Cymmerianin popatrzył na marynarzy, krew ściekała z jego topora. Ciało lśniło od potu, ale oddech miał regularny.
- Czy ktoś chciałby zająć jego miejsce? - zapytał.
Jeden z majtków splunął na trupa.
- Nie był moim przyjacielem.
- Tak - mruknął inny. - Przez cały czas stałem po twojej stronie, Drussie!
Pozostali spiesznie zapewnili zwycięzcę o swoim poparciu.
- Dobrze - powiedział Cymmerianin. - Znów wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. I dość narzekania na poobcierane nogi. Kiedy wrócimy, zyskacie takie bogactwo, że już nigdy nie będziecie musieli chodzić. Teraz zabierzcie stąd to ścierwo. Porzućcie gdzieś w krzakach w bezpiecznej odległości. Do rana zniknie.
Odszedł do drugiego ogniska, po drodze czyszcząc ostrze pękiem trawy. Ulfilo podniósł się i poklepał go po ramieniu, co było dość nietypowym gestem ze strony wyniosłego szlachcica.
- Doskonała walka, Drussie - pochwalił.
- Tak! - zawołał z ożywieniem Springald. - Te draby będą teraz posłuszne!
- Będą - zgodził się Cymmerianin. - Do następnego razu. Co na kolację?
Następnego dnia Tranicos, jako zwiadowva dotarł do skraju puszczy. Kończyła się ona nagle jak ogród. Las dochodził do pasma wzgórz. Porastała je głównie wysoka trawa. Nieliczne drzewa były niskie, rozłożyste, z dziwnie płaskimi koronami, całkowicie inne od leśnych olbrzymów udrapowanych lianami. Krzewy też rosły inaczej. Nie tworzyły gąszczu jak w lesie, ale kępy odległe co najmniej o kilkaset kroków od siebie. Jednak to nie roślinność przyciągnęła uwagę Tranicosa.
- Na Mitrę! Czy ja śnię? To nie może być prawdziwe!
- Jest prawdziwe - powiedział Springald z zachwytem w głosie. - Czytałem wiele opisów, ale nigdy nie przypuszczałem, że to może być tak wspaniałe!
Mieli przed oczami około dwadzieścia tysięcy zwierząt. Nie więcej niż sto kroków od nich kilkaset antylop o kręconych rogach spokojnie skubało trawę. Ogromne stada pasły się na równinie po horyzont.
Równie zaskakująca jak liczba zwierząt była różnorodność gatunków. Inaczej niż na zachodzie i północy, gdzie stada były jednorodne, tutaj pasło się obok siebie wiele gatunków zwierząt. Podróżnicy rozpoznawali liczne odmiany antylop, od drobnych, delikatnych impala o rogach w kształcie lir, po masywne topi wielkości bojowych rumaków. Wielu nie potrafili nazwać, chociaż Goma podawał nazwy miejscowe. Między antylopami w niewielkich grupach wędrowały stateczne, wysokie niczym drzewa żyrafy. Masywne czarne bawoły o kręconych rogach ryły nosami w błotnistych miejscach, a na ich grzbietach przysiadały ptaki, by wydziobywać robactwo z lśniącej sierści.
Było tam kilka gatunków dzikich koni, wśród których przeważały pasiaste zebry. Niektóre miały tylko prążkowane zady, resztę zaś brązową. Karłowate, nakrapiane koniki nie większe od psów rywalizowały z parskającymi guźcami, a kłótliwe gromady pawianów obrzucały się patykami i kamieniami. Górujące nad nimi wszystkimi ogromne słonie poruszały się z godnością, niczym wielkie, wprawione w ruch szare głazy. Niektóre samce miały tak ogromne ciosy, że musiały zadzierać łby, aby nie orać kłami ziemi.
- Ale ich dużo! - zawołała Malia. - A mimo to jest tak cicho! Niczym w ogromnej świątyni!
- Tylu roślinożerców! - zakrzyknął Ulfilo. - A gdzie drapieżniki?
- Tutejsze wielkie koty lubują się w mięsie - powiedział Goma. - Ale większość z nich poluje wczesnym rankiem albo tuż po zmroku, niektóre w nocy. Po południu można zobaczyć tylko gepardy, które z szybkością błyskawicy ścigają swoje ofiary. W ciągu dnia większość zwierząt może jeść i pić bezpiecznie.
Wkrótce dołączyła do nich reszta kolumny. Marynarze krzyknęli ze zdumienia, gdyż roztaczający się przed nimi widok nie miał sobie równych. Co prawda byli przyzwyczajeni do rozległych przestrzeni, ale nie zamieszkanych! Czarni coś mamrotali. Byli ludem dżungli, przywykłym do półmroku lasu. Nie spodobała im się otwarta równina pełna zwierząt.
- A te góry daleko w dali? - Wulfrede wskazał na wschód, gdzie na horyzoncie majaczyły niewyraźne, błękitnoszare kontury. - Na Ymira, nie ma tu żadnych punktów orientacyjnych, które byłyby pomocne w żegludze po tym oceanie trawy!
- Nie ma obawy, biały człowieku - powiedział Goma. - Przeprowadzę was przez to i przez jeszcze dziwniejsze miejsca. - Tubylec obdarzył ich typowym wyniosłym uśmiechem. - I nie musicie się bać zwierząt, bowiem obronię was swoim toporem. - Dla efektu zakręcił młynka wokół głowy tak szybko, że połyskująca stal utworzyła błyszczący krąg.
Goma ruszył, inni podążyli za nim. Wulfrede mruknął:
- Gdybyśmy nie potrzebowali tego brązowego łajdaka, zatłukłbym go na miejscu za bezczelność!
- Ale przecież już nie potrzebujemy, więc możemy go zostawić - podsunął Ulfilo.
- To dziwny człowiek - powiedziała Malia - niepodobny do innych napotkanych krajowców. I nie mówię o barwie jego skóry czy tatuażach. Jest dzikusem, którego jedyny strój stanowi ta płachta, a jedyny dobytek topór, lecz nosi się z dumą równą twojej, szwagrze. A może z jeszcze większą.
- Ma diabelny tupet, ale przypuszczam, że na swój prymitywny sposób uważa się za dobrze urodzonego.
Springald odszedł porozmawiać z przewodnikami wyprawy. Przebierał szybko krótkimi nogami, by dopędzić Gomę i Drussa.
- Powiedz mi, Goma - zagadnął - jaki lud możemy napotkać na tej równinie? Prawdę mówiąc, trudno wyobrazić sobie, by ktokolwiek mieszkał w tym morzu trawy, pośród dzikich bestii.
Nie skończył mówić, gdy obok nich przemknęła rodzina żyraf. Smukłe zwierzęta niewiele uwagi poświęciły ludziom. Należały do nie znanego im gatunku; były kremowe i miały drobne cętki. W przeciwieństwie do innych, które miały krótkie, zakończone gałkami różki, ich głowy wieńczyły rozłożyste rogi, podobne do jelenich.
- Fashoda często wypasają swoje stada na tej trawie - powiedział Goma. - Są wielkimi wojownikami i doskonale posługują się włócznią. Uwielbiają napadać na sąsiadów i kraść bydło, które jest ich bogactwem, mają nawet bydlęcego boga. Można też napotkać plemię Zumba, ciemnoskóry lud wielkich tarcz i krótkich dzid. Ci też są dobrymi wojownikami. Uprawiają ziemię i hodują kozy. Ich wioski są małe i biedne, lecz mieszkańcy noszą świetne ozdoby, a ich pieśni i tańce są wspaniałe.
- Czy mogą być wrogo nastawieni?
- Wszyscy podnoszą ręce na obcych, ale jeżeli jesteście dość silni i chcecie handlować, pozwolą wam przejść.
- Są ludożercami? - zapytał Chen Shu.
Goma chrząknął i splunął z odrazą.
- Nie! Jedzenie ludzkiego mięsa jest uważane za obrzydliwość wszędzie poza wybrzeżem. Tutaj pod wielkim niebem kraju Ngai, ludzie są ludźmi, nie padlinożernymi bestiami! - Wskazał na stado przyczajonych cętkowanych hien. - Ludzie wybrzeża są jak te ścierwojady, nie zasługują nawet na pogardę. Ludzie równiny są niczym dzikie i dumne lwy.
- Przyjemnie to słyszeć - powiedział Springald. - Być może zostaniemy zabici, ale przynajmniej nie zjedzeni.
- To nie tak - zaprzeczył Goma z szerokim uśmiechem.
- O co ci chodzi?
- To prawda, że nie zostaniecie zjedzeni przez ludzi, ale na pewno przez zwierzęta. Tutaj ciała nie marnuje się przez palenie czy grzebanie. Zostawia się je w buszu, by wróciło do Ngai pod postacią pokarmu. Zwierzęta jedzą trawę, ludzie jedzą zwierzęta, inne zwierzęta jedzą ludzi. To raduje Ngai.
- Też mi pociecha.
W trakcie marszu przez bezkresną równinę widzieli wiele zdumiewających rzeczy. Rozbawiły ich komiczne strusie. Ptaki miały długie, potężne nogi, kuliste tułowia, długie szyje i maleńkie łebki. Gdzieniegdzie z równiny wyrastały kolumny z brązowej ziemi, twarde jak skała. Malia wskazała na te tajemnicze obiekty i zapytała, co to może być.
- Termitiery - odparła Vea. - Termity to żarłoczne robaki. Wbij w ziemię pal gruby jak męskie udo, a gdy wrócisz po tygodniu, obalisz go jednym palcem. Zobaczysz, że część pod- ziemna została przeżuta na miazgę.
- Dziwny kraj. Jak kraina snów. Ptaki są tu wielkości kucyków, a termity budują zamki. Popatrz tam, potwór z piekła rodem szczypie trawę przy jeleniu tak małym, że nie uwierzyłabym w jego istnienie, gdybym nie widziała na własne oczy. - Wskazała na ogromnego nosorożca, z nosem zwieńczonym długim jak dzida rogiem. Pasł się obok antylopy nie większej od zająca - jej cienkie jak trzcina nóżki zakończone były maleńkimi kopytkami.
- Zobaczycie w tej krainie wiele dziwniejszych rzeczy - obiecała im Mea. - I straszliwszych.
Przed wieczorem minęli stado lwów. Wielkie płowe koty leżały na ziemi, ziewając i drapiąc się leniwie. Ich dzikie żółte ślepia śledziły przybyszów bez śladu zainteresowania. Po pewnym czasie drapieżniki wstały i odeszły powoli, nie ze strachu, ale najwidoczniej dlatego, że nie odpowiadał im ludzki zapach.
- Patrzcie, gdzie stawiacie nogi - przestrzegł Goma - zwłaszcza po zmroku. - Pochylił się i podniósł gałązkę najeżoną długimi na dłoń cierniami. - Wszystkie tutejsze drzewa i krzaki są kolczaste. Przebiją podeszwę, jeżeli przez nieuwagę się je nastąpi.
- Sama kraina jest dzika - rzekł Springald. - I wszystko w niej jest wrogie dla obcego.
Tej nocy rozpalili ogniska i pod kierunkiem Gomy zbudowali z ciernistych gałęzi koliste ogrodzenie, które on nazwał borną.
- To powstrzyma lwy? - zapytał Wulfrede.
- Zniechęci chorego albo rannego lwa - odparł Goma. - Tylko taki atakuje ludzi. Człowiek jest za mały, żeby dorosły lew mógł się najeść, nie mówiąc o stadzie. Ale drapieżnik niezdolny do polowania na szybkie czy silne zwierzęta napada na ludzi. I poza tym borna powstrzyma hieny.
- Tchórzliwe ścierwojady - prychnął Wulfrede. - Wystarczy garść kamieni, a rzucają się do ucieczki.
- W ciągu dnia są tchórzliwe, ale nocą nabierają odwagi. Potrafią odgryźć rękę albo nogę śpiącego. Ich szczęki są potężniejsze od lwich.
- Lądowe rekiny, co? Wierzę ci na słowo.
Noce były dużo bardziej hałaśliwe od dni. Ryki myśliwych i rozpaczliwe krzyki ofiar nagle przeszywały ciemności. Ludzie wyrwani ze snu w trwodze łapali broń, ale po pewnym czasie nauczyli się, że te hałasy nie sygnalizują niebezpieczeństwa. Czasami do borny podchodziły słonie i zaglądały ciekawie, ale szybko traciły zainteresowanie i szły dalej.
Olbrzymia liczba zwierzyny oznaczała obfitość mięsa. Mimo to Malia zaczęła się uskarżać na monotonne jadło.
- Znowu pieczona antylopa? - krzyknęła wieczorem dziesiątego dnia wędrówki przez równinę.
- Nie tego samego rodzaju - zapewnił ją Springald. - W przeciwieństwie do innych, które już jedliśmy, ta miała kręcone rogi.
- Pieczone mięso! - skarżyła się żałośnie. - Jak ja tęsknię za chlebem i owocami. Nawet miska soczewicy stanowiłaby miłą odmianę.
- Równie dobrze możesz sobie zażyczyć wina czy piwa - parsknął Wulfrede. - Woda jest dobra do żeglowania, ale mam jej dość jako napitku.
- Ciesz się, że mamy wodę - powiedział Zorian. - Mimo że jest błotnista i mętna.
Malia skrzywiła się z niesmakiem.
- Szlachetnie urodzona dama nie powinna nawet patrzeć na wodopoje, z których korzystają całe stada, nie wspominając o piciu.
Mimo tych narzekań szlachetnie urodzonej damie chyba służyło takie życie. Jej chód stał się sprężystszy i była bardziej pewna siebie niż wówczas, gdy widzieliście ją po raz pierwszy spotkał w Asgalunie. Ani jedzenie, ani woda nie szkodziły jej. Przeciwnie, dosłownie rozkwitała, była silniejsza niż kiedykolwiek i wieczorami, po długich dniach marszu, wyglądała na mniej zmęczoną od mężczyzn.
Góry przed nimi rosły w oczach. Początkowo wyglądały jak niskie wzgórza. Wreszcie zdali sobie sprawę z ich ogromu. Szczytowe partie pokrywały wieczne śniegi, strome zbocza sprawiały wrażenie bariery niemożliwej do pokonania.
- Jak przejdziemy na drugą stronę? - zapytał Vanko przewodnika.
- Widzisz tę rysę? - Górna wyciągnął rękę.
- Widzę.
- Tam pójdziemy. Czeka nas długa i ciężka wspinaczka, ale ta przełęcz przeprowadzi nas przez góry.
- Nie widzę niczego, co by wyglądało na Rogi Shushtu - powiedział Springald, wycierając pot z czoła.
- Zobaczysz je po drugiej stronie przełęczy - obiecał Goma.
- W takim razie zbliżamy się do celu - powiedziała Malia.
- Jesteś w połowie drogi przez równinę - zaśmiał się Druss.
- Z przełęczy do Rogów też jest szmat drogi - rzekł Goma - i to trudniejszej.
- Pustynia? - zapytał Wulfrede.
- Pustynia.
Podążali w kierunku gór. Nim do nich dotarli, spotkali ludzi pierwszych od czasu wspinaczki na urwisko.
Najpierw zobaczyli bydło. Zwierzęta były długorogie, umaszczone jednolicie albo też łaciate i nakrapiane. Ludzie stali daleko, ledwo widoczni. Słońce świeciło na grotach ich włóczni i odbijało się od podłużnych białych tarcz.
- Co myślisz, Chen Shu? - zapytał Ulfilo, gdy pasterze dostrzegli ich i ruszyli w kierunku kolumny obcych.
- Myślę, że są dobrymi wojownikami, skoro hodują bydło w kraju tak dzikim. Stale muszą odpierać ataki drapieżników, a Goma mówi, że kradną bydło jak mój lud. Takie życie uczy człowieka czujności i obchodzenia się z bronią.
Na rozkaz kapitana marynarze wysforowali się do przodu, tragarze zaś zrzucili pakunki i skupili się lękliwie za ich plecami. Nie byli tak liczni jak w chwili wyruszenia. Niektórzy zawrócili do domów, kiedy zużyto niesione przez nich zapasy, inni zapadli na choroby albo zostali ranni, przy czym najczęstszą przyczyną zranienia były ciernie. Dwóch zmarło od ukąszenia żmii, a jeden wyszedł w nocy za borne i już nie wrócił. Prawdopodobnie został zjedzony. Inny padł trupem bez żadnej widocznej przyczyny. Pozostało około czterdziestu, w tym ludzie Ufilia.
- To Fashoda? - zapytał Vanko.
- Tak. Zobaczysz, że ci, którzy się zbliżają, są młodzi. Wśród ludu Fashoda to chłopcy zajmują się bydłem, pasą je i strzegą. Starsi wojownicy pilnują wiosek.
Cymmerianin chrząknął.
- Młodzi wojownicy są zawsze skorzy do awantur. Mam nadzieję, że ci nie są zbyt zadziorni.
- A prawdopodobnie jest inaczej, prawda, Goma? - zapytał Springald, pieszcząc palcami rękojeść miecza.
- Nigdy nie wiadomo.
Wkrótce stanął przed nimi szereg stu wojowników, uzbrojonych we włócznie o wyjątkowo długich i szerokich grotach. Ciała mieli wymalowane w dziwaczne i fantazyjne wzory, włosy długie i zebrane do tyłu, z wyjątkiem grzywek na czołach. Ich twarze przypominały rzeźby z ciemnego kamienia. Byli przystojni i gibcy niczym pantery, nie nosili żadnych ubrań prócz piór, malunków na skórze i ozdób.
- Ładni - rzekła z podziwem Malia.
- Jak na dzikusów - burknął Ulfilo.
- Wszyscy są tak podobni, że mogliby być braćmi - zauważył Springald. - Te same rysy, ten sam kolor, wszyscy jednakowej budowy i wzrostu, nie ma trzech palców różnicy w wysokości między najwyższym i najniższym. To wynik zawierania związków małżeńskich w obrębie niewielkiej grupy. Chyba się nie żenią z nikim spoza plemienia.
- Ich obyczaje nie są teraz naszą główną troską - powiedział Wulfrede. - Są wrogo nastawieni czy nie?
Żeglarze nerwowo obmacywali broń, paru zakładało strzały na cięciwy.
- Unikajmy walki, jeżeli to tylko możliwe! - warknął Ulfilo. - Pamiętajcie, będziemy wracać tą samą drogą. Nawet jeżeli wygramy, idąc w tę stronę, będą tłumnie czekali na nasz powrót.
- Masz rację - mruknął Druss. - To pasterze, dumni, ale nie zaatakują, jeśli nie zagrozimy im ani ich stadom. Z drugiej strony, to młodzi wojownicy. Zareagują na najmniejszą prowokację, więc jej nie dostarczcie.
- Jesteś dyplomatą, Drussie - skomentowała Malia.
- Sam niegdyś byłem młodym wojownikiem. Wiem, jak tacy myślą i działają. Góry Cymmerii czy południowe równiny są podobne, jeśli o to chodzi. - Ani na chwilę nie odwrócił oczu od tubylców. Był pod wrażeniem ich powściągliwego zachowania. Nie tańczyli, nie wyli i nie potrząsali bronią. Wiedział, że taka postawa bez wątpienia jest wybraną świadomie metodą zastraszenia wroga, ale poza tym świadczyła również o ich zdyscyplinowaniu. Jeżeli młodzi wojownicy zostali wychowani w karności, to nie rozpoczną rzezi bez powodu. Zorian zobaczył, że wielu nosiło na głowach przybrania z lwich łbów, które oznajmiały światu, iż ich właściciele potrafią dzielnie strzec stada przed groźnymi drapieżnikami.
Przemówił jeden z wojowników. Nic nie wyróżniało go spośród innych. Goma przetłumaczył jego słowa.
- Chce wiedzieć, kim jesteście i czego chcecie.
- Powiedz mu - odparł Ulfilo - że jesteśmy kupcami. Zapewnij ich, że nie mamy złych zamiarów i że przynieśliśmy towar na wymianę oraz podarki dla naczelników.
Pasterze wysłuchali w milczeniu i nic nie odpowiedzieli. Niedługo później przybyła druga, liczniejsza grupa tubylców. W jej skład wchodzili głównie starsi wojownicy, bardzo podobni do młodych, ale ich ciała zdobiły mniej liczne malunki i wielu nosiło stroje podobne do szaty Gomy. Wśród nich było paru nie uzbrojonych mężczyzn o posiwiałych włosach. Starcy poruszali się z ogromną godnością, wspierając na długich laskach pokrytych skomplikowanymi ornamentami. Ci nie mieli żadnych ozdób, i spowijały ich obszerne szaty.
- Im wyższa szarża - zauważył Springald - tym mniej ozdób.
- I więcej ubrania - dodała Malia.
- Wojownicy mogą sobie pozwolić na taką próżność - wyjaśnił Goma - ale za to nie posiadają bydła. Jest ono własnością starszych. Stada to ich majątek i honor.
Z przybyciem naczelników zaczęły się negocjacje. Otworzono pakunki i wyłożono towary. Wojownicy przemieszali się z przybyszami. Do przywódców i żeglarzy odnosili się bardzo uprzejmie, ale tragarzy traktowali pogardliwie. Dla tych wojowników-pasterzy ludzie noszący ciężary dla innych nie byli lepsi od jucznych zwierząt.
- Nie wolno źle traktować moich tragarzy - upominał ich Ulfilo za pośrednictwem Gomy.
Starszy wojownik wzruszył ramionami.
- Czy możemy obrazić bydło drugiego człowieka? Oni są dla nas niczym. Nie spodziewajcie się, że będziemy traktować ich jak ludzi.
Fashoda najbardziej interesowali się sztabami żelaza, w które ekspedycja była zaopatrzona dość obficie. Chcieli też tkanin, paciorków oraz miedzianego i brązowego drutu. Wojownicy otoczyli mniejszą skrzynkę z haczykami na ryby i pytali, co to takiego. Kiedy im wyjaśniono, wybuchnęli śmiechem. Jak się okazało, ryby były dla nich obrzydliwe i nigdy ich nie jadali.
Z niedalekiej wioski przyniesiono dzbany słabego piwa. Naczelnicy i biali kupcy usiedli, żeby przystąpić do targów. Starsi wioski byli nieco skrępowani, ponieważ plemię nie gromadziło dóbr na wymianę. Oczy im się świeciły na widok oglądanego bogactwa, a zwłaszcza żelaza, ale niewiele mogli dać w zamian.
- Ostatnie lata były dobre - wyjaśnił starzec o twarzy pokrytej bliznami. - Trawa wyrosła wysoko, niewiele chorób nawiedziło ludzi czy bydło, i odparliśmy wszystkie ataki. Wielu chłopców czeka na wstąpienie w szeregi wojowników i musimy mieć dla nich włócznie.
- Jak to załatwimy? - zapytał pozostałych Wulfrede. - Nie potrzebujemy bydła, ale oni widzieli nasze towary i być może postanowią wziąć je siłą, jeżeli nie będzie innego wyjścia.
- Jesteśmy poszukiwaczami skarbów, nie handlarzami - podkreślił Vanko. - Mamy tu kupić tylko pokój. Powiedz im, żeby brali, czego dusza zapragnie. Po naszym odejściu mogą zgromadzić skóry i kość słoniową, które zabierzemy w drodze powrotnej.
- Wyśmienicie! - zawołał Ulfilo. - Goma, przetłumacz im, co postanowiliśmy.
Naczelnicy byli ogromnie zadowoleni z rozwiązania, które pozwoliło im zachować twarz. Młodym wojownikom dosłownie ślina ciekła z ust na widok takiej ilości żelaza i brązu. Kobiety, które także przybyły z wioski, piszczały ze szczęścia na widok mnóstwa różnobarwnych paciorków.
- Mogło być paskudnie - powiedział wieczorem Ulfilo, gdy popijali piwo z drewnianych czarek i jedli pieczone dzikie ptactwo. - Ale wszystko poszło dobrze, droga stoi przed nami otworem i mamy zapewniony bezpieczny powrót.
- Ale najpierw musimy się dowiedzieć, czy ci ludzie nie widzieli Marandosa. Na pewno tędy przechodził - powiedziała Malia.
Ku jej zadowoleniu, kobiety przyniosły z wioski mleko, owoce i płaskie placki. Taka odmiana sprawiła jej ogromną przyjemność, którą przyćmiewała jedynie troska o męża.
- Równina jest szeroka - rzekł Goma - i grupa podobna do naszej mogłaby z powodzeniem przejść od urwiska do przełęczy bez zbliżania się do tego miejsca, ale zapytam.
Przez kilka minut przewodnik rozmawiał ze starszyzną, potem odwrócił się do Malii.
- Mówią, że przyszli tu dopiero jakieś sześć księżyców temu, a wcześniej koczowali na pastwiskach daleko na północy. Ci ludzie nigdy nie zatrzymują się w jednym miejscu na długo. Ale doszły ich słuchy, że mieszkańcy wioski leżącej trzy dni drogi stąd jakiś czas temu widzieli wędrowców białych jak duchy. Być może wywiązała się walka, ale to nic pewnego.
- To niewiele nam daje - powiedział z rozczarowaniem Ulfilo.
- Ale musi wystarczyć - zadecydował Chen Shu.
Ktoś zaczepia Fashoda? lub ich kobiety?
Grupy są dwie jedną dowodzi Ufilo 26 marynarzy, Wulfrede, Springald i 12 najemników Ufilia.
Druga to Wy. Plus 12 najemników waszych, Vea i Mea, Vasquez, Hiena i 3 niewolnikó Vanko. Dowodzi chyba Zorian tak?