Strona 19 z 24

: 19 czerwca 2018, 17:23
autor: Keth
Knajpa wuja, drugi dzień

Osa przyjrzała się bacznie bijącym z kominów elektrowni kłębom dymu i pary, próbując określić z grubsza ich kolor. Władze Cedar Creek wielokrotnie podkreślały, że przemysłowe wyziewy wiszące czasami przez wiele godzin nad miastem nie stanowiły żadnego zagrożenia dla mieszkańców dzięki doskonałej jakości filtrom kominowym, ale tropicielka wolała dmuchać na zimne. Nie raz i nie dwa słyszała o zgonach tych nieszczęśników, którzy zbyt długo wdychali emitowane przez instalację opary, a wieść niosła, że najgorzej było wówczas, gdy z kominów buchały żółtawe chmury.

Te kłęby miały kolor kremowy, toteż nieco uspokojona dziewczyna zawróciła w miejscu i niemal wpadła na obserwującego kompleks Chucka.

- Kopci tak, że podobno czasami wiatr dowiewa ten syf nad Salt Lake City - skomentował traper - Gadałem niedawno z jednym takim, co się podobno zna na rzeczy, Karragan miał na imię. Gość z Uniwersytetu Idaho. Twierdzi, że coś jest nie tak z tą naszą elektrownią.

- Doprawdy? - Osa uprzejmie udała zainteresowanie tematem, przepychając się obok myśliwego z powrotem na zaplecze knajpy - A niby co?

- Gadał, że za dużo zużywa paliwa - wzruszył ramionami idący za nią mężczyzna - Że bardzo dużo spalamy materiału, a energii z tego mało. Bo ile my mamy tego prądu w mieście? Te parę latarni, reflektory na murze i elektryczność w domach reprezentantów. Ten Karragan mówił, że jak się przeliczy, ile ciężarówek z paliwem przejeżdża przez zakład, to całe Cedar Creek powinno się nocami świecić jak Strip w Vegas. A u nas żadnego efektu nie widać i że to dziwne.

- Po mojemu ten cały twój Karragan to jakiś wykształciuch, co się na niczym nie zna i tylko plecie trzy po trzy, żeby udawać szkolonego technika - prychnęła tropicielka wpychając martwe owady do skrzynki w podłodze za kontuarem - Wiesz, ilu specjalistów pracuje w elektrowni? Ile kosztuje ich utrzymanie? Radio Nadzieja ciągle trąbi, że to najnowocześniejszy obiekt w całym Idaho. A ten twój znajomek nie chciał się tam zatrudnić, żeby pokazać, co potrafi?

- Chciał, a jakże - kiwnął głową Chuck - I nie znajomek, przybłęda to był, co z nim raz gadałem. Poszedł do elektrowni powiedzieć, że mają problem z... jak on to powiedział? Z nieefektywną produkcją i że może pomóc coś z tym zrobić, ale nie zdążył. Następnego dnia go ciężarówka przejechała na śmierć tuż pod bramą zakładu jak czekał na spotkanie z kimś z dyrekcji.

- Morał z tego taki, że nie należy się pchać tam, gdzie się człowiek nie zna na rzeczy - skwitowała opowieść myśliwego Osa - Pogadałabym dłużej, ale mam kupę roboty, Chuck. Serdeczne dzięki za towar, wuj się na pewno ucieszy.
Tak sobie myślę, że dla Osy możemy już zamknąć drugi dzień czasu gry. Będzie obsługowała lokal, dopóki nie zjawi się w nim dźwigający wielki szklany słój Slammer, a potem pójdzie do siebie na górę. Jakieś specjalne deklaracje? (bo jeśli nie, to do łóżka i czekamy na przeskok akcji do poranka trzeciego dnia).

: 19 czerwca 2018, 17:30
autor: Kargan
Dobra u Osy koniec akcji do rana :)

: 19 czerwca 2018, 17:48
autor: Keth
Kryjówka Jacka Rippera, drugi dzień

Ciemność zaczęła litościwie rzednąć, do uszu Gury i jego wciśniętych w metal łóżka braci dobiegły dźwięki ściszonej konwersacji. Mutant poruszył się niemrawo, potem otworzył z niejakim trudem oczy i zamrugał nimi niepewnie, porażony blaskiem elektrycznych lamp. Przerażony myślą, że może od tego światła oślepnąć, cargo poleżał chwilę w bezruchu nie ważąc się nawet oddychać, potem zaś uchylił delikatnie powieki. Tym razem zdołał dostrzec dość szczegółów otoczenia, by uświadomić sobie, że nadal leży na zabiegowym łóżku szalonego Rippera, podstępnego dźgacza strzykawkami i miłośnika pakowanych do słojów mutantów. Przebierające nerwowo paluchy Gury nie natrafiły na colta, co jeszcze pogłębiło trwogę olbrzyma.

Przekręcając głowę tak wolno jak tylko się dało, cargo zerknął w kąt gabinetu. Wuj Slammer i Jack Ripper tkwili pochyleni nad jakimś urządzeniem z mnóstwem szklanych zegarów i miniaturowych światełek na obudowie.

- Nie potrafię tego rozgryźć, ale przysięgam, że to jakaś ściśle tajna tajemnica - mówił brodaty psychopata - Sprawdziłem korelację między rozkładem pociągów pancernych w Green River i rozbłyskami na orbitalach i dane tworzą układ synchroniczny. Coś musi w tym być, mówię ci. Władze cały czas knują, robią z nas wariatów, marionetki w walce z czerwonymi. A te dziwne transmisje radiowe? Próbowałem zlokalizować nadajnik i myślę, że jest tutaj w mieście.

- A co w tym dziwnego? - wzruszył ramionami kulawiec - Izba Reprezentantów pozostaje w kontakcie radiowym z ruchem oporu i placówkami Alternatywy dla Ameryki. A federalni? Przecież oni też mają własne systemy łączności.

- Slam, coś mi tutaj śmierdzi. Nie widzę jeszcze całego obrazu, ale mam coraz więcej elementów układanki. To jest jakiś spisek na kontynentalną skalę. Nie wiem, może siedzą w tym Chińczycy? Wiesz, że w San Francisco skoczyły ceny ryżu? Kto może tym sterować jak nie Chińczycy? Czerwona zaraza wszędzie ma wtyki... ej, duży! Nie wstawaj, bo ci się zakręci w głowie! Slam, twój chłoptaś się obudził!
Gura szczęśliwie się przebudził, porządnie opatrzony i pozszywany. Surielu, przywróć sobie całkowicie żywotność, chociaż od czasu do czasu mógłbyś wpleść w scenki fabularne jakiś ból promieniujący od połamanych żeber. Jeśli nie masz specjalnych życzeń, możemy przenieść akcję z powrotem do knajpy i nocnego spoczynku, by przenieść wątek Gury do trzeciego dnia gry.

: 19 czerwca 2018, 21:02
autor: koszal
Zombie klony z marsa! Konkurencja, a może specjalne sowieckie oddziały macające- toksyk nie miał bladego pojęcia, co się dzieje przekonany nie po raz pierwszy już w tym tygodniu, że oto nastał kres jego egzystencjalnej udręki. Za chwilę umrze śmiercią godną prowadzonego żywota. Umrze tak, jak żył. Oddany pasji. Początkowo protestował w odruchu szarpiąc się i próbując uwolnić, by odnaleźć upuszczony przedmiot. Jakiś wewnętrzny instynkt podpowiadał mu, że powinien przestąpić bramy zaświatów jak na prawdziwego kanalarza przystało. Z wiaderkiem w ręku. Trzymany przez wiele rąk pod wodą szybko poddał się ich woli zastanawiając się jak długo jeszcze będą go topić po czym przypomniał sobie, że coś podobnego już przeżywał.. wciągany coraz niżej pod wodę, przydeptany kończynami siegnął ku wspomnieniom minionych dni... do dzieciństwa, kiedy chował się w kompoście przed rówieśnikami, do ...właściwie jak się zastanawiał, to całe życie spędził nad, lub pod powierzchnią gówna. Właściwie nadal kurczowo trzymał się życia i wytrzymywał pod jego powierzchnią oddany wszystkim tym dziwnym refleksjom.

Korzystam z daru apokalipsy:
Na bezdechu (czyli nurkowanie w gównie); to niesamowite; Naprawdę nie wiem, jak ty to robisz. Potrafisz wstrzymać oddech na kwadrans! To jeszcze nie rekord świata, ale wystarczy do przetrwania w ciężkich chwilach pod wodą lub przebywania w trujących oparach. Co więcej, w trakcie możesz normalnie funkcjonować!
Staram się udawać trupa, co jest wyuczoną metodą walki Śmierdziela (widział to kiedyś na obrazku w jakiejś francuskiej książce dla oddziałów piechoty). Do tego testu wyżyn aktorskich dodam ile się da wyczerpania.

: 20 czerwca 2018, 17:28
autor: Keth
Cysterna Ducha, drugi dzień

Wyprowadzony uprzejmie, aczkolwiek stanowczo za próg warsztatu, chrześcijański szaman zachowywał się przez chwilę tak jakby zamierzał się rzucić Duchowi z wdzięczności na szyję. Ku ogromnej uldze Indianina poprzestał jednak na wylewnym uścisku dłoni i znakach będących najpewniej słanym na rozmówcę błogosławieństwem.

Nie chcący mieć nic wspólnego z kiepskim w wojowaniu bogiem białych ludzi albinos z kamienną miną poczekał, aż pastor Goodwill zniknie w jednej z wiodących do centrum miasta ulic, odnotowując w pamięci obecność kilku czekających na gościa żołnierzy Kościoła Moona, palących papierosy w cieniu stojącej po sąsiedzku blaszanej budy.

Zamknąwszy się czym prędzej w błogo opustoszałej cysternie, Indianin nasmarował piekące od skwaru ciało cienką warstwą pasty nawilżającej, a potem położył się wprost na przyjemnie chłodnej podłodze zapadając w płytką drzemkę, której szczęśliwie nic do wieczora nie przerwało.
Akceptuję wszystkie zaproponowane przez Nanatara wieczorne aktywności z wyjątkiem wizyty u Slammera, chciałbym bowiem rozpatrzyć fabularnie scenkę polowania na węża. Potem się zobaczy, kto w tym polowaniu zwyciężył i napiszę, czy do Slammera zawędrował szaman czy też zwycięski w starciu grzechotnik.

: 20 czerwca 2018, 22:50
autor: Nanatar
Cysterna Ducha, drugi dzień

Było znacznie później niż chciałby albinos, kiedy wybudziło go głuche dudnienie w odkręcane wieko cysterny.

- Jesteś tam?! napisane od zmierzchu do świtu.

Indianin poderwał się ze snu w mgnieniu oka, czuł się już znacznie lepiej, musiało być późno. Sięgnął po pistolet, ale tylko się do niego uśmiechnął. Zarzucił kurtkę, schował w rękawie nóż. Przypominając sobie wizytę pastora, postanowił zażartować.

- Modlę się, zaraz wyjdę! -krzyknął

- Pochwalony - ciągnął dalej.
Wyszedł, klientem był dobrze zbudowany kowboj z pickupem. Musiał robić jakąś lewiznę skoro przyjechał do niego i to o tej prze, ale z takich klientów żył Duch. Ostrożnie wybadał obcego i dogadał się na naprawę i cenę. Gość miał swoje części, mechanik sprężył się więc z naprawą zawieszenia, dostał talon unii, butelkę wody i pięć części zamiennych. Opłacało się. Duch nie lubił tych chwil, gdy leżał pod pojazdem, a klient stał nad nim. Przydałaby się deska na kółkach, żeby na wypadek szybko wyjechać. Więcej klientów nie było, postanowił więc pójść na węże.

Proste polowanie, tylko jeden wąż, ale żywy. Zabrał worek, specjalne rozdwojone na końcach patyki, płachtę, dwa dziryty, dwa noże. Wcisnął wojskowe buty i skórzane ubranie, poczuł niemiłe pieczenie między pośladkami. Zdjął spodnie, wysmarował się kremem, czując ulgę, na wtóry się ubrał. Zabrał też komplet kości, których używał do blokowania szczę węży, małą buteleczkę po lekarstwach wypełniona benzyną, chrust do palenia, rękawiczki, pojemnik na jad.


Indianin wiedział, że węże będą dziś bardziej ostrożne, ale nie miał czasu szukać innego leża. Starannie wybrał miejsce z którego miał obserwować gady, tak by nie zaatakowały go z innej dziury. Kiedy upewnił się że są w leżu i śpią, oddał mocz z przeciwnej strony leża niż jego kryjówka. Następnie rozpalił chrust i bardzo wolnym krokiem odszedł w miejsce, które wybrał na kryjówkę.

Uwielbiał tę porę, kiedy jego wzrok był jak u dzikiego kota. Zamarł w pół uklęku w prawej ręce dzierżąc rozdwojony patyk, w lewej zaś płachtę. Gady zaczęły wychodzić.
Ducha interesuję tylko jeden, najlepiej oddzielić go od pozostałych, jeśli wyjdzie więcej. Może w tym pomóc płachta rzucona na inne gady. Albinos będzie łapał gada tylko jeżeli, będzie bezpieczny od innych. Przygwoździć i bardzo ostrożnie i powoli, na bok i pobranie jadu na miejscu. To będzie ostatnia ofiara tego gniazda, jeśli wąż będzie grzeczny. Na ewentualne zbieranie jadu znajdzie takie miejsce, żeby nikt nie przeszkadzał, to jest newralgiczny moment.
MG:
Spoiler!
Gotowy na nietypowe akcje z wydatkiem wytrzymałości, chętnie opisem.

: 21 czerwca 2018, 16:53
autor: Keth
Posterunek strażniczy Ligi, drugi dzień

Ściskające kurczowo jego ciało dłonie zniknęły po pięciu minutach, jakby zadowalając się zatopieniem nieruchomego Śmierdziela pod powierzchnią płynnego gówna. Mężczyzna wyczuwał jeszcze przez chwilę aktywność w swoim pobliżu, poruszające się pod naporem żywychy ciał ścieki, wirujące w gęstej toni ekskrementy. Śmiertelnie przerażony tak bliskim spotkaniem z marsjańskimi zombie, toksyk z całych sił udawał utopca, a po upływie dalszych pięciu minut zaczął się bardzo ostrożnie poruszać zmierzając ku powierzchni kanału.

Wystawił nad nią tylko głowę, do wysokości nosa. Przyciśnięty plecami do kruszejącej kamiennej ściany, przez dłuższą chwilę rozpaczliwie mrugał próbując pozbyć się w ten sposób zalegających w oczach drobin fekaliów. Powoli odzyskał zdolność jako takiego widzenia w podziemiach, co w praktyce ograniczało się do dostrzeżenia w oddali rozmazanej plamy światła bijącego od otworu podłogowej klapy.

- Musiał wlecieć do tego syfu, kurwa mać! Mówię wam, już po nim. Zamykamy?

- Powoli, to trzeba zgłosić. Może trzeciej kategorii, ale to ciągle jeszcze nasz obywatel. Ktoś może go szukać. Jak zamkniemy, będą kłopoty.

Śmierdziel przysłuchiwał się jednym uchem rozmowie żołdaków Ligi, drugim zaś łowił ledwie słyszalne odgłosy poruszeń w swym pobliżu: jakieś cichutkie pluski, płytkie oddechy, stłumiony szloch. Kimkolwiek byli jego oprawcy, czaili się w płynnym gównie poza zasięgiem światła rzucanego przez latarki zaglądających do środka wojskowych.

- Dobra, robimy tak. Derek zostaje tutaj i nawołuje tego frajera, tak na wszelki wypadek. A my do miasta do biura szeryfa, zgłosimy zaginięcie. Wypełnimy papiery, a jak ktoś z biura będzie chciał tu przyjść, niech sam zagląda do środka.

Przy sufitowym włazie zrobiło się natychmiast luźniej. Noszący imię Derek żołdak zaglądał do środka podziemi przez krótką chwilę, a potem sam gdzieś zniknął, najpewniej uciekając od nieznośnego smrodu na świeże powietrze ulicy.

Zaraz potem do uszu Śmierdziela dotarły pierwsze szepty, wibrujące ogromnym ładunkiem zgrozy, desperacji i rozpaczy.

- Mamy mało czasu, teraz albo nigdy. Jeśli nas znajdą, wszystko przepadnie. Nie będzie litości.

- Bill, ta krata za mocno siedzi w zaprawie, nie wyrwiemy jej. Wszyscy tu zginiemy.

- Zamknij się. Nie dam się wykończyć jak tamci z dziesiątki. Dwoje pilnuje dzieci, reszta do mnie, będziemy ciągnąć wspólnie. Szybko, nie ma czasu.
W smolistych ciemnościach kanału ewidentnie coś się dzieje, całkiem niedaleko udawającego trupa Śmierdziela!

: 21 czerwca 2018, 17:16
autor: Keth
Okolice Rozpadliny Bragga drugi dzień

Niezmiernie uradowany wynikami polowania, albinos przemierzał bezszelestnym krokiem ciemność rozgwieżdżonej nocy na wschód od Cedar Creek. Porośnięte suchą trawą i kolczastymi krzakami wzniesienia przesłaniały mu widok panoramy odległego miasta, migoczącej na horyzoncie białymi i czerwonymi lampami fabrycznych kominów oraz zamontowanych na murach przeciwlotniczych reflektorów. Duch niespecjalnie się tym przejmował, orientując się w pofałdowanym terenie bez konieczności zerkania na światła miasta.

Jego myśli skakały ustawicznie od wciśniętego w worek węża po postać gadatliwego pastora i z powrotem. Perspektywa rychłego spotkania z kłopotliwym gościem psuła nieco radość Ducha z pomyślnych łowów, ale zaradny Indianin poczynił pewne kroki w kierunku ubezpieczenia na życie. Uwięziony w worku gad był żywy i w razie pożałowania godnej potrzeby mógł posłużyć do zainscenizowania tragicznego wypadku z pastorem i wężem w rolach głównych.

Widok majaczącego w ciemnościach znajomego obrysu skał zwrócił uwagę Ducha na niepożądaną bliskość Rozpadliny Bragga. Położone kawał drogi od Cedar Creek skupisko nachodzących na siebie kamiennych bloków uchodziło za wyjątkowo niebezpieczny obszar, chociaż władze miasta nigdy nie sprecyzowały, dlaczego mieszkańcom nie wolno tam było się zapuszczać. Opowieści z drugiej ręki, najczęściej poprzekręcane i fantastyczne w domysłach, sugerowały skażenie Rozpadliny niezwykle wysoką dawką promieniowania radioaktywnego. Głupców oczywiście nie brakowało i kilku łowców fenomenów uległo pokusie spenetrowania tego miejsca - jak łatwo można się było domyślić, nikt z nich nie wrócił do miasta. To oraz ponawiane przez radio ostrzeżenia władz wystarczyły, by z biegiem czasu ludzie zaczęli omijać Rozpadlinę Bragga szerokim łukiem.

Duch był z tego powodu ogromnie zadowolony, chociaż nikomu nie podzielił się swoim odkryciem. Na obszarach unikanych przez ludzi często rozkwitało zwierzęce życie, co miało miejsce również w pobliżu okolic Rozpadliny Bragga. Żyły tam nie tylko węże, ale również jaszczurki i duże owady. Indianin polował na obrzeżach zakazanego terytorium biorąc za dobrą monetę rady białych ludzi, ale coraz bardziej utrwalał się w przeświadczeniu, że ich obawy musiały być wyolbrzymione.

Tej nocy utrwalił go w takim przeświadczeniu widok przemykającej w księżycowej poświacie pary młodych szakali, która wychynęła z cienia zalegającego u podstawy skalistego masywu i potruchtała na południe w poszukiwaniu łupu.
Taka ciekawostka opisująca okolice Cedar Creek.

: 21 czerwca 2018, 21:49
autor: koszal
Przyczajony mutant lustrował kanałową czeluść skupiając uwagę na swych oprawcach. W pierwszym odruchu planował rzucić się w stronę wyjścia, by następnie przekonać wszystkich napotkanych na posterunku funkcjonariuszy, że budynek stał się obiektem sowieckiego sabotażu. Był zdeterminowany i gotowy sprowadzić posiłki, ale... oznaczało to nici z zapłaty, a toksyka niewiele obchodziły pochwały, czy medale, bo jedno i drugie słabo fermentowało. Pomyślał więc o powrocie na swój azyl, wydobyciu przenośnego grila bojowego i usmażeniu zuchwalców, którzy bez pytania rozpanoszyli się w jego domenie. Odebrałby zapłatę. Wpadłoby trochę żarcia. Właściwie rzecz ujmując oznaczało to same profity.
Lecz w tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy, które niejako ujęły mutanta za jego zielonobrunatne, napromieniowane serce. Mieszkańcy podposterunku (jak naprędce nazwał w myślach to miejsce) mówili po ludzku. Nie w jakimś tam niezrozumiałym kosmicznym, czy komunistycznym bjełkocie*. Jednocześnie ton ich głosu przepełniał strach i rozpacz. Zaś pisuar goryczy przelała wzmianka o dzieciach. Niespodziewanie wszystkie te czynniki sprawiły, że Śmierdziel poczuł specyficzną więź z owymi pokrzywdzonymi przez los biedakami, którzy najwyraźniej mieli jeszcze gorzej od niego. W końcu jemu bądź co bądź udało się w życiu paradować przez takie Cedar Creek z własną eskortą, a ci tutaj..., na co mogli liczyć owi nieszczęśnicy? Nabrał powietrza i nurkując rozpoczął poszukiwania zatopionego gdzieś wiaderka, lecz na ten moment nie potrafił go odnaleźć, Tymczasem czas naglił, a on nie chciał płoszyć wrogów-przyjaciół. Wynurzył się i ponownie nabrał powietrza po czym popłynął w kierunku bladego światła otwartej studzienki. Tamże jął hałasować klaszcząc w dłonie, by zwrócić na siebie uwagę mieszkańców podposterunku, ignorując zarazem wywołane wśród funkcjonariuszy powyżej zamieszanie. Stanął tak, by nikt z góry nie dostrzegł tego, co chciał przekazać. Trudno powiedzieć, czy podążyli w jego stronę, choć z pewnością czyniony rozgardiasz musiał zwrócić ich uwagę. Być może nikt nie poszedł za nim, jednakże kiedy jakiś subtelny instynkt, a może zwykła wyobraźnia tchórza przekonały go, że znalazł się w zasięgu wzroku tajemniczej grupy wyciągnął przed siebie dłoń, oblizał do czysta palec wskazujący, a następnie wyskrobał na utytłanej esktrementami koszulce słowa: BEDE CICHO. Po czym odczekał chwilę, zamazał treść i ponownie wyskrobał: POMOGE. Kilka sekund później rozpoczął wspinaczkę drabinką szczerząc zęby do gapiącej się nań z góry pełnej ulgi twarzy mundurowego.


*zamierzony błąd
MG, biegnę pędem do Slammera, zwędzę mu trochę jedzenia. Mundurowym nic nie powiem, a jakby pytali to jakoś im wytłumaczę na migi, że biegnę po sprzęt. Wezmę ze sobą jakiegoś mopa dla zmyłki (może być ten z rysunkeim Osy).

: 21 czerwca 2018, 22:39
autor: Suriel
Knajpa Slammera, drugi dzień

Gura czuł się źle. W myślach żałował, że jednak nie przywalił pomiędzy oczy temu konowałowi. Obiecał sobie, że następnym razem tak zrobi na pewno. Tak kontrolnie, w czoło, żeby wiedział że z Gurą nie ma żartów. Zwłaszcza jak coś sknoci. Gurę bolało. Bolało tak bardzo, że siedział w kanapie pochmurny lejąc sobie browara do brudnej szklanki. Kątem oka obserwował pomagającą wujowi za kontuarem krowę.
Znaczy Osę.
Znowu te zwidy. Nie mógł się ich pozbyć od wyjścia od Jacka. Od czasu kiedy wkręcił mu tą potajemną krowią inwigilację. Całość doprawił jeszcze biednemu cargo traumą medyczną i to było już aż nadto jak na ten dzień by mało skomplikowana psychika zaczęła trzeszczeć od natłoku myśli. Czy to sen jaki miał pod znieczuleniem, o śpiewających po rosyjsku "Katjuszę" krowach to sprawił? Jedna miała nawet harmoszkę.

Siedząc Gura analizował jeszcze przez chwile szczegóły krowiego pojedynku. Od początku to bydle wydało mu się podejrzane. Jakby było z obcej planety. Wyglądało jak eksperyment rodem z laboratorium obcych. Ale po namyśle uznał, że jednak bardziej od ruskich. Zastanawiał się czy aby na pewno widział na krowim wymieniu tatuaż z sierpem i młotem oraz numer seryjny produkcji. Teraz sam już nie był tego taki pewien, jednak i tak należało uważać. Dlatego od wyjścia od Jacka szedł za spokojnie idącym ulicą wujem klucząc i skradając się na przemian. Co chwilę zatrzymywał się jak przestraszona surykatka rozglądając za łaciatym assasynem dybiącym na jego zdrowie. Trwało tak do połajanki jaka skręcił mu wuj kiedy się połapał co się za jego plecami wrabia.

Gura dźwignął się od stołu i wyzerował browar. Rana bolała. Obiecał sobie, że jak do rana się nie poprawi, zapakuje to paskudztwo co dał mu jego nowy kolega Grzmot.

- Pora na mnie. Idem siem kimne. Jakby któryś fikał to tylko daj znać... - rzucił do Osy patrząc na jej tyłek - To wrócę i sklepie po zadzie. Znaczy po mordzie.

: 22 czerwca 2018, 18:29
autor: Keth
Posterunek strażniczy Ligi, drugi dzień

Szaleńczo gestykulujący rękami toksyk został wyciągnięty na górę na linie rzuconej mu przez zdumienego widokiem Śmierdziela Derka. Dusząc w sobie przemożną ochotę do wyściskania wartownika i nie tracąc czasu na składanie jakichkolwiek wyjaśnień, drżący z wrażenia mutant wysadził za próg posterunku i popędził na złamanie karku do knajpy Slammera.

Niewiele potem pamiętał z tego spektakularnego wyczynu, chociaż miał w głowie strzępki wspomnień pełnych skoków, uników, wrzasków odrazy, latających w powietrzu przedmiotów, płaczu przerażonych dzieci, szczekania uciekających psów, odgłosów repetowanej broni. Nie bacząc na nic, prąc przed siebie niczym przemierzający Morze Barentsa lodołamacz, zlany potem toksyk dotarł w końcu pod upragniony adres.

Wuja Osy w lokalu nie było, nie było też Gury. W zamian Śmierdziel znalazł pełną skrawków usmażonej wołowiny patelnię, odłożoną przez dziewczynę na kontuar. Nie zwracając uwagi na zestresowanych jego widokiem klientów, mutant wsypał zawartość patelni do znalezionej pod kontuarem torby i uzupełniwszy ów pachnący zapas kromkami twardego żytniego chleba natychmiast zawrócił na obrzeża miasta.

Cały spektakl znów się powtórzył: krzyki dorosłych, płacz dzieci, szczekanie psów, klakson samochodu, którym ktoś bezskutecznie próbował Śmierdziela dogonić. Objuczony torbą z jedzeniem oraz kilkoma złapamymi po drodze tyczkami, mutant wydusił z siebie ostatnie krople potu, by jak najszybciej dotrzeć do tajemniczej społeczności nurkujących w gównie nieznajomych.

Zatrzymał się dopiero na widok wymierzonej w siebie lufy Garanda Rufusa, stojącego w rozkroku ze zdumioną miną przed wejściem na posterunek.

- Czekaj, durniu! Gdzie tak gnasz?! Stój, powiedziałem!
...

: 22 czerwca 2018, 21:05
autor: koszal
Wciąż czując w piętach siłę hamowania Śmierdziel stanął na baczność przed cerberem w ludzkiej skórze. Stercząc sztywno niczym szczypiorek wbity w muł zasalutował oficerowi, a następnie powoli wyciągnął patyk i wyskrobał na ziemi:

PRZERWA NA LUNCH - ZDOBYCZ SOCJALNA


...i otworzył worek ukazując jego zawartość.
Czasu nie mam na takie pierdoły. Tam w kanale dzieci przymierają głodem.

: 22 czerwca 2018, 21:07
autor: Nanatar
Okolice Rozpadliny Bragga drugi dzień

Zatrzymawszy się przy rozpadlinie albinos uznał, że pora i okoliczności są wprost wyśmienite, by przez chwilę jeszcze poobserwować okolicę. W złom-wiosce opowiadano, że w tym miejscu zawsze mieszkały duchy. Skały miały być szwem w brzuchu Ziemi, blizną po cięciu przez które myśliwy, pozwolił narodzić się swemu dziecku z Ziemią. Owo dziecko miało zostać pierwszym rolnikiem. Kiedyś rosła tu ponoć kukurydza, jak okiem sięgnąć las złotych kłosów. Trudno było to sobie wyobrazić, Indianin zawsze uważał to za slogan, taki samy jak "Na naszym motorze dojedziesz na księżyc i zawsze z dziewczyną", przecież to niemożliwe, pomyślał, dojechać na księżyc motorem.

Ułożył cenny ładunek na skałach, obciążył kamieniem. Zastanawiał się coraz częściej co właściwie mieszka w rozpadlinie. Wiedział, że będzie zbliżał się noc po nocy i w końcu się dowie. Coś usuwało naukowców, ale pozwoliło przetrwać zwierzętom. Oczami wyobraźni widział starego jaszczura-konstruktora rozkręcającego statek obcych, bezwzględnie strzegącego swej pracy. Niestety jaszczurzy pysk zmienił się w rumiane oblicze pastora i to wyrwało Ducha z błogiego stanu. Świetnie wiedział, że nie byłoby łatwo pozbyć się natrętnego chrześcijanina. Jego wzrok spoczął na worku, wypadek z wężem byłby dobrym rozwiązaniem, ale i tak miałby przesrane w Cedar. Postanowił dać rumianemu szansę i może ugrać coś przy okazji.
Spojrzał na niebo.
Chwilę jeszcze spędzi przy rozpadlinie i skieruje się do swego lokum, pobierze jad. Złoży go wilczycy w ofierze, sam przyjmując stałą leczniczą dawkę. Mrucząc pieśń do pokonanych wojowników wezwał ducha wadery. Świat zafalował, wojowniczka niechętnie oblekła się w widmowe ciało i przyszła potulnie do mechanika. Patrzył w jej pysk i słuchał.
MG:
Spoiler!
Jeśli jest jeszcze dużo czasu, podejdzie do Slammera i wypyta go pastora. Wróci na tyle żeby przyjąć gościa przed świtem jak obiecał
Na ile Duch potrafi czytać?

: 23 czerwca 2018, 21:30
autor: Keth
Posterunek strażniczy Ligi, drugi dzień

- Przepuść go, Rufus - polecił jakiś wcześniej niewidziany przez toksyka mężczyzna w mundurze podoficera Ligi - Nie widzisz, że narzędzia sobie przyniósł? A ty złaź na dół i odetkaj w końcu te kible!

Śmierdziel nie kazał sobie rozkazu powtarzać dwa razy. Wyminąwszy zatykającego nos żołdaka wskoczył z rozpędu w podłogowy otwór, tym razem lądując na ugiętych nogach. Wojskowi śledzili go bacznie snopami latarek, toteż musiał się zapuścić prawie na sam kraniec przepływającego pod posterunkiem kanału, dyskretnie otwierając torbę ze smażonką i rozsiewając wokół rozkoszny zapach mięsa.

Ku rosnącemu rozczarowaniu Śmierdziela nikt na ową woń nie zareagował, natomiast od strony sufitu rozległy się poddenerwowane głosy wojskowych.

- Co tam robisz, obiboku?! Weź się do roboty w końcu?

- Ty tam cokolwiek widzisz?! Chcesz latarkę?!
Jeśli toksyk chce, może złapać rzuconą mu z góry latarkę, bo w ciemnościach kanału panuje cisza jak makiem zasiał!

: 25 czerwca 2018, 11:50
autor: koszal
Przywiązawszy nieco rozwleczony worek do końca kija toksyk przez chwilę spoglądał w ciemność rozentuzjazmowany sytuacją. Po dłuższej chwili wyczekiwania jego oblicze nabrało wyrazu głębokiego zawodu, a awewnętrzne poruszenie wzbudziło wyraźne drżenie podbródka. Oczy mutanta zwilgotniały. Odłożył worek ze spuszczoną głową i westchnąwszy ciężko podszedł do otworu.

- Co tam robisz, obiboku?! Weź się do roboty w końcu?

- Ty tam cokolwiek widzisz?! Chcesz latarkę?!

Kiwnąwszy głową potakująco wyciągnął ręce.
Tak, chcę latarkę. Chlipiąc pod nosem zabieram się do zleconej roboty- szukam miejsca zatoru i staram się go przepchać- sobą- za karę, toksyk niedobry, obwinia się o wypłoszenie miłych tubylców.
Lećmy z fabułą.