Strona 16 z 33

: 20 listopada 2018, 23:01
autor: Kargan
Pałac Lombardich, 28 czerwca 2595

- Udajemy się z moim bratem, kuzynem Leonem i naszą ochroną do Lucatore - Lea przemawiała do stojących w szeregu dwórek jednocześnie grzebiąc w podróżnym kufrze w poszukiwaniu jej wojskowego stroju pozostałego po szkoleniu Sangów - Wy zostajecie tutaj i czekacie na nas. Nie wdawać mi się w żadne głupie romanse bo po powrocie oćwiczę batem jak mi która w ciążę zajdzie. Podrywać możecie z wdziękiem i celem pozyskania informacji a nie po to by gzić się dla własnej przyjemności. I pilnować mi rzeczy. Jedna stale ma przebywać w komnacie żeby mi żaden miejscowy sługa w rzeczach nie grzebał.

Nieco zszokowane dwórki w popłochu zerkały na siebie bojąc się odezwać gdy Angeline wyciągała z kufra wojskowe spodnie, przepisową bluzę mundurową chociaż pozbawioną oznaczeń stopnia oraz nieco mniej przepisową bo jedwabną, białą koszulę.

- Gdzie do cholery są moje buty do konnej jazdy ? - warknęła grzebiąc zapamiętale w kufrze - Nie stać mi tak i ruszyć tyłki ! Macie mi znaleźć całą resztę wyposażenia. Wszystko spakować do plecaka. Aha ! I jeszcze na wszelki wypadek tę czarną suknię wieczorową, jakieś buty i trochę odpowiedniej na wieczór bielizny. Wojskowość wojskowością, ale czasem trzeba zastosować bardziej subtelną broń...
Angeline przygotowuje się do podróży konnej. Zakładam kilka luzaków do niesienia bagaży ale w ostateczności plecak pomieści co trzeba. Oczywiście mój ukochany karabin, amunicja, nóż itd... typowy Sang wybierający się na tygodniowy patrol w obszar gdzie spodziewamy się wroga ;)

: 20 listopada 2018, 23:12
autor: Nanatar
Pałac Lombardich, 28 czerwca 2595

Najdroższa

Nikt nie spodziewał się by rozmowy z surowymi, acz szlachetnymi Lombardimi z Bergamo przebiegną tak sprawnie i po naszej myśli. Sam spodziewałem się, że ludzie ci surowi, będą bardziej podejrzliwi i przyjdzie nam spędzić tu długie tygodnie nim dojdziemy do porozumienia. Salonowe umiejętności Abdela działają wszak cuda, zaś urok Angeline Lei topi najstarszy lód i dziś wyjeżdżamy. Nie jedziemy jednak jak spodziewaliśmy się na zachód, a na wschód, gdzie wschodzi słońce nowych sojuszy.
Dobrzy nasi gospodarze wyjaśnili chwilową nieobecność Białego Wilka i otworzyli nasze oczy na wydarzenia w Lucator. Odszedł tam bowiem ostatnio mąż wielkiej charyzmy i poważania, strażnik pokoju Altair Benesato. Jedziemy tam oddać hołd zmarłemu mężowi i błogosławić ręką Franków pokojowi, który zaprowadził tam ów człowiek. Poczytujemy to za zaszczyt i dobrą monetę na rozwój w Purgii fankońskich wpływów kulturowych.

Buduję tu nowy lepszy ład, lepszą przyszłość dla Nas i Naszych dzieci. Myśl o mnie ciepło, jak i ja myślę.


Odłożył pióro, posypał kartę talkiem. Zamknął pismo i zalał lakiem. Nie mógł napisać więcej. Znał swoją żonę i wiedział, że zrozumie do kogo w istocie kierowana jest treść listu. Gotowy już do drogi, spojrzał na żałośnie zredukowany bagaż. Zabrał tylko najpotrzebniejsze narzędzia, broń, ubrania, lornetkę, amunicję, na kołku wisiał jeszcze czerwony płaszcz Sangów. Postanowił, że w tej części podróży przywdzieje żołnierski szyk. Na podłodze leżał jeszcze samotny piorunnik, który nigdzie nie pasował. Szlachcic wyszedł z komnaty, po drodze wręczył słudze list do wysłani i skierował się do stajni, raz jeszcze sprawdzić wierzchowce.

Zwierzęta były w istocie tylko pretekstem, by spotkać odpowiedzialną za konie Sanguine, Margaritte, córę mistrza koni Lombardich. Leon Thibaut mógłby przysiąc, że dziewczyna patrzyła flirtująco. Zastał ja z dwójka koniuszych, których prędko wygnał. Czuł, że napięcie przepełniające jego lędźwie wgryza się w duszę.

On mówił po frankińsku, wplatając purgijskie słowa, ona mówiła w ojczystej mowie, ale zdawało się, że rozumieją się doskonale. Dwa razy próbowała odejść, na tyle jednak niespiesznie, że zdołał ją powstrzymać, coraz będąc bliżej. Komplementował, chłonąc jej zapach, obserwując rozszerzające się nozdrza, rumieńce na skórze. W prawdzie piękna panna nie była do końca w typie Leona, ale teraz zdawała mu się nieskończenie ponętna. Nie wiedział kiedy zaczął wyciskać na ustach dziewczyny pocałunki, najpierw delikatnie, po chwili pchany już namiętnością, dotykał jaj ud, ramion, odsłaniał piersi. Młode i pełne miłości, nie pozwolił odejść, pociągnął do boksu, kontynuując wyuczone dworskie pieszczoty. Kochał młodość, oddanie, smakował skórę, srom, rozmazywał czerwoną szminkę na ustach. Wszedł kiedy była całkiem wilgotna jak Delta Rhone. Rżenie pobudzonych koni zagłuszyły westchnięcia kochanków. Tak upojonych krótką, intensywną miłosną przygodą. Skończył poruszać biodrami dopiero kiedy wgryzła mu się w ramię do krwi, a na twarzy i plecach pozostawiła szramy od pazurków.

Chwilę później wyszli z pomieszczeń stajni oboje szczebiocząc w swoich rodzimych językach, prowadzili piękne wierzchowce. Choć kochankowie poprawili ubrania nie sposób był nie zauważyć otaczającej ich aury niewidzialnego erosa.
Takie tam, Leon nie wytrzymał.

: 21 listopada 2018, 21:20
autor: Denver
Okolice Pałacu Lombardich, 28 czerwca 2595

- Jak to najemników, panie Barthez? A nasza eskorta, nasi żołnierze? - Skarbnik był co najmniej zaskoczony. Po pierwsze tym, że Szef chce wynająć jakichś niepewnych typów, po drugie tym, że ogłoszono szybki wymarsz, po trzecie to właśnie on Guido Dumas, musiał pogodzić dodatkowe koszty z oszczędną ręką do wydawania.

Barthez spojrzał tylko spode łba - Panie Dumas, czy ja tłumaczę coś niejasno? - krew się w nim gotowała, ale zacisnął zęby po raz kolejny. Potrzebował wsparcia Skarbnika, inaczej za najemników posłużą mu odpadki i bezdomni. - W dodatku potrzebni nam prawdziwi weterani, nie jakieś chłopki roztropki - Szef wkurzał się samą rozmową, z jakby nie rozumiejącym sprawy Guido - Wrzosowiska, to nie jakaś tam wycieczka na łąkę, żeby zrywać kwiatki...

- Ciszej... - zmitygował go Skarbnik. Barthez ugryzł się w język. Przynajmniej rozsądny był ten dusigrosz. Wkurzający, ale rozsądny.

Weterani. Umysł Guido był już gdzie indziej. W dodatku ekonomicznie. Jak to pogodzić? Rozmawiał kiedyś z takim człowiekiem, jak on się do cholery nazywał...

Szef Ochrony z niepokojem patrzył na drapieżny uśmiech samozadowolenia wypełzający powoli na twarz Skarbnika.

- Chyba mam taki kontakt panie Barthez. Jeśli pan pozwoli, wspólnie rzucimy okiem - pan na kandydatów, ja na cenę jaką chcą otrzymać za swoje usługi.
Spekuluję, ale może Skarbnik, jest naprawdę dobry ? :) W końcu, kto z drużyny może to wiedzieć? Taki skryty osobnik....

: 22 listopada 2018, 21:13
autor: Keth
Rezydencja gości, 28 czerwca 2595

- Chyba cię popierdoliło! - kapitan Jacques Perrault mógł bez trudu uchodzić za wzór cnót i manier, ale kiedy Nathan Barthez podzielił się z nim swoim pomysłem, zapomniany w ułamku chwili papieros wypadł spomiędzy palców wstrząśniętego oficera - Nie ma mowy!

- Istnieje realne ryzyko, że miejscowi będą wywierać presję na pozostawioną bez nadzoru świtę - podjął od nowa próbę argumentacji Alpejczyk - Potrzebuję kogoś, kto przypilnuje odpowiedniego dystansu, inaczej tutejsi mogą wyciągnąć od naszych jakieś informacje, które potem przeciwko nam wykorzystają.

- Nie mam pojęcia, co to mogłaby być za wiedza - wzruszył ramionami rozzłoszczony Sang - Niemniej nie przyjmuję do wiadomości twojej decyzji. Jeśli lęk miałby ci spędzać sen z powiek, jestem gotów odżałować Bonneta albo Blancharda, niechby jeden z sierżantów został tutaj. Albo zostaw Bastiena, ten ordynarny prostak i tak w niczym nam się dotąd nie przydał, a jeśli mianujesz go szefem ochrony świty, wypruje flaki każdemu, kto zbliży się pod drzwi tego skrzydła.

Obaj mężczyźni stali na skraju kamiennego tarasu na trzecim piętrze rezydencji, pomiędzy wielkimi donicami z czerwonej gliny, w których rosły kunsztownie przycięte świerczki.

- Czcigodny Emmanuel Geoffroy Sanguine powierzył mej pieczy swe dzieci i krewniaka - pobladła twarz kapitana stężała w wyrazie niewzruszonego uporu - Nie będę siedział tutaj pilnując dwórek i fryzjera, prędzej bym sobie w łeb palnął.
...

: 24 listopada 2018, 15:19
autor: Keth
[center]ROZDZIAŁ V[/center]
[center]OSTATNIE HONORY[/center]

"W świecie wielkiej polityki i bezwzględnej gry o supremację nie ma miejsca na przypadek. Czasami maluczcy mogą odnieść wrażenie, że to zupełnie przypadkowy ciąg wydarzeń owocuje zmianami wstrząsającymi biegiem historii, my jednak wiemy, że za każdym takim wydarzeniem ukrywa się prawda, której ujawnienie wprawiłoby ziemię w drżenie.

Gdy w '95 nasz świat obiegła wieść o śmierci Altaira Benesato, jednego z Ośmiu, Neognostyka i wybitnego generała armii Złamanego Krzyża, dalekowzroczni ludzie z miejsca pojęli, iż wieść ta niesie ze sobą poważne konsekwencje. Ukryci wśród alpejskich szczytów Helweci jęli z niepokojem spozierać na północną Purgarię, słusznie lękając się niepokojów u swych bram, na początku dróg wiodących do Borki i Pollenu. Neolibijczycy poczuli przypływ nadziei na wielkie profity, wietrząc w zmianie układu sił w regionie mnóstwo intratnych okazji dla swoich dyplomatów i kupców. Krew bitnych anabaptystów zatętniła szybciej, gdy w umysłach orgiastyków pojawiły się wspomnienia krwawych bojów sprzed lat o żyzne ziemie Nizin Adriatyckich. Rady patriarchów kultu Pasterza jęły gromadzić się na niespokojnych naradach szukając rozwiązania mogącego zapewnić dalszy pokój na spornych terenach.

Do Lucatore ruszyli wysłannicy z cywilizowanych stron Europy i Afryki, niosący słowa współczucia i pokrzepienia oraz liczne dary mające ukryć prawdziwy cel ich rzekomo kurtuazyjnych wizyt.

Jak się rychło okazało, największą rolę w nadchodzących wydarzeniach mieli odegrać ci, którzy dotarli do miejsca spoczynku Neognostyka pierwsi" - Casimir Lavelle, Pamiętniki cichego doradcy.

: 24 listopada 2018, 15:45
autor: Keth
Wrzosowiska Lombardzkie, 29 czerwca 2595

Delegaci z Franki słyszeli co prawda, że aura u podnóża Alp bywała zmienna i kapryśna, ale błyskawiczna zmiana pogody i tak okazała się dla nich zaskoczeniem. Pogodne niebo i promienie letniego słońca dalece uśpiły ich czujność, kiedy więc w środku nocy o płótno namiotów zabębniły znienacka wielkie krople deszczu, a do śpiworów wdarł się uciążliwy ziąb, humory wielu Franków znacząco się zwarzyły.

Deszcz padał nieprzerwanie również po nadejściu bladego świtu, wcale nie zamierzając ustać. Towarzyszący Frankom przewodnicy z Bergamo jęli wymieniać między sobą niespokojne komentarze. Wyraźnie przesądni, gotowi byli przyjąć, że to same niebiosa opłakiwały śmierć Altaira Benesato - bądź co gorsza roniły łzy w zapowiedzi czasu nieszczęść i niepokojów, jakie niechybnie miały nadejść.

Podróżując w deszczu i chłodzie, który wyjątkowo dokuczał nawykłym do dusznego ciepła delty Frankom, członkowie delegacji znaleźli się w porze popołudniowej w miejscu, gdzie porośnięte z rzadka trawą połacie skalistego gruntu opadały mocno w dół przechodząc w sięgające niemal po horyzont wrzosowiska, tu i ówdzie naznaczone połyskliwymi oczkami mokradeł i rozlewisk.

- Droga biegnie ku północy aż po miejsce, gdzie grunt jest dość stały, aby można było pokonać Wrzosowiska suchą stopą, wasza miłość - powiedział dowodzący eskortą Gianni Lombardi, jadący w mokrym od deszczu siodle obok powozu Abdela i konwersujący z dziedzicem przez okienko - Tam musimy was opuścić. Nie chcemy wkraczać na ziemie anabaptystów w tak niespokojnych czasach. Jestem pewien, że w tak licznym gronie będziecie bezpieczni również na wzgórzach po drugiej stronie.

Zawinięty w gruby koc Abdel pokiwał smętnie głową. Faktycznie, po zjeździe na rzadko uczęszczany szlak wiodący ku Lucatore Frankowie tylko sporadycznie natrafiali na innych wędrowców, w większości przypadków ubogich handlarzy i rzemieślników, czasami myśliwych, czasami ludzi trudniących się sprzedażą łatwopalnego torfu. Jedynie patrolujący te ziemie jeźdźcy w barwach Lombardich obnosili się z bronią, a i ich liczebność trudno było uznać za znaczącą. Wyglądający za okno dziedzic najczęściej widział zatem skaliste pagórki i połacie odkrytej przestrzeni porośniętej z rzadka kępami krzewów i zagajnikami liściastych drzew. Nawet ktoś tak nieobyty z tematem rolnictwa jak Abdel musiał szybko pojąć, że wschodnie granice Lombardich pod żadnym pozorem nie mogły uchodzić za żyzne i urodzajne.

- Na Wrzosowiskach bywają czasami ludzie, którzy wydobywają tam torf - opowiadał dalej Gianni, najczęściej spozierający przy tym w stronę szczelnie opatulonej kocami Angeline - To prostacy, którzy najpewniej uciekną na sam wasz widok.

- Jestem pewien, że nie będzie potrzeby zawierania z nimi bliższej znajomości - odpowiedział Jacques Perrault, który siedział w powozie obok przyrodniej siostry Abdela - Ale dziękujemy za przestrogę, panie Lombardi.

Kilka godzin później eskorta pożegnała się z delegatami rodu Sanguine, ku wyraźnemu rozczarowaniu Gianniego. Wymieniwszy pozdrowienia, życzenia bezpiecznej drogi, ukłony i uściski dłoni, Lombardi zawrócili z powrotem na zachód. Trzy zaprzężone w konne czwórki powozy - sprezentowane Abdelowi wraz ze zwierzętami przez dwór Bergamo i powożone przez najemników Bartheza - potoczyły się w przeciwną stronę, na wschód ku rysującym się na horyzoncie wzgórzom na ziemiach Neognostyka.
Na pożegnanie wszyscy gracze otrzymują jeszcze po 1 PD za przygody w Bergamo. Opuściliście już ziemie Lombardich i jesteście po stronie anabaptystów. Szlak jest praktycznie opustoszały, co stanowi widoczny kontrast w porównaniu z tłokiem panującym na gościńcu z Bergamo ku Alpom. Dobre tempo pozwala żywić nadzieję, że czeka Was jeszcze tylko jeden nocleg w drodze, a następnego dnia znajdziecie się w Lucatore!

: 24 listopada 2018, 16:54
autor: Keth
Droga do Edenu, 30 czerwca 2595

Zgodnie ze słowami Gianniego, odludne Wrzosowiska przyniosły podróżnym jedynie nudę oraz zmęczenie monotonią widoków, które Frankom szybko się przejadły. Jeden ledwie raz gdzieś w głębi torfowisk pojawili się jacyś dźwigający wielkie pakunki ludzie, momentalnie jednak zniknęli nie przejawiając najmniejszej ochoty do spotkania z pasażerami konnych zaprzęgów.

Przenocowawszy w namiotach na wschodnim krańcu Wrzosowisk, Sanguine pojechali po skąpym śniadaniu ku północy i kilka godzin później znaleźli się w pozornie innym świecie, gwarnym i tłocznym. I pełnym widocznych na pierwszy rzut oka przejawów żałoby.

Kiepsko utrzymany trakt wiodący przez Lombardzkie Wrzosowiska łączył się w owym miejscu ze sławną Drogą do Edenu - gościńcem łączącym terminal graniczny Moreno z Lucatore, Vivaco, Santiago oraz dalej położonymi miastami anabaptystów na Nizinach Adriatyckich. To właśnie tym szlakiem przybyli niegdyś do Purgarii pierwsi misjonarze Złamanego Krzyża i tędy ciągnęli borkańscy orgiastycy zmierzający na adriatyckie pola bitewnych zmagań. Śladami ich obecności były dostrzegalne wszędzie symbole krzyży, metalowe i drewniane, wbijane w ziemię, wieszane na gałęziach drzew, malowane na bryłach skał.

A ich spuścizną gromady ubranych na ciemne kolory ludzi, ciągnących na wschód ze smutnymi pieśniami na ustach, pobrzękujących żałobnymi łańcuchami i rozdzierających pośród płaczu swe szaty. Wszyscy oni schodzili na widok nadjeżdżających powozów na boki, przepuszczając podróżującą szybko kawalkadę przodem ku Lucatore.

- Zaiste przerażająca biedota - zauważył wyglądający za okno Guido Dumas - Spójrzcie tylko, co oni na sobie noszą. Oni te stroje chyba sami sobie szyją!

- Tutejszy lud ma na głowie inne zmartwienia niż szlachetnie urodzeni w Montpellier - odparł z ledwie wyczuwalnym, ale jednak obecnym w głosie przekąsem Nathan Barthez - Miejscowi są znacznie słabiej rozwinięci cywilizacyjnie od społeczeństwa frankańskiego, ale to pokłosie stuletniego konfliktu. Wojna pochłaniała wszystkie zasoby.

- My również walczymy - wtrącił kapitan Perrault - Nasza wojna trwa od zamierzchłych czasów i jej końca nie widać, a mimo sowitej ceny krwi staliśmy się ośrodkiem nauki, sztuki i myśli oświecenia na całym południowym wybrzeżu.

- Temu nie mogę zaprzeczyć - zgodził się spolegliwie Alpejczyk, który od jakiegoś czasu ograniczał swe konwersacje z oficerem Sangów do minimum. Abdel nie znał przyczyny tego nagłego ochłodzenia relacji pomiędzy parą ludzi bezpośrednio odpowiedzialnych za jego bezpieczeństwo, toteż zamierzał prędzej czy później rozgryźć i tę zagadkę.

Droga do Edenu biegła pomiędzy łagodnymi wzgórzami, na których rosło wiele pięknych starych drzew o rozłożystych koronach. Wysokie trawy syciły oczy bogatą zielenią i nawet kapryśna aura w końcu znudziła się dręczeniem podróżników. Burzowe chmury zniknęły przepędzone wiatrem, a słońce ponownie skąpało w swoim blasku ziemię.

- Zupełnie inna kraina od ziem Lombardich - zauważył Leon Thibaut - Wydaje się znacznie żyźniejsza. Gleba musi tu dawać znaczące plony.

- Tak też słyszałem w Bergamo - skwitował uwagę kuzyna Abdel - I zapewne dlatego Biały Wilk spogląda we wschodnią stronę z zazdrością. Mam nadzieję, że szybko dotrzemy do tego całego Lucatore, bo szczerze mi zbrzydła pospolita natura tych krajobrazów. Czas ponownie zakosztować przywilejów przynależnych ludziom o naszym statusie. Jak długo jeszcze potrwa ta podróż, panie Barthez?

- Jeśli mapy Lombardich miały zachowane odpowiednie proporcje, a nas po drodze nie spotka żadna nieprzewidziana niespodzianka, będziemy na miejscu dzisiaj późnym popołudniem, wasza miłość - odpowiedział Alpejczyk.
Dwa dni w powozie to oczywiste wyzwanie dla szlachetnie urodzonych, dlatego zrozumiem, jeśli zechcecie teraz srodze ponarzekać w postach na warunki podróży! :P

: 24 listopada 2018, 19:25
autor: Denver
Droga do Edenu, 30 czerwca 2595

Pogoda nie dopisywała. Guido Dumas zdecydowanie nie lubił takiej mżawki. Przenikliwego chłodu, wilgoci w powietrzu. I kolejnej podróży.

Nocowania w namiocie. I dżdżu. Kopanych latryn. Jedzenia w polowych warunkach. Braku poduszek. I towarzystwa, do którego można otworzyć swobodnie usta, i zaimponować wiedzą o bankowości. Kontach, saldach, procentach.

Guido nie cierpiał klaustrofobicznego pojazdu, na jaki został skazany.

Konta, salda, procenty.

Czy ktoś z jego oddziału miał tutaj kontakty? Czy jakiś klient z odległych krain faktycznie zawędrował do banku Guido? Umysł zaczął intensywnie pracować, negując niewygodę i sztywniejące kończyny. Kiedy bankier analizował, świat zewnętrzny czasem cierpiał na tym, tracąc jego nieocenioną obecność.

A gdyby tak, nawiązać własne kontakty? Weksle między dwoma krainami? hmmm. Współpraca, jakieś rzadkie przyprawy, surowce. Może te dzikusy mają coś czym można zawojować Franków? Taaaak. - Guido poczuł przypływ optymizmu. - Może nadarzy się szansa.

: 24 listopada 2018, 19:27
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

Im słońce dalej wędrowało po nieboskłonie, tym bardziej Abdelowi dokuczał głód. Dziedzic Sanguine od dwóch dni nie miał możności zjedzenia porządnego posiłku - umieszczonego w odpowiedniej zastawie, zróżnicowanego i wyrafinowanego. Potrzeba zaspokojenia kulinarnych doznań sprawiała, że szlachcic coraz bardziej cichł i coraz częściej pogrążał się w posępnej zadumie. Tęsknota za wygodami pobytu w Bergamo rysowała się tak wyraźnie na jego przystojnym dystyngowanym obliczu, że pozostali pasażerowie też umilkli, najpewniej z szacunku dla emocji pierworodnego.

Cisza ta ciągnęła się pozornie w nieskończoność, znienacka jednak została przerwana, kiedy powóz wiozący najważniejszych członków delegacji stanął w miejscu.

- Co tam znowu? - sarknął nieco rozdrażniony dziedzic, z wielką niechęcią spoglądając ku okienku, za którym pojawił się sierżant Bonnet.

- Wasza miłość, dotarliśmy do celu - oświadczył sierżant salutując sprężyście ambasadorowi. Abdel wyprostował się raptownie na dźwięk tych słów, odrzucił na kolana kuzyna swój koc i wysiadł czym prędzej z powodu.

Jak się rychło okazało, sierżanta nieco poniosły optymistyczne emocje, do Lucatore wciąż bowiem trzeba było dojechać. Mimo to dziedzic rozpromienił się widząc z wysokości wzgórza panoramę niedalekiego już miasta.

A raczej miasteczka o kuszących ciepłymi barwami dachach, ukrytego za solidnymi wałami, wzdłuż których rosły połacie zboża.

- Spójrzcie na tę twierdzę - rzucił pełnym ekscytacji głosem Leon Thibaut, wyciągając przed siebie rękę i celując nią w wyrastającą ponad Lucatore bryłę górskiego klasztoru - Cóż za posępne piękno! Szara groza wisząca nad dachami prostych ludzi!

- A te srebrzyste kule to co takiego? - zadziwił się Guido Dumas.

- Zbiorniki wody pitnej, przynajmniej tak mi się wydaje - odpowiedział po krótkiej chwili namysłu Nathan Barthez.

[center]Obrazek[/center]
Mam nadzieję, że nieco nadgoniłem spowalniającą fabułę. Teraz wstrzymam się z własnymi postami, chciałbym bowiem poczytać wstawki z opisami wrażeń z podróży oraz demonstrację zadowolenia z przybycia do celu podróży!

Jedną z ewidentnych zalet wejścia w scenariusz firmowy jest możliwość lepszej wizualizacji lokacji i bohaterów, podręczniki do Degenesis posiadają bowiem bardzo bogatą oprawę graficzną. Jako przykład posłuży załączona ilustracja Lucatore (pamiętajcie, że kliknięcie w obrazek go powiększa).

: 24 listopada 2018, 23:48
autor: 8art
Droga do Lucatore, 30 czerwca 2595

Dwa dni w podróży miały być dla Bartheza w zasadzie niczym wypoczynek. Większość pobytu w Bergamo spędził próbując bezskutecznie werbować miejscowych. Rzadko uczęszczny szlak i rutynowe obowiązki miał być przy tym zaprawde miła odmianą. I Helweta wiedział, że z każdą milą jak przybliżała ich do matecznika Anabatystów zbliżała go znów do powrotu do pracy na wzmożonych obrotach. W końcu nie jechali tam na pogrzeb i nie trduno było się domyśleć, do czego zaprzężeni zostaną uczestnicy wyprawy. Dlatego Barthez próbował korzystać jak mógł żeby odsapnąć nieco psychicznie nim wróci w wir roboty. Szkoda tylko, że pogoda nieco krzyżowała szyki. Rzęsisty deszcz powodował, że Nathan większość czasu musiał spędzić w wozie wraz z dziedzicem i jego rodziną, najczęściej wysłuchując marudzenia zmanierowanego Abdela. Pewnie gdyby nie to, że pół drogi przy oknie jechał młody Lombardi, powodując, że dziedzic trzymał fason, to Helweta byłby już bezrobotnym najemnikiem, po tym jak utopiłby w łyżce wody pierworodnego Sanguine. Na szczęście natarczywe coraz bardziej gdybania przerwał sierżant Sangów obwieszczając, że karawan jest już niemal u wrót Lucatore.

Teraz pozostawało już tylko znaleźć jakiś kąt w jednym z domów gościnnych czy zajazdów, wysłuchać kolejnego kazania Abdela na temat upokarzających warunków zakwaterowania i zająć się kwestiami zabezpieczenia perymetru, ustalenia setki detali jakie mogł mieć znaczny wpływ na bezpieczeństwo Sanguinów w Lucatore. Sama przyjemność w porównaniu z horrorem podróży.

Barthez wydał rozkazy swoim ludziom.
Dobra, to kto idzie szukać kwater dla ekspedycji? Ja bym sugerował Bartheza, Perraulta i Dumasa. Dwóch pierwszych oceni walory bezpieczeństwa. Trzeci sypnie groszem;)

: 25 listopada 2018, 00:59
autor: Suriel
Lucatore, 30 czerwca 2595

Zimna i mokra aura była przez ostatnie dni głównym utrapieniem dziedzica i źródłem wszelkiej nienawistnej nuty jaka brzmiała mu w sercu. Szybko dołączył do niej głód, tworząc iście wspaniale dramatyczną symfonię, godną do zagrania w teatrze Montpelliere. Abdel myślał o tym, w takiej właśnie konwencji rozpatrując swoje ostatnie cierpienia i niedostatki. Postanowił, że kiedy nadejdzie odpowiedni czas, spisze swoje dzieje z tej części wyprawy ubierając ją ramach dzieła, które będzie wystawione na deskach teatru. Zagrają w nim oczywiście same frankońskie sławy estrady. W myślach dobierał już aktorów do poszczególnych ról. Pocieszając się tymi obrazami Abelowi mijały smętnie kolejne dni podróży.

Mijali kolejne krzyże po drodze. To zapłodniło dziedzica kolejnym dziwnym pomysłem. Nie dalej jak dzień drogi temu, nakazał przygarnąć sobie jednego z tych pielgrzymów zmierzających do Lucratore na pogrzeb swego wielkiego nauczyciela i mistrza. Było ich całkiem sporo ale mimo to i tak trudno było coś rozsądnego wybrać. Koniec końców uznał że jest mu wszystko jedno A skoro być może będzie mu dane wystąpić z publiczną przemową i kondolencjami, dobrze by było nie palnąć jakiejś gafy nie znając podstaw ich religii. I tak właśnie wieczorami i w przypływach nadmiernej melancholii pogłębiał swoją wiedzę. Wpierw robił to nieco na siłę, na przekór sobie i swojemu światopoglądowi, jednakże z czasem zaczął widzieć pewną synergię w cierpieniu, pomiędzy religią Złamanego Krzyża i swoim własnym położeniem. Różnica był jednak znacząca jeśli się głębiej zastanowić nad źródłem obu cierpień. Pomijając ten nieistotny fakt, dziedzic postanowił dopisać do planowanego w głowie dzieła teatralnego, jeszcze jeden czy dwa passusy na ten właśnie temat.

Ostatecznie, droga do tak zwanego Edenu doprowadziła ich do lepiej lub mniej ale jednak cywilizacji. To wprowadziło go w wyjątkowo dobry nastrój, a na pewno najlepszy od czasu wyruszenia z Bergamo.

- Panie Barthez może, wyślemy w przód jakiegoś gońca by zaaranżował nam stosowne lokum na naszej godności. Jeśli się nie mylę, będzie to nader obskurne i obleśne miejsce, pełne wszy i wszelkiego innego plugastwa, ale jestem gotów oddać niemal wszystko za gorącą kąpiel i porządną strawę. Mógłbym za to zabić. - Ostatnie zdanie wypowiedział niebezpiecznie chłodnym tonem.
Czy jakies słowo na niedzielę o religi Krzyża będzie?

: 25 listopada 2018, 15:42
autor: Nanatar
Droga do Lucatore, 30 czerwca 2595

Entuzjazm rozpierający młodego szlachcica, okraszony dodatkowo białą chusteczką na pożegnanie, wśród zdziwionych oczu dwórek i rubasznych uśmiechów towarzyszy, podsycany podczas podróży wielką butelką vina, zniknął przed wieczorem razem z zawartością butelki. Wydawałoby się jakby ktoś spuścił z Leona powietrze. Szybko znużył się konną jazdą, wcisnął z kwaśną miną i błędnym wzrokiem do powozu, zrzuciwszy w przody zupełnie przemoknięty czerwony płaszcz, nakrył kocem zmęczone, dygoczące ciało i zapadł w niespokojna drzemkę.

Przespawszy wieczór, nie mógł zasnąć w nocy, marzł, wiercił się i złorzeczył na kolejny niespodziewany etap podróży. Kiedy zaczęło blednąć zapadł w spokojniejszy sen.
Na ołtarzu pośród zgromadzonego tłumu spoczywały szacowne zwłoki Altaira Bensato, ludzie szeptali tworząc zgodny pomruk niczym pszczoły w ulu. Z tłumu wyłonił się on sam Leon Thibaut Sanguine przywdziany w białą togę z czerwonymi lamówkami, w ręku zaś trzymał piorunnik. Skłonił się obecnym kuzynowi i kuzynce, wzniósł piorunnik w górę nad głowę niczym liturgiczną włócznię, pomruki zebranych przerwał odgłos grzmotu. Leon - kapłan podszedł do nagle cudem obnażonych zwłok neognostyka, obróconych teraz twarzą ku dołowi. Wielkim zamachem wbił swą rozdwojoną włócznię w sam środek anusa martwego człowieka, zagłębiając go tak bardzo, jak to tylko w snach możliwe. Leon Thibaut wykrzykiwał niezrozumiałe słowa, a tłum wtórował mu wznosząc je pod niebiosa. Przez otwarte sklepienie wdarł się jasny piorun uderzając w piorunnik spowił w płomieniach martwe ciało, a następujący po błyskawicy deszcz ugasił pożar. Nic nie zostało z Altaira i wynalazca był szczęśliwy. Wtem z tłumu wyłoniła się kobieta, której wieku frankijski szlachcic nie umiał określić, niosąc na rękach dziecię, zwróciła się do niego.
- Udało się Mistrzu. Odrodził się!


Wtedy Leon obudził się nad wyraz jednak wypoczęty jak tak ciężki dzień i noc. Zmysły miał wyostrzone, ale wzrastała też podejrzliwość, szczególnie wobec Lombardich, którzy wyprowadzili Franków na zwodnicze mokradła. Od tej pory szlachcic stale miał w zasięgu ręki karabin i lornetkę. Chętnie zaglądał przez ramię Barthezowi na otrzymane od Lombardich mapy. Nie mogąc przyciągnąć rozmową uwagi kuzyna, czy Angeline, choć ta przynajmniej odpowiadała na jego słowne zaczepki, zwrócił się do skarbnika.

- Mówił Pan coś o wekslach, czy myśli pan że w tych barbarzyńskich krainach uznają takie zabezpieczenie? Obawiam się, że chętniej przyjmą bobrowe skórki, albo muszelki. A proszę wybaczyć ciekawość, handlował Pan kiedyś z Neolibijczykami? - na takich rozmowach zeszło nieco czasu.

Zobaczyli wreszcie odległe Lucatore, na ten widok Abdel wyraźnie podrumieniał, już wydając dyspozycje o szukaniu kwater i potrzebie kąpieli. Leon podzielał entuzjazm kuzyna, ale zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że może to być dużo trudniejsze niż się Frankom wydawało.

Co dalej? - kłębiło się w jego głowie. Kuzyn spodziewał się zdaje, że tylko wyglądają jego przybycia i gładkiej mowy kondolencyjnej, a w mniemaniu wynalazcy nikogo nie obchodzili przybyli Frankowie. Spodziewał się upokarzającego ustawienia w kolejce żałobników. Tak czy inaczej nie należało tracić nadziei na kąpiel.

- A kiedy się już wykąpiemy i zjemy coś więcej niż suchary i wędzonkę, cóż dalej? - odważył się zapytać spoglądając na kuzyna. Czy będziemy w tym tłumie...-chciał spytać, czy będą wyglądać Galii, ale spostrzegł przy boku dziedzica jakiegoś anababtystycznego obdartusa i ugryzł się w język. Kiedy wreszcie do jasnej cholery będzie mógł swobodnie porozmawiać z Abdelem - zadawał sobie pytanie. Zaczął się nawet zastanawiać, czy przypadkiem kuzyn nie unika takiej rozmowy. W jednej chwili ściągnął brwi, przyglądając się bez skrywanej nagany na przygarniętego fanatyka.

: 25 listopada 2018, 21:37
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

- Droga biegnie zakosami w dół wzgórza, dopiero u jego podnóża zakręca ku miastu - zauważył rozglądający się bacznie Nathan Barthez - Zwolnijcie nieco tempo, żebyśmy zyskali na czasie. Zejdziemy na przełaj ku tym polom, skrótem, żeby znaleźć się przy wjeździe do Lucatore przed waszą miłością.

Abdel Sanguine spojrzał w dół na porośnięte drzewami i trawą zbocze wzgórza, na rozciągające się dalej łany dojrzewającego zboża i jasne mury Lucatore.

- Kogo zamierza pan ze sobą zabrać, panie Barthez? - zapytał dziedzic - Mam nadzieję, że nie wszystkich członków eskorty. Nie chciałbym pozostać tu zdany na łaskę i waleczność tego pobożnego człowieka.

Wzrok Franka przeskoczył na postać przygarniętego dzień wcześniej obdartusa, na przemian żałościwie lamentującego i wybałuszającego oczy na dekolt Angeline Lei.

- Pójdę ja, kapitan Perrault oraz jego miłość pan Dumas - zadecydował Alpejczyk poprawiając obciążony kaburą pas - Zapowiemy wjazd delegacji do miasta i poprosimy o skierowanie do zajazdu o odpowiednio wysokim standardzie.

Abdel skinął z aprobatą głową, przeniósł spojrzenie dla odmiany na szare kształty fortecy na wzgórzu po przeciwnej stronie Lucatore.

- Jak mniemam, czcigodna wdowa zechce się czym prędzej spotkać z tak znamienitymi żałobnikami. Nie od rzeczy byłoby wcześniej zadbać o kąpiel i pielęgnację. Trudy podróży odcisnęły zauważalne piętno na całej naszej rodzinie. Niech pan się pośpieszy, panie Barthez. My tymczasem zajedziemy do miasta z godnością i majestatem emisariuszy Montpellier.
Byłem pewien, że Leon Thibaut zechce się wcisnąć na szpicę, ale skoro nie, do miasta skrótem pomknęli Barthez, Perrault i Dumas. Reszta jedzie w powolnym tempie wozami.

: 26 listopada 2018, 17:10
autor: Kargan
Lucatore, 30 czerwca 2595

Angeline starała się dotrzymać kroku narzekającemu bratu i kuzynowi, ale wychodziło jej to niemrawo i chyba nie wypadała w swych narzekaniach na okropności podróży wiarygodnie skoro już drugiego dnia namówiła jednego z sierżantów by odstąpił jej swojego wierzchowca. Zadowolona z siebie Lea ciągnęła się w ogonie eskorty by co jakiś czas pogonić kłusem doganiając wozy i ponownie zwolnić czekając na pozostałych Sangów.

Chociaż aura zupełnie nie przypominała tej z bagien Franki to warunki podróży były wciąż nieco lepsze od tych jakich doświadczyła biorąc udział w terenowych szkoleniach Sangów. Dziedziczka czy nie była tam traktowana jak każdy z żołnierzy a chęć udpowodnienia wszystkim dokoła, że potrafi znieść tyle co oni lub więcej nie pozwalała jej na narzekania większe niż te jakie tradycyjnie przysługują niższym szarżom. W czasie tej podróży przynajmniej jedzenie było lepsze a z powodu niskiej temperarury nie dokuczały owady. I chociaż tyłek bolał ją od siodła jej przymrużone oczy słały dokoła radosne błyski a z ust nie schodził delikatny uśmiech, który przyprawiał o zdumienie kuzyna Leona i o chęć wymiotowania jej ukochanego brata.

Dopiero gdy ujrzeli Lucatore i Barthez wraz z Dumasem i Perraultem pokłusowali na przełaj ku miastu Angeline zdecydowała się oddać wierzchowca sierżantowi i sama zajęła miejsce w wozie.

- Śmierdzisz koniem siostrzyczko - rzucił z przekąsem Abdel unosząc do nosa naperfumowaną chusteczkę i lustrując okolicę przez okno powozu.

- Zapewniam Cię braciszku, że Ty również nie pachniesz szampanem z truskawkami - roześmiała się Angeline - Mam nadzieję, że nasza szpica znajdzie nam jakieś miejsce z ciepłą kąpielą.
Jedźmy zatem. Dupa boli :D

: 26 listopada 2018, 22:32
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

Zbocze wzgórza nie było aż tak strome jak Barthez początkowo sądził, a na dodatek gęsto porastające je drzewa ułatwiały schodzenie oferując wygodne oparcie dla rąk. Zawinięty w swój czerwony płaszcz Jacques radził się wcale nie gorzej od Alpejczyka i tylko dyszący nieco Guido już po kilkunastu metrach zaczął się obnosić z policzkiem naznaczonym czerwoną szramą po kolczastej gałęzi jakiegoś krzewu.

Pachnące żywicą i ziemią chłodne powietrze przywołało wspomnienia dawnych czasów. Duszna wilgoć delty Rhone po pewnym czasie przestała być dla Nathana utrapieniem, ale wdychając tutejsze powietrze, patrząc przy tym na pobliskie góry i porastające je wiecznie zielone lasy Helweta poczuł niezwykłe w swej intensywności wrażenie powrotu do domu. Pamiętny ciążących na sobie obowiązków, zdusił je czym prędzej, przeskoczył biegnący wzdłuż podstawy wzgórza płytki rów melioracyjny i ruszył poprzez łany zboża ku miastu.

Nigdy wcześniej nie odwiedził Lucatore, chociaż już w dzieciństwie widywał tę nazwę na mapie. Miasteczko tranzytowe, jedno z wielu na Drodze do Edenu. Przebywając tak długo we France zupełnie stracił z oczu tę część Europy nie sądząc, że z woli dworu w Montpellier kiedyś będzie tu musiał zawitać.

- Żyzne ziemie - mruknął Jacques Perrault wodząc spojrzeniem po okolicznych polach, po zbudowanych z drewna i kamienia farmach rozrzuconych wokół Lucatore - Ludzie raczej tu nie głodują.

- Nie samym chlebem tu żyją - odparł Barthez wskazując dłonią na widziane w oddali namioty, rozbite wzdłuż traktu. Wiele namiotów, zajmowanych niechybnie przez ściągających do Lucatore żałobników. Widok tego prowizorycznego obozowiska nieco Alpejczyka zaniepokoił, mógł bowiem sugerować brak miejsc noclegowych w samym mieście.

Gdyby zaś podejrzenie owe się ziściło, Bartheza czekałaby nielicha przeprawa z rozczarowanym dziedzicem.

Obecność sunących przez zboże wędrowców nie uszła uwadze miejscowych, chociaż nikt nie próbował się do niecodziennie odzianych obcych zbliżać. Obserwowani z bezpiecznej odległości przez grupki podejrzliwych rolników, podróżni zmierzali zatem dalej ku otwartej wschodniej bramie miasta i widocznym w jej gardzieli domostwom Lucatore.

Raz czy dwa Barthez obejrzał się ponad ramieniem na wzgórze przecięte Drogą Do Edenu, uspokojony widokiem prześwitujących między drzewami wozów delegacji. Pierworodny Sanguine nadjeżdżał w ospałym tempie, dając swym emisariuszom dość czasu na zaaranżowanie uroczystego powitania.

- Nathan, to chyba do nas - odezwał się znienacka Jacques, w obecności jedynie Dumasa odstępując od formalnej konwersacji. Podążając za jego wyciągniętą ręką Barthez ujrzał sześciu konnych, którzy wyjechawszy z bramy Lucatore ruszyli poprzez pole wprost ku przybyszom, bezceremonialnie tratując kopytami wierzchowców zboże.
Zbliża się do Was sześciu jeźdźców. Skoro bez wahania wjechali w uprawy, najpewniej reprezentują tutejsze władze. Powinienem coś wiedzieć, zanim dojdzie do bezpośredniego spotkania?