Strona 17 z 33

: 27 listopada 2018, 08:44
autor: Suriel
Lucatore, 30 czerwca 2595

Abdel odsłonił firanę zasłaniającą okno powozu i wielkopańskim gestem białej szlacheiej dłoni przywołał idącego obok wyznawcę Złamanego Krzyża. Jan XIII bo tak mu było na imię, podbiegł truchtem do powozu. Był delikatnie mówiąc osobliwym człowiekiem, poczynając od imienia które jak wywiedział się Abdel nadano mu w związku z tym, że był trzynastym synem swojego ojca. Dziedzic zastanawiał się jak tez mogą nazywać się jego bracia. Jan wyglądał na styranego życiem czterdziestolatka, którego życie nie szczególnie oszczędzało. Odziany w łachmany, które wyglądały jakby uszył je sobie sam, o włosach sklejonych w kłącza za pomocą błota i trudno powiedzieć jakich jeszcze dodatków, przypominał dziedzicowi skrzyżowanie paranoicznej, wiecznie rozglądającej się neolibańskiej surykatki i postrzelonego religijnego fanatyka o niepokojącym wzroku. Szlachcic nie był pewien, czy człowiek ten nie jest aby przypadkiem obłąkany. Ale nawet jeśli było to prawdą, to i tak nie miało to znaczenia, póki obok była jego ochrona gotowa zastrzelić agnostyka jak tylko powziął by wyraźny zamiar skrzywdzenia dziedzica. Abdleowi nawet pasował ten szaleniec albowiem był szczery, a w dzisiejszych czasach była to wyjątkowa rzadkość.

- Powiedz mi drogi Janie, czy byłeś kiedykolwiek w Lucratore? Czy możesz coś nam powiedzieć więcej o tym miejscu? Czy są tam miejsca godne polecenia, głownie chodzi mi o takie, w których mogli byśmy się zatrzymać w godziwych dla nas warunkach?

Pozornie wyglądający na prostaczka z plebsu, pielgrzym władał całkiem nieźle czystą purgaryjską mową, a nie jednym z niezliczonych miejscowych dialektów. Abdel był losowi niezmiernie wdzięczny za ten przejaw łaskawości, inaczej pewnie popędziłby obdartusa precz - nie słynął bowiem z przesadnej cierpliwości do ludzi pośledniejszego sortu.

- Niechaj spłynie na ciebie boska Pneuma, Królu Franki! - Jan od chwili podniosłej introdukcji swego mecenasa upodobał sobie szczególnie ów tytuł nawiązujący do dziedzictwa Montpellier, a ponieważ traktując Abdela jak koronowanego monarchę sprawiał wrażenie uszczęśliwionego, dziedzic w przebłysku łaskawości postanowił nie wyprowadzać go z błędu - Lucatore to miejsce obdarowane wielkimi łaskami Boga. To tutaj czcigodni święci mężowie studiują święte księgi i nauczają prostaczków. A największym z nich był uświęcony Miecz Adriatyku, wielki i wspaniały Neognostyk! Zamordowany, ani chybi przez tych przeklętych na wieczne czasy kozojebców!

Poruszony wspomnieniem nieodżałowanego Altaira Benesato, anabaptysta jął okładać się pięściami po głowie jęcząc przy tym żałośnie i zalewając się łzami. Obserwując go z nieudawaną ciekawością z wysokości powozu, Abdel z perwersyjną przyjemnością zaczął fantazjować na temat swego własnego pochówku, oczami wyobraźni widząc już nieprzeliczone tłumy rozdzierających szaty i szlochających Sanglierów.

- Łączę się z tobą w tym nieopisanym cierpieniu - powiedział po chwili przerywając lamenty wędrowca - Wszelako nie odpowiedziałeś na pytanie, gdzie w tym świętym mieście może się zatrzymać dostojnik mego pokroju.

- Och, królu Franki, są w Lucatore gospody i domy pielgrzymów i nawet rolnicy czasami pozwalają swym braciom i siostrom w wierze spać w zagrodach, ale taki czcigodny i pobożny mąż jak wy, taki cnotliwy i mądry i niemożebnie wspaniały to jeno w klasztorze na górze. Są tam cele w kamieniu kute, do kontemplacji i postów i ustawiczne modlitwy, coby Bóg takiego modlacza natchnął swym duchem, a pokierował ku jeszcze większej wspaniałości.

- Ale oprócz klasztoru na pewno są inne miejsca do odpoczynku, tak? - upewnił się zdjęty lodowatym dreszczem dziedzic - Takie, gdzie mogliby przenocować moi słabej woli i grzeszni słudzy?

- Tak, królu Franki! - Jan złożył ręce niczym do modlitwy, co miało zapewne poświadczyć o prawdziwości jego słów - W Domu Olejów albo w Wypatroszonym Koźle albo w innych dormitoriach. A woda, co ją piją w Lucatore pobłogosławiona jest i cuda sprawia, chorych leczy, grzesznych oczyszcza. To może król napoi nią tych grzesznych poddanych?

Rozparty w okienku powozu Abdel nie omieszkał zauważyć, że wzrok wypowiadającego życzliwą radę Jana pobiegł od razu w kierunku jego moszczącej się na siedzeniu siostry.

- Zapewniam cię, że rozważę w myślach rozliczne pokuty oraz ścieżki nawrócenia dla tych w mej świcie, którzy nie są dość pobożni. A o owych wodach i ich cudownej mocy słyszałem nawet moich stronach - skłamał gładko Abdel - Podobno nawet parę łyków poprawia kobietom urodę. - Powiedział czując jak siostra mimowolnie nadstawia uszu - A kąpiel nawet cnotę przywrócić potrafi.

Garnitur białych zębów błysnął w szyderczym uśmiechu szlachcica. Na siostrę nie spojrzał.
Tak to oto decyzja o miejscu noclegu zapadła. Jedynym lokum godnym Abdela, nieoficjalnego króla wszystkich Franków, był oczywiście klasztor. oczywiście była to jego prywatna opinia, którą jak zwykle zamierzał za chwilę narzucić reszcie wyprawy.
Post pisany z Kethem.

: 27 listopada 2018, 14:35
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

Nathan pozdrowił nadjeżdżających anabaptystów uniesioną w górę otwartą dłonią, uniwersalnym gestem ludzi miłujących pokój. Sześciu jeźdźców ściągnęlo cugle wierzchowców, otoczyło przybyszów półkręgiem przyglądając im się bacznie z wysokości siodeł. Wszyscy byli postawnymi mężczyznami w sile wieku, brodatymi i krzepkimi, o naznaczonej licznymi bliznami skórze. Na ich czołach widniały tatuaże kultu Złamanego Krzyża, w nosach nosili charakterystyczne koliste kolczyki. Wypolerowane na błysk kolcze koszulki oraz przewieszone przez plecy blisko dwumetrowej długości oburęczne miecze mogły w innych okolicznościach wzbudzić śmiech i politowanie człowieka nawykłego do automatycznej broni palnej, ale Alpejczyk daleki był od lekceważenia obserwujących go ludzi. W krainach nie dorównujących Helwecji poziomem rozwoju i w czasach ścisłej reglamentacji amunicji orgiastycy pokroju tych jeźdźców stanowili poważaną kastę wojowników, zdolną do zbierania straszliwego żniwa na bitewnych polach. Jeśli zaś brało się nadto pod uwagę ich fanatyczną wiarę i żarliwość, nawet rodowity Alpejczyk musiał czuć wobec orgiastyków głęboki szacunek.

- Kim jesteście i czego tutaj szukacie? - przemówił z grzbietu wierzchowca jeden z anabaptystów, posługując się rzecz jasna purgaryjską mową, ale mówiąc z rozmysłem dość powoli i wyraźnie, aby zrozumiał go również znający podstawy tego języka zbłąkany cudzoziemiec. Zadzierający w górę głowę Barthez uświadomił sobie, że mężczyzna ten, zapewne dowódca konnego patrolu, nie odrywał spojrzenia od noszącego elegancki czerwony płaszcza Perraulta, ewidentnie biorąc go za najważniejszego rangą w tercecie obcych.
Taka mała ciekawostka. Z racji swego wyglądu Jacques Perrault wydaje się anabaptystom przywódcą przybyszów i do niego skierowane zostało powyższe pytanie. Kapitan zna dość dobrze purgaryjski język, więc może podchwycić grę pozorów, jeśli Nathan zechciałby udawać kogoś pomniejszego rangą. Nie wiem, czy dla Bartka ma to sens i praktyczne zastosowanie, więc Nathan równie dobrze może zaraz wyprowadzić jeźdźca z błędu przedstawiając się jako faktyczny dowódca ochrony delegacji.

: 27 listopada 2018, 23:43
autor: 8art
Lucatore, 30 czerwca 2595

Jeźdzcy zbliżali się w stronę trójki zmierzającej ku wrotom Lucatore. Nie ulegało wapliwości, że musieli zostać zauważeni dużo wcześniej, skoro na ich spotkanie ruszył konny zastęp. Zresztą nie dało się nie zauważyć kilku dużych wozów sunących majestatycznie w dolinę, a Alepjczyk domyślał się, że ktoś usłużny ze szlaku zdążył już dawno donieść o znaczniejszej grupie ludzi, pewno eskorotowanej przez Bergamczyków. Miał tylko nadzieję, że wozy od Białęgo Wilka i jego eskorta nie przyniosą większych kłopotów.

Poprawił shotguna, tak aby dobrze widzieli go zbliżający się Anabatyści, ale nie wykonał żadnego agresywnego ruchu. Nim podniósł dłoń aby przywitać zbrjnych, powiedział cicho do Perraulta:

- Bez zbędnej agresji, ale niech wiedzą, żeśmy z wojenni. Oni takich większą estymą darzą.

Spojrzał na kapitana i na jeźdzców czując, że rozmowę zagają do Franka, wyglądającego dostojniej od ubłoconego Bartheza i nie przedstawiającego żadnej wartości w oczach Anababtystów Dumasa.

- Pewno będą gadać z ciebie Jacques. Koniecznie przedstaw sie jako kapitan. Powiedz im żeśmy forpoczta jaśnie pana Sangliera, co przybywa aby pokłon dać nieboszczykowi, co z wojennych talentów słynął samej France, a potem delikatnie zażądaj odeskortowania do miasta i kwater dla jaśnie pana. Mów do nich tonem jak do swoich żołnierzy, żeby nie czuli żeśmy słabi. - doradził Perraultowi.

- Kim jesteście i czego tutaj szukacie? - zgodnie z przewidywaniem Helwety pytanie zostało skierowane do najdostojniej wyglądającego Jaquesa, choć reszta Anabatystów uważnie obserwowała obu uzbrojonych w bardzo dobrej jakości broń palną rękodajnych Sanglierów. Sang wyprostował się bardziej i dumnie zaczął:

- Jestem Kapitan Perrault. Przybywamy aby oddać cześć nieodżałowanemu Altairowi Benesato, którego wojenna sława znana też jest i w dalekiej France. Jako forpoczta szukamy kwater dla ambasadorów rodu Sanglier, tedy z łaski swojej wskażcie stosowne kwatery dla jaśnie pana Abdela, który z woli włodarzy Montpelier tu zjechał i odeskortujcie wozy co zjeżdżają ku dolinie. - przemówił twardo Sang wskazując dłonią na karawanę.
Prawde powiedziawszy to i tak miałem plan żeby wypchnąc Perraulta do rozmowy, a samemu zostać szarą eminencją. Pozwoliłem sobie przemówić ustami kapitana.

: 28 listopada 2018, 00:24
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

- Ambasadorowie z Montpellier? - chociaż przewodzący grupie anabaptysta starał się panować nad wyrazem oblicza, na sekundę nie zdołał ukryć skonfundowania - Z drugiego krańca świata? Tak szybko?

- Jego miłość dziedzic rodu Sanguine objeżdżał z sąsiedzką wizytą ziemie Purgarii, kiedy dotarły do niego tragiczne wieści. Postanowił czym prędzej przybyć do świętego miasta Lucatore, by oddać hołd wielkiemu zmarłemu i złożyć kondolencje jego małżonce - ciągnął dalej podniosłym tonem kapitan Perrault - Gdzie zatem mój suzeren może odpocząć po podróży i przygotować się do spotkania z jej miłością Nevą?

- Żelazna Emisariuszka pogrążona jest w żałobie - odpowiedział przywódca jeźdźców - Nie przyjmuje żadnych gości przed upływem siedmiu dni odosobnienia i modlitwy. Bramy twierdzy pozostają w tym czasie zamknięte dla obcych. Twój pan może wjechać do miasta, aczkolwiek znalezienie w Lucatore miejsc do spania może być bardzo trudne. Wielu czcicieli Pneumy przybyło tu w ostatnich dniach pragnąć pokłonić się przed grobem Neognostyka.

- Rozumiem przywiązanie do tradycji i żałobnych obyczajów, wszelako być może twoja pani uczyniłaby wyjątek dla tak znamienitego gościa? - Jacques spochmurniał nieco słysząc obcesową odpowiedź rozmówcy - Emisariusz Montpellier to osoba o wielkiej randze...

- Jestem Lucio Bastardo, Furor Lucatore i dowódca tutejszego garnizonu Krzyża - powiedział mężczyzna przechylając się w siodle ku Sangowi - Moje słowo równe jest słowu Żelaznej Emisariuszki. Twierdza pozostanie zamknięta do dnia, w którym upływa siedmiodniowa żałoba, co nastąpi za dwa dni. Wola wdowy musi zostać uszanowana. Cudzoziemcy są mile widziani w mieście, dopóki szanują tutejsze prawa oraz reguły żałoby.

Furor - a zatem wysoki rangą oficer wojsk kultu - odwrócił głowę w kierunku jednego z jeźdźców po swej prawicy, coś do niego powiedział w dialekcie, który częściowo pozostawał dla Nathana niezrozumiały. Zbrojny skinął głową w odpowiedzi, zawrócił konia i popędził w kierunku dużej budowli wznoszącej się przy szlaku opodal bramy miasta.

- Dom Pielgrzyma jest pełen, ale przez wzgląd na rangę twego pana nakażemy gościom opuścić dość pomieszczeń, by ambasador i jego świta mogli odpocząć pod dachem. Jeśli pani Neva zechce go zaszczycić audiencją, za dwa dni zostanie wezwany do twierdzy.

Lucio Bastardo oderwał chłodny wzrok od twarzy Perraulta, spojrzał w kierunku wyłaniających się spomiędzy drzew u podnóża wzgórza powozów delegacji.

- Zważcie, że będziecie bacznie obserwowani - dodał - Szanujemy poselstwa, ale surowo karzemy wykroczenia przeciwko prawu Krzyża. Bywajcie.

Nawet nie czekając na odpowiedź Furor zawrócił konia i odjechał w towarzystwie przybocznych ku miastu, pozostawiając trójkę Franków w kołyszącym się na wietrze łanie zboża.

- Arogancki sukinsyn - warknął poirytowany Jacques, ale Nathan puścił jego uwagę koło uszu. Jego myśli skupiały się już na osobie dziedzica, który najpewniej oczekiwał od życia znacznie więcej niż mogła mu zapewnić sala sypialna w tutejszym domu pielgrzyma.
Oczywiście wciąż możecie poszukać miejsca noclegowego w samym miasteczku, ale skoro Furor nakazał wyrzucić z domu pielgrzyma część zakwaterowanych tam gości, nie skorzystanie z tego gestu byłoby chyba uznane za obrazę? Zresztą niechaj zdecyduje sam dziedzic :P

: 28 listopada 2018, 22:05
autor: Denver
Lucatore, 30 czerwca 2595

Guido został ochotnikiem. Na Bogów. Musiał się już wyrwac z tej męki w postaci jazdy w konwoju. Siodło dało mu chwilę wytchnienia. Towarzystwo może nie było bardzo dopasowane do oczekiwań skarbnika, ale w tej chwili nie było to najważniejsze.

Przedzieranie się na przełaj szybko zbrzydło Dumasowi. ktoś z jego współprzedzieraczy strzelił mu krzakiem prosto w twarz, i Skarbnik teraz widział coraz mniej przez opuchniety, napiętnowany czerwoną pręgą policzek.

Nieoczekiwanie nadeszło wybawienie. Przynajmniej tak pomyślał Dumas. I chyba tylko on. Skarbnik zauważył, że jego kompani nie podzielali radości, jaką krótko zdążył już przeżyć Guido. Wyraźnie nie zachowywali się przyjaźnie dla nadjeżdżających. Którzy zresztą nie pozostali dłużni.

Spotkały się dwa poselstwa i liderzy krótko i treściwie wymienili parę zdań. Do Dumasa trafiło jedynie podsumowanie tego spotkania. Jeden z "witających" rycerzy właśnie gnał do jednego z pobliskich budynków, a Skarbnik dowiedział się, że mają tam nocować wraz z Dziedzicem. Dwa dni!!

NIeeee! To się nie godzi, żeby dziedzic w takiej norze, z plebsem....

-Czy ja mogę coś zaproponować? - Dumas liczył, że desperacja aż tak nie przebija z jego głosu. - Może jednak sprawdźmy, czy nie ma czegoś godniejszego w granicach miasta. Myślę, że nasz budżet jakoś to udźwignie.

Barhtez spojrzał na Dumasa i uśmiechnął się mimowolnie widząc zarumieniony policzek Dumasa i domyślając się ktoś tego pokroju nie pociągnąłby pewnie zbyt długo w normalnym świecie. Szybko spoważniał jednak i skomentował słowa skarbnika rodu, znów zwracając się do niego tytułem godnym samego dziedzica:

- Ostrzegano mnie jeśnie panie w Bergamo, że możemy duże problemy z zakwaterowaniem na miejscu. Jeśli ten cały dom pielgrzyma będzie spełniał wymogi bezpieczeństwa, to nie mam nic przeciwko, żeby tam zostać, nie mniej jednak znając jego miłość warto się będzie rozejrzeć za czymś bardziej odpowiednim, choć obawiam się, że być w czym wybrzydzać.

Zapadła chwila ciszy i Alpejczyk zdecydował co dalej:

- Kapitanie Perault, Sprawdzimy przydzielone przez furora kwatery, a potem ja z panem Dumasem rozejrzymy się w Lucatore za czymś lepszym.
EDIT 8art: Dodałem wypowiedź Nathana.
Robimy tak. Szybko sprawdzamy dom pielgrzyma pod katem security, a potem Dumas i Nathan idą w miasto na dupeczki.... znaczy się szukać pięciogwiazdkowego hotelu z wolnymi apartamentami. Perrault tymczasem zginie śmiercią męczennika gdy spotka się z Abdelem;)

: 28 listopada 2018, 22:32
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

Odprowadziwszy wzrokiem jadących z powrotem do Lucatore konnych, Barthez ruszył wraz z kompanami w stronę podmiejskiego domu pielgrzyma. Wiszące w górze słońce prażyło niemiłosiernie, toteż przebywający od dwóch dni w drodze Alpejczyk drapał się od czasu do czasu pod pachami. Wiele dałby za przynajmniej krótką kąpiel, a jednocześnie był pewien, że dziedzic w rywalizacji o balię najpewniej przebije stawką po dziesięciokroć swego szefa ochrony.

Dom pielgrzyma okazał się wielką budowlą z grubych drewnianych bali i bloków starannie obrobionego kamienia, ku zaskoczeniu przybyszów mającym nawet wykonane z obitych tkaniną klepek okiennice. Sąsiadujący z traktem dziedziniec pełen był rozmawiających z przygnębieniem ludzi, do których rychło dołączyli następni, ewidentnie wygnani z noclegowni przez konnego posłańca.

Tak, ledwie wściekłe spojrzenia jęły wwiercać się w postać odzianego na czerwono kapitana Perraulta, Nathan przyjął za pewnik, że kilkunastu mężczyzn i kobiet w podróżnych strojach zostało właśnie wyproszonych pod gołe niebo w celu zwolnienia łóżek dla frankańskiej delegacji. Przeciągając strzelbę w ostentacyjny sposób pod ramię Helweta szybko uciszył nieprzyjazne pomruki, chociaż część stłoczonych na dziedzińcu pielgrzymów nadal łypała na intruzów wściekłymi oczami i spluwała pod nogi.

- Kto sprawuje pieczę nad tym przybytkiem? - rzucił specjalnie łamanym purgaryjskim w stronę młodego dziewczęcia w skromnym stroju służącej - Mój pan, zacny kapitan Perrault, życzy sobie obejrzeć pokoje oddane do dyspozycji ambasadora Montpellier.

Wyraźnie podekscytowana samą już wizytą konnego wojaka, służąca upuściła na widok groźnej zamorskiej broni obcego trzymany w rękach cebrzyk i popędziła do wnętrza rozległego dwupiętrowego budynku. Pomruki wśród zgromadzonych na placu pielgrzymów przybrały ponownie na intensywności, będąc czytelnie nieprzychylnymi cudzoziemcom, a zatem najpewniej innowiercom. Nathan zauważył, że zdecydowana większość otaczających go Purgaryjczyków miała wytatuowane na czołach trzy tworzące trójkąt punkty, wielu nosiło też uświęcone tradycją kolczyki w nosach.

Ostentacyjnie ignorując te wyrazy dezaprobaty, Alpejczyk wskoczył na niski pieniek do rąbania drewna, z jego wysokości rzucił okiem na zachodni odcinek Drogi do Edenu.

Powozy składające się na delegację Franków były coraz wyraźniejsze, przybliżały się z każdą chwilą. Barthez otworzył usta chcąc przywołać kogokolwiek odpowiedzialnego za porządek w noclegowni, wówczas jednak przez próg domu pielgrzyma przestąpił starszy wiekiem mężczyzna o gęstej długiej brodzie oraz ogromnej łysinie. On to wycierając mokre od czegoś dłonie w fartuch spojrzał z wielką podejrzliwością na cudzoziemskiego notabla w czerwonym płaszczu, krzykacza ze strzelbą oraz dyszącego ciężko nieboraka o spuchniętym poczerwieniałym policzku.

- Kapitan Perrault z Montpellier w dalekiej France pragnie obejrzeć pokoje, które zajmie ambasador rodu Sanguine - oświadczył Nathan nie dając mężczyźnie dojść do słowa - Poselstwo musi mieć zapewnione stosowne bezpieczeństwo, a także co najmniej podstawowe wygody, dostęp do ciepłej wody i zaplecza kuchennego.

Zarządca noclegowni próbował o coś pytać, toteż Barthez uśmiechnął się do niego promiennie, ujął pod ramię i niemal przemocą wprowadził z powrotem do środka budowli. Zamierzał dokonać inspekcji oddanych do dyspozycji dziedzica pomieszczeń dość szybko, by zdążyć się ulotnić z domu pielgrzyma przed przybyciem doń Abdela z rodziną.

Los zesłał Helwecie doskonałą okazję, by odegrać się na Jacquesie za jego przesadny wybuch niezadowolenia podczas dyskusji na temat składu delegacji w Bergamo. Jeśli pierworodny miał komuś ściąć głowę za twardy materac w sypialni, niechaj tym nieszczęśnikiem będzie Perrault!
Cztery pokoje na najwyższym piętrze, zaopatrzone w niewielkie okienka, dojście jednymi schodami. Kąpiel w baliach obitych blachą, woda grzana nad ogniem, proste drewniane prycze, materace wypchane słomą, wełniane koce. Poziom komfortu relatywnie niski, ale jest bardzo czysto.

: 28 listopada 2018, 23:24
autor: Suriel
Lucatore, 30 czerwca 2595

Abdel zmierzał powozem w to co wyznawcy Złamanego Krzyża uważali za cywilizację. Przekraczając granicę miejskiej bramy zaczęły go trapić poważne wątpliwości co do prawidłowości tego nazewnictwa. Ludzie w obszarpanych ubraniach, głodne psy wałęsające się po ulicach i zasmarkane dzieci w podartych butach sugerowały zgoła inną nazwę dla tego miejsca.

Na litość wszystkich świętych kropel krwi. Nic dziwnego, że modlą się do tego swojego boga o jego powrót skoro zostawił ich w takim brudzie i zaniedbaniu.

Zluzował zasłonę w powozie, nie mając chęci ni przyjemności w oglądaniu tego obrazu nędzy i rozpaczy. Na szczęście miał zatrzymać się w klasztorze, ponad tym obdartym plebsem i brudem ulic.

Zatrzymali się przed wejściem. Dziedzic tylko na chwilę odchylił kotarkę by ogarnąć spojrzeniem zarówno miejsce noclegu jak i stojącego u wejścia skruszonego kapitana Sangów, by od razu pojąc rozmiar swej tragedii. Przez chwilę nikt nie wychodził z powozu. Najpierw ze środka dobiegał we frankońskim szereg słów, powszechnie uznanych za obelżywe. Po chwili Kareta zaczęła się dziwnie gibać na boki na swych resorach, stojąc jednak w miejscu. To wściekły Abdel poszukiwał swego pistoletu. Zamierzał wyjść i zastrzelić na miejscu nieudacznika, odpowiedzialnego za to niedorzeczne fiasko.

Po chwil z wnętrza wyskoczył z karety sam ambasador. Przy pasie miał kaburę z pistoletem. Był cały czerwony na twarzy. Nie pomogły ciche utyskiwania kobiecego głosu z wnętrza karocy. Wysiadając z powozu dziedzic odczuł na sobie wzrok dziesiątek oczu. Uznał, że najwyraźniej to mieszkańcy tego miejsca zwanego miastem przyszli tak licznie by podziwiać jego przyjazd. W rzeczywistości byli to jednak ludzie wypędzeni właśnie z dormitorium by zrobić miejsce dla emisariusza.
Pomny swej funkcji jaką nadał mu jego surowy ojciec, poniechał zamiarów zrewanżowania się od razu za ową nieudolność jakiej padł ofiarą. Musiał to chwilowo zdzierżyć i zostawić słodką zemstę na później.
Robiąc dobrą minę do złej gry, podał dłoń swej siostrze by wysiadła z godnością damy rodu franków, choć zapewne tego nie potrzebowała. Oboje jednak wiedzieli, że pierwsze wrażenie bywa kluczowe, i rodzeństwo potrafiło świetnie udawać i grać w grę pozorów kiedy była takowa konieczność.

Pozdrowiwszy szybkim papieskim gestem przybyłą na jego cześć ludność, ruszył podtrzymując dwornie siostrę, w kierunku domu gościnnego.

- No dalejże kapitanie... - powiedział z jadowitym uśmiechem zatrzymując się koło Perraulta - niechże nas pan poprowadzi, w ten luksus, który był pan łaskaw zdobyć.

: 30 listopada 2018, 22:43
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

Barthez miał wrażenie, że na każdym kroku przeszywały go podejrzliwe spojrzenia mieszkańców miasteczka. Odziani w ciemne barwy ludzie tłoczyli się na ulicach Lucatore pozornie bez większego celu, wędrując z miejsca w miejsce, rozmawiając ze sobą, czasami otwarcie płacząc, czasami modląc się w cieniu domostw. Na twarzach dorosłych malowały się rozliczne emocje, od przejmującego smutku poprzez posępną rezygnację aż po czytelną złość. Dzieci swawoliły z rzadka, od razu zresztą przywoływane do porządku przez rodziców. Na położonym tuż za zachodnią bramą targowisku tylko garstka skromnie ubranych handlarzy wymieniała między sobą jakieś rzemieślnicze wyroby, większość kramów świeciła pustkami.

Wodząc wokół siebie wzrokiem Alpejczyk pojął, że na czas siedmiodniowej żałoby miejscowi zarzucili codzienne obowiązki, oddając się w zamian modlitwie i snuciu zatrważających plotek. Barthez znał purgaryjską mowę dość dobrze, by przysłuchując się dyskretnie rozmowom na ulicach usłyszeć, że Altair został zadźgany sztyletem skrytobójcy bądź otruty, na zlecenie wrogich mu Lombardich z Bergamo, z polecenia zamierzających odzyskać wpływy w regionie klanytów Benesato bądź z zemsty wywartej przez nienawidzących go jehammedan. Alpejczyk odniósł wrażenie, że w przeciągu kilku dni powstała niezliczona ilość hipotez, w tym również nieprawdopodobnie dla niego brzmiące sugestie, że Neognostyka zamordowali Alpejczycy, którzy nie zdołali wymusić na nim akceptacji dla podwyżki opłat celnych.

- Ten stary cap stracił zupełnie rozum! Żmija z Bergamo wyssała mu go przez chuja, dlatego teraz on chce nas wydać w ręce Białego Wilka!

Słysząc ochrypłe krzyki jakiegoś mężczyzny Nathan pociągnął Dumasa pod ramię ku ścianie budynku, pod niewielkie zadaszenie zapewniające przynajmniej po części osłonę przed wścibskimi spojrzeniami przechodniów.

Noszący nabijaną metalowymi guzami skórznię orgiastyk splunął ostentacyjnie pod nogi grupki mieszczan. W przeciwieństwie do nich nie był rodowitym Purgaryjczykiem, jego jasna skóra zdradzała silną domieszkę borkańskiej krwi, ale płynny dialekt poświadczał, że człowiek ten od dawna musiał mieszkać w Lucatore.

Co bynajmniej nie uchroniło go przed gniewem niskiej smagłoskórej kobiety w czepcu. Zerwawszy z stóp wpierw lewy, potem zaś prawy but, krewka niewiasta cisnęła nimi w wojownika Kościoła Rybaka.

- Dzięki Bogu, że Ennio ciągle jest z nami! - wrzasnęła histerycznym tonem - Czy może lepiej, aby rządziła nami Żelazna Emisariuszka?! Żona Altaira wyszła za mąż za Krzyż, a nie nasz klan! Woli obcinać dziewczętom uszy niźli się pochylić nad naszymi troskami!

Anabaptysta postąpił krok do przodu z miną taką, jakby powziął zamiar uderzenia mieszczki, wtedy jednak pomiędzy rozjuszoną parę wdarli się dwaj noszący skórzane napierśniki miejscy strażnicy.

- Rozejść się, rozejść! Nie kalajcie pamięci wielkiego męża waszymi płochymi swarami!

Nie przestając obrzucać się wyzwiskami, antagoniści ruszyli w przeciwne strony obserwowani bacznie przez posępnych i zdradzających silne znużenie strażników. Barthez odczekał jeszcze chwile, po czym trąciwszy łokciem Dumasa podszedł do Purgaryjczyków szybkim krokiem.

Obaj stężeli na widok jego broni, przewieszona bowiem przez ramię Alpejczyka strzelba musiała być w ich oczach bezcennym, wręcz legendarnym orężem.

- Przyjmijcie wyrazy współczucia w obliczu tak wielkiej straty - powiedział kurtuazyjnie Helweta - Jestem członkiem świty frankańskiego ambasadora, który właśnie przybył do miasta, by złożyć kondolencje wdowie po Neognostyku. Zatrzymał się w domu pielgrzyma oczekując na koniec okresu żałoby, wysłał mnie jednak do miasta, bym wraz z moim druhem sprawdził, czy nie ma tutaj miejsca noclegowego bardziej odpowiadającego jego randze.

Strażnicy - krępi, aczkolwiek niewysocy mężczyźni w sile wieku, o krótko przyciętych ciemnych włosach i ciemnych oczach - wymienili między sobą szybkie spojrzenia. Barthez czuł jak ich podejrzliwość walczyła o lepsze z ogromną ciekawością. Żaden nie miał na czole tatuażu zaprzysiężonych anabaptystów, toteż Nathan uznał, że należeli do rdzennej populacji Lucatore wiernej rozkazom namiestnika.

- W mieście nie ma ani jednego wolnego łóżka - odparł w końcu jeden ze zbrojnym, nie potrafiąc oderwać wzroku od strzelby Alpejczyka - Wypatroszony Kozioł pęka w szwach, a w Domu Olejów spodziewają się jakiegoś ważnego gościa. Tam zresztą rozgościli się grześcijanie, którzy usłyszeli o tym bestialskim mordzie. Kto miał wolny pokój, przyjął we własne cztery ściany pielgrzymów. Są tu też osadnicy z Cavalese, Pordene, Feltre i Apisu, całe wioski przybyły oddać hołd zmarłemu. Jak tak dalej pójdzie, ludzie będą spać na ulicach pod gołym niebem.

[center]Obrazek[/center]
Na obrazku próbka miejscowej architektury, żebyście sobie mogli wyobrazić jak to miasteczko z grubsza wygląda. Jeśli 8ART i Denver chcieliby zawiązać dłuższą rozmowę ze strażnikami, rzućcie pytaniami, a ja rozwinę je do formy większej fabularki.

: 30 listopada 2018, 23:19
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

Abdel Sanguine zlustrował pokój wzrokiem tak surowym, że stojący obok dziedzica Leon Thibaut olał się na ów widok lodowatym potem. Zarządca domu pielgrzyma najwyraźniej tego niemego niezadowolenia gościa nie zauważał, bo tkwił w progu pomieszczenia z miną sugerującą, iż wolałby już wrócić do innych obowiązków.

- Czy występują tutaj pluskwy? - spytał po chwili nieznośnego wręcz milczenia Sanglier, odwracając głowę w stronę zarządcy i przenikając go na wylot wzrokiem. Mężczyzna obruszył się natychmiast, klasnął w dłonie w geście zaprzeczenia.

- Jest ciepła woda? Toalety? Kuchnia śródziemnomorska? - dociekał dalej dziedzic - Moja siostra, cnotliwa dama z czystej linii krwi Sanguine, musi być pielęgnowana niczym kwiat rozkwitającej róży. Zbyt niski komfort może być przez nią poczytany za obrazę.

- Wielki pan zechce rozważyć przeniesienie się do miasta - na twarzy zarządcy pojawił się znienacka podejrzanie życzliwy uśmiech - My tu nie mamy wygód dla wielkiego ambasadora. Może w samym Lucatore znajdzie się bardziej odpowiednie miejsce?

Przypomniawszy sobie o czymś Abdel uniósł znacząco palec, uciszając trajkoczącego irytująco Purgaryjczyka.

- Mianem miasta zwykło określać się skupiska ludzkie zaspokajające wyrafinowane potrzeby ludu - powiedział przechylając pytająco głowę - Od dłuższego czasu chodziło mi to po głowie. Czy w tym niewątpliwie urokliwym miejscu można znaleźć teatr? Albo przynajmniej jakieś muzeum?

Zarządca namyślał się tym razem znacznie dłuższą chwilę, pomagając sobie w zebraniu myśli intensywnym wyglądaniem za okno piętra.

- Nie ma u nas teatru, ale czasami występują w rynku wędrowne trupy, co pokazują różne ucieszne sztuczki i ogień połykają. Ale na czas żałoby nie wolno takich występów urządzać, co popieram. A muzeum też nie ma, wszelako mamy piękny stary cmentarz, na nim wielu bohaterów wojny pochowano i założycieli miasta... i samego Neognostyka, zaraz drugiego dnia po tym straszliwym mordzie. Wcześniej wolno tam było wchodzić tylko anabaptystom, ale od wczoraj wszystkich wpuszczają, co chcieliby odmówić modlitwę na grobie Miecza Adriatyku. A wy wielbicie Pneumę, panie ambasadorze z Firanki?
Jest to oczywiście bardzo pośledni względem Abdela rozmówca, ale może zdoła chociaż po części zabawić dziedzica rozmową? Do której mogą się oczywiście włączyć Leon i Angeline!

: 01 grudnia 2018, 11:14
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

- To frankański kulomiot? - spytał jeden ze strażników opierając jednocześnie swoją krótką pikę o ścianę domu. Broń mężczyzny sprawiała wrażenie orężu ceremonialnego, chociaż Nathan podejrzewał, że w odpowiednich rękach mogła bez większego trudu odebrać życie.

- Strzela pociskami, które się rozpryskują w powietrze na mnóstwo kawałków - wyjaśnił Alpejczyk klepiąc strzelbę po lufie pieszczotliwym gestem - Sama się przeładowuje po strzale.

- To coś podobnego do lupary Fernexa, tylko dużo lepsze - wtrącił drugi ze strażników nawiązując do kogoś znanego obu mężczyznom - Aż się boję spytać, ale coś takiego kosztuje?

- Mordercy! - przeraźliwy kobiecy krzyk, starczy i ochrypły, przeciął powietrze nutą tak ostrą, że wszyscy czterej rozmówcy jednocześnie podskoczyli w miejscu. Stojąca opodal staruszka wbiła w przybyszów oskarżycielskie spojrzenie, wymierzyła w nich powykręcane artretyzmem palce - Obcy! Intruzi!

- Nie zakłócaj porządku, babciu! - sarknął jeden ze strażników - To przyjezdni z Franki, nie mordercy. Idź precz albo ściągniesz na siebie kłopoty!

- Mój wnuk był w nocy na wzgórzach szukając mordercy! - jazgotała dalej stara kobieta, nienawistnym wzrokiem stębnując Bartheza i Dumasa - Znaleźli tropy, połamane gałęzie, zdeptaną trawę! Ktoś się czai w lesie!

Widząc jak jeden ze strażników postępuje ku kobiecinie, staruszka odwróciła się na pięcie i podreptała w głąb ulicy, wciąż mamrocząc coś wściekle pod nosem.

- Wszyscy są bardzo poruszeni zbrodnią - powiedział ten ze strażników, który bardziej interesował się jego bronią - Miejscowi co chwila kupią się i wędrują po wzgórzach szukając śladu zabójcy. Robią przy tym mnóstwo rwetesu i płoszą zwierzynę, ale śladu mordercy dotąd nie znaleźli.
Taka mała scenka...

: 01 grudnia 2018, 11:18
autor: Suriel
Lucatore, 30 czerwca 2595

Abdel puścił przejęzyczenie z ust miejscowego koło uszu, chociaż po prawdzie korciła go cięta riposta.

- O to, to... Właśnie o to mi chodziło. Specjalnie przebyłem tyle mil wprost z Franki, by pozwiedzać cmentarz weteranów poległych za wiarę. W jakimś... jak w ogóle nazywa to miejsce, ten wspaniale wiwatujący na moje przybycie lud?

- W Lucratore - uprzejmie podpowiedział Leon

- W Lucratore - powtórzył dziedzic - Przednia myśl. Oglądanie starożytnych cmentarzy - klasnął w dłonie - To jest właśnie to, co zawsze nas Franków ekscytowało najbardziej. Tak, tak dobrze usłyszałeś Franków, mój drogi, a nie Firanków.

Abdel wychwycił lekki uśmiech Leona, gładko czytającego szyderstwo z ust swego kuzyna, którego znał już sporo czasu.

- Mówię jak najbardziej poważnie. Zamierzamy pójść na cmentarz i oddać cześć wielkiemu człowiekowi - uśmiech Leona zgasł w jednej chwili dopasowując się do nieco sztucznego tonu nadanego przez dziedzica - Dwa dni po mordzie to chyba dosyć szybko. Zazwyczaj w naszym kraju ostawia się na dzień czy dwa trumnę otwartą, by każdy mógł się pożegnać ze zmarłym. Na przykład ucałować zimną już ojcowską dłoń - rozmarzył się Abdel.

- Powiedz mi przyjacielu. Rzekłeś, że straszliwy mord posłał w objęcia miłościwego boga jego wiernego sługę, niech mu ziemia lekką będzie. Czy wiadomo jak zginął ów świętobliwy mąż, którzy przeca nie bez powodu był zwany Mieczem Adriatyku? Kto teraz obejmie stery władzy?

Zarządca pod wpływem słów dostojnego gościa chyba nieco zapomniał o swych palących obowiązkach, bo międląc palcami fartuch wszedł głębiej do pokoju.

- Skrytobójca go zamordował, wielki ambasadorze - oznajmił ze szczerym bólem - O poranku, nad brzegiem basenu pod wieżami wodnymi, gdzie Altair udał się na modlitwę. Pacholę, które go znalazło opowiadało potem, że wszędzie pełno było krwi, tak głęboko porżnął Neognostyka przeklęty nóż mordercy. Kiedy się tylko wrzask podniósł, orgiastycy zabrali jego ciało do klasztoru, nie dali ludziom podejść bliżej, a basen zbroczony krwią zamknęli. W ogóle nikogo tam nie wpuszczają, mówią, że to miejsce musi zostać wpierw oczyszczone i na nowo pobłogosławione. Wodę rozdają asceci, którzy ją czerpią wprost z akweduktu, dlatego musimy na razie wodę oszczędzać.

Abdel skrzywił się mimowolnie słysząc ostatnie słowa rozmówcy, sugerowały one bowiem potencjalne kłopoty z długą i leniwą kąpielą.

- A u nas taki sam obyczaj z wystawianiem ciała jak u was, panie ambasadorze - ciągnął dalej zarządca domu pielgrzyma, któremu nagła ciekawość irytującego przybysza jakby rozwiązała język - Tedy ludzie się nadal bardzo burzą w mieście, że wdowa, czcigodna pani Neva, nakazała męża pochować zaraz na drugi dzień i niemal po kryjomu. Tylko orgiastycy uczestniczyli w tej ceremonii, a potem zamknęli cmentarz dla nas prostych ludzi i wpuszczali tam tylko swoich, zaprzysiężonych czcicieli Krzyża. Ale ludzie z klasztoru mówią, że wdowa nie chciała, żebyśmy oglądali jej męża jak zaszlachtowane zwierzę. To był w latach swej świetności wielki wojownik, prawdziwy bohater. I nawet teraz, chociaż już niemłody, pewnie by nie uległ zabójcy, gdyby ten się na niego potajemnie nie zasadził. To twarda kobieta, jak się na coś uprze, nie ma na nią siły. Też z orężem obyta jak jej świętej pamięci mąż. To ona teraz rządzi anabaptystami w mieście, a że wiadomo, iż nie darzy brata swego męża wielką miłością, może się to przeciw nam prostaczkom obrócić, jeśli się skłóci z namiestnikiem.

- To pewno teraz on, namiestnik w Lucratore rządzi a nie Neva? To pewno też jest wojenny pan jak i brat. Porządzi. Znaczy, zapewne dopóki dzieciak Nevy i zacnego Benesanto do lat nie dojdzie, i władzy po rodzicach nie przejmie, bo chyba mieli takowego spadkobiercę?

- Są tu jakoweś insze zacne rody? Skorom tyle dni drogi pokonał warto by było poznać pozostałych wielkich z tego miasta.

: 01 grudnia 2018, 15:14
autor: Keth
Dom pielgrzyma pod Lucatore, 30 czerwca 2595

Abdel dzielił w trakcie rozmowy uwagę pomiędzy zadawanie pytań i oględziny materaca na łóżku w rogu pokoju. Drugie posłanie, ustawione pod dachowym oknem, dziedzic uznał z miejsca za mniej atrakcyjne, albowiem potencjalny skrytobójca najpewniej właśnie tamtędy próbowałby wślizgnąć się do pokoju.

- Kuzynie, przez wzgląd na twoje delikatne zdrowie odstąpię ci łóżko pod oknem - zadecydował odwracając się w stronę Leona Thibauta i umilkłego nieoczekiwanie zarządcy - Świeże powietrze poprawi jakość twego snu.

Wówczas to Abdel odkrył dziwny grymas na twarzy milczącego Purgaryjczyka.

- Raczcie wybaczyć, panie pośle - odezwał się ponaglony pytającym spojrzeniem zarządca - I tak już wiele czasu zmitrężyłem. Muszę wracać do pracy, na dole wielu przyjezdnych czeka, nie wiadomo od rana, w co ręce włożyć.

Ukłoniwszy się w sposób, który zarządcy pewnie wydał się dworski, a który w myślach Abdela wywołał salwę pogardliwego śmiechu, mężczyzna wycofał się z pokoju mijając w progu Angeline Leę i Jacquesa Perraulta.

- Które pytanie go zakneblowało? To o namiestnika czy to o dziecko Altaira? - dziedzic przeniósł spojrzenie na kuzyna, zyskując w odpowiedzi niepewne wzruszenie ramion.
Zarządca w końcu czmychnął, ale coś tam na początek dziedzic z niego wyciągnął!

: 01 grudnia 2018, 21:56
autor: Nanatar
Dom pielgrzyma pod Lucatore, 30 czerwca 2595

Obrazy snujące się przed oczyma wynalazcy z każdą chwilą utwierdzały go, że dobrze wykorzystał ostatni dzień w Bergamo. Nieco nieroztropnie, ale jeśli miałby zagubić się na tym końcu świata, pełnym błota, obszarpanych ludzi, jakby jadąc na wschód cofał się zegar cywilizacji, gdyby to była jego Adrastea, dobrze byłoby zapamiętać dziewczynę ze słońcem na twarzy. Melancholie Leona przerywały co raz horrory kuzyna. pierwszy horror, gdy zawezwał śmierdzącego orgiastyka i ten snuł swe niedorzeczne historie. Drugi gdy biegł z pistoletem w kierunku zarządcy. Leon był już gotów udawać że nabija dziedzicowi pistolet finalnie podając nienabity, ale Abdel nagle zmienił front i wyszła z niego cała Błogosławiona Krew Franków.

Te zmiany zawsze intrygowały młodego szlachcica, czy kuzyn po prawdzie tracił chwilami panowanie, czy był to element gry, często zbyt wyrafinowany dla Leona Thibauta.

Pomieszczenie, które im zaoferowano nie wyglądało zachęcająco, ale wynalazca był gotów znosić gorsze, aby tylko zwieńczyć misję sukcesem i wyruszyć na zachód. Do miłej Franki, do ukochanego Montprlierr, jędrnej żony. O tak młodziutka, prężna Loretta wróciła do łask w myślach szlachcica. Jednak Abdel miał na co narzekać, a jak dotychczas był wyjątkowo powściągliwy. Kiedy dziedzic z zachwycającą pobłażliwością wysłuchiwał niezręcznych odpowiedzi gospodarza, Leon Thibaut nie chcąc być nieuprzejmym odczekał z rozpakowaniem swego bagażu. Udając, że szuka rzeczonych pluskiew w siennikach, a później nawet za oknem, słuchał przebiegłego karczmarza. Jednak kiedy dotarła do jego uszu wiadomość o kłopotach z wodą, zmroziło to jego krew tak samo jak oblicze kuzyna.

- Które pytanie go zakneblowało? To o namiestnika czy to o dziecko Altaira? - dziedzic przeniósł spojrzenie na kuzyna, zyskując w odpowiedzi niepewne wzruszenie ramion.

- Na mój gust to o dziecko Altaira. Ten człowiek nie musi wiedzieć kto rządzi w mieście, z resztą jemu wszystko jedno, byle był spokój i goście. Dziwne to ukrywanie zwłok. Jeśli zmarły neognostyk był zaiste nosicielem pokoju, to jego zabójcom ten stan rzeczy nie odpowiadał, konflikt zbrojny jest im na rękę. Bajka z pacholęciem jest naciągana, a wiedźma coś ukrywa. Albo Altair Bensato zginął inaczej, albo nie zginął. A wyobraź sobie kuzynie jak na ludzi wpłynąłby wskrzeszony bohater. Mieliby swego boga na ziemi. Ale to tylko domysły. Odwiedzenie cmentarza to może być nie zły pomysł, wchodząc między kruki trzeba krakać jak one. -i tu przerwał na chwilę, bo myśl o kłopotach z wodą mieszkańców wywołała jakieś nieokreślone współczucie. - Jeśli trzeba mogę wykąpać się w bali po tobie. - a widząc niemal gniew na twarzy kuzyna, dodał - jeśli lubisz fiksacje kuzynie to możesz wykąpać się po mnie, albo wykąpiemy się razem z kuzynką, a po nas dopiero kapitan Perrault. - wytrzymał chwilę - Żartowałem, nie godzi się, wykąpię się po tobie kuzynie, wiem że woda będzie zimna.

Chwilę rozpakowując już swe walizy i wybierając strój na wieczór. - Abdelu, nie zastanawia cię taki zbieg okoliczności, to już drugi pielgrzym na naszej drodze do zwłok neognostyka, Pierwszego przygarnąłeś na szlaku, drugi nas gości, czy tego chcemy, czy nie. Jaki będzie trzeci? Może ty nim jesteś? - Posłał kuzynowi zawadiacki uśmiech. - Tak wybiorę miejsce pod oknem, tak będzie lepiej dla twojego bezpieczeństwa. A, poza tym strasznie chrapię w nocy, mam nadzieję, że masz mocny sen.

: 02 grudnia 2018, 02:15
autor: Suriel
Dom pielgrzyma pod Lucatore, 30 czerwca 2595

- Pielgrzymi, bleee.... pielgrzymów jest tu tysiące... - powiedział zamyślony Abdel - Więc na pewno liczba którą wymieniłeś powinna się powiększyć. Wszystkich ich zaś ściągnęła tu śmierć Benesanto. W moim odczuciu on jednak zginął. Ale przecież nie rozgrzebiemy grobu pod czujnym okiem anabaptystów by się o tym przekonać. Prawda? Zresztą, to nie czas na takie rozmowy. Podzielę się spostrzeżeniami jakie poczyniłem i rozdam zadania na wieczornej kolacji, po uprzednim wysłuchaniu informacji jakie zgromadzicie. A właśnie! Wracając przy tym także wątku naszego pielgrzyma czyli Jana XIII. W ogóle by się on nie pojawił, gdyby nie fakt iż żadne z was nie zadało sobie najmniejszego trudu by wywiedzieć się więcej o anabaptystach. By krótko mówiąc zasięgnąć języka na trakcie. Dlatego musiałem osobiście zając się pozyskiwaniem choć minimalnych potrzebnych nam do misji informacji. Powiedz mi, jak można, liczyć na sukces misji dyplomatycznej nie nie znając mentalności, wiary i wszelkich innych fundamentów wpływających na zachowanie, osób z którymi się za chwilę siądzie do bardzo poważnych rozmów. Pokaże ci przykład...

Dziedzic podszedł do walizy z ubraniami Leona przyglądając się co wybrał na kolację.

- Jak rozumiem masz zamiar wdziać te ubrania na kolację, czy tak? Powiedz mi szczerze, czy pomyślałeś o tym, że należy unikać ostrych, jasnych oraz ciepłych kolorów? Wszak jesteśmy tu złożyć kondolencje. Jest czas żałoby. Skąd wiesz czy nieco nazbyt krzykliwa żółć, bądź w ogóle użycie kolorów innych niż czerń, biel i popiół nie będzie odczytane jako potwarz dla tego szczególnego czasu? Czy wiesz w jakiej sytuacji się znajdę jeśli się okaże, że ty czy moja siostra zostaniecie zatrzymani ze względu na nietaktowne zachowanie lub ubiór nie współgrający do sytuacji, plątając się jutro gdzieś po mieście? Choćby obmówienie przez służbę, że przy dzisiejszej kolacji śmiano się i wznoszono toasty, jeśli dojdzie do złych uszu utrudnia, jeśli nie sabotuje w całości naszą misję. A gwarantuję ci kuzynie, że na pewno ściany w tym lokalu będą miały uszy i wszelkie informacje trafiają do bardzo wysoko postawionych uszu. Ehh... szkoda tłumaczyć podstawy. Dyplomacja to sztuka przyjacielu.

Abdel ruszył w kierunku swojej pryczy, przyglądając się jej z dużą podejrzliwością.

- Nic dziwnego, że ojciec powierzył właśnie mnie to zadanie. Idź lepiej kuzynie, i załatw tą cholerną wodę do kąpieli. I nie interesuje mnie ile to będzie kosztowało. Niech Dumas to pokryje. Przekaż też z łaski swojej informacje dotyczące prawidłowego ubioru pozostałym. Czerń i popiele. Ach... Niech kolacja będzie prosta i pożywna, żadnej wystawności ani alkoholi. Może jakoś te dwa dni może wytrzymamy.

Leon ruszył w stronę drzwi.

- Jeszcze jedno kuzynie. Chrapaniem, nie przejmuj się wcale i zupełnie, albowiem... że tak się wyrażę, od czasu naszej ostatniej wspólnej nocy w zajeździe, poczyniłem pewne... przygotowania do noclegów tego typu. - Abdel uśmiechnął się podejrzanie.

: 02 grudnia 2018, 16:55
autor: Keth
Lucatore, 30 czerwca 2595

- Jesteście tu nowi, przeto zechciejcie przyjąć radę - powiedział drugi ze strażników - Jeśli nie wyznajecie nauk Neognozy, nie rzucajcie się zaprzysiężonym anabaptystom w oczy. Morderca zniknął zaraz po uśmierceniu Altaira Benesato i nikt z naszych dotąd nie wytropił jego śladu. Czciciele Krzyża są wściekli, bo gdyby Neognostyk nie był pozostawiony pod wodnymi wieżami samemu na czas modlitwy, najpewniej by nadal żył. Teraz anabaptyści gotowi są oskarżyć o tę zbrodnię każdego, kto do nich nie przynależy.

- Mordu dokonano pięć dniu temu - odpowiedział z namysłem Barthez - Ktokolwiek to uczynił, już dawno uciekł z tych stron. Co więcej, gdyby to ktoś z nas, z frankańskiego poselstwa, miał maczać w tym ręce, naprawdę wróciłby pięć dni później z powrotem ryzykując pojmanie? Wyglądacie mi na rozsądnych ludzi, więc wierzę, że nie dacie posłuchu takim wydumanym oskarżeniom. Ambasador Montpellier przybył dzisiaj do tego pięknego i okrutnie doświadczonego zbrodnią miasta, aby oddać hołd jednemu z Ośmiu Baptystów.

- Nam nie trzeba tego tłumaczyć, ale jest tu wielu prostych i pobożnych ludzi, którym rozpacz przyćmiewa rozsądek - odparł jeden ze strażników - Gdyby nie my na ulicach i zaufani wojownicy furora Bastardiego, pewnie już polałaby się czyjaś krew.

- Prośmy zatem boską Pneumę, aby do tego nie doszło - Nathan skłonił nieznacznie głowę - Nie chcemy zabierać wam cennego czasu, ale muszę jeszcze spytać o Wypatroszonego Kozła i Dom Olejów. Co to za miejsca i co tam znajdziemy?

- Kozioł to największa karczma w Lucatore, chociaż pewnikiem i tak jest niewielka w porównaniu do karcz w krainach Franków. I nie bywają w niej mieszczanie, którzy posłuszni są swym krzykliwym żonom, a pijają jedynie wodę. Tam przesiadują weterani Krzyża, dawni towarzysze broni Altaira, którzy na co dzień w klasztorze mieszkają. A Dom Olejów to spalnia dla ubogich, dormitorium. Anabaptyści czasami odwiedzają tamtejszych gości i namaszczają ich olejami w ceremonii miłosierdzia, stąd ta nazwa.

- Teraz rozgościła się tam grupa grześcijan, świętych i pobożnych biczowników. Wszyscy ich odwiedzają, aby dotknąć krwawiących ran i wysłuchać nauk mających ochraniać dusze przed grzechem.
Spacer do klasztoru raczej nie ma sensu, skoro furor powiedział, że wrota pozostaną jeszcze dwa dni zamknięte. Nasi dwaj wywiadowcy mogą udać się do Kozła, do Domu Olejów, może pod wodne wieże na miejsce zbrodni. Albo powłóczyć się na oślep po wąskich uliczkach miasteczka. Albo powrócić z pierwszymi wieściami do domu pielgrzyma i omówić swe wrażenia na wspólnej wieczerzy. 8ART, Denver, co robicie?