Nocny zwiad
Kiedy wszyscy zapadli w sen, opici do granic możliwości, Chen Shu, Tranicos, Druss i Goma wymknęli się z obozowiska. Pędzili pokonanym tego dnia szlakiem niczym ptaki, nieskrępowani koniecznością dostosowanie się do tempa grupy. Dwa razy minęli stadka gazeli, a czujne zwierzęta nawet ich nie zauważyły. Bystrookie koty dostrzegały ich i obserwowały z napięciem, jednak dalekie były od zaatakowania nieznajomych sobie stworzeń.
Raz zatrzymali się na chwilę, gdy coś przecięło im drogę. Widać było tylko ciemny cień w bladej poświacie, długi na pięć kroków, pełznący nisko przy ziemi, z poszarpanym grzebieniem wzdłuż kręgosłupa. Ruszyli w drogę, gdy stwór zniknął w mroku.
Nim księżyc osiągnął najwyższy punkt swojej wędrówki po nocnym niebie, zobaczyli blask ognisk na zachodzie. Zwolnili i zbliżali się z jeszcze większą ostrożnością.
-
Straże - szepnął Tranicos.
-
Widzę - Goma podniósł topór. - Zabić ich?
- Mogliby narobić hałasu. Najpierw spróbujmy ich minąć. Muszę się dostać bliżej.
Dowódca mądrze rozstawił straże dwójkami, by jedna osoba pilnowała drugiej, ale pary stały w zbyt wielkiej odległości od siebie. Zwiadowcy przemknęli między nimi niezauważalnie. Cymmerianin zobaczył błysk polerowanego metalu. Sethmes sprowadził żołnierzy albo zbirów chętnych dźwigać zbroje w okropnym upale. Zbliżyli się do ognisk.
Wokół nich siedziało co najmniej sto postaci. Mruczały coś cicho, dźwięki te wcale nie przypominały ludzkiej mowy. Goma wyciągnął rękę w kierunku jednego z ognisk.
-
Bumbana! Ale są ubrani i noszą broń ze stali! - Nawet szept oddawał jego ogromne zdumienie.
-
Różnią się od tych z gór - powiedział Cymmerianin. - Widziałem podobnych na północy, w Stygii.
Zgięci wpół, czasami padając na ziemię i pełznąc na brzuchach, okrążyli obozowisko. Promienie tropikalnego słońca opaliły zwiadowcom skórę. Byli prawie tak samo brązowi jak Goma, dzięki czemu stali się prawie niewidzialni w ciemnościach. Przed wyruszeniem z obozu wszyscy przyczernili ostrza broni sadzą, tak samo zrobił jego towarzysz z toporem.
Chen Shu wypatrywał Sethmesa. Nie przypuszczał, by arcykapłan powierzył dowodzenie misją jakiemuś podwładnemu. Wulfrede powiedział, że nie można ufać nikomu, gdy w grę wchodzi wielki skarb, i ta prawda odnosiła się tak samo do Stygijczyków, jak do Vanirów, Aquilończyków czy korsarzy.
Jeżeli Sethmes naprawdę miał nadzieję zdobyć skarb, sam prowadził tę ekspedycję. Druss nie był pewien, dlaczego ten człowiek poczynił takie skomplikowane przygotowania. Podejrzewał, że po drodze czyhały liczne niebezpieczeństwa i że Sethmes chciał, by poprzedzająca go wyprawa odkryła pułapki i poniosła wszelkie ryzyko. Wtedy jemu dostałaby się nagroda okupiona krwią i cierpieniem innych.
Znalazł go przy środkowym ognisku. Obok wysokiej, ponurej sylwetki kapłana siedzieli dwaj mężczyźni o złych twarzach, ubrani w lekkie zbroje najwyższej jakości. Tranicos poznał rynsztunek regimentu Wielkiego Ptaha, elitarnego oddziału straży. Musieli to być oficerowie zdegradowani za jakieś łajdactwa.
- Panie - powiedział jeden, mężczyzna o szpiczastej czarnej brodzie i twarzy poznaczonej dziobami - czy naprawdę musimy posuwać się w takim żółwim tempie? Możemy maszerować dwa razy szybciej.
- Tak - poparł go drugi, z brodą ufarbowaną na czerwono. - Przez to będziemy w tym przeklętym kraju dłużej niż potrzeba.
-
Bądźcie cierpliwi i wykonujcie moje rozkazy co do joty. Wraz z resztą żołnierzy spędziliście wiele lat w stygijskiej służbie i pustynia nie jest wam obca.
Ci przed nami nie są do niej przyzwyczajeni. To morska hołota, aquilońscy wielmoże i dzikusy z północy. Musimy trzymać się za nimi, poza zasięgiem wzroku. I ważne, żeby dotarli do Rogów przed nami.
- A czemuż to, panie? - zapytał pierwszy.
- To nie twoja... co to takiego?
Jeden z bumbana zerwał się od sąsiedniego ogniska i wlepił małe ślepia w ciemność, w kierunku, gdzie leżeliście jako zwiadowcy. Odchylił lekko głowę, jakby zwęszył nieznajomy zapach. Cymmerianin zdusił przekleństwo. Lekki nocny podmuch ciągnął od nich prosto w stronę obozowiska. Przedsięwziął wszelkie środki ostrożności, żeby nie dać się zobaczyć ani usłyszeć, ale przez myśl mu nie przeszło, że kapłanowi mogą towarzyszyć stworzenia o wyostrzonym węchu. Małpolud wybełkotał coś niewyraźnie.
- Czuje ludzi! - powiedział Sethmes. - Tam!
- Jak daleko? - zapytał jeden z oficerów.
- Mówi, że blisko.
-
Nomadowie? - zaryzykował ten z czerwoną brodą.
- Możliwe - mruknął Sethmes. - Wątpię czy ci, których śledzimy, umieliby ominąć przyzwyczajonych do pustyni strażników i podejść nas tak blisko.
Khopshef,
weź paru ludzi i poszukaj intruzów. - Czerwonobrody zerwał się, gotów wypełnić rozkaz. - Gęb, weź innych i podwój straże. - Kapłan wymamrotał kilka niezrozumiałych słów i małpoludy zerwały się od ognisk i zaczęły niknąć w ciemności, czujnie węsząc.
- Musimy zachować ostrożność, panie - powiedział Khopshef, szykując się do odejścia z dwudziestoma zbrojnymi. - Może to podstęp, żeby nas odciągnąć. Otocz się strażami, panie.
- Mądryś - pochwalił Sethmes. - Uważaj na siebie.
Co dalej, wygląda, ze małpoludy was zwęszyły. Zaczynają się poszukiwania, co robicie?
Jeśli Ktoś chciał iść na zwiad jest na nim z w/w czwórką.
Około połowa z ich 100 to uzbrojeni bumbana.
Jak bardzo chcecie, możecie zaatakować bronią strzelecką, albo miotaną.
Wręcz też, ale wtedy może być ciężko.
Albo możecie się próbować ewakuować, nim namierzą was dokładniej.
Zdobyliście sporo informacji, czekam na decyzje.