Pustynia
Ufilio i Malia uparcie chcieli maszerować, dalej, Springald i Goma po długich namowach, przekonali ich by odpocząć 1 dzień, macie lekko rannych a podróż do tej pory była wyczerpująca, nim ruszycie na pustynię musicie odzyskać siły. Goma uważa, że małpoludy nie wrócą szybko, sporo ich zginęło, więc mają co jeść na długo, bo zjadają swoich zabitych. Odpoczęliście 1 dzień, Tranicos, Vea i Mea zapolowali, macie mięso.
Następnego dnia rano.
- Pustynia - westchnęła zmęczona Malia.
-
Nie! - krzyknął Springald. - Za nią! - Podążając wzrokiem za jego wyciągniętym palcem, dostrzegli w dali dwa niewyraźne, podobne kształtem szczyty. Ten po lewej stronie był śnieżnobiały, a drugi czarny. - Rogi Shushtu!
- Zatem to prawda! - rzekł Ulfilo.
- Czy kiedykolwiek miałeś wątpliwość? - zapiał triumfalnie Springald. - Na starożytnych księgach zawsze można polegać.
- Tak, tak - mruknął Wulfrede. Poklepał uczonego po ramieniu, co nieomal zwaliło go z nóg. - Nigdy w ciebie nie wątpiłem.
- Chyba nie leżą daleko - powiedziała z nadzieją Malia. - Przecież je widać.
- Nie daj się zwieść - upomniał Tranicos. - Z tej wysokości widzimy teren, którego przebycie zajmie wiele dni. Goma, są tam wodopoje?
Przewodnik pokiwał głową.
- Tak, kilka. Wszystkie niebezpieczne.
- Co to znaczy? - zapytał Ulfilo.
- Niektóre to tylko obniżenia, w których gromadzi się woda z jakże rzadkich deszczów, i na te nie ma co liczyć. Inne są zasilane źródełkami, lecz mogą być suche, gdy do nich dotrzemy. Jest jedno wielkie źródło, przez cały czas zasobne w dobrą wodę, i zarazem najbardziej niebezpieczne. Ściągają do niego wszystkie zwierzęta z okolicy, tym samym więc w pobliżu zawsze krąży pełno drapieżników.
- Lwy? - zaciekawiła się Malia.
- Tak, i bezczelne hieny, i mnóstwo wielkich kotów oraz stworzeń, które nie występują nigdzie indziej. Mięsożerni mieszkańcy pustyni są groźniejsi od swoich pobratymców z sawanny. Często bywają rozpaczliwie głodni, dlatego nie wzdragają się przed polowaniem na ludzi. Jeden zwierz, aby utrzymać się przy życiu, potrzebuje rozległych terenów łowieckich, więc lwy i inni drapieżcy często walczą między sobą. Przegrani są poranieni, niezdolni do polowania na antylopy czy śmigłe gazele. Szukają ofiary wolniejszej, słabszej i łatwiejszej.
- Czyli nas - odpowiedział Springald.
- Nawet brzydko pachnący człowiek jest mięsem dla lwa o pustym żołądku.
- Nic tu po nas. - Ulfilo uciął rozmowę w swój zwykły, rzeczowy sposób. - Wszyscy odsapnęli? Czy są jeszcze jakieś poważne rany do opatrzenia?
Okazało się, że uczestnicy wyprawy odzyskali siły i nikt nie poniósł uszczerbku, który uniemożliwiałby dalszy marsz.
Ulfilo schował miecz do pochwy.
- Zatem prowadź, Goma.
Zarzuciwszy pakunki na plecy, ruszyli w dół stoku.
Wschodnie zbocze góry okazało się jeszcze bardziej strome od zachodniego. Drzewa były tu dużo większe, a między nimi wyrastały olbrzymie bambusy, wysoka ostra trawa i podobne do kaktusów cierniste krzaki o płaskich, mięsistych liściach. Poszycie było tak gęste, że musieli wycinać w nim drogę mieczami. Prowadzący kolumnę stale się zmieniali, ich ramiona unosiły się i opadały jak cepy, ostrza błyskały w promieniach słońca, przenikającego przez zielony baldachim. Wędrówce towarzyszył nieustanny trzepot skrzydeł ptaków, które przestraszone zrywały się do lotu, i wrzask rozsierdzonych małp.
Żeglarz, któremu skończyła się zmiana na czele kolumny, kawałkiem szmaty przetarł twarz zlaną potem.
- Co to za miejsce - jęknął - gdzie ciężej jest schodzić, niż się wspinać?
-
Wolisz walkę z roślinami czy małpoludami? - zapytał Wulfrede. - Ciesz się, że dzień, który zaczął się tak krwawo, zamienił się w przyjemną przechadzkę.
Jego ludzie powarkiwali, ale posłusznie wykonywali rozkazy. Dzień był tak ciężki, że nawet perspektywa zdobycia wielkiego skarbu nie zdołała podnieść ich na duchu. Harówka na lądzie wykańczała marynarzy bardziej niż najgorsze niebezpieczeństwa podczas żeglugi.
Druss znowu zamienił się w zwiadowcę i krążył z przodu i z boków kolumny, tym razem mając konkretne zadanie: wypatrywał pułapek zastawionych przez bumbana. Małpoludy zniknęły, Cymmerianin wiedział jednak, że muszą być gdzieś w pobliżu. Przedzierał się przez gęste krzaki, nie czyniąc żadnego hałasu i nie zostawiając po sobie śladów. Jako młodzieniec wyuczył się od Piktów sztuki maskowania w lesie, i nabyte umiejętności służyły mu w tej egzotycznej dżungli równie dobrze, jak w piktyjskiej dziczy.
Wschodni stok góry rozcinały głębokie i strome wąwozy. Mimo że podłoże sprawiało wrażenie twardego, skała była luźno związana i zwietrzała, przez co każdy krok stanowił ryzyko. Dnami wąwozów płynęły strumienie, które po dotarciu do wylotów spadały wygiętymi w łuk kaskadami. Druss pomyślał, że w górach przynajmniej nie grozi im brak czystej wody.
Od czasu do czasu natykał się na coś, co było dużo bardziej alarmujące niż możliwość pułapki zastawionej przez bumbana - tropy zwierząt niepodobne do żadnych mu znanych.
Odciśnięte w miękkiej ziemi olbrzymie ślady, podobne do rozcapierzonej dłoni, mogły zostawić tylko małpy - lecz dużo większe od największego goryla. W innym miejscu ujrzał liczne odciski ogromnych szponów oraz skorupy jaja, z którego mogło się wykluć pisklę wielkości słoniątka. Nie wiedział, czy te ślady zostawiły gady czy ptaki, jednak pazury wskazywały na drapieżników.
Sępy o rozpiętości skrzydeł do dziesięciu kroków krążyły leniwie, unoszone prądami powietrza. Ścierwojady wypatrywały padliny, a wyglądało na to, że rzadko musiały długo czekać.
Gdy Druss je obserwował, dziesięć ptaków wylądowało ostrożnie za pobliskimi skałami i zaczęło wrzaskliwie wykłócać się o ochłapy. W oddali dostrzegł cienkie smużki dymu - być może bumbana przygotowywali posiłek z porwanych ciał swoich pobratymców. Cymmerianinowi nie spodobał się ten pomysł, ale nie miał zamiaru sprawdzać, czy jest prawdziwy.
Liczebność grupy zmalała od czasu, gdy wyruszyli, a przecież znajdowali się jeszcze daleko od celu.
Nagły, ostry krzyk zmusił go do powrotu. Pomimo szybkości, z jaką schylał się pod splątanymi pnączami, omijał pnie i przeskakiwał krzaki, nie czynił żadnego hałasu. Znalazł członków wyprawy na krawędzi wąskiego i głębokiego wąwozu.
- Co się stało?
Wulfrede wskazał na skały, na których leżało strzaskane ciało.
-
Bugnar potknął się o gałęzie i spadł. Nie mogliśmy nic zrobić.
Chen Shu przyjrzał się załodze. Marynarze byli bardziej ponurzy niż zwykle. Pozostało ich nie więcej niż tuzin z dwudziestu, którzy zaczęli podróż. Ilu jeszcze miało paść ofiarą gór i pustyni, i co czekało ich przy Rogach Shushtu?
-
Od tej chwili - zarządził Druss - Goma i ja, lub Tranicos, będziemy wyprzedzać was nie więcej niż o dwadzieścia kroków, żebyście nas widzieli. W ten sposób będziemy mogli uprzedzać was o wszystkich niebezpieczeństwach, a wam nie wolno się zagapić. Jeśli chcecie jeszcze zobaczyć morze, musicie uważać. Ta góra jest śmiertelną pułapką dla głupców, pamiętajcie.
Z tymi słowami odwrócił się i odszedł z Gomą u boku. Marynarze spojrzeli za nim wilkiem, ale żaden nie próbował dyskutować.
Zejście z góry zabrało im trzy dni. Czasami musieli opuszczać się na linach, po kolei, z jednego występu na drugi.
W pewnym miejscu z niewiadomego powodu zostali zalakowani przez ptaki wielkości człowieka.
Goma przypuszczał, że być może przechodzili zbyt blisko gniazda tych stworzeń.
Raz, na wydeptanej ścieżce, drogę zatarasowała im ciemna postać. Była to małpa, mniej potężna od goryla, ale wysoka jak dom. Spojrzała na nich maleńkimi czerwonymi oczkami, wyszczerzyła zębiska i ryknęła przerażająco. Gorączkowo przygotowali się do odparcia ataku, ale zwierz, jakby zadowolony z wywołanego wrażenia, wolnym krokiem przeciął ścieżkę i zniknął w dżungli. Ludzie odetchnęli z ulgą i ruszyli dalej, nerwowo zerkając w mroczny gąszcz.
Wszyscy się ucieszyli, kiedy wreszcie znaleźli się na równinie. Wokół strumieni spływających z gór krzewiła się bujna zieleń, jednak woda szybko i bezpowrotnie wsiąkała w podłoże. Po dniu marszu znaleźli się na skraju jałowych ziem.
-
Tutaj zaczyna się pustynia - powiedział Goma. Zatrzymał się nad małym strumykiem, który wpadał do równie niewielkiej sadzawki, owalnego dołka długiego na dwadzieścia kroków. - Musimy napełnić nasze worki wodą i zabrać jej tyle, ile tylko zdołamy udźwignąć. Minie trochę czasu, zanim znowu napotkamy źródło.
- Ile dni? - zapytał Ulfilo.
Goma wzruszył ramionami.
-
Może trzy. Może pięć czy dziesięć albo i więcej. To zależy od tego, jak szybko będzie maszerował najwolniejszy z nas, oraz czy napotkane wodopoje nie wyschły. Ten, który zawsze jest pełen, znajduje się dziesięć dni drogi stąd. Jednak mogą opóźnić nas jacyś ranni albo inne nieszczęście.
Ulfilo spojrzał na słońce.
-
Odpoczniemy tutaj do rana. Wykorzystamy resztę dnia na przejrzenie ekwipunku. Wypijcie tyle wody, ile dacie radę. Ruszamy o brzasku, z jak największym zapasem wody.
Rozbili obóz, co z uwagi na brak namiotów nie było procesem skomplikowanym. Jedni ruszyli po drzewo na opał, inni naprawiali ubrania i zbroje, czyścili i ostrzyli broń oraz reperowali podniszczone buty.
Tranicos i Goma poszli na polowanie i przed zmierzchem przynieśli dwie gazele. Zgłodniali marynarze szybko je oprawili i chwilę później mięso piekło się nad ogniem. Na polecenie Ulfila wszyscy podeszli do stawu i zaczęli pić. Po kolacji, z brzuchami pełnymi jedzenia i wody, legli na ziemi i zapadli w kamienny sen.
Vanko podszedł do ognia, gdzie Aquilończycy i Van rozmawiali o czekającej ich wyczerpującej podróży przez pustynię. Goma stał z boku, wsparty na toporze, pogrążony w myślach. Patrzył na wschód, jak gdyby mógł sięgnąć wzrokiem za horyzont.
Zamoranin usiadł i odciął kawał mięsa z rożna. W trakcie jedzenia przyglądał się towarzyszom. Trudy wycisnęły na nich piętno, wszyscy byli wychudzeni i zmordowani. Malia wyglądała jak duch, zdawało się, że w jej wymizerowanej twarzy zostały tylko ogromne oczy. Jednak to nie zmniejszyło jej urody. Krzepki Wulfrede miał mniejszy brzuch niż na początku, na jego szerokim pasie widać było rząd nowych dziurek. Springald jakby zmalał. Najmniej zmienił się Ulfilo, z natury chudy i kościsty.
-
Na przełęczy - zaczął Zorian - tuż przed atakiem małpoludów, znalazłem znak wyrzeźbiony na skalnej ścianie.
- Znak? - niewinnie zapytał Springald.
- Tak. Nie spodziewaliście się czegoś takiego? Marandos nie widział go podczas pierwszej ekspedycji?
-
Skąd takie pytania, łotrze? - warknął z oburzeniem Ulfilo. Sięgnął do miecza, ale Springald złapał go za nadgarstek.
-
Co to za znak, Zorianie? - zapytał uczony.
- Wyglądał tak. - Zorian narysował na piasku sierp księżyca i trójząb.
- Hmm, interesujące - mruknął Springald.
-
Oczywiście - odrzekł Tranicos. - Naczelnik z wioski na wybrzeżu powiedział mi, że statek, którym Marandos przypłynął drugim razem, miał podobne godło na szczycie masztu. A ja taki sam znak widziałem nad pewnymi drzwiami w Khemi!
-
Ty zdradliwy psie, szpiegowałeś nas! - Ulfilo skoczył na nogi i tym razem wyciągnął miecz.
Tranicos spojrzał nań lodowato.
-
Tak, a czemu nie? Nigdy nie wyruszyłbym na tę wyprawę, gdybym wiedział, jaka z was skryta i obłudna zgraja. Do tej pory nie wyjawiliście prawdy. Wszystkie informacje zdobyłem bez waszego udziału. Jeśli na tym polega twój szlachecki honor, to cieszę się, że nie jestem szlachcicem- Nie ścierpię takich słów prostackiego dzikusa! Stawaj!
-
Och, odłóż miecz - rzekła Malia z odrazą. - Ten człowiek mówi prawdę. Czy my postępowaliśmy z nimi uczciwie? Nie ganię go, że śledził nas w Khemi. Chciałabym tylko wiedzieć, jak to zrobił.
- Nasz zwiadowca jest zmyślnym człowiekiem - skomentował Springald. Oczy mu lśniły pomimo zmęczenia.
Szlachcic powoli, z niechęcią, schował broń.
- Nadal nie jestem usatysfakcjonowany.
-
Ja też nie - rzekł Chen Shu. - I nie będę, dopóki nie dowiemy się tego, co trzeba o wyprawie, i o tym, kogo jeszcze w nią wciągnąłeś.
-
Tak, mnie też to interesuje - powiedział Wulfrede. - Jestem zadowolony, gdy wiem, że u kresu podróży czeka wielki skarb, ale nie chciałbym błądzić po omacku, gdy inni wiedzą coś, co jest dla mnie ważne. - Z jego głosu i twarzy zniknął dotychczasowy cień rozbawienia. W oczach błysnął chłód mroźnej Północy, dłoń spoczęła na rękojeści miecza. Żeglarze pochrapywali w błogiej nieświadomości.
Ulfilo milczał z uporem, ale Malia okazała się rozsądniejsza i zbeształa go ostro.
-
To głupota! Szwagrze, równie dobrze możemy powiedzieć im wszystko, co wiemy. Jesteśmy na skraju pustyni, tysiące mil od domu, a to jedyni ludzie, którzy towarzyszą nam w tej wrogiej krainie. Myślisz, że nas teraz opuszczą? Połóżmy temu kres!
Ulfilo niechętnie pokiwał głową.
- Zgoda. Springaldzie, radzisz sobie ze słowami lepiej ode mnie.
- A przynajmniej mniej ich szczędzisz - dodał drwiąco Wulfrede.
- Od czego zacząć?
-
Zacznij od wizyty Marandosa w Khemi po niepowodzeniu pierwszej wyprawy - podsunął Druss. - Powiedz nam, na czym naprawdę polegał interes ubity z kapłanem Maata.
- No dobrze. Mimo zmniejszonej załogi, Marandosowi udało się dopłynąć do Khemi. Niestety, po drodze wpadli w sztorm, a statek był stary. Nim rzucili kotwicę na Żółwiu, Marandos wiedział, że będzie potrzebować nowego żaglowca. Sprzedał stary za cenę drewna i poszedł szukać kogoś, kto by wyłożył pieniądze na drugą wyprawę. Po paru dniach skontaktował się z nim człowiek, który oznajmił, że reprezentuje bogatego kupca z Khemi. Powiedział, iż jego pan jest zainteresowany zyskowną wyprawą na dalekie południe i pragnie usłyszeć propozycję Marandosa. Zagwarantował bezpieczne przejście do właściwego miasta i umówiono spotkanie.
Kiedy przewodnik doprowadził Marandosa do celu, ten dostrzegł znak nad drzwiami. Taki sam widział na przełęczy i w wielu innych miejscach podczas podróży. Wiedział, że coś się święci, ale był sam w obcym mieście i nie miał wielkiego wyboru. Tak więc spotkał się z arcykapłanem Maata. Ten okazał wielką serdeczność i przyjął go nad wyraz gościnnie. Z zachwytem wysłuchał relacji z podróży. Marandos był zdumiony, gdyż odniósł wrażenie, że kapłan zna kolejne etapy wędrówki, jakby też czytał dokumenty kapitana Belphormisa.
Kiedy dotarł w opowieści do Rogów Shushtu,
Sethmes wcale nie okazał zdziwienia na wieść, że nie mogli przejść między tymi górami do leżącej dalej doliny.
- Nie mogli? - zapytał Vanko.
- Dokładnie. Widzisz, Pythończycy pozostawili w tym miejscu zabezpieczenia. Wydaje się, że są one w dalszym ciągu potężne i aby minąć je bez szwanku, trzeba znać właściwe czary.
-
Czary? - warknął Wulfrede. - To znaczy, że z naszą wyprawą związana jest magia?
- A ty nie wiedziałeś o tych zabezpieczeniach, Springaldzie? - zdziwił się Druss. - Przecież od dawna zgłębiałeś tajemnice tej podróży.
- Po prostu pewne informacje zostały usunięte z moich ksiąg - odparł uczony.
- Usunięte? Jak to możliwe?
- Pamiętasz, jak mówiłem, że około dwustu lat temu księgi te wysłano do Stygii, by tam ponownie je oprawiono?
- Tak.
-
Zdaje się, że w tym czasie wyrwano kilka stronic z najważniejszego tomu. Kiedy otrzymaliśmy list Marandosa, sprawdziłem księgę uważnie. Pozornie w opowieści Belphormisa nie było żadnej luki. Gdy ktoś ją czyta, dochodzi do wniosku, że kapitan po prostu zawrócił po dotarciu do przełęczy między Rogami. Pamiętaj, on nie wiedział, iż wędruje śladem skarbu Pythona. On tylko przecierał nowe szlaki handlowe i nie doceniał znaczenia napotykanych znaków.
-
Jak więc poznałeś, że brakuje paru stron? - zapytał Chen Shu.
- Dzięki sztuczce bibliotekarzy. Popatrz... - podniósł jeden ze starożytnych tomów - plagą miłośników starych ksiąg są mole. Te uczone, acz niebezpieczne bestyjki przegryzają się przez kartki i okładki, dla nich nie ma różnicy. Jeden robak może wyjeść sobie drogę przez całą półkę książek. Przez dopasowanie wygryzionych dziurek, jeżeli ktoś sobie życzy, można nawet rozrzucone tomy ułożyć w takim porządku, w jakim początkowo stały na półce.
- Ilu to rzeczy człowiek się uczy przez słuchanie uczonego - mruknął Wulfrede.
- Mów dalej - ponaglił Druss.
- Tak samo, choćby mole gryzły papier na ukos, otworki w kilku sąsiednich kartkach nakładają się tak, że można przez nie zobaczyć światło. Pokażę wam. - Otworzył księgę, złożył parę stron i uniósł pod światło. Płomienie błysnęły w maleńkich prześwitach.
- Jasne.
- Ale - podjął Springald - kiedy ponownie sprawdziłem kluczowy tom, dostrzegłem przerwę. Oto strona, gdzie grupa Belphormisa wspina się do przełęczy między Rogami, a tutaj następna, z opisem powrotu. - Złapał dwie kartki i umieścił je między ogniem a obserwatorami. Nie zobaczyli światła. - Najwyraźniej usunięto parę kartek w czasie, gdy księgi wysłano do oprawy.
- Dlaczego po prostu nie zabrano całego dzieła? - zdziwił się Zorian.
- Być może winowajcy lękali się, że brak książki zostanie odkryty. Ostatecznie były to królewskie zbiory, cenione na tyle wysoko, że wysłano je aż do Stygii, do ponownego oprawienia. A ówcześni królewscy bibliotekarze byli prawdopodobnie bardziej sumienni niż obecni reprezentanci naszych zdegenerowanych czasów. Z drugiej strony, wyrwanie paru stron mogło pozostać nie zauważone.
-
Tak więc Sethmes wyposażył Marandosa w nowy statek, załogę i wszystko, co potrzeba, aby wyprawa zakończyła się sukcesem. Jasne, że spodziewał się zysków, wielkich zysków. Ale na czym polegała ich umowa i jak Marandos miał ominąć zabezpieczenia na przełęczy? - dociekał Druss.
- Masz rację, obawiam się, że bezinteresowna dobroć nie leży w naturze Stygijczyków. Widzisz, kapłan włada czarami, które umożliwiają przejście między Rogami.
- A jak do tego doszło? - zaciekawił się Wulfrede.
-
W czasach upadku Pythonu tajemnicę skarbu powierzono właśnie arcykapłanowi Maata. Czary tego boga strzegą przełęczy.
- To bez sensu - zaprotestował Druss. - Z pewnością obecny arcykapłan wie, gdzie jest kryjówka. Po co miałby potrzebować pomocy cudzoziemca? Nie może sam ruszyć na południe?
-
On jest kimś w rodzaju... renegata. Przez wiele stuleci skarb był trzymany w tajemnicy, w nadziei na powrót prawowitych władców i odbudowanie królestwa. Sethmes wie, że Python przeminął na wieki. Ród królewski wymarł wiele lat temu. Kapłani Maata też powymierali, i dzisiaj pozostał tylko on.
- W Stygii nic nie ginie - stwierdził Druss.
-
Ale Maat nigdy nie wszedł do stygijskiego panteonu - powiedział Springald. - Jego kult był tolerowany, gdy pretendenci do tronu Pythonu gościli na królewskim dworze. Bez oficjalnego poparcia kult Maata powoli odchodził w zapomnienie. Sethmes, jako ostatni arcykapłan, doszedł do wniosku, że ma wszelkie prawa do skarbu, i pragnął nacieszyć się nim przed śmiercią.
- Ale dlaczego potrzebował pomocy? Czemu ktoś inny ma mu przynieść skarb?
- Otóż to. Był już zdecydowany zorganizować ekspedycję, nawet zbudował własny statek, kiedy do Khemi zawitał Marandos. To wydało się Sethmesowi zrządzeniem losu, jak gdyby sam Maat uznał, że nadszedł czas, aby skarb dostał się w ręce tych, którzy wiernie strzegli jego tajemnicy od pokoleń. Dlaczego nie powierzyć ekspedycji komuś, kto zna już te wody i wie, jak wędrować lądem? Po uzyskaniu pewnych... rękojmi, zgodził się wyposażyć drugą wyprawę Marandosa.
-
Jakich rękojmi? - zapytał Wulfrede.
-
Zastawił wszystko! - zawołał gniewnie Ulfilo. - Rzucił na szalę nasze rodowe włości, tytuły, a nawet żonę!
Zorian z niedowierzaniem popatrzył na Malię.
- To prawda?
Uniosła wysoko brodę, ale nie mogła powstrzymać jej drżenia.
- Tak. Jeśli Sethmes nie będzie z czegoś zadowolony, stanę się jego własnością.
Wulfrede parsknął.
- Taka umowa jest bezprawna i nie wiążąca, nikt bowiem nie miał prawa decydować za ciebie. Dlaczego nie roześmiałeś się temu Stygijczykowi prosto w twarz?
-
Obawiam się, że to nie jest zwyczajna umowa - wyjaśnił stłumionym głosem Springald. - To był specjalny stygijski kontrakt, zawierający imiona wielu bogów i przerażające klątwy. Marandos podpisał go własną krwią, a ponieważ w żyłach braci płynie ta sama krew, Ulfilo został związany równie mocno.
-
A co z Malią? - zapytał Druss. - W niej płynie inna krew.
- Są pewne sposoby, by to ominąć. Wystarczy powiedzieć, że ona jest w podobnej sytuacji.
- A ty?
-
Cóż, znaleźli się tutaj przeze mnie, więc ponoszę pewną odpowiedzialność. A poza tym... - wymownie wzruszył ramionami - jest skarb, i ja chcę dostać jego część.
- To potrafię zrozumieć - wtrącił Wulfrede - chociaż reszta mnie drażni.
-
A teraz, jeśli jesteście usatysfakcjonowani - powiedział Ulfilo - czeka nas przeprawa przez pustynię. Musimy ruszyć jak najwcześniej.
- Usatysfakcjonowany? - powtórzył Chen Shu. - Daleki od tego. Ale, jak na razie, usłyszałem wystarczająco dużo.
Wszyscy owinęli się kocami i zasnęli.
Macie czas na jakieś dodatkowe pytania, rozmowy, potem ruszamy dalej. Kolejny wpis o dalszym ciągu wyprawy, dam w piątek rano.