PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 28 marca 2014, 09:47

Po pojedynku

Cymmerianin popatrzył na marynarzy, krew ściekała z jego topora. Ciało lśniło od potu, ale oddech miał regularny.
- Czy ktoś chciałby zająć jego miejsce? - zapytał.
Jeden z majtków splunął na trupa.
- Nie był moim przyjacielem.
- Tak - mruknął inny. - Przez cały czas stałem po twojej stronie, Drussie!
Pozostali spiesznie zapewnili zwycięzcę o swoim poparciu.
- Dobrze - powiedział Cymmerianin. - Znów wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. I dość narzekania na poobcierane nogi. Kiedy wrócimy, zyskacie takie bogactwo, że już nigdy nie będziecie musieli chodzić. Teraz zabierzcie stąd to ścierwo. Porzućcie gdzieś w krzakach w bezpiecznej odległości. Do rana zniknie.
Odszedł do drugiego ogniska, po drodze czyszcząc ostrze pękiem trawy. Ulfilo podniósł się i poklepał go po ramieniu, co było dość nietypowym gestem ze strony wyniosłego szlachcica.
- Doskonała walka, Drussie - pochwalił.
- Tak! - zawołał z ożywieniem Springald. - Te draby będą teraz posłuszne!
- Będą - zgodził się Cymmerianin. - Do następnego razu. Co na kolację?
Następnego dnia Tranicos, jako zwiadowva dotarł do skraju puszczy. Kończyła się ona nagle jak ogród. Las dochodził do pasma wzgórz. Porastała je głównie wysoka trawa. Nieliczne drzewa były niskie, rozłożyste, z dziwnie płaskimi koronami, całkowicie inne od leśnych olbrzymów udrapowanych lianami. Krzewy też rosły inaczej. Nie tworzyły gąszczu jak w lesie, ale kępy odległe co najmniej o kilkaset kroków od siebie. Jednak to nie roślinność przyciągnęła uwagę Tranicosa.
Gdy jakiś czas później Goma doprowadził Aquilończyków i kapitana na szczyt wzgórza, barbarzyńca stał wsparty na włóczni, pogrążony w kontemplacji. Na chwilę wszyscy zamarli w pełnym zdumienia milczeniu. Przerwała je Malia.
- Na Mitrę! Czy ja śnię? To nie może być prawdziwe!
- Jest prawdziwe - powiedział Springald z zachwytem w głosie. - Czytałem wiele opisów, ale nigdy nie przypuszczałem, że to może być tak wspaniałe!
Mieli przed oczami około dwadzieścia tysięcy zwierząt. Nie więcej niż sto kroków od nich kilkaset antylop o kręconych rogach spokojnie skubało trawę. Ogromne stada pasły się na równinie po horyzont.
Równie zaskakująca jak liczba zwierząt była różnorodność gatunków. Inaczej niż na zachodzie i północy, gdzie stada były jednorodne, tutaj pasło się obok siebie wiele gatunków zwierząt. Podróżnicy rozpoznawali liczne odmiany antylop, od drobnych, delikatnych impala o rogach w kształcie lir, po masywne topi wielkości bojowych rumaków. Wielu nie potrafili nazwać, chociaż Goma podawał nazwy miejscowe. Między antylopami w niewielkich grupach wędrowały stateczne, wysokie niczym drzewa żyrafy. Masywne czarne bawoły o kręconych rogach ryły nosami w błotnistych miejscach, a na ich grzbietach przysiadały ptaki, by wydziobywać robactwo z lśniącej sierści.
Było tam kilka gatunków dzikich koni, wśród których przeważały pasiaste zebry. Niektóre miały tylko prążkowane zady, resztę zaś brązową. Karłowate, nakrapiane koniki nie większe od psów rywalizowały z parskającymi guźcami, a kłótliwe gromady pawianów obrzucały się patykami i kamieniami. Górujące nad nimi wszystkimi ogromne słonie poruszały się z godnością, niczym wielkie, wprawione w ruch szare głazy. Niektóre samce miały tak ogromne ciosy, że musiały zadzierać łby, aby nie orać kłami ziemi.
- Ale ich dużo! - zawołała Malia. - A mimo to jest tak cicho! Niczym w ogromnej świątyni!
W przeciwieństwie do mieszkańców lasu, rzadko było słychać zwierzęta z równiny. Z wyjątkiem sporadycznych wrzasków rozeźlonego pawiana albo krzyku ptaka, całe to olbrzymie zgromadzenie czyniło mniej hałasu niż gromadka ludzi na miejskim rynku.
- Tylu roślinożerców! - zakrzyknął Ulfilo. - A gdzie drapieżniki?
- Tutejsze wielkie koty lubują się w mięsie - powiedział Goma. - Ale większość z nich poluje wczesnym rankiem albo tuż po zmroku, niektóre w nocy. Po południu można zobaczyć tylko gepardy, które z szybkością błyskawicy ścigają swoje ofiary. W ciągu dnia większość zwierząt może jeść i pić bezpiecznie.
Wkrótce dołączyła do nich reszta kolumny. Marynarze krzyknęli ze zdumienia, gdyż roztaczający się przed nimi widok nie miał sobie równych. Co prawda byli przyzwyczajeni do rozległych przestrzeni, ale nie zamieszkanych! Czarni coś mamrotali. Byli ludem dżungli, przywykłym do półmroku lasu. Nie spodobała im się otwarta równina pełna zwierząt.
- A te góry daleko w dali? - Wulfrede wskazał na wschód, gdzie na horyzoncie majaczyły niewyraźne, błękitnoszare kontury. - Na Ymira, nie ma tu żadnych punktów orientacyjnych, które byłyby pomocne w żegludze po tym oceanie trawy!

- Nie ma obawy, biały człowieku - powiedział Goma. - Przeprowadzę was przez to i przez jeszcze dziwniejsze miejsca. - Tubylec obdarzył ich typowym wyniosłym uśmiechem. - I nie musicie się bać zwierząt, bowiem obronię was swoim toporem. - Dla efektu zakręcił młynka wokół głowy tak szybko, że połyskująca stal utworzyła błyszczący krąg.
Goma ruszył, inni podążyli za nim. Wulfrede mruknął:
- Gdybyśmy nie potrzebowali tego brązowego łajdaka, zatłukłbym go na miejscu za bezczelność!
- Ale przecież już nie potrzebujemy, więc możemy go zostawić - podsunął Ulfilo.
- To dziwny człowiek - powiedziała Malia - niepodobny do innych napotkanych krajowców. I nie mówię o barwie jego skóry czy tatuażach. Jest dzikusem, którego jedyny strój stanowi ta płachta, a jedyny dobytek topór, lecz nosi się z dumą równą twojej, szwagrze. A może z jeszcze większą.

- Ma diabelny tupet, ale przypuszczam, że na swój prymitywny sposób uważa się za dobrze urodzonego.
Springald odszedł porozmawiać z przewodnikami wyprawy. Przebierał szybko krótkimi nogami, by dopędzić Gomę i Drussa.
- Powiedz mi, Goma - zagadnął - jaki lud możemy napotkać na tej równinie? Prawdę mówiąc, trudno wyobrazić sobie, by ktokolwiek mieszkał w tym morzu trawy, pośród dzikich bestii.
Nie skończył mówić, gdy obok nich przemknęła rodzina żyraf. Smukłe zwierzęta niewiele uwagi poświęciły ludziom. Należały do nie znanego im gatunku; były kremowe i miały drobne cętki. W przeciwieństwie do innych, które miały krótkie, zakończone gałkami różki, ich głowy wieńczyły rozłożyste rogi, podobne do jelenich.

- Fashoda często wypasają swoje stada na tej trawie - powiedział Goma. - Są wielkimi wojownikami i doskonale posługują się włócznią. Uwielbiają napadać na sąsiadów i kraść bydło, które jest ich bogactwem, mają nawet bydlęcego boga. Można też napotkać plemię Zumba, ciemnoskóry lud wielkich tarcz i krótkich dzid. Ci też są dobrymi wojownikami. Uprawiają ziemię i hodują kozy. Ich wioski są małe i biedne, lecz mieszkańcy noszą świetne ozdoby, a ich pieśni i tańce są wspaniałe.
- Czy mogą być wrogo nastawieni?
- Wszyscy podnoszą ręce na obcych, ale jeżeli jesteście dość silni i chcecie handlować, pozwolą wam przejść.
- Są ludożercami? - zapytał Chen Shu.
Goma chrząknął i splunął z odrazą.
- Nie! Jedzenie ludzkiego mięsa jest uważane za obrzydliwość wszędzie poza wybrzeżem. Tutaj pod wielkim niebem kraju Ngai, ludzie są ludźmi, nie padlinożernymi bestiami! - Wskazał na stado przyczajonych cętkowanych hien. - Ludzie wybrzeża są jak te ścierwojady, nie zasługują nawet na pogardę. Ludzie równiny są niczym dzikie i dumne lwy.

- Przyjemnie to słyszeć - powiedział Springald. - Być może zostaniemy zabici, ale przynajmniej nie zjedzeni.
- To nie tak - zaprzeczył Goma z szerokim uśmiechem.
- O co ci chodzi?
- To prawda, że nie zostaniecie zjedzeni przez ludzi, ale na pewno przez zwierzęta. Tutaj ciała nie marnuje się przez palenie czy grzebanie. Zostawia się je w buszu, by wróciło do Ngai pod postacią pokarmu. Zwierzęta jedzą trawę, ludzie jedzą zwierzęta, inne zwierzęta jedzą ludzi. To raduje Ngai.
- Też mi pociecha.

W trakcie marszu przez bezkresną równinę widzieli wiele zdumiewających rzeczy. Rozbawiły ich komiczne strusie. Ptaki miały długie, potężne nogi, kuliste tułowia, długie szyje i maleńkie łebki. Gdzieniegdzie z równiny wyrastały kolumny z brązowej ziemi, twarde jak skała. Malia wskazała na te tajemnicze obiekty i zapytała, co to może być.
- Termitiery - odparła Vea. - Termity to żarłoczne robaki. Wbij w ziemię pal gruby jak męskie udo, a gdy wrócisz po tygodniu, obalisz go jednym palcem. Zobaczysz, że część pod- ziemna została przeżuta na miazgę.
- Dziwny kraj. Jak kraina snów. Ptaki są tu wielkości kucyków, a termity budują zamki. Popatrz tam, potwór z piekła rodem szczypie trawę przy jeleniu tak małym, że nie uwierzyłabym w jego istnienie, gdybym nie widziała na własne oczy. - Wskazała na ogromnego nosorożca, z nosem zwieńczonym długim jak dzida rogiem. Pasł się obok antylopy nie większej od zająca - jej cienkie jak trzcina nóżki zakończone były maleńkimi kopytkami.
- Zobaczycie w tej krainie wiele dziwniejszych rzeczy - obiecała im Mea. - I straszliwszych.

Przed wieczorem minęli stado lwów. Wielkie płowe koty leżały na ziemi, ziewając i drapiąc się leniwie. Ich dzikie żółte ślepia śledziły przybyszów bez śladu zainteresowania. Po pewnym czasie drapieżniki wstały i odeszły powoli, nie ze strachu, ale najwidoczniej dlatego, że nie odpowiadał im ludzki zapach.
- Patrzcie, gdzie stawiacie nogi - przestrzegł Goma - zwłaszcza po zmroku. - Pochylił się i podniósł gałązkę najeżoną długimi na dłoń cierniami. - Wszystkie tutejsze drzewa i krzaki są kolczaste. Przebiją podeszwę, jeżeli przez nieuwagę się je nastąpi.
- Sama kraina jest dzika - rzekł Springald. - I wszystko w niej jest wrogie dla obcego.

Tej nocy rozpalili ogniska i pod kierunkiem Gomy zbudowali z ciernistych gałęzi koliste ogrodzenie, które on nazwał borną.
- To powstrzyma lwy? - zapytał Wulfrede.
- Zniechęci chorego albo rannego lwa - odparł Goma. - Tylko taki atakuje ludzi. Człowiek jest za mały, żeby dorosły lew mógł się najeść, nie mówiąc o stadzie. Ale drapieżnik niezdolny do polowania na szybkie czy silne zwierzęta napada na ludzi. I poza tym borna powstrzyma hieny.
- Tchórzliwe ścierwojady - prychnął Wulfrede. - Wystarczy garść kamieni, a rzucają się do ucieczki.
- W ciągu dnia są tchórzliwe, ale nocą nabierają odwagi. Potrafią odgryźć rękę albo nogę śpiącego. Ich szczęki są potężniejsze od lwich.
- Lądowe rekiny, co? Wierzę ci na słowo.

Noce były dużo bardziej hałaśliwe od dni. Ryki myśliwych i rozpaczliwe krzyki ofiar nagle przeszywały ciemności. Ludzie wyrwani ze snu w trwodze łapali broń, ale po pewnym czasie nauczyli się, że te hałasy nie sygnalizują niebezpieczeństwa. Czasami do borny podchodziły słonie i zaglądały ciekawie, ale szybko traciły zainteresowanie i szły dalej.
Olbrzymia liczba zwierzyny oznaczała obfitość mięsa. Mimo to Malia zaczęła się uskarżać na monotonne jadło.
- Znowu pieczona antylopa? - krzyknęła wieczorem dziesiątego dnia wędrówki przez równinę.
- Nie tego samego rodzaju - zapewnił ją Springald. - W przeciwieństwie do innych, które już jedliśmy, ta miała kręcone rogi.
- Pieczone mięso! - skarżyła się żałośnie. - Jak ja tęsknię za chlebem i owocami. Nawet miska soczewicy stanowiłaby miłą odmianę.
- Równie dobrze możesz sobie zażyczyć wina czy piwa - parsknął Wulfrede. - Woda jest dobra do żeglowania, ale mam jej dość jako napitku.

- Ciesz się, że mamy wodę - powiedział Zorian. - Mimo że jest błotnista i mętna.
Malia skrzywiła się z niesmakiem.
- Szlachetnie urodzona dama nie powinna nawet patrzeć na wodopoje, z których korzystają całe stada, nie wspominając o piciu.
Mimo tych narzekań szlachetnie urodzonej damie chyba służyło takie życie. Jej chód stał się sprężystszy i była bardziej pewna siebie niż wówczas, gdy widzieliście ją po raz pierwszy spotkał w Asgalunie. Ani jedzenie, ani woda nie szkodziły jej. Przeciwnie, dosłownie rozkwitała, była silniejsza niż kiedykolwiek i wieczorami, po długich dniach marszu, wyglądała na mniej zmęczoną od mężczyzn.
Góry przed nimi rosły w oczach. Początkowo wyglądały jak niskie wzgórza. Wreszcie zdali sobie sprawę z ich ogromu. Szczytowe partie pokrywały wieczne śniegi, strome zbocza sprawiały wrażenie bariery niemożliwej do pokonania.

- Jak przejdziemy na drugą stronę? - zapytał Vanko przewodnika.
- Widzisz tę rysę? - Górna wyciągnął rękę.
- Widzę.
- Tam pójdziemy. Czeka nas długa i ciężka wspinaczka, ale ta przełęcz przeprowadzi nas przez góry.
- Nie widzę niczego, co by wyglądało na Rogi Shushtu - powiedział Springald, wycierając pot z czoła.
- Zobaczysz je po drugiej stronie przełęczy - obiecał Goma.
- W takim razie zbliżamy się do celu - powiedziała Malia.
- Jesteś w połowie drogi przez równinę - zaśmiał się Druss.
- Z przełęczy do Rogów też jest szmat drogi - rzekł Goma - i to trudniejszej.
- Pustynia? - zapytał Wulfrede.
- Pustynia.

Podążali w kierunku gór. Nim do nich dotarli, spotkali ludzi pierwszych od czasu wspinaczki na urwisko.
Najpierw zobaczyli bydło. Zwierzęta były długorogie, umaszczone jednolicie albo też łaciate i nakrapiane. Ludzie stali daleko, ledwo widoczni. Słońce świeciło na grotach ich włóczni i odbijało się od podłużnych białych tarcz.
- Co myślisz, Chen Shu? - zapytał Ulfilo, gdy pasterze dostrzegli ich i ruszyli w kierunku kolumny obcych.
- Myślę, że są dobrymi wojownikami, skoro hodują bydło w kraju tak dzikim. Stale muszą odpierać ataki drapieżników, a Goma mówi, że kradną bydło jak mój lud. Takie życie uczy człowieka czujności i obchodzenia się z bronią.

Na rozkaz kapitana marynarze wysforowali się do przodu, tragarze zaś zrzucili pakunki i skupili się lękliwie za ich plecami. Nie byli tak liczni jak w chwili wyruszenia. Niektórzy zawrócili do domów, kiedy zużyto niesione przez nich zapasy, inni zapadli na choroby albo zostali ranni, przy czym najczęstszą przyczyną zranienia były ciernie. Dwóch zmarło od ukąszenia żmii, a jeden wyszedł w nocy za borne i już nie wrócił. Prawdopodobnie został zjedzony. Inny padł trupem bez żadnej widocznej przyczyny. Pozostało około czterdziestu, w tym ludzie Ufilia.
- To Fashoda? - zapytał Vanko.
- Tak. Zobaczysz, że ci, którzy się zbliżają, są młodzi. Wśród ludu Fashoda to chłopcy zajmują się bydłem, pasą je i strzegą. Starsi wojownicy pilnują wiosek.
Cymmerianin chrząknął.
- Młodzi wojownicy są zawsze skorzy do awantur. Mam nadzieję, że ci nie są zbyt zadziorni.

- A prawdopodobnie jest inaczej, prawda, Goma? - zapytał Springald, pieszcząc palcami rękojeść miecza.
- Nigdy nie wiadomo.
Wkrótce stanął przed nimi szereg stu wojowników, uzbrojonych we włócznie o wyjątkowo długich i szerokich grotach. Ciała mieli wymalowane w dziwaczne i fantazyjne wzory, włosy długie i zebrane do tyłu, z wyjątkiem grzywek na czołach. Ich twarze przypominały rzeźby z ciemnego kamienia. Byli przystojni i gibcy niczym pantery, nie nosili żadnych ubrań prócz piór, malunków na skórze i ozdób.
- Ładni - rzekła z podziwem Malia.
- Jak na dzikusów - burknął Ulfilo.
- Wszyscy są tak podobni, że mogliby być braćmi - zauważył Springald. - Te same rysy, ten sam kolor, wszyscy jednakowej budowy i wzrostu, nie ma trzech palców różnicy w wysokości między najwyższym i najniższym. To wynik zawierania związków małżeńskich w obrębie niewielkiej grupy. Chyba się nie żenią z nikim spoza plemienia.
- Ich obyczaje nie są teraz naszą główną troską - powiedział Wulfrede. - Są wrogo nastawieni czy nie?
Żeglarze nerwowo obmacywali broń, paru zakładało strzały na cięciwy.
- Unikajmy walki, jeżeli to tylko możliwe! - warknął Ulfilo. - Pamiętajcie, będziemy wracać tą samą drogą. Nawet jeżeli wygramy, idąc w tę stronę, będą tłumnie czekali na nasz powrót.

- Masz rację - mruknął Druss. - To pasterze, dumni, ale nie zaatakują, jeśli nie zagrozimy im ani ich stadom. Z drugiej strony, to młodzi wojownicy. Zareagują na najmniejszą prowokację, więc jej nie dostarczcie.
- Jesteś dyplomatą, Drussie - skomentowała Malia.
- Sam niegdyś byłem młodym wojownikiem. Wiem, jak tacy myślą i działają. Góry Cymmerii czy południowe równiny są podobne, jeśli o to chodzi. - Ani na chwilę nie odwrócił oczu od tubylców. Był pod wrażeniem ich powściągliwego zachowania. Nie tańczyli, nie wyli i nie potrząsali bronią. Wiedział, że taka postawa bez wątpienia jest wybraną świadomie metodą zastraszenia wroga, ale poza tym świadczyła również o ich zdyscyplinowaniu. Jeżeli młodzi wojownicy zostali wychowani w karności, to nie rozpoczną rzezi bez powodu. Zorian zobaczył, że wielu nosiło na głowach przybrania z lwich łbów, które oznajmiały światu, iż ich właściciele potrafią dzielnie strzec stada przed groźnymi drapieżnikami.
Przemówił jeden z wojowników. Nic nie wyróżniało go spośród innych. Goma przetłumaczył jego słowa.

- Chce wiedzieć, kim jesteście i czego chcecie.
- Powiedz mu - odparł Ulfilo - że jesteśmy kupcami. Zapewnij ich, że nie mamy złych zamiarów i że przynieśliśmy towar na wymianę oraz podarki dla naczelników.
Pasterze wysłuchali w milczeniu i nic nie odpowiedzieli. Niedługo później przybyła druga, liczniejsza grupa tubylców. W jej skład wchodzili głównie starsi wojownicy, bardzo podobni do młodych, ale ich ciała zdobiły mniej liczne malunki i wielu nosiło stroje podobne do szaty Gomy. Wśród nich było paru nie uzbrojonych mężczyzn o posiwiałych włosach. Starcy poruszali się z ogromną godnością, wspierając na długich laskach pokrytych skomplikowanymi ornamentami. Ci nie mieli żadnych ozdób, i spowijały ich obszerne szaty.
- Im wyższa szarża - zauważył Springald - tym mniej ozdób.
- I więcej ubrania - dodała Malia.
- Wojownicy mogą sobie pozwolić na taką próżność - wyjaśnił Goma - ale za to nie posiadają bydła. Jest ono własnością starszych. Stada to ich majątek i honor.

Z przybyciem naczelników zaczęły się negocjacje. Otworzono pakunki i wyłożono towary. Wojownicy przemieszali się z przybyszami. Do przywódców i żeglarzy odnosili się bardzo uprzejmie, ale tragarzy traktowali pogardliwie. Dla tych wojowników-pasterzy ludzie noszący ciężary dla innych nie byli lepsi od jucznych zwierząt.
- Nie wolno źle traktować moich tragarzy - upominał ich Ulfilo za pośrednictwem Gomy.
Starszy wojownik wzruszył ramionami.
- Czy możemy obrazić bydło drugiego człowieka? Oni są dla nas niczym. Nie spodziewajcie się, że będziemy traktować ich jak ludzi.

Fashoda najbardziej interesowali się sztabami żelaza, w które ekspedycja była zaopatrzona dość obficie. Chcieli też tkanin, paciorków oraz miedzianego i brązowego drutu. Wojownicy otoczyli mniejszą skrzynkę z haczykami na ryby i pytali, co to takiego. Kiedy im wyjaśniono, wybuchnęli śmiechem. Jak się okazało, ryby były dla nich obrzydliwe i nigdy ich nie jadali.
Z niedalekiej wioski przyniesiono dzbany słabego piwa. Naczelnicy i biali kupcy usiedli, żeby przystąpić do targów. Starsi wioski byli nieco skrępowani, ponieważ plemię nie gromadziło dóbr na wymianę. Oczy im się świeciły na widok oglądanego bogactwa, a zwłaszcza żelaza, ale niewiele mogli dać w zamian.
- Ostatnie lata były dobre - wyjaśnił starzec o twarzy pokrytej bliznami. - Trawa wyrosła wysoko, niewiele chorób nawiedziło ludzi czy bydło, i odparliśmy wszystkie ataki. Wielu chłopców czeka na wstąpienie w szeregi wojowników i musimy mieć dla nich włócznie.
- Jak to załatwimy? - zapytał pozostałych Wulfrede. - Nie potrzebujemy bydła, ale oni widzieli nasze towary i być może postanowią wziąć je siłą, jeżeli nie będzie innego wyjścia.

- Jesteśmy poszukiwaczami skarbów, nie handlarzami - podkreślił Vanko. - Mamy tu kupić tylko pokój. Powiedz im, żeby brali, czego dusza zapragnie. Po naszym odejściu mogą zgromadzić skóry i kość słoniową, które zabierzemy w drodze powrotnej.

- Wyśmienicie! - zawołał Ulfilo. - Goma, przetłumacz im, co postanowiliśmy.
Naczelnicy byli ogromnie zadowoleni z rozwiązania, które pozwoliło im zachować twarz. Młodym wojownikom dosłownie ślina ciekła z ust na widok takiej ilości żelaza i brązu. Kobiety, które także przybyły z wioski, piszczały ze szczęścia na widok mnóstwa różnobarwnych paciorków.
- Mogło być paskudnie - powiedział wieczorem Ulfilo, gdy popijali piwo z drewnianych czarek i jedli pieczone dzikie ptactwo. - Ale wszystko poszło dobrze, droga stoi przed nami otworem i mamy zapewniony bezpieczny powrót.
- Ale najpierw musimy się dowiedzieć, czy ci ludzie nie widzieli Marandosa. Na pewno tędy przechodził - powiedziała Malia.
Ku jej zadowoleniu, kobiety przyniosły z wioski mleko, owoce i płaskie placki. Taka odmiana sprawiła jej ogromną przyjemność, którą przyćmiewała jedynie troska o męża.

- Równina jest szeroka - rzekł Goma - i grupa podobna do naszej mogłaby z powodzeniem przejść od urwiska do przełęczy bez zbliżania się do tego miejsca, ale zapytam.
Przez kilka minut przewodnik rozmawiał ze starszyzną, potem odwrócił się do Malii.
- Mówią, że przyszli tu dopiero jakieś sześć księżyców temu, a wcześniej koczowali na pastwiskach daleko na północy. Ci ludzie nigdy nie zatrzymują się w jednym miejscu na długo. Ale doszły ich słuchy, że mieszkańcy wioski leżącej trzy dni drogi stąd jakiś czas temu widzieli wędrowców białych jak duchy. Być może wywiązała się walka, ale to nic pewnego.
- To niewiele nam daje - powiedział z rozczarowaniem Ulfilo.
- Ale musi wystarczyć - zadecydował Chen Shu.
Ufilo dał im sporo towarów niejako z góry, by zapewnić sobie spokój. Mają zebrać skóry i kość słoniową, dostaniecie je wracając. Ktoś z was zostawia tu swoje towary?
Ktoś zaczepia Fashoda? lub ich kobiety?

Grupy są dwie jedną dowodzi Ufilo 26 marynarzy, Wulfrede, Springald i 12 najemników Ufilia.
Druga to Wy. Plus 12 najemników waszych, Vea i Mea, Vasquez, Hiena i 3 niewolnikó Vanko. Dowodzi chyba Zorian tak?
Ostatnio zmieniony 28 marca 2014, 10:04 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 28 marca 2014, 14:12

zostawiam tu sobie miejsce na wpis
Spoiler!
Mam tylko chwilkę, ale we wpisie będę chciał wybadać, czy starszyzna nie sprzedałaby mi w zamian za ozdoby kobiety dobrej na żonę.
Druga sprawa- wypytam ich dyskretnie o Gomę- czy go znają, wypytuję też swoich niewolników.

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 28 marca 2014, 18:20

Nie wiem czy to jeszcze możliwe ale Druss chciałby zasugerować szefostwu że jako część zapłaty za nasze towary moglibyśmy poprosić o kilku miejscowych wojowników jako przewodników, nie dość że wzmocniłoby to nasz oddział to stalibyśmy się trochę mnie zależni od naszego tajemniczego"darmowego" przewodnika.


Dla MG
Spoiler!
Co do pogrupowania to mnie więcej tak to wygląda. Tyle że Druss za dowódce uznaje bardziej Ulfilia niż Zoriana. Nie żeby Zoriana nie lubił, ale zawsze uważał że wszyscy są sobie równi(nawet Niecierpiany przez niego Vanko) w naszej najemniczej trupie. Podczas dowodzenia wyprawą wojenną potrzebny był jasny łańcuch dowodzenia i Zorian został wybrany przy jego poparciu na wodza, ale to nie znaczy że został nim dla Druss na stałe. W skrócie nie ma nic przeciwko przyjmowaniu od Zoriana rozkazów w ogniu bitwy, ale za ogólnego szefa uznaje pracodawce. Po drugie po za walką oczekuje że w swoim najemniczym gronie decyzje będziemy podejmować wspólnie.


Przepraszam też że nie dałem wczoraj ani dziś rano fabularki. Wczoraj byłam skonany jak wróciłem do domu, a dzisiaj musiałem znowu wybyć. Po za tym...miałem już plan jak napisać fabularkę, tylko że w nim Druss miał po walce uznać że jakim łajzą Umo by nie był to walczył dzielnie i należy mu się porządny pochówek, więc byłby mały konflikt z Twoim tekstem:P. Obiecuje poprawę.

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 28 marca 2014, 20:07

Tranicos podjechał do Vei i powiedział:
- Wojowniczka która dała mi ten amulet polecała bym go nigdy nie sprzedawał - ranger spojrzał na lekko zawiedziony wyraz twarzy dziewczyny i szybko dodał:
- Ale nic nie wspominała o podarowaniu. Jest twój - Tranicos zdjął amulet i włożył go na szyję wojowniczki.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 28 marca 2014, 21:34

Vea jest w sporym szoku, rzekła nie wiesz co właśnie mi ofiarowałeś, to dar od wojowniczki Amazonek.
Przyjmę go z czcią, na jaki zasługuje taki podarunek. Dziękuję ci, Tranicosie.


Ufilio na sugestie Drussa, wynegocjował, że 20 wojowników Fashoda pójdzie z wami do skraju pustyni.
Spoiler!
Spoko, luzik. Trochę mi łyso, że sporo narzucam Twej postaci. Jak Ci to przeszkadza, daj znać.
Spoiler!
Nie znają waszego przewodnika Gomy, ale niekiedy wojownicy z jego ludu się tu zapuszczają. Żyją gdzieś za pustynią, nad wielkim jeziorem. Kobieta? Starszy stwierdził, że nie sprzedają swoich kobiet w niewolę. Chcesz żonę dla siebie? W Twoim kraju nie ma kobiet?
Ostatnio zmieniony 28 marca 2014, 22:50 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 29 marca 2014, 09:52

PRZEŁĘCZ

Podróż do podnóża gór przebiegała bez kłopotów, bowiem teraz mieli eskortę złożoną z młodych wojowników Fashoda, którzy uważali to zadanie za miłą przerwę w wypasie wioskowego bydła. Ale natura sprawiła im niezwykłą niespodziankę.
Wszystko zaczęło się od pojawienia dziwnego zwierzęcia. Biali wybuchnęli śmiechem na widok samotnego samca, za którym ciągnęło rozproszone stado krewniaków. Fashoda wskazali zwierzę włóczniami i zagadali coś z ożywieniem.
- O co chodzi? - zapytał Ulfilo.
- Wojownicy mówią, że musimy się zatrzymać - przetłumaczył Goma. - Bowiem napotkaliśmy K`hnu. - Pierwsza głoska obcego słowa zabrzmiała jak trzask.
- Zatrzymać się? - powtórzył zaintrygowany Ulfilo. - Z powodu tego? - Wskazał na stworzenie, które zbliżyło się ufnie i przyglądało im głupawymi ślepiami. Było bardziej śmieszne niż straszne. Wielkości dużej antylopy, miało łeb, brodę i rogi kozła, ale reszta ciała wydawała się krzyżówką innych zwierząt.

- Tak - powiedział Goma. - Możemy odpocząć. Mówi się, że kiedy Ngai stworzył świat, zostało mu jeszcze parę części, i z nich ulepił K`hnu: głowa kozła, przód topi, zad dzikiego konia, a rozum strusia. Ale by wynagrodzić brak urody czy pomyślunku, Ngai podarował im coś, co wkrótce zobaczycie. Rozbijcie obozowisko, biali ludzie, gdyż dzisiaj nie ruszymy się dalej.
Zaintrygowani, mrucząc do siebie, przychylili się do jego rady. W ciągu godziny rozproszone stado otoczyło ich ze wszystkich stron. Kolumna zmierzała na północ. Przed zachodem słońca cała równina, jak tylko wzrokiem sięgnąć, zapełniła się dziwnymi zwierzętami. I, jak wspomniał Goma, zachowywały się one naprawdę bezrozumnie. Niektóre bez powodu zawracały i kierowały się na południe. Inne stawały w jednym miejscu, brykając i wierzgając niczym oszalałe. Jeszcze inne biegały w kółko, dopóki nie padły na ziemię z wyczerpania.

Podróżnicy zabili kilka na kolację, ale pozostałe zwierzęta nie zwróciły najmniejszej uwagi na śmierć swoich towarzyszy i nie- wzruszenie kontynuowały marsz na północ.
- Nie może żyć tyle zwierząt na całym świecie, to niemożliwe! - zawołała Malia, której aż zakręciło się w głowie na widok niezliczonego stada.
- A jednak - powiedział Springald. - Goma mówi, że to stado nie jest jedyne. Są ich setki, i co roku wędrują z południa na północ, a potem wracają wraz z nastaniem pory deszczowej.
- Dobrze, że podróżujemy piechotą, a nie konno - stwierdził Ulfilo. - Założę się, że wierzchowce padłyby z głodu po przejściu takiego stada.
Chen Shu stanął blisko ogromnego stada i obserwował je. Wkrótce dołączył do niego Goma. Przez chwilę w milczeniu przyglądali się zwierzętom.

- Uważasz to za świetny widok, wojowniku? - zapytał Goma.
- Tak. Przez całe życie byłem włóczęgą, zawsze zmęczony miejscem, w którym byłem, i tęskniący do zobaczenia czegoś nowego. Na północy nużyły mnie niekończące się wojny, a jeszcze bardziej czas pokoju. Kiedy ci trzej szaleńcy zaproponowali mi udział w tej wariackiej misji i obiecali wielką nagrodę, zgodziłem się nie ze względu na zyski, ale żeby zobaczyć nowe miejsca i nowe dziwy. - Wskazał na antylopy. - Czegoś takiego w życiu nie widziałem. Ani takiej równiny pełnej dzikich zwierząt. Przed laty byłem bardzo blisko, ale nigdy nie znalazłem się w samym sercu tego lądu. Cokolwiek się stanie, nie będę żałował udziału w tej wyprawie.
Goma uśmiechnął się szeroko.
- Podejście wiecznego poszukiwacza przygód. Jako jedyny z mojego ludu jestem wędrowcem i odwiedziłem wiele krajów. Widziałem rzeczy dziwne, niektóre były straszne, ale cieszę się, że je zobaczyłem. Jednak po pewnym czasie człowiek musi wrócić do domu, prawda?
- Możliwe. Odwiedzam czasami swoją ojczyznę, ale nigdy nie zostawałem tam na długo. A ty, Goma? Wrócisz teraz do domu? - Popatrzył na wojownika, ale w odpowiedzi zobaczył tylko kolejny uśmiech.
- Jak mówisz, biały człowieku, możliwe.
Wędrówka K`hnu zatrzymała ich na dwa dni. Potok zwierząt zdawał się nie mieć końca, i po pewnym czasie zaczęli podejrzewać, że antylopy kręcą się w kółko. Wreszcie jednak stado się przerzedziło, zostały tylko stworzenia stare, chore i maruderzy. Te nieszczęsne zwierzęta słaniały się na nogach z głodu, gdyż idące przodem wyjadały trawę co do kępki. Kiedy podróżnicy ruszyli w drogę, równina przypominała trawnik starannie przystrzyżony przez ogrodnika, obficie usłany odchodami, które miały użyźnić ziemię. Tropem stada podążały szakale, hieny, sępy i inne ścierwojady, żywiące się padliną.

Przed górami napotkali jeszcze jeden tubylczy lud. Jego przedstawiciele byli nieco niżsi niż Fashoda, ale za to bardziej muskularni. Mieli lśniącą skórę tak ciemną, że prawie czarną, nie zdobioną farbami. Nosili tarcze kryte krowią skórą, obrośniętą sierścią. Ubierali się w skórzane spódniczki, a ich ramiona i łydki zdobiły opaski z małpiego futra.
Ci groźni wojownicy wyszli z wioski złożonej z okrągłych chat i uformowali podwójny szereg, prawie stykając się tarczami.
Ulfilo westchnął.
- Musimy jeszcze raz przez to przechodzić?
- Na to wygląda - odparł Springald.
- Zatem wypakujcie podarki. Goma, o co im chodzi?
Posiwiały wojownik o szczeciniastej brodzie mówił coś do przywódcy eskorty Fashoda.

- Przywódca Zumba pyta: Przyszliście ukraść nasze bydło, nasze kobiety i nasze kozy? Fashoda odpowiada: Wasze bydło jest chude, kobiety brzydkie, a prawdziwy wojownik nie chce mieć do czynienia z kozami. Prowadzimy tych białych ludzi bezpiecznie w góry.
Zumba popatrzył na obcych, potrójny rząd strusich piór zafalował na jego głowie. Przemówił Goma.
- Przywódca mówi: Więcej białych ludzi?
Malia złapała Ulfila za rękę.
- Widzieli Marandosa!
- Bądźcie w pogotowiu - rzekł Druss. - Może dojść do walki.
Ale Zumba nie wydawali się groźni. Bardziej bali się Fashoda niż białych cudzoziemców. Po wymianie zwyczajowych uwag zainteresowali się towarami i trzeba było przystąpić do negocjacji. Dzięki uprawie roli tubylcy mogli zaoferować swoim gościom urozmaicony i obfity posiłek. Jak wcześniej wspominał Goma, byli bardziej muzykalni od sąsiadów. Wieczorem ich pieśni wibrowały w powietrzu, przerywane szaleńczymi tańcami w rytm bębna i fletu. Fashoda trzymali się na uboczu, wspierając na swoich włóczniach.

W środku uroczystości pojawiła się dziwaczna postać. Śpiew urwał się gwałtownie i zapadła cisza, tancerze się zatrzymali, ostatni bęben zamilkł w połowie uderzenia. Przybysz był raczej drobny, obwieszony sznurami kości, zębów, piór i drewnianych fetyszy. Niósł laskę, na której grzechotały podobne ozdoby. Wy- malowana na biało twarz z czarnymi kręgami wokół oczu przypominała trupią czaszkę. Zumba zrobili mu przejście, a on wskazał cudzoziemców laską.
- Idziecie przez góry! - powiedział w zrozumiałym dla nich handlowym języku. - Czeka was śmierć! Za górami jest święte miejsce bogów tej krainy. Nie wolno tam iść! Zakazałem Zumba wam towarzyszyć!
- Kto to jest? - zapytał Ulfilo.
- To Umbaso, czarownik wszystkich plemion Zumba. Żyje daleko stąd. Nie mam pojęcia, jak się dowiedział, że tu będziemy - odpowiedział Goma.
- Czy może zakazać tym ludziom, by dali nam tragarzy? - zapytał Ulfilo.
- Wkrótce się dowiemy.
Szaman przemówił do swego ludu. Tubylców ogarnął wyraźny strach.
- Z pewnością nie mają tutaj czarnoksiężników posługujących się prawdziwą mocą - zadrwił Springald. - No, ale przecież nie wiedzą, co to księgi. Jak ludzie, którzy nie znają liter, mogliby zbierać, przechowywać i przekazywać czarnoksięską wiedzę?
- Dopóki tubylcy boją się jego klątw - rzekł Zorian z goryczą - dopóty są one dla nas groźne. Ich nie obchodzi, czy on może wezwać demony i odprawić czary. Jeżeli wierzą, że jest w stanie porazić ich ślepotą albo okulawić, albo sprawić, żeby kończyny im uschły i odpadły, jego moc jest wystarczająco wielka.

Jeden z naczelników zagadał szybko do Górny, który przetłumaczył:
- Mówi, że z powodu Umbasa nijak nie może dać nam ludzi do niesienia pakunków. Nie będą nas zaczepiać ani powstrzymywać, możemy iść sami na własne ryzyko.
Ulfilo spojrzał groźnie na czarownika, zacisnął palce na rękojeści.
- Z wielką przyjemnością rozpłatałbym tego szarlatana.
- Jak i ja - powiedział Vanko. - Ale nie radzę. Możemy wyruszyć z lżejszym ekwipunkiem. Co myślisz, Goma? Czy to nie zaważy na losach podróży?
Zapytany wzruszył szerokimi ramionami.
- Prawdziwi mężczyźni zniosą wszystko. Ci, którzy nie potrafią radzić sobie w świecie bez wygód, nie powinni zaczynać przedsięwzięcia, stanowiącego wyzwanie dla wojownika.
- Wydaje mi się, że właśnie zostaliśmy wyzwani - powiedział Springald.
- Ja nie potrzebuję sług na wyprawie - powiedział urażony do żywego Ulfilo. - I potrafię znosić trudy jak każdy mężczyzna.

- A co z kobietą? - zapytał Wulfrede.
- Czy skarżyłam się do tej pory? - zapytała wyniośle Malia.
- Tak - przytaknął Druss. - Ale głównie na owady, przyznaję. Wulfrede, co z marynarzami?
- Będą mi posłuszni - zapewnił kapitan.
Cymmerianina nadal nękały wątpliwości. Jeżeli piracka załoga zgodzi się stawić czoło takim warunkom, będzie to oznaczać, że Wulfrede rozpuścił wieści o skarbie. Nie wróżyło to nic dobrego.

- Idziemy w góry - powiedział Vanko do przywódcy Fashoda. - Pójdziecie z nami?
- Nie boimy się czarownika Zumba ani jego klątw - odparł wojownik, jednak Cymmerianin wyraźnie usłyszał niepokój w jego głosie. Inni zerkali koso na szamana. Nie chcieli okazywać strachu w obecności ludzi Zumba, lecz tym niemniej byli wystraszeni.
Tranicos podniósł się i podszedł do Umbasa.
- Dlaczego pragniesz powstrzymać nas od przejścia na drugą stronę gór?
Czarownik uśmiechnął się chytrze.
- Nie powiedziałem, że nie możecie tam iść. Co mnie obchodzi, co się stanie obcym? Bogowie nie potrzebują, żebym ich bronił. Sami narażą was na cierpienia, na jakie zechcą. - Jego oczy niesamowicie płonęły. - Ale nie pozwolę, by mój lud ich obraził.
- Dlaczego bogowie gór i kraju za górami mieliby różnić się od tych z równin, którzy byli nam przychylni?
- Tam rządzą moce obce tej krainie i jej ludom. - Zagrzechotał laską i śpiewnie wyrecytował: - Dawno, dawno temu przybyli do tego kraju ludzie i półludzie, którzy przeszli przez góry i podążyli dalej. Przynieśli z sobą nowego, zazdrosnego boga. Kiedy ci ludzie i półludzie pomarli, przemienili się w duchy strzegące krainy nowego bóstwa. Jeżeli je napotkacie, zabiją was i pożrą wasze dusze. - Uśmiechnął się. - Ale kimże ja jestem, żeby odmawiać należnej im ofiary?

- A jednak ludzie biali jak my poszli tam i przeżyli. Niektórzy wrócili, i nawet wyprawili się ponownie. To nie wygląda na poczynania kogoś, kto się boi bogów i duchów.
Uśmiech przemienił się w szyderczy grymas.
- Tak, biali ludzie poszli za góry. Wrócili przetrzebieni, i nie byli już tacy, jacy byli przedtem. A teraz namówili innych swoich pobratymców do zapuszczenia się w zakazane krainy. Może duchom spodobał się smak białych dusz i łakną ich jeszcze więcej.
- A jakie jest imię tego obcego boga?
- Zwie się Ma`at - odrzekł Umbaso. Kiedy wymówił to słowo, Aquilończycy wzdrygnęli się nerwowo.
Drussowi nie podobała się rozmowa o bogach i duchach pożerających dusze. Ale pchało go przemożne pragnienie zobaczenia, co leży za górami. Gdy tylko nadarzyła się okazja, odciągnął Springalda od innych.
- Czarownik nazwał boga Ma`at. Słyszałeś o takim bóstwie?

- Ach... no... tak. Ma`at jest bogiem Stygii, uważanym za jednego z najstarszych w tej krainie. W przeciwieństwie do innych nie ma postaci. Nigdy nie został opisany. Według starych tekstów Ma`at ma być sędzią zmarłych, decydującym o losie każdej osoby. Jeżeli bóg jest zadowolony ze zmarłego, pozwala mu na drugie życie podobne do poprzedniego, ale bez trosk i cierpień.
- A jeżeli Ma`at nie jest zadowolony?
- Cóż, dusze niegodne są rzucane potworowi zwanemu Pożeraczem Dusz. - Chrząknął. - No, ale nie możemy się przejmować słowami brudnego, obwieszonego kośćmi znachora, który zna prymitywne przesądy plemienia i parę czarów pośledniej mocy. Wszystko to może być powiastką powtarzaną przez miejscowe ludy. Ostatecznie ci ludzi są na poły nomadami i bez wątpienia mieszkali daleko stąd w czasach upadku Pythonu.
- Może i tak. Ale nasza wyprawa stała się czymś innym niż poszukiwaniem człowieka i skarbu. Nie ścierpię więcej niespodzianek, molu książkowy!
- Doskonale rozumiem twoje oburzenie, przyjacielu, i zapewniam cię, że nie musisz się obawiać nieprzyjemnych nowin! Sam pomysł, że jakieś starożytne przedstygijskie bóstwo mogłoby nadal strzec skarbu razem ze swoimi sługami, jest absurdem w świetle naszej wiedzy i nauki!
- Springaldzie - rzekł złowieszczo Vanko - gdybym cię nie lubił, mógłbym zatłuc cię za gadatliwość.
Eskortowani pzrez Fashoda ruszyliście dalej, na dwa dni zatrzymały was wędrujecie stada gnu. Dotarliście do wioski Zumba, ich czarownik nie jest wam przychylny. Coś działaliście w czasie postoju na sawannie? A w wiosce Zumba coś kombinujecie, w stylu zabicie ich głównego czarownika?
Handel - można tu zarobić 70% na wymianie, towary mogą zostać zaniesione do Fashoda, a oni zaniosą je na statek, za jakiś czas, razem z tym co sami mają dostarczyć.
Niegłupio by było pozbyć się towaru, bo nie dostaniecie nowych tragarzy, im dalej tym będzie gorzej z transportem.
Ostatnio zmieniony 29 marca 2014, 10:08 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 29 marca 2014, 11:23

Sprzedaję wszystko co mi zostało.
Starając się, by pracodawcy go nie usłyszeli, Tranicos zagadnął czarownika:
- Drogi Umbaso, czy możesz mi więcej opowiedzieć o tym bogu imieniem Ma'at? Na przykład jakie kary zwykł zsyłać na śmiertelników i jakich symboli używali jego kapłani? Jak żyję, nie słyszałem tego imienia, a ciekaw jestem.

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 29 marca 2014, 23:54

Żadnych akcji przeciwko szamanowi bym nie podejmował, zbyt duże ryzyko a pożytek pewnie żaden bo i tak już powiedział co miał do powiedzenia.

Co do sprzedaży towarów to przede wszystkim interesuje mnie to czy nie napotkamy jeszcze jakiś plemion po drodze, góry są zamieszkane? Bo ja resztę towarów trzymam raczej ze względu na ich przydatność dyplomatyczną niż korzystność sprzedaży. Ale jak naprawdę zapowiada się że nie mielibyśmy w ogóle transportu(nie mamy już tych początkowych tragarzy?).

Druss w trakcie postojów starał się namówić przydzielonych im wojowników na stoczenie kilku walk treningowych, chce poznać jak najlepiej ich sposób walki. Przy czym stara się wszystko utrzymać w przyjaznej atmosferze.

A już tak wcześniej myślałem żeby poruszyć z Ulfilio temat przyuczenia Malii do walki. Z tego co czytam znosi wędrówkę całkiem nieźle. Druss nie ma zamiaru uczynić z niej wielkiej wojowniczki ale uważa za rozsądne żeby poznała chociaż jakieś podstawy walki wręcz, ewentualnie strzelania z łuku/kuszy. Co on na to?


Dla MG

Spoiler!
Twoje wstawki z Drussem absolutnie mi nie przeszkadzają, wprost przeciwnie;).
Ostatnio zmieniony 30 marca 2014, 00:01 przez Waylander, łącznie zmieniany 1 raz.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 30 marca 2014, 10:59

Ja też sprzedaje wszystko co mam do sprzedania. Niech będzie te 70% zysku ;) Dalsze akcje jak doczytam poprzednie wpisy...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 30 marca 2014, 11:48

Umbasa rzekł Tranicosowi, że tam chodzą tylko czarownicy, znaczy za przełęcz, duchy zabijają wrogów Ma`ata. Nic więcej nie powie czarownik, albo nie wie, albo nie chce ujawnić.

Druss - Macie tragarzy, ale teren będzie trudny, za jakiś czas pustynia, więc im mniej ładunku tym lepiej. Możesz zachować towary na podarki, za wiele o tym co za przełęczą jest to oni nie wiedzą, żyje tam jakiś wojowniczy lud, ale to nie Zumba. Półludzie tam są też (małpoludy). Co do Malii to Vea i Mea ją podszkalają, ale Ufilio na to krzywo patrzy, bo uważa, że to niegodne damy.
Nadal mamy postój w wiosce Zumba. Jesteście coraz dalej od statku, ktoś chce wracać? To może być ostatnia szansa. Czekam na ew. dalsze deklaracje. W poniedziałek ruszamy dalej.

El Bragh
Reactions:
Posty: 58
Rejestracja: 31 października 2013, 21:54

Post autor: El Bragh » 30 marca 2014, 17:44

Ja również sprzedaję resztę swoich towarów.
Ciekaw jestem czy wyczuwam jakąś złą magię od szamana?

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 30 marca 2014, 18:01

Od czasu walki z wielkim demonem Ollam Onghą w Gazal, oraz późniejszej pomocy kapłana Mitry Eutychesa, magiczna klątwa jak trapiła Chen Shu, została silnie osłabiona. Tatuaże Khitajczyka nie reagują tak silnie jak wcześniej na obecność złej magii. Ale wyczuwasz, że szaman włada silnymi mocami. Nie jest bynajmniej szarlatanem jak uważa Springald.
Odpoczywacie sobie tutaj, przed dalsza drogą, miejscowi Zumba ale i dzielni Fashoda obawiają się tego co jest za górami, to jakieś Pradawne Zło. Przynajmniej oni tak uważają. Ale różni miejscowi czarownicy i szamani to potwierdzają.

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 30 marca 2014, 23:16

Druss też sprzedaje resztę swoich towarów.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 31 marca 2014, 11:27

Przełęcz ciąg dalszy
Po odpoczynku u Zumba ruszacie dalej. Jak Ktoś chce jeszcze coś tam zrobić niech pisze w spoilerze, albo technicznym. Zrealizuję to w zależności od deklaracji.

Kiedy następnego ranka ruszyli w dalszą drogę, wszyscy byli przygaszeni z wyjątkiem tragarzy z nadmorskiej niziny, którzy wiedzieli, że już niedługo wrócą do domów. Inni wyglądali na przybitych, z wyjątkiem zawsze radosnego Wulfrede. Vanko był ponury, Aquilończycy niespokojni, marynarze bardzo zdenerwowani. Znowu patrzyli spode łba i mruczeli coś między sobą. Druss zastanawiał się, czy znów będzie musiał dać im nauczkę.
Dwa dni później stanęli u podnóża gór. Wielki, skalny grzbiet piętrzył się wysoko w górę. Niższe partie były gęsto porośnięte drzewami, wyższe tworzyły ciąg nagich turni. Tragarze wykopali dół, by schować w nim towar, którego nie miał kto ponieść dalej. Po wykonaniu zadania odeszli do swoich domów w towarzystwie Fashoda, którzy, acz niechętnie, zgodzili się im towarzyszyć do granic swojego terytorium.
Pozostali patrzyli na góry z ponurą determinacją.
- Nic tu po nas - powiedział Ulfilo. - Idziemy.

- Tak - zgodził się Wulfrede. - Czy ludzie tacy jak my potrzebują namiotów i tym podobnych drobiazgów? Zawsze nosimy broń, możemy też nieść rzeczy niezbędne w czasie wyprawy. Wszystko inne powinniśmy znaleźć po drodze. - Jego ludziom chyba brakowało takiej optymistycznej pewności siebie, ale ostrzegawcze spojrzenie kapitana uciszyło wszelkie sprzeciwy.
- Prowadź, Goma - powiedział Zorian.
Przewodnik wyszczerzył zęby.
- Poprowadzę. Pożegnajcie dni przyjemnej wędrówki, tutaj zaczyna się droga dla mężczyzn. - Ż tymi słowy ruszył w górę zbocza.
Trawiasta równina zmieniła się nagle w zalesione zbocza. Drzewa nie dorównywały olbrzymom z nadmorskiej niziny, ale rosły gęsto i licznie. Zwierzęta też były mniejsze; małpy, jelenie i wiele odmian dzikich świń. Obfitość roślinożerców gwarantowała występowanie licznych drapieżców. Łaciate, cętkowane i pręgowane koty skrywały się w cieniach drzew, a wielkie węże połyskiwały wśród opadłych liści i w konarach.
Podążali starym łożyskiem potoku, i wspinaczka z jednego głazu na drugi przypominała wchodzenie po gigantycznych schodach. Po godzinie nogi zaczęły odmawiać im posłuszeństwa i Ulfilo zarządził odpoczynek.
- Nie ma lepszej drogi? - zapytał Gomę.

- Nie jest to szlak często uczęszczany - odparł przewodnik. - Nawet przez zwierzęta. Ludzie korzystający z tej drogi zostawili niewiele śladów. Ale czyż nie jest oczywiste dla każdego wędrowca, że woda wyszukuje sobie najłatwiejszą drogę?
- Generalnie to prawda - wysapał Springald, któremu nogi dygotały z wysiłku. - Lecz taka ścieżka, choćby najbardziej odpowiednia, nie zawsze jest najwygodniejsza.
- A jednak musimy iść tędy, nie ma bowiem innej drogi w dolnej partii zbocza. Pod drzewami grunt jest zbyt stromy i oparcie dla nóg zdradliwe. Ludzie ślizgaliby się i ranili. I jest tam mnóstwo jadowitych węży.
- Zatrudniliśmy go, bo zna drogę, Ulfilo - przypomniała Malia. - Jak dotąd nie prowadził nas źle. - Ze względu na płeć i urodzenie, dźwigała najlżejszy pakunek i nie była tak zmęczona jak inni. Ale jej skórę znaczyły liczne zadrapania i siniaki.
- Co myślisz, Drussie? - zapytał Ulfilo.
W przeciwieństwie do innych Cymmerianin był tak rześki, jakby dopiero co wstał po nocy niosącej wypoczynek.

- Wychowałem się w górach równie stromych, choć nie tak zalesionych. Goma mówi prawdę, wspinanie się łożyskiem jest najłatwiejsze. Ja mimo to będę krążył z przodu i po bokach, jak na nizinie i w lesie nad urwiskiem. Może znajdę jakieś ślady, bo nawet nie wiemy, czy Marandos podążał tym szlakiem. - Jego przenikliwe spojrzenie omiotło Aquilończyków. - A może wiemy?
- Marandos pisze o górach - powiedział Ulfilo - ale nie o tym, jak się na nie wspinał.
- Dobrze. Po tym odpoczynku będę szedł przodem. Chen Shu odwrócił się do Gomy. - Są dobre miejsca na obozowiska na stoku?
- Żadnego nie uznałbyś za wygodne, ale można wytrzymać.
- Nie przejmujmy się niewygodami - powiedziała Malia. - Najważniejsze, żebyśmy dotarli do celu.

Jej słowa dały Tranicosowi do myślenia. Mówiła o celu, nie o mężu. Czy było to zwykłe przejęzyczenie, czy też bardziej interesował ją skarb niż mężczyzna? Jeżeli tak, nie byłaby pierwszą żoną, która w ten sposób szeregowała wartości.
Nie czekając, aż inni odzyskają siły, Druss zostawił towarzyszy i zniknął w lesie. Stosunkowo niewielkie drzewa pozwalały słońcu przenikać w głąb, co przyczyniało się do bujnego rozrostu roślinności. Gęste poszycie zmuszało Cymmerianina do nadzwyczajnej ostrożności, gdyż wszędzie mogła się czaić śmierć.

Dwa razy zobaczył goryle, ogromne, człekokształtne małpy. Wbrew legendom, które opisywały je jako dzikie i krwiożercze, okazały się płochliwe i skore do ucieczki. Za każdym razem, gdy Cymmerianin spotykał grupę, ogromny samiec patrzył na niego groźnie spod ciężkich brwi, dopóki jego rodzina nie zniknęła w krzakach, a potem odwracał się i odchodził. Druss nie utożsamiał tego odwrotu ze słabością zwierzęcia. Wiedział, że nawet najmniejsza samica jest mocniejsza od człowieka, a jeden taki olbrzym ma więcej siły w ramieniu niż on w całym ciele.
W koronach drzew przemykały mniejsze małpy. Różniły się od kuzynów z niziny brakiem ogonów i wyglądem podobnym do człowieka. Hukały i jazgotały na przybysza, ale bez strachu, jakby wiedziały, że to dwunożne stworzenie nie może zrobić im krzywdy.
Wokół żerowały dzikie świnie. Tranicos wiedział, że przestraszone potrafią być niebezpieczne jak lew. Zakrzywione szable dzika mogły w jednej chwili rozpłatać brzuch człowieka, a niewielkie rozmiary przydawały zwierzętom szybkości i zwrotności.

Raz znienacka Cymmerianin natknął się na grupkę nosorożców. Nie miał pojęcia, skąd wzięli się w górach mieszkańcy równin, ale znalazł też ślady przechodzących słoni, więc najwidoczniej większe zwierzęta nie unikały stromych zboczy.
Drussa bardziej interesowały świadectwa ludzkiej obecności. Wiedział, że w lesistych górach żyją niewysocy myśliwi, polujący przy pomocy zatrutych strzał, wypędzeni tutaj przez silniejsze, wojownicze ludy. Dużo bardziej niebezpieczni byli banici, wyrzuceni z równinnych plemion za pogwałcenie praw i wiodący rozpaczliwą, zwierzęcą egzystencję na lesistych zboczach. Poradzenie sobie z nimi mogło okazać się trudne, gdyż nie wiązały ich plemienne obyczaje i nie kontrolowali naczelnicy, których cudzoziemscy przybysze ugłaskiwali podarkami. Druss sam był wyrzutkiem i dobrze znał ten rodzaj ludzi.
W trakcie zwiadu nie dostrzegł śladów bytności większych zorganizowanych grup. Natknął się na resztki wielu myśliwskich obozowisk, w większości nie używanych od lat; znalazł też złamaną strzałę z krzemiennym grotem, ale ani śladu ekspedycji Marandosa.

Pod koniec dnia zawrócił i znalazł uczestników wyprawy niedaleko punktu wyjścia. Wspinaczka po stromym stoku okazała się gorsza, niż wszystko, co mieli już za sobą. Nawet Wulfrede siedział zmordowany na ziemi i z grymasem bólu masował grube jak konary uda.

- Ty cymmeriański górski koźle! - zawołał. - Jak śmiesz wyglądać świeżo niczym chłopiec po ranku spędzonym na wybieraniu piór z gniazd dzikich kaczek!
- Kiedyś Vanirowie słynęli jako wspinacze - rzekł Druss. - Na klifach Vanaheimu pełno było ludzi, którzy polowali na ptaki oraz szukali jaj i puchu.
- Tak, ale dwadzieścia lat spędzonych na pokładzie okrętu pozbawiło mnie wiewiórczej zwinności.
- Widziałeś coś, Drussie? - zapytała Malia. Była zmęczona, ale mimo wszystko trzymała się nieźle.
- To samo, co tutaj - skały. Ani śladu ludzi, poza myśliwymi.

- W dolnych partiach zbocza polują tylko pół-ludzie z zatrutymi strzałami - powiedział Goma. - Dalej może być inaczej.
- Czy wyżej mieszkają wyjęci spod prawa? - zapytał Springald.
- Tak, możemy tam spotkać banitów. Albo coś dużo gorszego - mruknął ponuro Goma.
Wieczorem ułożyli się do snu na stoku. Przebudzili się po niespokojnej nocy zesztywniali i w podłym nastroju. Tego dnia szli jeszcze wolniej, ale na trzeci dzień przywykli już trochę do karkołomnej wspinaczki i nawet marynarze zaczęli nabierać animuszu.
W miarę posuwania się w górę, zmieniała się roślinność. Drzewa liściaste stopniowo ustępowały ogromnym paprociom, wśród których kwitły wielkie, różnobarwne kwiaty. Niesamowity krajobraz przypominał świat w trakcie tworzenia; poszczególne elementy były pomieszane. Kwiaty zdawały się wyrastać z nagiej skały, a krystaliczne formacje wyglądały jak rośliny. Widzieli niby-drzewo, które miało pień, wysoki niczym maszt i okryty korą, ale koronę tworzyły mięsiste i kolczaste łodygi kaktusa.

Niskie chmury spowiły okolicę, zraszając wszystko mżawką. Wystrzępione już ubrania wędrowców zaczęły się rozpadać, i stale trzeba było pilnować, żeby rdza nie pokryła broni. Na pewnej wysokości w końcu mogli porzucić łożysko. Grunt między dziwnymi roślinami i skałami był porośnięty miękkim mchem, na którym wypoczywały stopy poobcierane w trakcie wspinaczki po głazach.
- Jak ty to znosisz, Drussie? - zapytała Malia. Trzęsła się w chłodnej mgle poranka, ale do niego ziąb jakby nie miał dostępu. - Jesteś ubrany bardziej skąpo od tancerki z Shadizaru, ale zachowujesz się tak, jakby było letnie popołudnie w Tarancii. Podczas gdy my jęczymy przez całą noc z braku wygodnego posłania, ty zwijasz się na skale i zasypiasz niczym dwuletnie dziecko. Jesteśmy zmordowani, a jednak ty wyglądasz lepiej niż w Asgalunie!

- Pochodzę z dzikiego kraju i z twardej rasy. To, co jest ciężkie dla ciebie, w Cymmerii jest na porządku dziennym.
Zadrżała.
- Widziałam w życiu paru twardych mężczyzn, żołnierzy, awanturników i wodzów, ale żaden nie może się równać z tobą. - Przyglądała mu się otwarcie i w jej oczach zobaczył podziw.

Musiała wytężać wszystkie siły, żeby za nim nadążyć. Jego długi krok zmuszał ją prawie do biegu. Cymmerianin poruszał się z gracją, do której nie umywał się wdzięk rasowego wierzchowca. Kiedy Malia patrzyła na innych, widziała tylko sapiące usta i strudzone nogi, przenoszące z miejsca na miejsce bezwładne ciała. Druss poruszał się zupełnie inaczej, płynnie i harmonijnie. Wysiłek fizyczny usunął ostatnie ślady tłuszczu i pod brązową skórą grały potężne mięśnie. Nawet jego długie włosy lekko falowały na wietrze. Skóra, z wyjątkiem licznych blizn, była lśniąca i gładka. W spalonej słońcem twarzy błyskały niebieskie oczy, przenikliwe niczym ślepia orła.

Z pozostałych podróżników tylko Goma mógł się równać z Drussem pod względem budowy, ale ciemnoskóry przewodnik zwykle był tak pogrążony w myślach, że przez większość czasu wydawał się nieobecny. Drussa zauważało się natychmiast. Jego zainteresowanie wszystkim, co się działo, i nigdy nie słabnąca czujność sprawiły, że był żywotniejszy od innych.
Kiedyś Malia zobaczyła, jak stado podobnych do bażantów ptaków wyfrunęło nagle spod nóg Cymmerianina. Druss złapał ptaka z szybkością stalowego potrzasku, uśmiercając go w jednej chwili. Kobieta przyglądała się w zadumie, jak barbarzyńca wiesza ptaka u pasa, żeby go później oskubać i oczyścić. Gdyby nie widziała tego wyczynu na własne oczy, nigdy nie uwierzyłaby, iż człowiek może być taki szybki. A jednak, kiedy Cymmerianin odpoczywał, trwał w całkowitym bezruchu, nigdy nie wiercił się ani nie przewracał z boku na bok jak inni.

Została wyrwana z tych przyjemnych rozmyślań, gdy Chen Shu podniósł rękę.
- Stój - nakazał cicho.
- O co chodzi?
Znieruchomiał, jego nozdrza rozdymały się, oczy omiatały teren. Inni zrównali się z nimi.
- Co się stało? - zapytał Ulfilo. Szybko przyzwyczaił się do wspinaczki i oddychał regularnie, bez wysiłku. Springald i Wulfrede przybyli razem z Gomą.

- Widzisz to? - powiedział Druss do przewodnika.
- Tak.
- Co ma widzieć? - zapytał Springald z rozdrażnieniem.
- Znak, że możemy nie być sami - odparł Cymmerianin. - Idziemy powoli, z bronią w pogotowiu.
- Trzymaj się za nami, Malio - nakazał Ulfilo. Stal zaszemrała o drewno, gdy dobywał wielki miecz.
Tranicos i Goma szli dwadzieścia kroków przed innymi. Ich głowy obracały się na wszystkie strony, wyglądali jak psy myśliwskie na tropie. Zatrzymali się przy czymś, co wyglądało jak palenisko ułożone z kamieni i zaczekali na pozostałych.
- Schowajcie broń - powiedział Cymmerianin. - Nie było ich tu od dawna.
- Nie było ich? Kogo? - zapytał Ulfilo. - Na Mitrę!
Kamienie otaczały ogromne zagłębienie. W dole, wśród węgli i popiołu, leżały ogryzione do czysta kości. Ludzkie kości. Inne były rozrzucone dookoła.

- Najpierw zobaczyłem błysk kości - wyjaśnił Druss. - Potem kamienie.
- Długie kości zostały rozłupane, żeby wyssać szpik - rzekł pobladły Springald. - Ucztowali tu ludożercy.
- Nie ludożercy - poprawił Goma. - Bumbana.
- Co to są bumbana? - zapytał Wulfrede.
- Pół ludzie, pół małpy. Grasują w tych górach, szukając ofiar. Znają ogień, ale nie posługują się mową zrozumiałą dla człowieka.
- Wiadomo więc, kto ucztował - powiedział Springald, odzyskując powoli zimną krew. - Ale kto służył za danie?
- Poszukajmy czegoś, co pomoże nam odpowiedzieć na to pytanie - zaproponował Zorian. - Te szczątki leżą tu od wielu miesięcy. Zachowały się tylko dzięki temu, że na tej wysokości nie ma hien ani innych wielkich padlinożerców. Drewno i materiały zgniły, ale być może został metal.

Wszyscy poza Springaldem, który zaczął oglądać kości, przystąpili do poszukiwań.
- Patrzcie! - krzyknął jeden z marynarzy, podnosząc coś błyszczącego. Stłoczyli się wokół niego i przekazywali sobie znalezisko z ręki do ręki. Była to brosza, wysadzana szlachetnymi kamieniami i ozdobiona dziwnymi wzorami.
- Pochodzi z nie znanej mi części świata - oświadczył Wulfrede z podnieceniem. - A przez moje ręce przeszły skarby z wielu krajów.
- Ci ludzie musieli przybyć tu zza gór - dodał Ulfilo.
- Być może - powiedział Springald. - Nie ma mowy, żeby pochodzili stąd. Chodźcie i popatrzcie.

Podeszli do uczonego, który siedział na skraju kamiennego kręgu z kolekcją kości u stóp, i trzymał czaszkę. Widniały na niej cztery głębokie rowki tworzące kwadrat. Wokół nich kość była cienka i porowata.
- Jak widzicie, to fragment czaszki, usunięty bez wątpienia po to, by dostać się do mózgu. Widocznie wśród bumbana mózg uchodzi za przysmak. - Malia zaczęła się krztusić, ale Springald kontynuował niewzruszenie: - Ten człowiek był niegdyś poddany trepanacji. To oznacza, że jego czaszka została otwarta z powodu choroby lub rany. Takie operacje wykonują tylko najbardziej doświadczeni chirurdzy w Nemedii. Używają jedwabnego sznura, którym po zanurzeniu w pyle diamentowym przeciągają po czaszce jak giętką piłą. Ta operacja się udała, i kość zrosła się wiele lat temu. I spójrzcie tutaj. - Podniósł żuchwę. Przy jednym zębie błysnęło złoto. - Ten człowiek stracił trzy zęby, które uzupełniono, stosując metodę Stygijczyków. Polega ona na tym, że wyrywa się niewolnikowi zęby i odpiłowuje korzenie. Potem wiąże się je cieniutkim złotym drucikiem i przymocowuje do zdrowych zębów. Myślę, że mamy przed sobą szczątki członków ekspedycji Marandosa.
- Ale której ekspedycji? - zapytał Ulfilo.
- I kogo? - dodała Malia bez tchu. - Czy mój mąż mógł być wśród nich?

- Trudno powiedzieć - mruknął Springald, patrząc na ogryzione kości. - Czy Marandos miał jakieś złamania albo czy może przechodził operacje, które mogłyby zostawić znaki na kościach?
- Żadnych - odparła żałośnie.
- To głupie pytania! - zawołał jeden z marynarzy, szczerbaty wilk morski z chustką na głowie, kolczykami w uszach i rubinem w nosie. Szyderczy grymas wykrzywiał jego paskudną twarz. - Kogo obchodzi, kim byli? Nie pisaliśmy się na tę wyprawę, żeby mieć do czynienia z pożerającymi ludzi małpami!
Poparli go inni żeglarze. Vanko i Ulfilo mieli zamiar wyciągnąć miecze, ale przemknął obok nich Wulfrede.
- Ja to załatwię - mruknął. Podszedł do pyskacza, zły jak stary basior, którego przywództwo zostało wystawione na próbę.

- Co jest, Blamath? Chciałbyś być kapitanem, ty bękarci synu zarażonej matki? Myślisz, że potrafisz sam pokierować takim statkiem jakTygrys? - Roześmiał się głośno i z pogardą. - Nie odpłynąłbyś o rzut włócznią od brzegu! Poszedłbyś na dno i twoi kumple staliby się żarciem dla ryb!
- Słuchaj, kapitanie - warknął majtek. - Nie mówię o żadnym buncie, ale jesteśmy żeglarzami, a nie włóczącymi się na piechotę żołnierzami. Jaki mamy interes, by obijać się po tych górach, w dodatku na rozkaz tych aquilońskich paniątek?
- Jaki interes? - ryknął Wulfrede. - Jaki interes, pytasz? - Podsunął błyszczącą broszę pod nos mężczyzny. - Taki interes ci nie starczy? Nie chciałbyś znaleźć tego więcej? Ta błyskotka jest warta dwóch lat marynarskiej harówki! Parę takich świecidełek i, człowieku, już nigdy nie będziesz musiał służyć na statku! Nie warto trochę pocierpieć? Czy życie na morzu jest tak łatwe i bezpieczne, że przeraża was ta wycieczka i być może bijatyka? Nigdy wcześniej na moim okręcie nie pływały takie tchórzliwe psy, dlaczego bogowie morza teraz tak mnie przeklęli? - zakończył. Jego ludzie rzucili się z zapewnieniami, że pójdą za nim choćby do piekła.

- Prowadź nas, kapitanie! - zawołał kościsty Zingarańczyk o pokiereszowanej twarzy. - Prowadź nas do skarbów!
- Tak! - krzyknął Kushyta z rekinimi zębami we włosach. - Wiedź nas do złota i klejnotów, a zabijemy twoich wrogów i wypijemy ich krew!
Marynarz imieniem Blamath skulił się, żałując nieopatrznych słów.
- Tak jest lepiej - oświadczył wylewnie Wulfrede. - Myślę, że znowu mam za sobą ludzi! Dalej, wracajcie do poszukiwań i przynoście wszystko, co mogłoby nam powiedzieć, kim byli ci nieszczęśnicy. A zedrę skórę z każdego, kto spróbuje schować jakieś cenne przedmioty! To nie po marynarsku! Ruszać!

Ludzie skoczyli z takim wigorem, jak do trymowania żagli na morzu. Kapitan wrócił do grupy zebranej wokół paleniska.
- Posuniecie godne mistrza - pochwalił z podziwem Springald.
- Nieźle poszło - przyznał Wulfrede. - Ale ci chłopcy są kapryśni jak dzieci. Niedługo trzeba będzie powtórzyć lekcję.
- Wydaje się, że z każdym dniem podróży skarb rozpada się na coraz więcej części - stwierdził kwaśno Ulfilo.
Wulfrede wyszczerzył zęby.
- Słuchaj, przyjacielu, chyba się nie spodziewałeś, że za darmo poprowadzę te psy morskie do skarbu i każę im nieść go dla ciebie na plecach? Jeżeli tak, jesteś durniem, jakiego nikt nigdy nie widział.
Ulfilo poczerwieniał, ale zbył zniewagę milczeniem.

- On ma rację - powiedziała Malia. - Musimy dopuścić ich do udziału albo walczyć z nimi o wszystko. A ktoś musi obsadzić statek!
Poszukiwania nie przyniosły efektów i w ciągu godziny wznowili wędrówkę. Marynarze, którzy wcześniej szli rozciągnięci, teraz zbili się w ciasną grupę, mając zawsze pod ręką broń. Dobrze pamiętali upiorne resztki uczty ludożerców.
Tej nocy wszyscy skupili się wokół ognisk, a marynarze podskakiwali trwożliwie na każdy odgłos. Jeśli Aquilończycy odczuwali podobny niepokój, dobrze ukrywali swoje obawy. Tranicos patrolował otoczenie obozu, lecz nie znalazł ani nie usłyszał niczego podejrzanego. Mimo wszystko tej nocy spał czujniej niż zazwyczaj.

Następnego dnia wspięli się na szczyt góry i zobaczyli przełęcz. Nie było to zwyczajne obniżenie grzbietu. W odległych czasach góra pękła i powstało wąskie przejście ograniczone stromymi, prawie pionowymi ścianami. Podłoże przełęczy pokrywała cienka warstwa gleby, ale niewiele na niej rosło, gdyż urwiska odcinały dopływ życiodajnego słońca.
- Nareszcie! - zawołał Wulfrede. - Jeszcze tylko spacerek tym wygodnym korytarzem i ruszymy na dół!

Marynarze roześmieli się i w lepszych nastrojach skierowali ku przełęczy. Druss i Goma wyprzedzili ich, ostrożni jak zawsze. Twarde i awanturnicze życie nauczyło Cymmerianina, że nie wszystko bywa tak łatwe, jak wygląda. Okolica budziła jego niepokój.
- Jak każdy inny lubię prostą drogę bez przeszkód - rzekł do swojego towarzysza - ale nigdy nie podobały mi się przejścia ciasne i wąskie, gdzie brak miejsca na manewry i gdzie człowiekowi pozostaje niewielki wybór - albo przedzierać się do przodu, albo zawrócić i zmykać.
- Tak, mądre słowa - przyznał Goma - lecz mogłoby być gorzej. Wystarczy miejsca, aby się zamachnąć mieczem lub toporem.
- Tak... a cóż to takiego? - Druss wskazał coś wysoko na skalnej ścianie. Wyglądało to na płaskorzeźbę, zniszczoną przez wodę skapującą z urwistych ścian.

- Znak na kamieniu. - Goma wzruszył ramionami. - Co z tego?
Stanąwszy na palcach, Cymmerianin sięgnął do znaku. Porastał go mech, a niezliczone lata zatarły niegdyś wyraźne kontury, jednak był dość czytelny: owalna rama, a w niej trójząb o falistych ostrzach zamknięty w sierpie księżyca.
- Coście znaleźli? - zawołał Springald.
- Coś, co wymaga wyjaśnienia - odburknął zezłoszczony Vanko. - Powiedz mi, co wasza trójka robi... - Jego słowa ucięło dzikie, nieludzkie wycie. Pochłonięty znaleziskiem, nie zauważył nadejścia wroga.
- Bumbana! - krzyknął Goma.
Ze wschodniego krańca przełęczy runęła ku nim masa kudłatych stworów. Miały ludzkie kształty, jednak były potężniej zbudowane.
- Nadchodzą pożeracze ludzi! - wrzasnął jeden z marynarzy. - Uciekać!

- Nie, za nami jest więcej tych diabłów! - ryknął Wulfrede. - Wytniemy sobie drogę albo zginiemy tutaj! Do broni, psy!
Zorian zatoczył mieczem krótki łuk, tnąc przez pierś jedno ze stworzeń. Miał wrażenie, że składa się ono jedynie z mięśni, kłów i cuchnącego oddechu. Małpolud atakował z tak wielkim impetem, że jego martwe już cielsko popchnęło Zoriana w tył kilka kroków, gdy ten próbował wyszarpnąć głownię.

Goma zabił dwa małpoludy szybkimi ciosami siekiery. Ulfilo siał spustoszenie trzymanym oburącz mieczem. Wulfrede zaczął śpiewać vanirską pieśń bojową. Od czasu do czasu łapał jakiegoś marynarza i wypychał na pierwszą linię, aby odciążyć walczących zażarcie przywódców. Pozostali majtkowie dźgali z drugiego szeregu dzidami. Wszyscy byli doświadczonymi zabijakami, ale nie obyło się bez ofiar. Posiadający nadludzką siłę i żywotność bumbana zdołali wyciągnąć paru nieszczęśników i rozerwać na strzępy gołymi łapami. Ich jedyną broń stanowiły prymitywne maczugi. Nieliczni w łapach ściskali ostre odłamki skał.
Zaczyna się atak bumbana. Co robicie?
Ostatnio zmieniony 31 marca 2014, 11:39 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 31 marca 2014, 13:45

Zorianie! -krzyknął ku przyjacielowi Vanko, lecz stary weteran stu bitew już zbierał swych ludzi w szyk. Mimo, iż zamorianin nie lękał się ludzkich wrogów, a i z potworami przyszło mu się już mierzyć, tutaj, na krańcu świata cień niepewności przeszedł przez jego myśli. Tutaj najdrobniejsza rana może okazać się śmiertelna! Lekka niedyspozycja może zniweczyć wielkie plany.
Ach! Jak dobrze, że miał osobistą obstawę! Lecz.. męska duma nie pozwalała mu, by skrywać się za plecami kobiet! Nowa siła wstąpił w serce zamorianina.

Vea! Mea! Vasquez!- zatoczył sejmitarem krąg blisko ziemi wskazując swym najemnikom kolisty szyk obronny. Niewolnikom nakazał trzymać się wewnątrz.

Chodźcie tu dzikusy! -gdzieś w głębi duszy zamorianina przemknęło wspomnienie o pierwszym starciu z dzikim ludem, dawno temu, na piktyjskim pograniczu. te małpoludy niewiele różniły się w jego mniemaniu od siebie.
Spoiler!
Vanko jako przesądny chętnie oddaje cześć wielu bogom, więc poprosi czarownika, którego hojnie obdaruje o amulet ochronny przed złymi mocami. Nie sprzedaje reszty towarów, gdyż potrzebne będą podarunki na drogę powrotną.
Ostatnio zmieniony 31 marca 2014, 14:44 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ