Post
autor: avnar » 06 marca 2015, 00:37
Witanko.
Kolejna sesja za nami.
Graliśmy tylko we trzech, ja jako Ceen, deliad jako Rekio i Oggy prowadził.
Poprzednia przygoda skończyła się gdy udało nam się wydostać z dołu więziennego i planowaliśmy ucieczkę nocną podczas wichury. Zdając sobie sprawę że bez dobrego ekwipunku i zapasów nie przeżyjemy w górach, zdecydowaliśmy się zakraść do namiotu Maraxa (dowódcy reptillionów, którzy nas więzili) i ukraść wszystko co będzie nam potrzebne oraz magiczną mapę na której można było odnalezć nasze położenie.
Niestety po dotarciu pod namiot okazał się on za dobrze strzeżony i istniało ryzyko że zostaniemy wykryci. Przemkneliśmy się więc dalej. Udało nam się znalezć namiot z zapasami gdzie się prowizorycznie zaopatrzyliśmy i zaczeliśmy uciekać. Rekio prowadził jako że lepiej widział w ciemnościach a ja podążałem za nim ukrywając się jak tylko potrafiłem.
Doszliśmy jednak do rejonu gdzie musielimy się zdecydować na jedną z tras. Albo przedzierać się przez rozstawione czujki albo spróbować zejść po dość stromym zboczu. Zdecydowaliśmy się na to drugie. Rekio dość sprawnie pomnknął w dół, moja postać zrobiła to dużo szybciej i z wielkim łomotem. Kiedy wylądowałem na dole ze stertą kamieni i śniegu, oszołomiony i zdumiony że żyje i nie mam nic złamanego, jedynie stłuczone lub pęknięte żebro, dostrzegliśmy że w stronę hałasu ruszył jeden z patroli. Zaczeliśmy uciekać. Niestety, moja postać była ranna i osłabiona, pogoń zaczynała nas doganiać a oprócz tego z przeciwka wyskoczyło nam dwóch reptillionów którzy stali gdzieś na czujce.
Po krótkiej walce która się wywiązała, Rekio wylądował nieprzytomny a ja padłem pod ciosami wściekłych wpsółbraci, którym przypadkowo, zabiłem towarzysza. Bardzo tego żałowałem, bo nie było moim celem kogokolwiek zabijać, jednak w walce może wydarzyć się wszystko.
Nieprzytomnych zaciągnięto nas do namiotu Maraxa, gdzie zostaliśmy ocuceni. Marax, w widoczny sposób roczarowany naszą postawą, uleczeły nas, prawdopodobnie jakąś przemianą półboską albo nakładaniem dłoni a następnie wydał rozkaz swoim oficerom żeby zebrali swoje oddziały i ogłosili alarm bo nadchodza orki.
W ten oto sposób spełniała się jakaś przepowiednia lub do punktu kulminacyjnego dochodziła rozgrywka między którą razem z całą ekipą wpadliśmy.
Marax oddał nam nasze rzeczy i nakazał uciekać. Tak też uczyniliśmy, zostawiając za sobą ginących w boju reptillionów, potykając się w biegu z próbującymi nas zatrzymać orkami. Byliśmy też świadkiem potycznki na przemiany półboskie między Maraxem i dwoma UrukHaiami. Z której to zwycięsko wyszedł tylko jeden z nich, o czym mieliśmy się nieprzyjemność dowiedzieć kiedy stanął na naszej drodze.
Mimo rzuconych w jego stronę czarów, na które wydawał się niewrażliwy, potraktował nas przemianą półboską, po której mieliśmy zginąć. Będąc pewnym że tak się stało odwrócił się do nas plecami i wtedy popełniliśmy błąd. Zamiast paść na ziemie i udać trupy, rzuciliśmy sie na niego. Starałem się dopaść go pierwszy, zdając sobie sprawę że nie mam zdolności szermierczych ale moja Żywotność będzie stanowiła tarczę dla Rekio. Niestety on był szybszy. Drogo go to kosztowało. Dostał kilka ciosów i skończył w agonii. Ja też już pogodziłem się ze śmiercią, ale wtedy odezwało się moje niesamowite szczęscie. UrukHai pewny wygranej potknął się i odsłonił (krytyk 100) a ja wyprowadziłem cios i trałiłem (rzut 05). Cios w szyję i koniec. Niestety, mimo tego zwycięstwa nie miałem jak uratować Rekio. Umarł gdy próbowałem rozpalić ogień aby przypalić jego rany. Zobojętniały zebrałem co lepsze rzeczy, zawinąłem ciało Rekio w płasz z geparda i ruszyłem w góry Kashmiru. Mimo ze zdawałem sobie sprawę że po śladzie który zostawiam, trafi nawet ślepy.