Słysząc wcześniej opowieści Dumasa i Bartheza, wynalazca wyobrażał sobie plugastwo tego miejsca, stłoczonych, brudnych i głodnych pielgrzymów, ale to co zastał przerosło jego najczarniejsze fantazje. Mógł określić widziany stan rzeczy jednym tylko słowem ZGROZA. W niczym nie przypominało to dumnego wołania kapłanów jehemedann. Skoro jednak zdecydował się wejść winien był kontynuować swe posłannictwo.
Z trudem próbował utrzymać naczynia jak najdalej od ubrania, co raz był trącany i popychany, postanowił jak najszybciej pozbyć się darów jakie przyniósł umęczonym ludziom. Darów, zdał sobie sprawę, jakże skromnych. Postępując kilka kroków od wejścia, nachylił się na wzór miłosiernych nad grzesznikami i obdarował ich kozim mlekiem. Wybierał jednak takich których ropienie nie krwawiły i nie jadziły się. Słuchał uważnie co szepce tłum.
Powtarzał
- Zgrzeszyłeś pychą ciała, Pan ci wybaczy, pozostań marny. - Co za niedorzeczności? - myślał Któż chce być marny? Miarą człowieka jest jego wielkość.
Wstał i osłaniając naczynie z olejem wolną ręką kierował się w głąb pomieszczenia, gdzie zdawało mu się, że widział w mroku zarysy kuchni. W istocie był tam kamienny piec i suszone zioła, ale to co wziął za zwisające u powały połacie dojrzewających mięs, tak lubiane w rodzinnym Montpelierr, okazał się siatkami w których w niewiarygodnie niewygodnych pozycjach pokutowali najgorliwsi grześcijanie. Patrząc na ich poranione, powykręcane ciała uczuł niemalże fizyczny ból.
Stało się jednak coś jeszcze, Leon Thibaut czuł, że ogarnia go magia, coś w co nigdy nie wierzył. Ci ludzie żyli tylko dzięki wierze i choć chora fascynacja upodobniała ich do wynaturzonych, to oddanie sprawie zwyciężało wycieńczenie i śmierć.
Oddał kamforę z olejem w ręce szarego cienia zajmującego się paleniskiem i wpatrzył w cierpiących szaleńców.
- Cierpcie w pokorze, a staniecie w szeregach armii pana i pić będziecie święte oleje z jego dłoni.