Jaskinia o północy
W mrocznych czeluściach jaskini jako pierwszy zniknął Mordil. Tuż za nim ruszył Ork i Huskun.
Na zewnątrz pozostał Barthur i Gusłek, którzy zmierzyli się niepewnymi spojrzeniami. Jako jedyni w grupie nie posiadali infrawizji. Oznaczało to, że będą brodzić w całkowitych ciemnościach zdani tylko na swój słuch, dotyk i węch. Jeżeli w jaskini byli jacyś przeciwnicy, to "niewidomi" byli skazani na śmierć.
Barthur jako pierwszy zebrał się w sobie, umocował tarczę na plecach i wszedł do środka. Lewą dłonią wodził po chropowatej ścianie i posuwał się wolno badając grunt przed każdym krokiem.
Gusłek wykonał ochronny pianicki znak i głośno przełknął ślinę. Od kilku tygodni spadały na niego samie nieszczęścia. Kiedy zły los wreszcie się od niego odwróci...
Gdy zrobił już kilka kroków wkraczając do królestwa mroku. Usłyszał za sobą charakterystyczny stukot podkutych kopyt na skalistym gruncie. Odwrócił się gwałtownie upatrując w tym dźwięku ratunek i chciał zakrzyknąć z radości. Jednak gdy się obrócił głos utkną mu w gardle.
Zza zakrętu kanionu, kilkaset kroków od jaskini wyjechał jeździec. Jego koń był czarny jak noc i pod tym względem podobny do jeźdźca.
Postać na koniu zatrzymała się i rozglądała szukając czegoś wzrokiem. Tymczasem wokół konia gromadzili się nieumarli.
Jednak nie to przeraziło Gusłak. Straszna była twarz jeźdźca. Blada jak sama śmierć w księżycowym blasku. Złowroga, sępia fizjonomia, zaopatrzona w wąskie wargi, wykrzywione w grymasie niezadowolenia.
Kapłan Piana nie tracił więcej czasu. Ruszył szybkim krokiem wspierając się o śliską i wilgotną ścianę. Po chwili wpadł twarzą w metalową zimną zbroję i usłyszał niezadowolone warknięcie Barthura.
Mordil szedł powoli czekając, aż wzrok maksymalnie przyzwyczai się do mroku. Wkrótce czerń przekształciła się gamę milionów odcieni szarości, tworząc dość wyraźny ale nie sięgający zbyt daleko obraz.
Spotęgowany echem szmer strumienia zagłuszał większość cichych dźwięków.
Kanał szedł długo prosto. Marsz był w miarę łatwy, bo ścieżka była gładka i pozbawiona przeszkód. Należało jedynie uważać aby nie pośliznąć się na śliskim podłożu. Po drugiej stronie strumienia maszerował ork.
Huskun szedł tak, żeby nie stracić z pola widzenia pleców idącego przed nim Mordila oraz starał się wychwytywać szmery idących za nim kompanów.
Wędrówka kanałem trwała już prawie godzinę i panujący tu ziąb i wilgoć zaczęła powodować przechodzące po grzbiecie ciarki.
Korytarz zaczął opadać. Pierw był to mało odczuwalny spadek, jednak w miarę przemieszczania się coraz dalej wciąż narastał.
Wilgotna i w miarę gładka powierzchnia powodowała, że moment upadku stawał się nie kwestią zręczności, a kwestią czasu.
Gdy krzywizna osiągnęła niemal czterdzieści pięć stopnie rozległ się huk padającego ciała odzianego w metalową zbroję. Mordil i Huskun wiedząc co się święci rzucili się przywierając do ściany.
Barthur padł. Wielokrotnie tracił równowagę, ale jakoś udawało się ją odzyskać. Jednak nie tym razem. To Gusłek wpadł na niego wywracając ich oboje.
Sunęli do przodu szukając stopami i dłońmi jakiegoś punktu zaczepienia. Nie znaleźli. No, właściwie to Barthur znalazł, ale okazało się, że to kapota Huskuna. Dalej polecieli razem, pociągając za sobą Mordila.
Sunęli z rosnącą prędkością w mrok, aż w końcu dostali się do strumienia. Płynąc z wartkim nurtem starali się nie pójść pod powierzchnię wody. Poczuli jak ich żołądki podchodzą pod gardła, co oznaczało, że spadają. Nagle nastąpiło uderzenie strumienia wody i wylecieli w rozgwieżdżone niebo znajdujące się nad i pod nimi. Lot zakończył się z głośnym pluskiem pod powierzchnią wody.
Nieudany rzut na zręczność Gusłka z modyfikatorem -20 (95) rozpoczął reakcje łańcuchową. Barthur - 40 ( - 20 za sunącego Gusłka) (34), dalej Huskun -60 (18) i Mordil -80 (84). Ślizgnęliście się strumieniem i z około siedmiu metrów runęliście do jeziora. Rzut na utrzymanie przedmiotów. Mordil utrzymał toporki, Huskun utrzymał skakwę i sztylet i Barthur młotek. Więc bez strat. Kto umie pływać?