Grobla na bagnach, południe, 5 dnia bakis-ranu
Bazookh jako pierwszy, choć niechętnie, ruszył w stronę trupa w trzcinach. Przykucnął przy rozdartym półorku i zaczął przeszukiwać zwłoki.
Ciało kończyło się niemal równo z żebrami i nigdzie w pobliżu nie było widać reszty trupa. Półork nie miał nic zawieszonego na szyi, ani na głowie. Jedna przez pierś przechodził naderwany skórzany pasek na końcu którego znajdowała się tuba na pergaminy.
- Nie ma czasu na to! Musimy zanieść Balina do kapłana lub inszego medyka! - niemal wrzasnął Drayaharus, poganiając towarzyszy.
- Ja jestem najsłabszy z naszej drużyny, to sprawdzę, co tu się stało... w razie czego po prostu rzucę zaklęcie i zniknę
Bazookh rozwarł szybko tubę i wyciągną pergaminy. Był nieco zaskoczony gdy zobaczył na nich podobizny Nieulękłych.
- Tak, musimy stąd szybko uchodzić - przytaknął gnomowi -
widać, że ci tu szukali nas. Im szybciej się stąd wyniesiemy tym lepiej.
Gnom dołączył do pozostałych po niemal godzinie. Spowolnieni dźwiganym Balinem Nieulękli dali się szybko dopędzić. Drayaharus był cały ubłocony i podrapany od trzcin jednak przyznał markotnie, że w trzcinowisku nie dało się nic więcej znaleźć.
Po niejakich czterech godzinach obudził się Balin, obolały i zdezorientowany, ale szybko doszedł do siebie. Przyśpieszyło to znacznie marsz i już przed północą drużyna dotarła do Rotgan-kir.
Nieprzyjemne uczucie napięcia i przytłoczenia wróciło wraz z widokiem trzaskających piorunów i wirującego słupa wody.
Wykorzystując tajne przejścia i przemykając się zaułkami wyprawa wróciła do swojej "Spokojnej przystani", a właściwie karczmy która teraz już zwała się "Pod Rezolutnym Goblinem". Weszli tyłem i od razu skryli się w swojej loży gdzie powitał ich zaskoczony i rozradowany ich widokiem Gusłek.
W mieście nie działo się dobrze. Nasiliły się nocne mordy i porwania. Dniami krążyły silne patrole wojsk z garnizonu katańczyków tłumiących brutalnie w zarodku wszelkie objawy buntów i rozrób. Pozbawione dowództwa Garduga Ponurego stawały się coraz bardziej agresywne i samowolne. Port zamarł, bo wszystkie statki omijały szerokim łukiem "przeklęte" Rotgan-kir, a wir i burze uniemożliwiały wyjście w morze rybakom. Zresztą rozeszła się plotka, że całe dno zatoki okupuje armia nieumarłych.
Jakby tego było mało, kapłan Katana, który w tej sytuacji powinien przejąć kontrolę nad miastem, nic nie robił. Mimo, że jego akolici dwoili i troili się uspokajając i mydląc oczy, jasnym było, że coś z nim jest nie tak. Unikał kontaktu z wiernymi, a jak już się pokazywał zachowywał się dziwnie. Jakby nikogo nie poznawał.
Kapłan Arianny zapadł w przedśmiertny letarg tak jakby jego zgon była tylko kwestią godzin lub co najwyżej dnia.
W karczmie słychać także były plotki, że w mieście krążą szpiedzy kapłanów Sharami, szukający winnego gniewu ich bogini. Coraz częściej wypytują o niewysokiego człowieka, hobbita, krasnoluda lub gnoma...
Senil co ranek przynosiła wieści o swoim ojcu. Choroba gwałtownie postępowała i dochodziła już niemal do serca. Głowa także zaczynała się zmieniać i krwiożerczą paszczę. Czas naglił.
Jedyną dobrą wiadomością były postępy z przygotowaniem eliksiru. Sakiewka ze skóry krasnoluda leżała już odpowiednio długo pod gwieździstym krzewem. Wino Pana Przemian przedestylowano. Pozostał już tylko ostatni krok, w którym niezbędny był puchar Dreamona.
Bazookh wraz z gnomim alchemikiem zabrali się raźno do pracy i wszystko wskazywało, że eliksir będzie gotowy na rano...
Zbliżamy się impetem do końca scenariusz! Jakieś deklaracje czy możemy przejść do leczenia chorego? Kto idzie ojca Senil?