: 14 czerwca 2018, 09:08
...i to z własną eskortą...- rozmyślał w duchu rozentuzjazmowany Śmierdziel, krocząc uliczkami tętniącego życiem miasteczka. Co i rusz jakieś dzieci okazywały mu zainteresowanie, rzucając dlań lepsze, lub gorsze dary. Cóż mógł poradzić, że chwilami z racji swego nadmiernego poruszenia ciskały je nieco zbyt mocno, celując w twarz, czy plecy. Po chwili doskonały nastrój minął ustępując pola bardziej, niż zazwyczaj zwieszonym policzkom i posmutniałym oczom. Co prawda spotykał się już z jawnie okazywaną odrazą, czy niechęcią jednak nigdy nie wynikała ona z racji zajmowanej pozycji społecznej, a w owej chwili zaczął pojmować, jak łatwo rodzi się w sercach i zatruwa ludzkie myśli zwykła, prosta zawiść. W końcu miał swojego prywatnego ochroniarza z urzędu, który szedł za nim tak trochę kombinowaną metodą Gury, lecz trzymał się nieco bliżej, dając się wszystkim zauważyć. I choć początkowo toksyk miał pewne wątpliwości co do tego, co się tak naprawdę właśnie wydarza, to szybko zrozumiał powagę i dostojność sytuacji. Cargo był jego przyjacielem, a ten tutaj szeryf paradował za nim, niczym jego osobista "loszka strażniczka". Niezmiernie dowodziło to, że mutant był w tej chwili życia ważny. I to publicznie. Gdzieś w środku od zawsze przekonywał się, że jeśli jakimś niezwykłym zrządzeniem losu przyszłoby mu kiedyś zostać dajmy na to- przywódcą osady- wprowadziłby równe prawa tolerancji dla wszystkich likwidując zarazem wszelkie podziały społeczne wyrastające na niesprawiedliwym stanie zamożności. Jednak w swej chwili uroczystego przemarszu w pełnym słońcu te przekonania wydały mu się w jakiś sposób nieodpowiednie i przedawnione. Jął więc rzucać pogardliwe spojrzenia w kierunku plebsu i skrywającej się w cieniu budynków hołoty. Prychać z niesmakiem, gdy ktoś odwracał wzrok. Wreszcie zadarł wysoko podbródek, jak mieli to w zwyczaju co ważniejsi miejscy celebryci. Podziały muszą być!- pomyślał ze złością- Niech biedota zna swoje miejsce w szeregu!. Rozkoszując się owym spacerkiem, nieco zawiedziony zbyt krótkim jego trwaniem dotarł wreszcie wraz z konwojentem do celu podróży.
Do swoistego poczucia bycia ważnym przyzwyczaił się nader szybko, toteż z grymasem niezadowolenia zbył specyficzną identyfikację jego osoby poczynioną przez taksującego go wartownika.
- Ty jesteś ten gość od kanalizacji? Śmierdziel? - zapytał żołdak wymieniwszy wpierw skinięcia głowy z szeryfem.
- Chryste Panie, nie masz nosa? - nie wytrzymał stróż prawa - Przecież on cuchnie gównem na dziesięć mil. Nie może być pomyłki. Bierzcie go sobie, ja wracam do miasta.
Mutant nieco rozchylił ręce, lecz ku jego zdziwieniu, nie został wniesiony na posterunek na rękach, mimo wyraźnego polecenia szeryfa Brada Witt'a. Następnie nieco rozczarowany wysłuchał dość surowego powitania.
- Śmierdzisz tak, jakby cię przeżarły wszystkie grzechy świata, ty degeneracie - zawarczał wojskowy - Jakby to ode mnie zależało, wygnałbym wszystkich tobie podobnych na linię frontu. Sowieci wyzdychaliby od takiego fetoru w kilka dni, nawet ci skalani skurwiele od międzywymiarowego skażenia. Podobno znasz się na kanalizacji, gównie i tym podobnym syfie?
Toksyk przez chwilę wpatrywał się w mundurowego ważąc w myślach, czy aby nie odbywał się właśnie pobór wojskowy z jego udziałem w roli głównej. Wydało mu się, że w jakiś niewytłumaczalny sposób został właśnie pomylony ze zwolennikiem konfrontacji zbrojnej w rodzaju Gury, albo i Osy. Szybko analizując sytuację postanowił skłonić się nieco ku negocjacjom z nadzieją wypromowania do wysyłki na pierwszą linię frontu któregoś ze swoich przyjaciół zamiast siebie. Wymagało to wzbudzenia nici przyjaźni z aktualnym rozmówcą, który wydawał się nie darzyć mutanta zbytnim afektem. Chcąc zatem zatrzeć niefortunne pierwsze wrażenie, Śmierdziel pokiwał entuzjastycznie głową i uniósł w górę obydwa kciuki. Kolejne słowa i wyjaśnienia wojskowego spłynęły nań nieukrywaną ulgą, gdy okazało się, że nie chodzi o wojenną wyprawę. Zarazem zrobiło mu się trochę wstyd, ponieważ jeszcze przed sekundą planował wlepić swój bilet poborowy Gurze i to tak bez uprzedniego pożegnania.
Cel jego wizyty okazał się zawodowy.
- To wiaderko ci wystarczy? A gdzie masz przetykacz? Albo jakiś kij? Nie myśl, że dostaniesz naszą miotłę. Upaprzesz gównem, a my jej potem nie będziemy czyścić.
Śmierdziel odruchowo wzdrygnął się z oburzenia nad brakiem zaufania i niedouczenia rozmówcy, lecz po chwili z wyrazem pełnego zrozumienia i akceptacji żądań zleceniodawcy skinął głową. Dumnie uniósł obie ręce w górę zaciskając i rozprostowując przy tym palce niby dwa sprawne chwytaki. I choć nie do końca rozumiał, dlaczego funkcjonariusze chcą mieć upapraną gównem miotłę, której nie będą potem czyścić, to jako profesjonalista tolerował wszelkie fantazje, jak i zachowywał sekrety klientów i nie uważał, by musieli się przy tym z czegoś tłumaczyć. Podejrzewał nieskromnie, że chodzi o pamiątkę z jego wizyty, tudzież mniej buńczucznie- że będą ją potem po kryjomu gdzieś sobie wkładać. Mrugnął tylko porozumiewawczo. Uśmiechnął się konspiracyjnie, a potem zaczął rozglądać się oczekując, aż zostanie mu wskazana droga do zatkanych kibli.
Do swoistego poczucia bycia ważnym przyzwyczaił się nader szybko, toteż z grymasem niezadowolenia zbył specyficzną identyfikację jego osoby poczynioną przez taksującego go wartownika.
- Ty jesteś ten gość od kanalizacji? Śmierdziel? - zapytał żołdak wymieniwszy wpierw skinięcia głowy z szeryfem.
- Chryste Panie, nie masz nosa? - nie wytrzymał stróż prawa - Przecież on cuchnie gównem na dziesięć mil. Nie może być pomyłki. Bierzcie go sobie, ja wracam do miasta.
Mutant nieco rozchylił ręce, lecz ku jego zdziwieniu, nie został wniesiony na posterunek na rękach, mimo wyraźnego polecenia szeryfa Brada Witt'a. Następnie nieco rozczarowany wysłuchał dość surowego powitania.
- Śmierdzisz tak, jakby cię przeżarły wszystkie grzechy świata, ty degeneracie - zawarczał wojskowy - Jakby to ode mnie zależało, wygnałbym wszystkich tobie podobnych na linię frontu. Sowieci wyzdychaliby od takiego fetoru w kilka dni, nawet ci skalani skurwiele od międzywymiarowego skażenia. Podobno znasz się na kanalizacji, gównie i tym podobnym syfie?
Toksyk przez chwilę wpatrywał się w mundurowego ważąc w myślach, czy aby nie odbywał się właśnie pobór wojskowy z jego udziałem w roli głównej. Wydało mu się, że w jakiś niewytłumaczalny sposób został właśnie pomylony ze zwolennikiem konfrontacji zbrojnej w rodzaju Gury, albo i Osy. Szybko analizując sytuację postanowił skłonić się nieco ku negocjacjom z nadzieją wypromowania do wysyłki na pierwszą linię frontu któregoś ze swoich przyjaciół zamiast siebie. Wymagało to wzbudzenia nici przyjaźni z aktualnym rozmówcą, który wydawał się nie darzyć mutanta zbytnim afektem. Chcąc zatem zatrzeć niefortunne pierwsze wrażenie, Śmierdziel pokiwał entuzjastycznie głową i uniósł w górę obydwa kciuki. Kolejne słowa i wyjaśnienia wojskowego spłynęły nań nieukrywaną ulgą, gdy okazało się, że nie chodzi o wojenną wyprawę. Zarazem zrobiło mu się trochę wstyd, ponieważ jeszcze przed sekundą planował wlepić swój bilet poborowy Gurze i to tak bez uprzedniego pożegnania.
Cel jego wizyty okazał się zawodowy.
- To wiaderko ci wystarczy? A gdzie masz przetykacz? Albo jakiś kij? Nie myśl, że dostaniesz naszą miotłę. Upaprzesz gównem, a my jej potem nie będziemy czyścić.
Śmierdziel odruchowo wzdrygnął się z oburzenia nad brakiem zaufania i niedouczenia rozmówcy, lecz po chwili z wyrazem pełnego zrozumienia i akceptacji żądań zleceniodawcy skinął głową. Dumnie uniósł obie ręce w górę zaciskając i rozprostowując przy tym palce niby dwa sprawne chwytaki. I choć nie do końca rozumiał, dlaczego funkcjonariusze chcą mieć upapraną gównem miotłę, której nie będą potem czyścić, to jako profesjonalista tolerował wszelkie fantazje, jak i zachowywał sekrety klientów i nie uważał, by musieli się przy tym z czegoś tłumaczyć. Podejrzewał nieskromnie, że chodzi o pamiątkę z jego wizyty, tudzież mniej buńczucznie- że będą ją potem po kryjomu gdzieś sobie wkładać. Mrugnął tylko porozumiewawczo. Uśmiechnął się konspiracyjnie, a potem zaczął rozglądać się oczekując, aż zostanie mu wskazana droga do zatkanych kibli.