całą swą siłę, aby przemóc nienormalne ciśnienie tryskającej krwi. Poczuł gorący kształt kuli, która nie zdeformowała przy uderzeniu. Skupił się chwilę i przezwyciężając ból wyciągnał tkwiący w ciele pocisk. Rzucił dymiącą kulą na podłogę i dmuchnał w poparzone palce. Krwawienie ustało zaczynając przypominać to czego możnaby się spodziewać w takim przypadku.
- Potrzebujesz krwi! Straciłeś mnóśtwo krwi Thomas...
- Dam radę...
: 03 stycznia 2015, 16:54
autor: 8art
Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór
Koszmar z jakiego wybudził się Cwetan był jak zbawienie dla cierpiącej katusze jaźni, choć sposób w jaki się to stało. Nie należał do tych o których marzył wampir. Wystrzał palnej broni...
Kainita rzucił się za łóżko, z jednej strony próbując oszacować co jest jeszcze senną marą, a co rzeczywistością. Zaklął w obcym języku. Mtoś wył z bólu, Kolejny strzał utwierdził Bułgara w przekonaniu, że nie śni. Spojrzał szybko na zegarek, szacując roztargniony, że przez koszmar spał dziś tak długo. Ten obraz tatuażu... Ogarnął wzrokiem pokój i już wiedział, że to właśnie w tym pomieszczeniu zginęła jedna z ofiar. Nie był przesądny, ale na wszelki wypadek ucałował medalik z nabożną czcią.
Słyszał krzyk Steinbacha dochodzący gdzoeś z innego pokoju.
- Sabat! Sabat zaczął nas czapować! - paraliżująca trwoga ogarnęła Panajotova. Brujah sięgnął do nocnej szafki i wyciągnął rewolwer.
: 03 stycznia 2015, 17:25
autor: lightstorm
Wychodząc z Museum Xavier rozejrzał się po okolicy, po czym wsiadł do swojego samochodu. Ruszył dość gwałtownie, tak by jak najszybciej dostać się do Spearmint Rhino. Jadąc wykonał jeden ważny telefon do Gilberta i po chwili był już na miejscu. Na parkingu czekał Clark z zapalonym papierosem. Ventrue wysiadł z auta i poprawiając marynarkę podszedł do Ghula.
- Co takiego się przydarzyło, że Nina przeszkadza mi w spotkaniu?- Xavier zadał pytanie dając do zrozumienia, że nie jest zadowolony...
- Mr. Price, pański towarzysz został postrzelony w jednym z pokoi. Napastnik popełnił samobójstwo. Przedstawił się jako Ghul Pana Thomasa, więc go wpuściłem - Owen odpowiedział na pytanie pociągając kolejny raz papierosa.
- Prowadź na miejsce. - Ventrue powiedział i ruszyli na miejsce zbrodni.
Gdy dotarli, pokój wyglądał prawie tak samo jak Spearmint Rhino, po ataku na Elizjum pół roku temu. Xavier popatrzył na swoich towarzyszy:
- Nic wam nie jest? - Xavier zdał pytanie nie wiedząc, co właściwie się tutaj przydarzyło. Podszedł bliżej i zobaczył dziurę w piersi Tremera.
Po chwili spojrzał na Ghula:
- Owen zabierz to ciało i spraw bym, go już nigdy nie widział. Niech ochrona Ci pomoże, tylko niech nie wchodzą do tego pokoju. Bierz trupa natychmiast i wynoś na korytarz. I powiedz Ninie, że pokój nieczynny do odwołania, oraz niech przygotuje moje wszystkie zapasy krwi w moim biurze. Masz 5 minut, potem przestanę być miły.
Clark nic nie odpowiedział, tylko skinął głową i od razu zabrał się do roboty.
Ventrue patrzył na pokój ociekający krwią, a w jego nozdrza uderzał z dużą intensywnością zapach świeżej krwi. Dobrze, że nie jestem głodny -pomyślał.
Xavier wszedł do środka, gdy Owen przetransportował trupa za drzwi pokoju, po czym zamknął za sobą drzwi.
- Thomas, należą się nam wyjaśnienia. Cwetanie weź z szafy obok nowe ubranie dla Thomsa i Achille. Nie możecie wyjść tak ubrudzeni. Idziemy do biura, tam jest krew dla Thomasa - Ventrue powiedział spokojnie.
: 03 stycznia 2015, 17:34
autor: czak
Gdy Cwetan poczuł w dłoni zimną kolbę pistoletu w końcu mógł spróbować się skupić. Drugą ręką utwierdził się w przekonaniu, że nadal ma wszystko na miejscu.
- kurwa to był tylko sen - otarł pot z czoła.
Jednak krzyki dobiegające gdzieś z głębi korytarza i wystrzały nim nie były.
Nadnaturalnie czuł, że coś się dzieje, coś złego. Miał mętlik w głowie. Wizja ze snu, tatuaże, ten pokój, wystrzał i wreszcie krzyk Thomasa - Sabat. Te myśli przelatywały mu przez głowę tysiąc razy na minutę.
Cwetan naciągnął spodnie i narzucił koszulę, nie zapinając jej. Wybiegł i podążył za odgłosami krzyków.
Gdy wbiegł do pokoju nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na środku leżało ciało z potwornie zmasakrowaną głową. Czerwona plama rozlewała się szybko, barwiąc dywan.
Nie przestał krwawić, zginął przed chwilą.
Na łóżku, w kałuży krwi, siedzieli Steinbach i Moreau. Rana postrzałowa w piersi Thomasa nie zdążyła się jeszcze zasklepić i spływała z niej cienka stróżka vitae. Cały pokój pokrywała czerwona posoka. Sabatu nie zobaczył. Jak zwykle.
- Co się tu kurwa dzieje? Gdzie sabat ? - niemal wykrzyknął
Cwetan spojrzał jeszcze raz na Thomasa. Dokuczało mu pytanie dlaczego on ? Czy wiedział coś więcej niż mówił? Czy to Tremer stanowił największe zagrożenie z całej koterii i to właśnie jego chcieli się pozbyć w pierwszej kolejności ?
: 03 stycznia 2015, 22:27
autor: 8art
Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór
Moreau cay lepki od krwi chciał podnieść kulę, ale dotknąwszy jej palcami stwierdził głośno:
- Cholera, wciąż gorąca!
Dopiero używając prostego obrusa uniósł pocisk i przyjrzał mu się bliżej. Kula wyglądała jak nigdy nie wystrzelona. Zachowała swój pierwotny kształt nie ulegając żadnej deformacji gdy przebijała ciało Steinbacha. Na powierzchni metalu po tym jak otarł ją z krwi, dostrzegł misternie rzeźbione runy.
- Słodki Boże, co sie tu stało - to pytanie zadawali stojący w w progu Cwetan i Xavier. Obaj widzieli zdjęcia z masakry pół roku temu, ale to jak wyglądał pokój Steinabacha, to było wręcz nie do opisania. Tylko wysoki próg drzwi powstrzymywał potoki vitae od wylania się na korytarz. Wszystko, absolutnie wszystko było czerwone od krwi, tak jakby upiorny malarz pokrył wszystko makabryczną farbą.
Panowie! Pomieszczenie nie wygląda tak słodko jak to sobie wyobrażacie. Masakra pół roku temu to jak cieniutka bzdźina przy tym. Tylko Moreau cały czerwony od krwi widział na własne oczy co się tu wyprawiało (no i oczywiście Steinbach). Wyobraźcie sobie, że z Thomasa wytrysnęło niczym jak z prysznica kilkadziesiąt litrów krwi (a to jest technicznie rzecz ujmując niemożliwe, ale stało się) plamiąc wszystko wokół. Na podłodze zalega około centemetr lub dwa posoki. Krew prawdopodobnie skapuje z sufitu w pokoju poniżej (ale na szczęście nie mieszka tam żaden gość). Pokój pracy rzeźnika po dwunastogodzinnej zmianie lepiej by wyglądał.
No a teraz zastanawiam się jak ostatnie wydarzenia zreferuje Wam sam ranny i jak zinterpretuje wam, a przedewszystkim sobie zamach na swoje życie.
: 03 stycznia 2015, 22:50
autor: Suriel
- Najpierw jego telefon a potem poproszę o kulę panie Achille. Ale najpierw krew albo kogoś zaraz zabiję...
Steinbach leżał wpatrzony w sufit a jego kły same się wysunely. Bezsilność ciala trzymała go w miejscu ale głód narastal szybko i dziura w piersi z której Achille jeszcze przed chwilą wyjął rękę nie zatrzyma go przed zaspokojeniem pragnienia. Widział juz nie raz co ten piekielny głód potrafi zrobić z kainitami. Czołgajace się wraki po krew, jedyne źródło utrzymujące ich przy egzystencji.
Dla Thomasa świat runął i dalsza egzystencja była bezsensowna. Nawet kiedy ktos z klanu przeistaczal kogos ze śmiertelnej rodziny albo kochanka klan nie karał za to śmiercią ostateczną. Znajdowano takiemu śmieciowi miejsce w idealnym porządku wewnątrz klanowej Piramidy. Nawet najgorsze śmieci znajdowały swoje miejsce, najgorsze śmieci...
Thomas poczuł jakby środek jego jestestwa wokół którego trzymał się cel wiecznej
egzystencji ktoś brutalnie wypalił. Tak że została już tylko pustka żądająca wypełnienia.
Spoiler!
Nie miało to sensu dla Thomasa. Wystarczyłoby żeby rzekła słowo i przyniósł by jej w zębach ci tylko by chciała. I położył przed pantofelkiem. Zdradziłby dla niej klan, camarille i samego siebie.
Technicznie. Po takim ciosie pora okrzepnac i z chłopca stać sie kimś innym. Yznakem że po takim psychicznym ciosie muszę nieco przebudowac biedną głowę mojego Thomasa.
: 04 stycznia 2015, 07:57
autor: koszal
Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór
- Czarodziej... Słyszę krzyk czarodzieja...
- Co ty... o jakim cholernym czarodzieju ty mówisz? - spytał sam siebie skonfudowany Toreador. Wytężył słuch i dosłyszał po chwili charczący krzyk Steinbacha, dochodzący z któregoś z pokojów. Kimkolwiek byli napastnicy widać przyszli po wszystkich... albo tylko po Tremere'a.
- Siedź tam spokojnie Marcusie... - Francuz powoli wyszedł na korytarz, omiatając lufą pistoletu wszytko. Po chwili był przed drzwiami pomieszczenia, skąd dochodził skowyt Thomasa. Moreau był gotowy na wszystko. Wpadł do pokoju, ale na to co zobaczył nie był przygotowany w żaden sposób...
[center]***[/center]
- Słodki Boże, co się tu stało - to pytanie zadawali stojący w w progu Cwetan i Xavier. Obaj widzieli zdjęcia z masakry pół roku temu, ale to jak wyglądał pokój Steinabacha, to było wręcz nie do opisania. Tylko wysoki próg drzwi powstrzymywał potoki vitae od wylania się na korytarz. Wszystko, absolutnie wszystko było czerwone od krwi, tak jakby upiorny malarz pokrył wszystko makabryczną farbą.
Nie zdążyli ochłonąć wciąż otuleni grozą upiornej sceny, gdy do uszu ich dobiegł z wolna narastający dźwięk muzyki. Nie potrzeba było wrażliwości Achille, by z łatwością rozpoznać styl i instrument. Cóż mogło być powodem gry malkaviana?
Dźwięk skrzypiec urwał się w pół tonu niespodziewanie, Pinki zawył, niczym parodia wilka w księżycową noc.
[center]
***[/center]
W powietrzu unosił się zapach śmierci.
Mężczyzna o ciemnej, nienaturalnie szarej karnacji odziany był jedynie w wytarte w wielu miejscach spodnie i stary, zniszczony cylinder skrywający głowę w gąszczu zmierzwionych, brudnych i długich włosów. Kości i amulety pobrzękując cicho ocierały się o siebie nawzajem w specyficznym rytmie dziwnego tańca.
Pogrążony w transie King Willy naciął oba nadgarstki za pomocą krwi czyniąc wokół siebie ochronne znaki. Okazując najgłębszy szacunek oczekiwał nadejścia Petro Loa, by ten ujeżdżał swojego konia. Słyszał kroki nadchodzących zmarłych. Pusty wzrok pokracznej karykatury psa powędrował za spojrzeniem Willego ku wejściu.
Tak mało czasu mi ofiarowałeś czcigodny Petro Loa. Posłuszny i bez lęku oddaję się Twemu wołaniu.
-Atribon-Legba, usuń dla mnie zaporę, Ojcze Legba usuń zaporę, abym mógł przejść. Kiedy wrócę, powitam loa. Wudu Legba, usuń dla mnie zaporę, żebym mógł wrócić. Kiedy wrócę, podziękuję loa.
Dreszcz ekstazy wypełnił chłodne ciało kainity. Loa nadchodził. Czuł też i inne sunące ku niemu, niespokojne duchy. Chwycił porzucony kawałek cygara jednego z nieumarłych, by odkryć źródło miotających palaczem lęków. Złapał stojącą na stole karafkę ofiarowaną komuś przez opiekuna tego miejsca, wciąż wpół wypełnioną vitae wychylając zawartość.
Nadchodzą.. zewsząd.. jest ich tak wielu.. pogrążonych w gwałtownym wietrze uniesienia.. przestraszonych..
Uniósł ręce odchylając skąpaną w grymasie odrazy głowę do tyłu..
Spoiler!
No to żeby podkręcić atmosferę na scenę wchodzi King Willy, jest zdezorientowany, ale wie, że znajduje się w miejscu pełnym nieumarłych, których traktuje jako sługi wielkich czarowników (bokora) mających władzę nad wskrzeszaniem ciał (tak myśli o wampirach starszych). Nie pamięta działań Marcusa, ale pozostały w nim jego lęki i emocje, jakie kojarzą mu się z osobami z koterii (a także innymi, których Marcus zna). Czyni znane sobie znaki mające chronić go przed złymi duchami, które chcą dostać się jego zdaniem do tego miejsca (nie chodzi tu o koterię, lecz o zamachowca). Nie pamięta strzałów, tylko lęk.
Dla przypomnienia Pinki zna Kinga i jest mu posłuszny, ale będzie niczym w transie.
King ma zalety: medium i szósty zmysł.
Ma wadę bariera bieżącej wody, zakładam, że nie wejdzie więc też do pokoju wypełnionego krwią, bo tam działa zła magia.
Nadejście Petro Loa oznacza nawiązanie kontaktu z duchami, jeśli jakieś są w tym miejscu i będą chciały rozmawiać.
Krwią, jaką pewnie ugościł nas Xavier regeneruję to, co rozlałem na dywanie.
Xavier pewnie ohujeje i będzie chciał go sprzątnąć. hehe
: 04 stycznia 2015, 14:50
autor: 8art
Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór
Steinbach próbował wyostrzyć wzrok na runach pokrywających kulę. Nie był pewien, bo do tej pory uznawał takie rzeczy za wytwór mających zbyt wielką wyobraźnię członków Piramidy. Teraz już wiedział, jaki wyrok zapadł na niego. Takich kul nie było wiele, a jeszcze mniej kainitów, którzy potrafili ratować ofiary tych artefaktów. Chciał przełknąć odruchowo ślinę, ale nie mógł. Martwi nie mili takiej potrzeby. Moreau nie uratował go, zaledwie odwlekł w czasie egzekucję. Kula stawała się coraz gorętsza, aż w koncu Thomas wypuścił ją na podłogę. Krew w jaką wpadł pocisk zaczęła syczeć, ścinać i parować. Rytulanie przygotowany stop rozpłynął się po chwili w niekształtną masę i wkońcu oddał swą złowrogą magię. Steinbach umarby właśnie teraz ostatecznie, gdyby nie interwencją Achile.
Tremere wiedział, że to nie koniec. Wiedział, że nie uzdrowi swej rany, a klątwa jaka spadła na jego biedne ciało, wraz z trafieniem, w końcu dopnie swego. Był tylko jeden sposób, żeby się uratować. Znaleźć kogoś, kto będzie potrafił złamać jarzmo tremerskiego rytuału...
***
Petro Loa nadchodził. Baron z zamkniętymi oczyma wymawiał słowa zaklęć. Nagły skurcz zimna wstrząsnął ciałem King Willego. Otworzył oczy i rzeczywistość po jakiej stąpał uległa zmianie. Było mroczniej, lampy dające mocne światło, teraz zdawały się tylko trupioblado rozjaśniać mrok pomieszczenia. Wszystko straciło kolory i zdawało się skrywać za mgłą tajemnicy.
W stronę Kinga majestatycznie sunęła w powietrzu eteryczna postać, pozbawiona czerepu, ale to nie na nią Willy zwrócił uwagę. W drzwiach do pokoju, skąd dobiegały barona Samedi przytłumione głosy rozmowy sług bokora, stała jeszcze jedna zjawa. Piękna kobieta zdawała się wtulać w jednego z czarowników, ubranego w garnitur i palącego cygaro. Na piersi zjawy wikwitała wciąż krwistoczerwona plama. Kobieta też ruszyła w stronę Willego...
***
Price stał próbując zachować stoicki spokój i ogarnąc skalę niecodziennego, makabrycznego zjawiska. Przeszedł go przez chwilę dreszcz zimna, a potem na chwilę jego mysli powędrowały ku jego ukochanej Vivien. Niechętnie ocknął się, słysząc jak w korytarzu stoi nieznana mu postać w cylindrze z wywalonymi białkami oczu, marocząca coś pod nosem i zachowująca się jak ktoś kompletnie pijany. Przy nodze mężczyzny o chorobliwie szarej karnacji skóry stał Pinky, sprawiający wrażenie kompletnie spokojnego i nie zwracającego uwagi na nic psa:
- WTF! - wymknęło się Xavierowi. Cwetan też stał wpatrzony w tę samą stronę i próbował na razie bez skutku poukładać sobie w głowie to co było sennym koszmarem, a to co było jawą.
***
Umorusany we krwi Moreau sięgnął po kurczowo trzymany przez trupa Marka pistolet. Dwulufowy kieszonkowy pistolecik, z jakimi obnosiły się onegdaj damy na westernach. Potem odnalazł i wydobył z sufitu kulę którą zabił się Mark:
- Normalna półpłaszczowa kula...
Wtedy dostrzegł, że stojący w wejściu Price i Panajotow patrzą się w korytarz.
King Willy widzi dwa duchy. Jeden stuprocentowo należy do Marka, drugi, tego baron nie wie. Możesz z nimi poromawiać, ale napewno czegoś zażądają w zamian.
Reszta dostrzega/słyszy dziwną postać na korytarzu, któej asystuje Pinky. cudak wyszedł z biura, gdzie był Marcus.
Ohhh... dzięki Ci boski jeźdźcu, który wybrałeś mnie na swego człowieka- konia. Niech duch Twój pędzi na swym wierzchowcu.
Kroczył pomiędzy światami, jak inni zagubieni. Słowa dawnych pieśni wypełniały jego umysł będąc duchem- przewodnikiem w krainie umarłych.
-Ago, Ago, ehh.. !! -King wykrzywił usta mrużąc oczy, po czym wykrzykując niezrozumiałą sentencję pochylił się na widok zbliżających się cieni, niegdyś tętniących życiem istot- sług Wielkiego Czarownika. Kainitów. Zacisnął rękę na amulecie wykonanym z ludzkiej dłoni.
-Wstrzymajcie swój osąd słudzy bokora! Jam człowiek- koń Atribon- Legba! - baron samedi pochylił się nisko balansując w transie, po czym obrócił się wokół własnej osi usypując na ziemi krąg z soli.
-Petro Loa posłał mnie, bym sprowadził co jest jego posłał.. Nie zaznają duchy spokoju poza domem Legba, gdy tkwią wśród niepoliczalnych. Piękna kobieta o czerwonej piersi i sługa zabójca cierpią. Pomówię z nimi. Jam człowiek- koń Atribon- Legba!
Szczęki barona samedi na moment zacisnęły się, po czym zaczęły stukać o siebie niczym w narkotycznej ekstazie. Uniósł dłoń ku Xavierowi rozczapierzywszy palce. Wywrócone białka oczu zdawały się być utkwione właśnie w nim.
-Uwolnij ich zatruty krwią duchu- sługo bokora, a podziękuję Ci wielokroć w imieniu ich duchów.
Spoiler!
Chcę pogadać z duchami, pytam czemu nie odeszły do świata duchów i co, lub kto je tu zatrzymuje. Pomogę im, bo tego chce ode mnie Petro Loa.
: 05 stycznia 2015, 09:55
autor: 8art
Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór
Telefon Price'a najczęściej zdawał się dzwonić w najmniej odpowiednich momentach, tak jakby zły duch siedział zaklęty w przedmiocie i przeszkadzał właścicielowi w codziennej egzystencji. Tak też było teraz. Dzwonek rozlegał się z kieszeni spodni Xaviera, który próbował dzielić swą uwagę pomiędzy makbryczną scenerią szkarłatnego pokoju, a cudakiem jaki nie wiadomo skąd pojawił się na korytarzu jego hotelu. Nie był w stanie terwz rozmawiać. Odrzucił połączenie, przełączając rozmówce do poczty głosowej.
Tymczasem dziwna szara postać wciąż bujała się na korytarzu wygadująv jakieś bzdury, z których zrozumiała była może połowa, reszta była zlepkiem kreolskiego i jakiś innych języków.
***
- Czego chcesz? - zapytał duch bez głowy. Musiał zginąć niedawno, bo jego kontur jeszcze bardzo wyraźnie rysował się na bladym tle hotelowego korytarza: - Odchodzę stąd na zawsze...
Bardziej eteryczna ze zjaw, ta która zdawała się tulić do jednego z nieumarłych zbliżyła się do barona ale nie odezwała się nic, ograniczając się jedynie do świdrującego spojrzenia. Samedi czuł jednak dobrze, że duch nie ma złych zamiarów. W końcu szept kobiety w tajemniczy sposób odbił się jako zmodulowany krzyk w głowie Kinga:
- Powiedz mu, - wskazała mglistym palcem na kainitę przy którym wcześniej stała: - że tak go kocham... Powiedz mu jeszcze... nie zdążyłam sama... Musi wiedzieć co uczynił...
Zjawa uchyliła swej muślinowej szaty odsłaniając zaokrąglony brzuch...
Spoiler!
- Tu Blackwood. Byłem dziś w klinice. Napewno nie ma w niej faceta o jakiego pytałeś. Uwierz mi byłem wszędzie, pod pozorem serwisu instalacji przeciwpożarowej. Będziesz miał chwilę to zadzwoń.
Czekam na pytania Willego do zjaw. Od razu uprzedzam, że Willy zdaje sobie sprawę, że będzie musiał zapłacić krwią za możliwość pogadania.
Czy koteria jakoś reaguje na nieznajomą postać na korytarzu? Czy nadal stoją osłupieni? Pinky stojący u nogi Kinga daje do myślenia.
: 05 stycznia 2015, 15:37
autor: 8art
bardzo proszę graczy w tym momencie sesji, aby podeslali mi swoje posty fabularne lub same deklaracje najpierw do mnie na pw. Bede chcial ulozyc wszystko w porzadku chronologicznym nim wkleje wszystko watku pbf (w sumie wolalbym fabularki, bo oznaczaloby to mniej pisania dla mnie;) ) tak to jest jak ma sie leniwego MG;p
To tylko taka jednorazowa akcja;)
: 07 stycznia 2015, 15:59
autor: 8art
Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór
King Willy wyprężył ciało niczym napiętą strunę, po czym odsunął się pod ścianę. Gdy wojownik podtrzymujący rannego postąpił ku niemu pochylił się nisko, robiąc mu przejście. Moreau i Steinbach stanęli w wejściu do biura uzmysławiając sobie, że Marcusa nie ma w pokoju. Achile spojrzał na szamana. Był już pewien. Szaleniec oddający się chaotycznemu tańcowi był Malkavianiem. Toreadorowi mignęły w myślach wykłady medyczne o chorbach psychicznych z profesorem Chatoix.
Biedak - pomyślał Achile. Marcus zapewne nawet nie wiedział co się z nim dzieje. Kapłan voodoo tymczasem kontynuował swój taniec.
- Oto miecze krwi spragnione. Szalony występuje przeciw dzieciom władającego życiem wiecznym. Słowa Legba nie Wam czterem przeznaczone. - baron samedi zastygł w bezruchu ponownie przywierając do ściany. Zamknął oczy.
Słuchał. Elegancki kainita w swoim kosztownym grobie stanął przed nim.
- Jam człowiek- koń Petro Legba. Loa pędzą na mym grzbiecie. Do Ciebie udręczone Loa słowa rzekną. W czerwieni kosztownej dama przyodziana, pozbawiona oczu blasku, co pierś jej oplata krwawa śmierci wstęga. Jam tańczący człowiek koń! -głowa barona zaczęła poruszać się w rytm niesłyszalnej melodii. Ton głosu zmienił się. Przerażony. Smutny. Potem całkiem nieobecny.
- Powiedz mu, - wskazał palcem kainitę - że tak go kocham... Powiedz mu jeszcze... nie zdążyłam sama...
Nie zdążył i King Willy... Xavier schwycił rozcapierzoną dłoń szaleńca i z ogromną siłą rzucił Kingiem.
Szaman w niewyobrażalny sposób, niczym szmaciana lalka poleciał przez cały korytarz uderzając ścianę. Wszystkich doszedł huk pękających płyt gipsowych i trzask drewnianej konstrukcji. Gdy opadł kurz z rozwalonych tynków, oczy wszystkich nie dostrzegły nigdzie szalonego barona Samedi. Na podłodze leżał pokryty pyłem, nieprzytomny Marcus.
Wszyscy przestraszeni spojrzeli na Stojącego spokojnie Ventrue.
Price zaczął poprawiać marynarkę i węzeł krwata róbując utrzymać szalejącą pod fasadą spokoju bestię. Znów odczuwał ten ból, taki jaki poczuł kiedyś w pamiętnej chwili, która odmieniła jego życie na zawsze. Ból jaki przeszył jego ciało gdy trzymał wciąż dymiący pistolet. Ból jaki towarzyszył mu każdej nocy. Przez krótką, ulotną chwilę mógłby przysiąc, że widział Vivien płaczącą nad rzuconym przez niego malkavianinem.
No więc stało się. Kazdy z Was jest świadkiem, jak Xavier rzuca Kingiem. Ofiara napewno jeszcze "nieżyje", przynajmniej w oczach Moreau, który wie, że coś takiego nie zabije wampira. Ale reszta z Was nie widziała nigdy podobnej sceny i może pomysleć, że biedny Marcus zginął.
Wszyscy jestescie przestraszeni niespodziewanym pokazem siły Pricea.
Teraz wiecie, co jest prawdopodbną skazą Marcusa i każdy z Was współczuje biedakowi. Jesteście mądrymi wampirami, cześć z Was ma medyczne umiejki. Domyslacie się teraz, że nie wszystko, to co czyni Marcus, jest dowcipami, tylko wynikiem trawiącej go choroby. Karanie go za jego zachowanie, to jak karanie chorego na Parkinsona za to, że trzęsą mu się ręce.
Wampir to mroczna gra, więc jesli Xavier jakoś nie opisze wyrzutów sumienia, to straci punkt Człowieczeństwa, za swój czyn wobec wzbudzającego litość wszystkich Marcusa.
Spoiler!
przez mgnienie oka widzieliscie postac kobiety pochylajacej sie nad Marcusa.
: 08 stycznia 2015, 00:17
autor: 8art
Koszalu, przykro mi, ale niestety po złożeniu deklaracji wszystkich graczy wyszło mi, że nie zdołałeś zadać ani jednego pytania tajemniczej zjawie.
Dalej gramy już "normalnym" trybem. Marcus odzyskuje przytomność. Kilka punktów krwi powinno go postawić na nogi. Gorzej ze ścianą, nie obejdzoe się bez cieśli i dekoratora. Steinbach ma już krew w zasięgu ręki. Ochrona wynosi dyskretnie trupa (swoją drogą wypadałoby by im lekko zmodyfikować pamięć). Kto wie co może któryś z nich palnąć kiedyś przy kieliszku z kumplami ("ło kurwa wiecie co? Kiedyś pracowałem w Rhino i wynosiłem trupa z pokoju pełnego po kostki w krwi!" )
Czekam na Wasze posty i dalszą akcje, która trochę mi odbiega od założonego trybu, ale bawicie się tak świetnie, że szkoda jeszcze interweniować.