Koronopan, chata Schillera
Markus leżał na porządnie oheblowanym podwójnym łóżku, chociaż od zawsze mieszkał sam. Kilka kobiet w osadzie próbowało się na niego zasadzić, lecz siwowłosy naczelnik skrzętnie wymykał się z zarzucanych na siebie sideł, z sobie tylko znanych powodów preferując życie samotnika. Pochylony nad posłaniem Yuran wbił spojrzenie w szkliste oczy Schillera, oszacował w myślach głęboką bladość skóry na twarzy mężczyzny. Koronapańscy znachorzy nie bez powodu uchodzili za wytrawnych uzdrowicieli, ale ich talenty również miały swe granice.
Poharatane trzewia należały do zupełnie innej kategorii problemów, nie można ich było porównywać z zepsutymi zębami, złamanymi palcami czy skrętem kiszek. W przeszłości zdarzały się w osadzie tragiczne wypadki, przeważnie w trakcie żniw, i śmierć nie była dla mieszkańców Koronapanu niczym nadzwyczajnym, toteż nikt nie zamierzał znachorów o cokolwiek obwiniać.
Polanin odczekał chwilę łudząc się nadzieją na jakąkolwiek reakcję Markusa, ten jednak nie odpowiedział na propozycje myśliwego - zamiast tego westchnął chrapliwie i przymknął oczy. Yuran przyjął to za dowód skrajnego stanu zdrowia mężczyzny, co samo w sobie nie napawało Polanina optymizmem. Markus Schiller przez długi czas trzymał osadę w ryzach i jego śmierć musiała zatrząsnąć posadami Koronapanu.
Anton i reszta ziomków wciąż nie nadchodziła, więc po głębszym namyśle Yuran postanowił wykorzystać dogodną chwilę do przyjrzenia się reszcie domostwa. Wcześniej bywał okazyjnie u Markusa, ale przesiadywał zawsze w gościnnej izbie. Naczelnik skrzętnie strzegł swego prywatnego świata, nigdy nie oprowadzał gości po innych pomieszczeniach. Ledwie kilka godzin wcześniej obaj bracia zyskali niecodzienną sposobność do tego, by wejść do chaty tylnym wejściem, ale nie mieli wcale czasu na zajrzenie do rozlicznych regałów i szafek, bo chwilę później w domostwie pojawił się sam gospodarz wiodący za sobą Nikodemusa, Oksanę i Piotra.
Wycofawszy się dyskretnie z niewielkiej sypialni Markusa Yuran zerknął przez próg izby gościnnej, po czym skierował się ku pełnemu oczywistych tajemnic drugiemu pomieszczeniu na zapleczu. Odkrył tam ściany obwieszone licznymi półkami z drewna i metalu, zamykane na kłódki szafki i komody. Już pobieżny rzut okiem na odsłonięte meble wywołał w młodzieńcu leciutki dreszcz ekscytacji, bo ustawione na półkach przedmioty sprawiały wrażenie niezwykle egzotycznych i skomplikowanych technicznie.
Były tam chronoskopy o miniaturowych strzałkach, które podobno bardzo precyzyjnie odmierzały czas, były jakieś metalowe pudła zaopatrzone w mnóstwo przycisków i pokręteł. Zaskakujące swą czystością i gładkością metalu narzędzia wisiały na uchwytach wkręconych w drewnianą tablicę, tworząc kolekcję mogącą przyprawić Bayera Werka o napad dzikiej zazdrości. Yuran zważył w rękach prostokątne coś z czarnego plastiku, co zaopatrzone było nie tylko w czarną taflę szkła, ale i mnóstwo malutkich kwadratowych przycisków, na których można było dojrzeć resztki startych przez lata użytkowania białych znaczków. Młody myśliwy zachodził przez chwilę w głowę, do czego mógł kiedyś służyć ten ewidentnie antyczny obiekt, nie zdołał jednak znaleźć dla swych pytań odpowiedzi. Nieco rozczarowany brakiem wiedzy na temat niezwykłych eksponatów odłożył przedmiot z powrotem na biurko i otworzył jedną z najbliższych szafek.
Górne półki zapchane były po brzegi niemiłosiernie podniszczonymi książkami. Yuran nie potrafił czytać, chociaż kilka razy próbował się zmusić do nauki tej monotonnej i denerwującej sztuki. Mrowie małych znaczków, przerażająco do siebie podobnych, nieuchronnie budziło u młodzieńca ból głowy, skutecznie zniechęcający do dalszych prób. Jeśli Markus potrafił czytać na tyle biegle, by znać zawartość całego swego księgozbioru, zyskiwał w oczach Yurana dziesięciokrotnie, musiał być bowiem nie lada mędrcem.
Oderwawszy wzrok od książek myśliwy pochylił się nad jakimiś kartonowymi pudłami. Jakiś ledwie słyszalny odgłos za jego plecami sprawił, że Polanin zesztywniał na ułamek chwili, a potem zawirował w miejscu oglądając się w stronę progu pomieszczenia.
Sekundę później bezwiednie stęknął, w ostatniej chwili dusząc w ustach okrzyk skrajnego zdumienia i niedowierzania.
- Szukasz czegoś? - wychrypiał ściskający kurczowo palcami futrynę Markus. Blady jak śnieg mężczyzna stał w progu izby świdrując Yurana półprzytomnym wzrokiem, dysząc płytko i oblewając się lodowatym potem.
W jaki sposób w ogóle zdołał podnieść się z łóżka i jakim cudem podszedł myśliwego, tego Yuran nie wiedział i gotów był pójść w zakład, że maczały w tym palce jakieś nadprzyrodzone siły.
Nie wiem, co tam przyszło Markusowi do głowy, ale może okazać się nieco niezadowolony z inicjatywy gościa. Tak czy owak, Yuran powinien czuć się zszokowany widokiem stojącego na własnych nogach Schillera, bo teoretycznie powinien on stać jedną nogą w grobie, a nie snuć się po domostwie! Zresztą wcale nie jest powiedziane, że zaraz nie zejdzie z tego padołu łez na rękach myśliwego... a potem do środka wejdzie Anton i pomyśli, że Yuran Markusa litościwie dobił...