Koronopan, domostwo Markusa
Markus wpuścił gości do wnętrza domostwa, wskazał Piotrowi i Oksanie miejsca przy stole, który niewiele wcześniej przysłużył się członkom tajemnej narady. Nikodemus zamknął wejściowe drzwi, po czym zastygł przy nich zatrzymany tam dyskretnym gestem gospodarza. Sędzia oparł się plecami o futrynę wejścia, skrzyżował ramiona na piersiach zachowując kamienny wyraz twarzy.
- Mam nadzieję, że nie zmitrężymy zbyt wiele twego cennego czasu, Markusie - siadający na ławie Aksiejew obrzucił pomieszczenie bacznym wzrokiem i dopiero wówczas pokazał towarzyszce dłonią, że i ona może zająć miejsce na ławie - Odejdziemy jutro, najdalej pojutrze. Wymarsz zależny jest od woli tych, którzy będą chcieli pójść z nami. Pakowanie, ostatnie zapasy na drogę, sam rozumiesz.
Schiller założył ręce za plecy. Ponieważ w przeciwieństwie do swych gości nie usiadł do stołu, lecz jedynie stanął po przeciwnej jego stronie, górował nad Skandką i jej polańskim towarzyszem.
Jeśli poza ta wzbudziła jakikolwiek dyskomfort w parze gości, żadne z nich nie zdradziło się najmniejszym gestem.
- Chciałbym cię prosić, abyś raz jeszcze przemyślał swą decyzję - oznajmił po chwili Markus - Nie bez powodu nalegałem przez cały czas, byście pozostali w Koronapanie. Ta choroba jest znana w wielu osadach i budzi w pewnych ludziach ogromną grozę. Jeśli wyjawicie, z jakiego powodu stąd odeszliście, nie zaznacie spokoju. Uwierz mi, proszę.
- Już to mówiłeś - na twarzy myśliwego pojawił się przelotny grymas zniecierpliwienia - Przyjąłem twe obawy do wiadomości. Jeśli to cię jakoś uspokoi, przysięgam, że ani ja ani Oksana słowem nie wyjawiły okoliczności odejścia. Nie dowie się o tym nikt postronny. Zadowolony?
- Poręczysz za wszystkich, którzy pójdą razem z tobą? - Schiller zmarszczył czoło na poły groźnie, na poły desperacko, najwyraźniej nie mając już żadnych dodatkowych argumentów dla poparcia swej propozycji - Wiesz dobrze, że nie możesz. Ktoś się spije i wszystko wyjawi. Konsekwencje będą straszne.
- Przesadzasz - tym razem odezwała się Oksana. Kobieta splotła dłonie palcami i oparła na nich kształtny podbródek wpatrując się intensywnie niebieskimi oczami w gospodarza - Nie jesteśmy w ciemię bici. My też słyszeliśmy o Płonie i wiemy, że potrafi uzależniać, ale to nie powód, by ktoś chciał nas zabić. Plemiona ze wschodu często handlują tą ilością proszkiu, której nie potrzebują dla siebie, bo zabija chłód i ból. Nie bierzemy tego, więc choroba nam nie grozi.
- Nie musicie być zakażeni, żeby stanowić dla nas niebezpieczeństwo - Markus podniósł prawą dłoń w geście narastającej bezradności, a w jego oczach pojawił się jakiś niepokojący błysk - Co wiecie o Szpitalnikach?
- Obcy z zachodu, o dziwnych zwyczajach, ale biegli w sztuce uzdrawiania - odpowiedział Piotr - Widzieliśmy ich tylko raz i to przejazdem. Dlaczego pytasz i co oni mają z nami wspólnego?
- Szpitalnicy studiują tę chorobę - odparł Schiller - Mają na jej punkcie prawdziwą obsesję, a jednocześnie ogromnie się jej lękają. Otacza ich dobra reputacja, bo leczą chorych, ale niektórzy z nich potrafią posunąć się do strasznych czynów, kiedy wymaga tego powaga sytuacji. Odchodząc gromadnie z Koronapanu grozicie ujawnieniem prawdy o wizycie apokaliptyków w naszej osadzie. Jeśli wiedzę tę posiądą Szpitalnicy, przybędą tutaj dokonać obdukcji... a jeśli w ich głowach zrodzi się choć cień podejrzenia, że ktoś z nas stał się nosicielem, mogą spalić nas wszystkich... wszystkich, Piotrze? Weźmiesz na siebie taką odpowiedzialność?
- Skąd mogę wiedzieć, że to, co mówisz nie jest stekiem bzdur? - żachnął się Polanin - I dlaczego mam się przejmować losem tych, którzy tu zostaną? Jeśli ta choroba jest taka groźna, tym bardziej powinniśmy się stąd wynosić. Oksana, będziemy się pakowali w nocy, wyruszamy od razu rano.
- Przykro mi, że obstajesz przy swoim - powiedział z nieudawanym smutkiem Markus - Dałbym wiele, aby sprawy inaczej się ułożyły. Wybaczcie mi, ale nie mogę pozwolić wam odejść.
Para gości zesztywniała słysząc wypowiedziane grobowym tonem słowa naczelnika, stężała przenosząc spojrzenia z Markusa na Nikodemusa i z powrotem.
- A niby jak zamierzasz nam przeszkodzić? - wycedził przez zęby Piotr, podnosząc się ostrożnie z ławy i uważnie obserwując obu rozmówców. Oksana poszła w jego ślady, niby przypadkiem odsuwając na bok połę płaszcza zasłaniającą przypięty do jej prawego uda sztylet - Spróbujecie nas zatrzymać siłą? Wy dwaj?
- Nie jesteśmy sami - odpowiedział cichym głosem Markus - Ale to nie musi się tak skończyć.
Pora najwyższa, by objawiło się wsparcie!